Komisja śledcza w sprawie Amber Gold ponownie spotyka się, debatuje i tropi. Niestety, transmisje na żywo straciły tę resztkę dynamiki i humoru, jaką miały jeszcze rok temu. Nikt też już chyba nie wie, jaki jest cel funkcjonowania tego tworu. Dlatego zamiast nudzić się podczas oglądania, lepiej poczytać o tym, jak się robiło szemrane biznesy w czasach narodzin polskiego kapitalizmu.

Początek lat dziewięćdziesiątych to był złoty czas na robienie w Polsce interesów. Wąsaci biznesmeni zawsze mieli przy sobie dużo gotówki, bo nigdy nie było wiadomo, czy nie nadarzy się możliwość okazyjnego zakupu wagonu ręczników z Chin. Po biednych czasach komuny, Polacy kupowali wszystko. Fortuny rodziły się w miesiąc.

Bagsik&co

Panowie Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski założyli firmę Art-B w 1989 roku. W Polsce szalała wtedy hiperinflacja, firmy państwowe padały jak muchy, korupcja urzędnicza kwitła, rynek chłonął każdą ilość towarów. Nic tylko sprzedawać.

Rozmach, z jakim firma zaczęła działać, zaimponował wszystkim. Po dwóch latach działalności, wspólnicy odebrali z rąk Stefana Kisielewskiego nagrodę dla orłów polskiego biznesu. Rozkręcali się błyskawicznie, zajmowali się praktycznie wszystkim, od montażu telewizorów Gold Star, po handel złotem, bronią i olejem. Wedle pierwotnych założeń firma miała handlować instrumentami muzycznymi, tymczasem przekształciła się w koncern o rocznych obrotach powyżej 300 mln dolarów. Mieli oddziały w ponad trzydziestu miastach, zatrudniali około 15 tys. osób. Nieźle jak na rok działalności.

Bagsik i Gąsiorowski byli postrzegani jak zbawcy upadających firm państwowych, bo kupowali prawie wszystkie na pniu. Anegdotyczna jest historia o tym, jak wykupili od Ursusa roczną produkcję traktorów za ponad 200 mld złotych (starych złotych), ratując go przed bankructwem. W przypadku PZU, który miał poważne problemy, odkupili ciągnącą go na dno firmę Laktopol. Pamiętam, że trudno było znaleźć wtedy jakąś formę działalności, w którą nie byłoby zaangażowane Art-B. Firma obracała bilionami starych złotych i wydawało się, że nic złego nie może się zdarzyć. Bagsik i Gąsiorowski brylowali na salonach finansowych, politycznych i towarzyskich, w 1991 roku odebrali wspomnianą wcześniej nagrodę. Niestety, w pewnym momencie wymyślili, że dobrym pomysłem będzie legalnie okraść państwo. I wymyślili słynny oscylator.

Pomysł był prosty. Panowie lokowali pieniądze w banku. Następnie pobierali czeki na kwotę lokaty gwarantowane przez bank. Potem realizowali te czeki w innym banku gdzie zakładali kolejną lokatę. Znowu brali na nią czeki gwarantowane przez bank i lecieli do następnego banku. I tak w kółko. W szczytowym momencie pracy na oscylatorze, panowie latali między bankami helikopterem.

Cały mechanizm był możliwy wyłącznie dzięki niewydolnemu systemowi przepływu informacji międzybankowej. Pamiętajmy, że nie było wtedy stałych łącz i komputerów, wszystkie dokumenty trzeba było przygotować, włożyć do koperty i wysłać pocztą, z rzadka korzystano z telegrafu. Informacja o tym, że czek został zrealizowany w innym banku, docierała do wystawcy czeku na przykład po tygodniu. W tym czasie lokata była cały czas oprocentowana. Dzisiaj byłyby to śmieszne procenciki, wtedy w kraju szalała hiperinflacja, więc oprocentowanie lokat było dużo wyższe. Dzięki temu nawet kilkudniowe odsetki były konkretne. A pamiętajmy, że Bagsik z Gąsiorowskim nie ograniczali się do dwóch banków, tylko jechali hurtem, prokuratorzy badający sprawę doliczyli się 620-stu wielokrotnie oprocentowanych czeków.

Dalej było jak w amerykańskim filmie. Bagsik i Gąsiorowski, ostrzeżeni przez szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, uciekli do Izraela. Zrobili to na dwie godziny przed tym, jak zamknięto dla nich granice. Tam szybko uzyskali obywatelstwo, chroniąc się w ten sposób przed ekstradycją. Izrael co do zasady nie wydaje swoich obywateli, więc wspólnicy mogli żyć tam dostatnio i wygodnie.

Bagsika zatrzymano podczas jednej z jego wizyt w Szwajcarii, gdzie nie chroniła go jurysdykcja Izraela. Procedura ekstradycyjna trwała dwa lata, szukający sensacji dziennikarze twierdzili, że w tym czasie miała rzekomo odbyć się akcja odbicia Bagsika z aresztu. Zarzut był konkretny – przy pomocy oscylatora miał zagarnąć 420 mln dzisiejszych złotych. Bagsik do końca twierdził, że mechanizm oscylatora nie był nielegalny, ale sąd nie dał mu wiary i posłał go do więzienia na 9 lat, z którego wyszedł w 2004 roku.

Gąsiorowski był przez 25 lat ścigany przez Interpol i polską policję za „aferę Art-B”, sprawę ostatecznie umorzono z powodu przedawnienia w 2016 roku.

Dorchem Grobelnego

Następny przedsiębiorca nie miał tyle szczęścia. Wspominałem już o hiperinflacji w latach przełomu. W roku 1989 wyniosła 640 proc, rok później 250 proc. W takich warunkach sens miały tylko lokaty oscylatorowe, bo na zwykłych traciło się pieniądze błyskawicznie. Dlatego wszelkie oferty pozwalające Polakom na sensowny zysk, trafiały natychmiast na podatny grunt. Postanowił wykorzystać to Lech Grobelny.

W 1988 roku założył firmę Dorchem, która była właścicielką sieci kantorów. Stworzył też Bezpieczną Kasę Oszczędności, która była klasycznym parabankiem. BKO przyjmowała od klientów lokaty, na które proponowała bardzo dobre oprocentowanie, znacznie wyższe od bankowego. Na przykład roczna stopa oprocentowania dla wkładów dwuletnich wynosiła 300 proc. a dla lokaty „a vista” 30 proc. Co w zestawieniu z poziomem inflacji wygląda na uczciwą propozycję, pozwalającą nie stracić pieniędzy. Na dodatek handel walutą był wtedy bardzo opłacalnym interesem, dlatego ludzie uwierzyli w to, że kantorowy biznes Grobelnego będzie w stanie finansować BKO.

Taki model biznesowy sprawdzić się nie mógł, zwłaszcza w sytuacji, w której w 1990 wprowadzono pełną wymienialność złotówki i usztywniono kurs dolara (swoją drogą to był kolejny sposób na zrobienie dużych pieniędzy). Gdy doszło do awantur podczas prób pierwszych wypłat, okazało się, że w kasach BKO pieniędzy nie ma a szef uciekł za granicę. Za sobą pozostawił 11 tys. osób, które oszukał na 9,5 mld starych złotych. Część z tej kwoty udało się odzyskać syndykowi masy upadłościowej Dorchemu, który zdołał spłacić około 25 proc. zobowiązań w stosunku do klientów BKO.

Grobelnego złapano w 1992 roku w Niemczech. Polskie sądy mieliły powoli, dopiero w 1996 roku został skazany na 12 lat pozbawienia wolności, Sąd Apelacyjny uchylił wyrok, w 2002 roku śledztwo umorzono z powodu braku dowodów. Grobelny przesiedział w areszcie pięć lat. Po wyjściu na wolność sądził się z Państwem Polskim o niesłuszne aresztowanie, ale nic nie wskórał. Założył firmę windykacyjną, ale nie była dochodowa. Zmarniał, zdziadział, zaczął pić z przypadkowymi ludźmi. W kwietniu 2007 roku policja znalazła jego ciało z raną kłutą w okolicy serca. Do dzisiaj nie wiadomo, czy to była jakaś wódczana kłótnia czy oszukany klient BKO szukający zemsty.

Kubata i piramida finansowa

System Skyline, który nad Wisłę wprowadził Mariusz Kubata, był pierwszą i od razu jedną z największych polskich piramid finansowych. Jedynym co oferował Skyline była obietnica pławienia się w luksusach. Ja wiem, jak to brzmi, ale system był skonstruowany tak sprytnie, że jego uczestnicy z wyższych poziomów odrobiny luksusu naprawdę zaznali.

Aby zostać uczestnikiem, trzeba było zostać wprowadzonym przez kogoś, kto w systemie już był. Wprowadzenie kosztowało na wstępie 30 nowych złotych, które trzeba było wpłacić na obowiązkowy poczęstunek z szampanem, odbywający się w ramach spotkania z Mariuszem Kubatą. Gość miał charyzmę, wygląd, czar i szyk, dzięki którym był w stanie przekonać prawie każdego do prawie wszystkiego. W tym do wpłacenia 2100 marek niemieckich na fundusz pławienia się w luksusie.

Skyline to była piramida, ale przemyślana. W klasycznej cała kasa trafia do twórcy. Tutaj część pieniędzy lądowała w kieszeniach uczestników wyższych poziomów. Wszystkim więc zależało na wciąganiu do biznesu nowych uczestników. Tym z góry, bo ich wpływy rosły, tym z dołu, bo widzieli, że na tym można zarobić, trzeba się tylko postarać. Ludzie brali więc pożyczki, sprzedawali samochody i rezygnowali z wakacji rodzinnych po to, żeby wejść do Skyline.

Mariusz Kubata nie nacieszył się pieniędzmi. Violetta Z., jego asystentka i współwłaścicielka konta, na którym znajdowała się kasa z piramidy, zleciła jego zabójstwo. Kubata został zamordowany przez wynajętego „cyngla”, jego ciało ukryto pod podłogą domu asystentki i zalano grubą warstwą betonu. Bilans afery był ponury. Założyciel piramidy został zamordowany, Violetta Z. została skazana na 15 lat więzienia, zabójca na 25. Poszkodowanych zostało 38 tys. osób, które straciły około 5 mln marek niemieckich (ponad 10 mln złotych).

Na koniec dowód na to, że można mieć charyzmę gąbki, nie znać dobrze języka, mówić z egzotycznym akcentem i grać polkę, a ludzie i tak dadzą ci pieniądze. Wystarczy ich o to ładnie poprosić. Jan Lewandowski przyjechał do USA w 1972 roku z jednym marzeniem – stworzyć muzyczne imperium. Szybko okazało się, że jego piosenki trafiają prosto w serca i dusze imigrantów z Polski, którzy łakną swojskiej nuty. Najpopularniejsza w tym środowisku była polka, więc Lewan postanowił, że stworzy imperium polki.

Pieniądze pozyskuje od fanów, którym wystawia niezarejestrowane weksle i  obiecuje kilkunastoprocentowe odsetki. Jego działalność szybko zwraca uwagę Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, od której dostaje upomnienie. Obiecuje poprawę, przestaje wystawiać weksle na swoją firmę. Po czym natychmiast zakłada drugą i kontynuuje działalność.

Największy napływ inwestorów przynoszą mu wycieczki do Rzymu, podczas których uczestnicy mają szansę spotkania z papieżem Janem Pawłem II. Nikt nie wie jakim cudem Lewan był w stanie to organizować, podobno pomagał mu w tym fakt, że jego ojciec był sąsiadem i przyjacielem Karola Wojtyły.

Klienci walą drzwiami i oknami, skonstruowany przez Lewana schemat Ponziego ma się coraz lepiej. Zyski z inwestycji wypłacane są z wpłat nowych klientów, więc nikt nie panikuje. Lewan staje się gwiazdą, zaczyna brylować na salonach, robi sobie fotki z Donaldem Trumpem, Georgem Bushem czy Lechem Wałęsą. Ba, otrzymuje nawet nominację do nagrody Grammy. Jednak jego imperium polki chwieje się coraz bardziej.

Wpada z powodu miłości do kobiety. Jego żona postanawia wystąpić w konkursie Mrs Pensylwanii, wygrywa ale okazuje się, że wyniki zostały sfałszowane. Organizatorzy proszą ją o zwrot korony i nagród, ta odmawia, zaczyna robić się smród. Inwestorzy przestają wierzyć w szczerość i dobre intencje Lewana, i zaczynają się wycofywać z interesu. Być może Jan dałby radę ciągnąć to jakoś dalej, ale w 2001 roku w wypadku autobusu, którym jechał jego zespół, ginie dwóch członków bandu a jego syn odnosi ciężkie rany. Lewan rozkleja się kompletnie, grozi że jeżeli syn nie przeżyje on popełni samobójstwo. A swoich inwestorów przekonuje, że wszystkie dokumenty niezbędne do wypłacenia odsetek zostały zniszczone w wypadku. Następnie zrywa z nimi kontakt.

Nie chce uciekać z kraju, jak sam twierdzi, jest gotów zmierzyć się z konsekwencjami. W trakcie śledztwa okazuje się, że Lewan oszukał około 400 osób na blisko 5 mln dolarów. Trafia na 5 lat do więzienia. Dziwi to, że pierwsze cztery lata wyroku spędza w więzieniu o zaostrzonym rygorze, do którego przestępcy gospodarczy raczej nie trafiają. Tam jeden ze współwięźniów podcina mu gardło. Lewana udaje się uratować.

Po wyjściu na wolność Jan zobowiązał się, że zwróci wszystkim inwestorom wyłudzone od nich pieniądze. Raczej nie ma na to szans, bo obecnie przebywa na emeryturze, występuje rzadko, wycieczki organizuje sporadycznie. Jego imperium się rozpadło. W wieku 77 lat trudno zacząć budować coś nowego.

Paradoksalnie okazało się, że najlepiej na oszustwach wyszli ci, którzy wyrolowali państwo.