W prasie Bitcoin, w radio Bitcoin, w telewizji Bitcoin. Jeżeli stare media zainteresowały się Bitcoinem, sprawa jest poważna. Niektórzy nawet twierdzą, że sprawa jest poważna na tyle, że czas na korektę kursu. Określają to mniej grzecznie, jako „golenie baranów” a nie korektę, co oznacza, że akcję na Bitcoinie uznali za bańkę spekulacyjną. Wyjaśnimy ten fenomen.

 

Od razu mówię, że nie zadeklaruję się po żadnej ze stron, chociaż coraz bardziej przychylam się do opcji „Bitcoin jako bańka”. Pochylmy się nad zagadnieniem.

Bańka spekulacyjna nie powstaje w jeden dzień, to trwający jakiś czas proces wzrostu lub spadku cen określonego towaru albo akcji. Proces charakteryzuje się tym, że jest niezrównoważony. Nic nie uzasadnia gwałtownego drożenia Bitcoina, a jednak drożeje. Proces jest również samonapędzający się. To bardzo ważne i działa następująco.

Inwestor dowiaduje się o Bitcoinie. Kursy przebijają dach, ale wszyscy mówią, że będzie drożeć i jak ktoś nie wsiądzie teraz do tego wagonika, będzie żałował. Rynek oczekuje dalszego wzrostu wartości kryptowaluty, co przyciąga kolejnych inwestorów, którzy są bardzo zainteresowani zyskami. Które niewątpliwie uzyskają inwestując wwłaśnie Bitcoiny. Przecież one już kosztowały kiedyś ponad 18 tys. dolarów za sztukę, na pewno jeszcze zdrożeją! O rany, dzisiaj kosztują niecałe 7 tys. dolarów, warto wejść, gdyby miały ponownie osiągnąć historyczne maksima.

W przypadku bańki spekulacyjnej, wzrostu cen nie uzasadniają czynniki ekonomiczne czy finansowe. Stoi za nimi wyłącznie aspekt psychologiczny. Wzrost cen jest generowany w naszych głowach. Zakładamy, że będzie drożej, wkładamy w to pieniądze i voila – jest drożej! I dopóki będą pojawiać się nowi inwestorzy, będzie drożało. A potem duży zawodnik zaczyna realizować zyski, rzuca towar na rynek i zaczyna się panika oraz duże korekty cen.

To odróżnia bańkę od hossy. W przypadku tej pierwszej po dużych wzrostach następuje pęknięcie bańki, obydwie te rzeczy następują jedna po drugiej. Stan bańki jest tymczasowy, w kategoriach procesów gospodarczych nie trwa długo i kończy się płaczem i bankructwami. Gdy bańka pęka, sytuacja wraca do normalnego stanu wartości danego aktywu czy towaru. W przypadku hossy i prawidłowego wzrostu, wartość danego towaru czy aktywu zmienia się fundamentalnie i odzwierciedla jego faktyczną wartość a nie wyobrażenia inwestorów.

Retrobańki
Przejdźmy do ciekawszej części, w której pokażę kilka klasycznych i znanych baniek spekulacyjnych. Za najstarszą uznaje się tulipomanię. Tulipany trafiły do Europy w XVI wieku. Szczególną popularność osiągnęły w Zjednoczonych Prowincjach Niderlandzkich, zresztą Holandia kojarzona jest z tymi kwiatami do dziś. Elity zaczęły konkurować między sobą, chwałę i sławę zdobywali posiadacze najrzadszych odmian tulipanów. Tulipany rozwijają się dość wolno, więc ceny ruszyły w górę. Cebulki najrzadszych odmian trafiały na licytacje, ludzi ogarnęło szaleństwo.

Na dodatek holenderskie tulipany zaatakowała choroba, która powodowała, że płatki przybierały fantastyczne kształty i kolory, odcienie, pofałdowania, wystrzępienia na krawędziach płatków. Hodowcy i kolekcjonerzy podejrzewali, że choroba rozprzestrzenia się nie przez nasiona a przez cebulki, co wywindowało dodatkowo ich cenę, upodabniając zakupy do loterii. Mogłeś dostać cebulkę, z której wyrósł w miarę normalny kwiat, mogłeś również trafić taką, która dała ci unikalnego tulipana. Ludzie oszaleli jeszcze bardziej.

Kwiaty stały się tak modne i pożądane przez kupujących, że cena cebulek potrafiła wzrosnąć nawet o 2000 proc. w miesiąc. Ludzie inwestowali oszczędności, zaciągali kredyty, w skrajnych przypadkach wyprzedawali majątek tylko po to, żeby móc kupić tulipany i odkuć się z przyszłych zysków. Niektórzy twierdzą, że to gorączce tulipanowej zawdzięczamy pojawienie się kontraktów terminowych i opcji.

Bańka „wystartowała” pod koniec roku 1634, zakończyła się efektownym załamaniem na początku roku 1637. Szczyt przypadł na rok 1636, w którym ktoś kupił cebulkę gatunku Semper Augustus za 6 tys. guldenów. Żeby to osadzić w kontekście, stanowiło to równowartość ok. 40 średnich rocznych zarobków, które wtedy wynosiły 150 guldenów. Pęknięcie pogrążyło gospodarkę Niderlandów w kryzysie na długie lata. Wszystko z powodu kwiatków.

Bańki, które dotknęły Kompanię Mórz Południowych i Kompanię Missisipi miały podobne podłoże – obie spółki emitowały akcje i kusiły inwestorów wizją niebywałych zysków w przyszłości. Zyski miały pochodzić z zamorskiego handlu, w pierwszym przypadku z Ameryką Południową, w drugim głównie z Luizjaną. W obu przypadkach inwestorzy sztucznie napompowali popyt, po czym nastąpiło urealnienie – żadna z Kampanii nie zrealizowała zakładanych zysków i kurs akcji załamał się prawie z dnia na dzień. Efektem były bankructwa tych, którzy nie zdążyli pozbyć się akcji w odpowiednim momencie.

Bańka lat 20-tych zakończyła się Czarnym Czwartkiem 24 października 1929 roku. Wepchnęła gospodarkę Stanów Zjednoczonych w Wielki Kryzys i zniszczyła ją niemalże z dnia na dzień. Kupowanie wszystkiego, łącznie z akcjami na kredyt, zemściło się na Amerykanach wyjątkowo brutalnie.

Klęska dot-comów
Bańkę internetową aka dot-comową starsi z nas oglądali na żywo. Napędził ją rozwój technologii wykorzystujących internet. Spółki inwestujące w rozwiązania oparte o sieć, stały się bardzo szybko przedmiotem zainteresowania inwestorów. Swoją cegiełkę dołożyły fundusze venture capital, które rozrzucały pieniądze na lewo i prawo i oferowały je firmom, które nie miały doświadczenia w branży. Niektórzy śmiali się, że wystarczy w nazwie mieć człon com albo net, żeby dostać kasę. Zdarzały się inwestycje w sam pomysł, bez żadnej wspierającej go infrastruktury.

Za początek bańki uznaje się rok 1995, gdy pojawiła się pierwsza wersja przeglądarki Netscape. W tym roku liczbę użytkowników Internetu oceniało się na 18 mln. Wraz z pojawieniem się Netscape zaczęła lawinowo rosnąć, czyniąc sieć miejscem bardzo perspektywicznym i potencjalnie bardzo intratnym. Na zainteresowanie się kapitału nową technologią wpłynęły również niskie stopy procentowe. Lęk przed „pluskwą milenijną” zmusił użytkowników do wymiany sprzętu i oprogramowania, dodatkowo pompując kurs akcji takich firm jak IBM, Cisco czy Microsoft.

Co więcej, nowopowstające dot-comy oferowały swoim pracownikom absurdalnie wysokie pensje i akcje. Programiści z dnia na dzień zostawali milionerami, bo przecież kurs akcji szybował. Pieniądze reinwestowali w kolejne akcje, pomnażając swój majątek. Przynajmniej na papierze. Gdy w 2000 roku inwestorzy w końcu stracili cierpliwość i powiedzieli „sprawdzamy”, cały ten domek z kart runął z hukiem. Dot-comy bankrutowały w takim tempie, że nie nadążaliśmy sprawdzać, kogo już nie ma na rynku. Niektóre serwisy, działające jeszcze rano, wieczorem się zamykały.

Najlepszym chyba przykładem tego szaleństwa jest firma Think Tools, która osiągnęła wycenę rynkową na poziomie 2,5 mld dolarów, pomimo braku perspektyw na stworzenie jakiegokolwiek działającego produktu.

Natomiast bańkę hipoteczną zakończoną światowym kryzysem pamiętamy wszyscy, zwłaszcza posiadacze kredytów mieszkaniowych we frankach.

Kapitał spekulacyjny gigantycznej wartości krąży po świecie, szukając okazji do zarobku. Kolejna gigantyczna bańka jest kwestią czasu. Niczego się nie uczymy, przez co skazani jesteśmy na powtarzanie ciągle tych samych błędów. Dlatego trzymam się zasady „jeżeli okazja jest zbyt dobra, ktoś prawdopodobnie chce mnie oszukać”. Nie namawiam do zarzucenia inwestowania i wyjazdu w Bieszczady. Sugeruję tylko podążanie za rozsądkiem, a nie za tłumem.