Na myśl o wakacjach masz niepokoje i biją na ciebie siódme poty? Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie przerwy w pracy? Przeraża cię świadomość, że podczas twojej nieobecności, ktoś inny może wkraść się w łaski szefa albo przejąć projekt, nad którym z mozołem pracujesz od pół roku? Czy może myśl o odpoczynku wydaje ci się wstrętna? Workation to rozwiązanie idealne dla ciebie.

Oczywiście wszystkie wymienione we wstępie symptomy są powodem do niepokoju, ale rozumiem, że w zabieganym świecie nie wszyscy mamy czas na wypoczynek. Nowy, gorący trend z Zachodu pozwala nam częściowo pogodzić pracę z koniecznością odcięcia się od niej. Nie jest rozwiązaniem idealnym, bo ciało i umysł wymagają resetu i naładowania akumulatorów, ale jeżeli nie możemy mieć tego, co chcemy, to miejmy przynajmniej cokolwiek.

Workation to połączenie pracy (work) i wakacji (vacation), i oznacza, jak się możemy domyślać, wakacje połączone z pracą. Jest to rozwiązanie idealne dla ludzi pracujących zdalnie, którzy nie musza podbijać codziennie karty pracy i są rozliczani z wyników a nie dupogodzin. Z workation mogą również skorzystać właściciele firm, którzy nie chcą zostawiać biznesu na pastwę pracowników, a swoim dyrektorom ufają nieprzesadnie. Ostatnio z tego rozwiązania korzystają korporacje, organizując w ten sposób pracę swojej załogi.

Żebyśmy dobrze zrozumieli ideę workation. To nie są wakacje, podczas których pracodawca zmusza pracownika do wykonywania zwyczajowych zadań. To raczej inny sposób organizowania pracy, poprzez łączenie jej z wypoczynkiem. Wyobraźmy sobie, że mamy grupę programistów, którzy siedzą w zagródkach bez okien i klepią kod 12 godzin dziennie. Nikt o zdrowych zmysłach nie wytrzyma takiego reżimu pracy przez dłuższy czas. Może więc lepiej wywieźć koderów do ciepłego kraju, dać im mocne łącze i niech pracują stamtąd?

Dla pracownika jest to świetne rozwiązanie, bo podczas takich praco-wakacji nie zużywa urlopu. Pracodawca organizuje zajęcie w ten sposób, że grupa pracuje od 9 do 14. Po 14 ma nakaz wyłączenia komputerów i komórek, i zaczyna wypoczywać. Czy to leżąc nad basenem z książką i zimnym drinkiem, czy to zwiedzając, jeżeli jest co zwiedzać.

Można się zapytać, dlaczego właściwie chcielibyśmy robić coś tak szalonego, jak workation? Badania nie pozostawiają złudzeń – Polacy nie potrafią wypoczywać. W 2017 roku CBOS przeprowadził badanie, według którego wyjeżdżamy na urlop średnio na siedem i pół dnia. Od 2012 roku skróciliśmy swój urlop o dwa dni. Z kolei z badania przeprowadzonego wśród użytkowników Allegro wynika, że w trakcie wakacji aż 81 proc. osób korzysta z internetu. I to jest w porządku, bo skąd wiedzielibyśmy, co mamy zwiedzać na miejscu. Gorzej, że prawie 1/4 klika w internety w celach służbowych.

Bezlitosne są dla nas również statystyki OECD. Na sen i relaks poświęcamy dziennie ledwie 14 godzin. Daje nam to zaszczytne trzecie miejsce wśród krajów OECD. Od końca. Aż 25 proc. z nas pracuje podczas urlopu do 3 godzin dziennie. Nie umiemy wypoczywać, jesteśmy w tym beznadziejni tak, że bardziej się chyba nie da. Gdy przeglądałem badania stwierdziłem, że idea workation jest jakby stworzona dla zapracowanych Polaków. Trzeba zmienić angielską nazwę na naszą. Proponuję prakacje.

Ponieważ z umęczonego i niewypoczętego pracownika pożytek jest dużo mniejszy niż ze zrelaksowanego, pracodawcy coraz śmielej przyglądają się tej egzotycznej idei. Na dobrą sprawę jedynym minusem takiego rozwiązania są koszty wysłania zespołu do ciepłych krajów. Z drugiej strony mogą się one zwrócić już podczas wyjazdu, bo jak uczy doświadczenie, produktywność zespołów rośnie wtedy bardzo mocno.

Są też inne plusy prakacji. Poprawiają się relacje między ludźmi z zespołu, rośnie integracja, ludzie zaczynają się lepiej rozumieć i dogadywać. Poprawia się motywacja i koncentracja w czasie pracy, większość osób chce skończyć zadanie w krótszym czasie, żeby nie zostawiać sobie rzeczy na następny dzień. A przypominam, że podczas prakacji w pracy siedzi się przez 4-5 godzin dziennie. Bardzo ważne jest również budowanie pozytywnego wizerunku firmy w oczach pracowników. Zarówno tych obecnych, jak i przyszłych. Kto by nie chciał pracować w firmie, która raz do roku wysyła wszystkich na miesiąc na Malediwy?

No dobra, to gdzie się kopnąć na prakacje, jeżeli już zdecydujemy się na tego typu formę częściowego wypoczynku? Należy pamiętać o kilku podstawowych zasadach:

– Dopasowujemy aurę na miejscu nie tylko pod wypoczynek, ale i pod pracę. Wspomniane Malediwy brzmią doskonale, ale jak się tam wybierzemy między majem a listopadem, możemy załapać się na ulewne deszcze. Wysoka temperatura w połączeniu z wilgotnością, zabiją każdą produktywność i pokrzyżują nasze plany wypoczynkowe.

– Jakkolwiek interesujące może wydawać się zagubione miasto w sercu Kambodży, musimy pamiętać o infrastrukturze umożliwiającej pracę. Będziemy zatem potrzebować szybkiego łącza i dostępu do sali konferencyjnej na wypadek, gdybyśmy musieli przeprowadzić telekonferencje z klientem na tyle zasadniczym, że przeszkadza mu widok kąpiących się ludzi w tle.

– Unikamy pory monsunowej, terenów aktywnych sejsmicznie, zagrożonych powodzą, uderzeniem tsunami i wszystkimi atrakcjami pogodowymi, które uniemożliwią nam tak pracę, jak i wypoczynek. Wizytę w strefie działań wojennych zaplanujmy sobie na czas normalnego urlopu.

– Wiem, że to zabrzmi źle, ale planując prakacje, rozważmy wyjazd w miejsce, w którym nie ma rodzin z dziećmi. W czasie normalnych wakacji nie mam z tym problemu. Natomiast dziecko w pracy to zły pomysł, o czym kilkukrotnie się przekonałem. Nie da się być efektywnym, gdy dwie zagródki obok płacze nieprzewinięty bobas.

Jeżeli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego. Jeżeli nie jesteś w stanie wypoczywać, bo ciągle pracujesz, pracuj i wypoczywaj jednocześnie. Od siebie mogę dodać tylko tyle, że tekst ten powstał podczas Open’era. Kolejne prakacje zaliczone.