W lutym na warszawskiej Wall Street wyraźnie spadła aktywność inwestorów. Z rynku wycofują się nie tylko ci ostatni, ale też i spółki, o czym świadczy rosnąca liczba wezwań do sprzedaży akcji. W dużej mierze winne są roszady w zarządzie, której trwają od kilku lat. A giełda to nie jakiś klub Ekstraklasy, gdzie trenera można sobie wymieniać co sezon.

W 2017 r. z parkietu warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych wycofano rekordową liczbę spółek – 20, a nowych przybyło tylko 15 i to pomimo całkiem dobrej koniunktury. Z kolei w połowie minionego miesiąca przytrafiły się na GPW dwie sesje, podczas których łączna wartość akcji, które zmieniły właściciela nie przekroczyła nawet 400 mln zł (w całym 2017 r. średnia wyniosła 940 mln zł na sesję). Ten ujemny bilans i mizerne obroty to, przynajmniej na razie, raczej wyjątek niż reguła. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że ich pojawienie się nie jest do końca przypadkowe. Jest to jeden z wielu objawów rozległego schorzenia, które trapi polski rynek akcji od kilku lat.

Na razie objawy pojawiają się sporadycznie i jeszcze są niegroźne, ale jak zostaną zbagatelizowane, to w przyszłości giełda przestanie być ważnym elementem naszego gospodarczego ekosystemu. A byłaby to spora strata. Piszę to jako człowiek od wielu lat komentujący wydarzenia na tym rynku i analizujący zachowanie poszczególnych spółek. Uważam, że nieodpowiedzialne jest zachowanie Skarbu Państwa, który ma pakiet kontrolny akcji GPW i w ostatnich latach dokonuje zmian na czołowych stanowiskach zarządu średnio raz na rok. W takich warunkach nie da się opracować i wdrożyć skutecznej strategii, która sprosta wyzwaniem lokalnego i globalnego świata finansów.

Gdzie się podziali polscy inwestorzy?

Zacznijmy od niepokojących objawów postępującej marginalizacji warszawskiego parkietu. W zasadzie od dołka bessy z 2009 r. roczna wartość obrotów na GPW jest relatywnie stabilna i waha się w przedziale 166-236 mld zł. Dla porównania – podczas hossy 2002-2007 wartość ta wzrosła z 24 do 231 mld zł. Relatywnej stabilizacji ulega też liczba transakcji na sesję. W latach 2009-2017 wzrosła tyko o 57 proc., a w okresie 2002-2007 o niemal 500 proc. Z kolei liczba rachunków inwestycyjnych osiągnęła swoje apogeum – 1,5 mln – w 2012 r. i od tamtej poru oscyluje przy wielkości o 100 tys. niższej. Od czterech lat straty na działalności podstawowej, czyli pośrednictwie w handlu, notują też domy maklerskie. Tylko w zeszłym roku dołożyły do interesu 115 mln zł i gdyby nie inne segmenty działalności (dystrybucja funduszy, rynek forex, itp.) to stałyby się nierentowne.  Dane te sugerują, że od kilku lat nie przybywa nam GPW inwestorów. A bez nich ten giełdowy parkiet raczej życiem tętnił nie będzie.

Z punktu widzenia inwestora indywidualnego nie podoba mi się to, że od ciężko zarobionych na giełdzie pieniędzy muszę jeszcze odprowadzać 19-proc. podatek Belki. Wierzcie mi, ale inwestowanie na rynku akcji to ciężka harówka, porównywalna z prowadzeniem biznesu. Zwłaszcza gdy, tak jak w ostatnich latach, nie ma na tym rynku wyraźnego, długoterminowego trendu wzrostowego, a pojawiające się od czasu do czasu przypływy optymizmu nie „podnoszą wszystkich łodzi jednakowo”. Znaleźć dobrą spółkę, zainwestować w nią kapitał i trzymać go bez względu na wahania kursowe to nie lada wyzwanie. A jak się uda, to skarbówka zabierze ci z zysku jedną piątą. Mało tego, biuro maklerskie przy zakupie akcji pobierze kilkuprocentową prowizję, a jak chcesz mieć lepszy dostęp do notowań to jeszcze musisz dokupić dodatkowy abonament. Już na starcie ręce opadają. A przecież to wszystko dzieje się w czasach, gdy dzięki sieciom internetowym mamy dostęp do coraz tańszych metod inwestowania, jak chociażby opisywane przeze mnie na łamach HiCash.pl pożyczki społecznościowe, czy inwestycje w cyfrowe środki płatnicze, a być może niebawem pojawią się zdecentralizowane rynki, bazujące na technologiach rozproszonych rejestrów, które zupełnie wyeliminuję koszty pośredników.

Gdybym natomiast miał się postawić w roli zagranicznego inwestora, który zazwyczaj interesuje się dużymi spółkami z GPW (te z indeksu WIG20), to też nie miałbym powodów do entuzjazmu. Tak się składa, że duża część tych największych firm jest kontrolowana przez Skarbu Państwa. Mowa głównie o spółkach z branży energetycznej (np. PGE), paliwowej (np. PKN Orlen) czy finansowej (np. PZU). To oznacza, że polityka często wkrada się do tych spółek. Gdyby jeszcze wkradała się tam w celu realizacji obiecujących planów rozwoju to nie miałbym nic przeciwko. Szkopuł w tym, że coraz częściej chodzi o partykularne interesy i obsadzanie obiecanych kiedyś, komuś stołków. Zagranica chce stabilności i perspektyw zysku, a otrzymuje roszady kadrowe i perspektywę jeszcze większej niepewności.

Po stronie inwestorów jest jeszcze jeden istotny problem – reforma emerytalna przeprowadzona przez poprzedni rząd. W jej wyniku, jak to niektórzy mają w zwyczaju mówić, „zaorane” zostały Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), które z naszych składek generowały spory popyt na akcji notowane na GPW (czy nam się to podobało, czy nie). Abstrahując już od tego, czy OFE w ogóle powinny w Polsce zostać wprowadzone, faktycznie były one solidnym dostawcą regularnej płynności na rodzimy parkiet. A im wyższa płynność, tym lepsze możliwości kupowania i sprzedawania dużych pakietów akcji po atrakcyjnych cenach.

Znikające spółki

Zanik popytu to jedna strona opisywanego tutaj schorzenia. Druga to wycofywanie spółek z obrotu. Cóż z tego, że będą chętni na zakup akcji danej firmy, skoro nie będzie jej na parkiecie? A zeszły rok, o czym wspominałem na początku, był rekordowy pod względem liczby wycofań – było ich 20. Głośno było chociażby o decyzji Michała Sołowowa, jednego z najbogatszych Polaków, o ściągnięciu z giełdy Synthosu, który ma kapitalizację 6,5 mld zł i jest notowany na GPW od grudnia 2004 r. Co gorsza na ten rok też szykuje się sporo wezwań, a w ciągu dwóch ostatnich miesięcy żadna spółka nie weszła na parkiet.

Jako główne przyczyny wyprowadzki z parkietu spółki podają wysokie koszty utrzymywania na rynku oraz restrykcyjne obowiązki informacyjne, w tym unijne rozporządzenie MAR, określane przez niektórych jako „koszMAR”. Z kolei brak nowych debiutów wiąże się m.in. z wysokimi kosztami całej operacji przygotowania emisji akcji, z długim procesem oczekiwania na zgody regulatorów, a przez to długim czekaniem na dofinansowanie. Ponadto, a może przede wszystkim, rynek kapitałowy ewoluuje i rynki akcji to nie jedyne miejsca, w których można pozyskać duży kapitał na rozwój swojej firmy. I nie mam tu wcale na myśli tylko ICO, ale chociażby platformy equitycrowdfundingowe, dotacje unijne, fundusze PE/VC, aniołów biznesu, a także relatywnie tani kredyt w dobie niskich stóp procentowych.

Jak widać, warszawski rynek akcji ma poważne problemy. Nie jest w tym odosobniony. Szkopuł w tym, że w ostatnich latach niewiele zostało zrobione, by tym problemom zapobiegać. W mojej opinii jest to efekt roszad w zarządzie, których od 2013 r. było po prostu za dużo.

Gdzie jest zarząd?

Wiesław Rozłucki tworzył i rozwijał warszawska giełdę od 1991 do 2006 r. W ciągu 15 lat zbudował nie tylko jeden z największych parkietów Europy Środkowo-Wschodniej, ale przede wszystkim instytucję zaufania publicznego, kojarzoną z transparentnością i nowoczesnością. Jego następca – Ludwik Sobolewski, pełnił funkcję prezesa od 2006 r. do 2013 r. i w tym czasie także zdołał wprowadzić kilka istotnych zmian, jak chociażby otwarcie małego parkietu, czyli NewConnect i przygotowanie do wprowadzenie nowego systemu transakcyjnego UTP. Kolejni prezesi byli już wymieniani tak szybko jak trenerzy klubów ekstraklasy. Adam Maciejewski, Paweł Tamborski i Małgorzata Zaleska nie zagrzali miejsca nawet na dwa lata, nie mówiąc już o Jarosławie Grzywińskim, który był p. o. prezesa przez kilka miesięcy 2017 r. Nawet gdyby wszyscy oni chcieli wprowadzić na GPW systemowe zmiany, to najzwyczajniej nie mieli by na to czasu. W efekcie kończyło się to projektami raczej kosmetycznymi niż strukturalnymi, jak wprowadzanie nowych indeksów i instrumentów, udostępnienie usługi kolokacji (możliwość instalowania swoich serwerów blisko serwerów giełdy), uruchomienie akceleratora dla startupów, czy serie road shows po głównych miastach Polski w celu zachęcania firm do wchodzenia na warszawski parkiet. A w otoczeniu rosnącej konkurencji potrzebne są zmiany, które czymś nas wyróżnią na globalnym rynku i przyciągną zarówno emitentów, jak i inwestorów.

W 2017 r., gdy zagraniczne giełdy wprowadzały eksperymentalne platformy obrotu bazujące na technologii blockchain, my zastanawialiśmy się kogo na stanowisko prezesa wytypuje Skarb Państwa. Kiedy zagraniczne giełdy wprowadzały kontrakty na bitcoina, my wycofywaliśmy się z pomysłu na polską kryptowalutę, a Ministrą Cyfryzacji przestała być Anna Streżyńska. W takich warunkach trudno o skuteczne zarządzanie instytucją, która dla zachowania konkurencyjności musi mieć stabilne władze, długoterminową strategię i przede wszystkim być otwartą na nowe technologie. I nie jest to przecież nic odkrywczego. Mam nadzieje, że Skarb Państwa przejrzy w końcu na oczy, dostrzeże potencjał tkwiący na warszawskiej Wall Street i podejmie odpowiedzialne decyzje.