Ponieważ od kilku tygodni głośno o firmie GetBack, dzisiaj napiszę kilka zdań o obligacjach. Niektórzy cały czas myślą, że jeżeli papier nazywa się „obligacja” to jest bezpieczny i można go kupować w ciemno. Jak uczy przykład niefortunnie inwestujących w GetBack, nie zawsze i nie do końca.

Najkrócej mówiąc, obligacje są formą pożyczania pieniędzy z rynku w formie innej niż pożyczka, kredyt czy emisja akcji. Trudno ocenić, czy wyemitowanie obligacji jest łatwiejsze od pozyskania kredytu komercyjnego, na pewno są one tańsze.

Co do definicji, obligacja jest papierem wartościowym, w którym strona emitująca stwierdza, że jest dłużnikiem nabywcy, zwanego elegancko obligatariuszem. Emitent zobowiązuje się do spełnienia określonego świadczenia, najczęściej pieniężnego. Co oznacza, że po określonym terminie wykupi od nas taką obligację, płacąc nam jej cenę i dodatkową premię. Ta premia to zysk kupującego.

Obligacje ze świadczeniem niepieniężnym mogą dotyczyć na przykład przeznaczenia obligacji komunalnej na wykup mieszkania od gminy i uzyskania zniżki w cenie.

Obligacje możemy sobie dzielić w zależności od tego, jaki mają okres wykupu, na ich wartość sprzedaży, dodatkowe opcje, poziom ryzyka inwestycyjnego i emitenta. Skoncentruję się na tych dwóch ostatnich.

W powszechnej świadomości pokutuje przekonanie, że obligacje emituje Skarb Państwa i z tego powodu są to papiery bezpieczne. O tym, jak bezpieczne były kwity wyemitowane przez Grecję czy ostatnio Argentynę i Wenezuelę, możemy się przekonać, patrząc na to co się tam działo lub aktualnie dzieje. Ale zasadniczo to prawda, że obligacje państwowe są bezpieczne, gdyż całe kraje stają się niewypłacalne bardzo rzadko.

Jednak obligacje może emitować również samorząd terytorialny, a o bankructwo gminy już łatwiej. Najciekawszym i potencjalnie najbardziej zyskownym papierem spośród obligacji są obligacje korporacyjne, emitowane przez przedsiębiorstwa. Na nich można zarobić najwięcej, ale też najłatwiej stracić. Nawet duża, stabilna firma może popaść w kłopoty i się wyłożyć, o czym świadczy choćby przykład firmy GetBack.

Jak wspomniałem, obligacje można też podzielić ze względu na poziom ryzyka inwestycyjnego. Tutaj na pomoc przychodzą nam agencje ratingowe, które oceniają firmy i instrumenty finansowe właśnie ze względu na ryzyko. Zaufanie do agencji zostało podkopane podczas kryzysu finansowego w roku 2008, gdy przyznawały najwyższe oceny papierom ryzykownym a nawet śmieciowym. Niestety, na razie nie wymyślono niczego lepszego, więc bazujemy na ich ratingach.

I tak z jednej strony mamy obligacje wolne od ryzyka albo oceniane bardzo wysoko, których emitentami są rządy państw i organizacje ponadnarodowe. Na przeciwnym biegunie są tzw. obligacje śmieciowe. Inwestycje w nie są niebywale ryzykowne, ale jednocześnie mogą przynieść ponadprzeciętny zysk. I od naszej strategii inwestycyjnej zależy na jaki sposób zarabiania się zdecydujemy – bezpiecznie ale z niewielką premią, czy raczej duże ryzyko z nadzieją na duże pieniądze.

Czym się różnią obligacje od akcji?
No dobra, mówimy o tych obligacjach, a czym niby one się różnią od akcji? Jedno i drugie to papier wartościowy, możemy w nie inwestować, gdzie różnice?

Obligacje nie dają posiadaczowi żadnych uprawnień względem emitenta, dotyczących współwłasności firmy, wypłacanej dywidendy czy możliwości uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Kupując obligacje nie zyskujemy ani władzy, ani wpływu, ani prawa do wypłaty dywidend. Jak wspomniałem na wstępie, emisja obligacji jest jednym z wielu sposobów finansowania i stanowi alternatywę dla kredytu albo pożyczki.

Jaki pożytek ma z tego emitent? Pozyskuje pieniądze taniej i łatwiej niż z kredytu. Ma możliwość ustalenia oprocentowania, częstotliwości wypłaty odsetek czy możliwości wcześniejszej częściowej lub całkowitej spłaty obligacji. Dla kupującego z kolei obligacja to możliwość uzyskania odsetek wyższych od tych z lokat bankowych.

Inwestowanie w obligacje jest dość bezpieczną grą, ale miejmy świadomość, że na niej też możemy stracić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy namawia nas na nie „doradca” inwestycyjny, który zapomina wspomnieć, że nasze pieniądze pożyczymy nie państwu a firmie. Pamiętajcie – zawsze dopytujcie o szczegóły, drobny druk czytajcie przynajmniej trzy razy a lista ostrzeżeń publicznych KNF waszym najlepszym przyjacielem.