Żar leje się z nieba. Taka spiekota w mieście to piekło. W niedzielę trzeba będzie wybrać się nad zalew. Upał daje w kość, wyciąga z nas siły, dramatycznie obniża produktywność i wzbudza w nas nagłą chęć do wyjechania gdziekolwiek, gdzie będzie woda, cień i zimne drinki pod palmą.

Robimy wszystko, żeby nie przedawkować gorąca, bo to boli, zarówno na ciele, jak i na portfelu. Tak, tak, upał to realne koszty, które można przeliczyć na brzęczącą monetę. Ile właściwie kosztuje nas wszystkich ta absurdalna temperatura?

Zimne drinki w pracy

Czy wiecie o tym, że gdy pracujemy w gorące dni, ze strony pracodawcy przysługują nam dodatkowe prawa? Dla nas zysk, dla szefa koszt. Na przykład musi zapewnić pracownikom napoje. W przypadku pracy na otwartej przestrzeni, picie na koszt pracodawcy zaczyna się od plus 25 stopni, w biurze od plus 28. Na dodatek zimne napoje muszą być dostępne cały dzień, a nie tylko od 13 do 14:12. Zrobiłem kilka wyliczeń, których nie należy traktować zbyt poważnie.

W pierwszym kwartale tego roku GUS donosił, że w Polsce jest 13 112 000 pracowników najemnych. Założyłem optymistycznie, że aż połowa szefów zabezpiecza swoim pracownikom wodę. I z tej połowy, aż połowa kupuje wodę a nie sugeruje kranówkę. Policzyłem też, że w taki upał trzeba wypić przynajmniej jedną półtoralitrową butelkę na osobę. I wyszło mi, że przy tych karkołomnych założeniach, pracodawcy w skali kraju dziennie wydają na wodę butelkową 3 mln zł.

Klima, wiatrak, żaluzja i bumelka

To nie koniec naszych upałowych praw. Pracodawca musi chronić nas nie tylko przed odwodnieniem, ale i nadmiernym nasłonecznieniem. Żaluzje, rolety, malowanie szyb specjalną farbą to minimum. Szef może, chociaż nie musi, zainstalować nam klimatyzację albo postawić wiatraczek. Wyliczenia kosztów tych zabezpieczeń się nie podejmuję, ale sprawdzimy ile może kosztować egzekwowanie innego prawa – szybsze odesłanie pracowników do pracy albo ustanowienie przerw na czas najwyższych temperatur. I znowu, to nie obowiązek ale prawo, dlatego poczynimy karkołomne założenia.

Przyjmijmy, że czas największego terroru słonecznego nie przekracza u nas trzech godzin. Nieważne czy będzie to przerwa, czy wcześniejsze wyjście z pracy. Nikt nie wie, ile firm faktycznie decyduje się na takie rozwiązania, dlatego możemy przyjąć co chcemy. Uznam, że podczas największych upałów taka możliwość oferowana jest 20 proc. pracowników. Jeszcze tylko średnia pensja. Tym razem wezmę dane dotyczące zarobków w firmach do 10 osób, które dominują w naszej gospodarce. W roku 2017 średnia stawka godzinowa wyniosła w nich 11,60 zł netto. Z prostego mnożenia wynika, że przerwa albo wcześniejsze wyjście z pracy kosztuje nas dziennie 91,26 mln zł.

Koszty demograficzno-zdrowotne

Fale upałów powodują również koszty, których przeliczyć się nie da. Oprę się na badaniu przeprowadzonym w latach 1960-1990, według którego liczba zgonów wynikających z niewydolności układu krążenia związanych z wysoką temperaturą, wzrosła ze 100 do 550 na 100 tys. mieszkańców. Aktualnie udało się nam „zbić” tę wartość do 450 osób. Oznacza to, że rocznie z powodu upałów tracimy ponad 170 tys. osób. Kwoty nie do wyliczenia, bo jak wycenić koszt bólu po utracie bliskiego?

Możemy za to spróbować policzyć koszt wyjazdów karetek z powodu zasłabnięć i udarów. W Polsce jest obecnie 228 Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Nie mam oczywiście dostępu do szczegółowych danych, ale z kawałków informacji odnalezionych w sieci wynika, że w upalne dni dzienna liczba wezwań z powodu temperatur rośnie o 150-200 zgłoszeń. Przyjmując odważne założenie, że karetka wyjeżdża tylko do co drugiego zgłoszenia, i że średni koszt wysłania karetki wzięty z oferty komercyjnej wynosi 300 złotych, dziennie kosztuje to nas 6,8 mln złotych.

Polskie sumienie – węgiel

3 maja 2018 roku padł kolejny rekord dziennego zużycia prądu. Zapotrzebowanie na energię w szczytowym momencie wyniosło 23 680 megawatów. Rekord odnotowano o godzinie 13:15. I oczywiście spodziewane są kolejne, bo pogoda nie odpuszcza. Gdzie tu koszty? Ano tak się składa, że wiele elektrowni jest chłodzonych wodą. Polska energetyka węglowa to największy wodożerca w Polsce, aż 70 proc. poboru wody przypada na nią. Pozostałe 30 proc. obsługuje pozostałe gałęzie przemysłu i nasze zużycie indywidualne. Średnia globalna dla energii pochodzącej z węgla to tylko 6,8 proc., pod tym względem jesteśmy absolutnym rekordzistą świata.

No i w upały robi się problem, bo z jednej strony obniża się poziom wody w rzekach i zbiornikach wodnych, z których czerpią ją elektrownie, a z drugiej bijemy rekordy zapotrzebowania na prąd. Jakby tego było mało, podczas upałów woda jest na tyle ciepła, że nie pozwala na chłodzenie bloków energetycznych. Spada więc ich wydajność i operator sieci może albo ograniczyć dostawy energii, albo dokupić prąd za granicą. To nie koniec nieszczęść, wysokie temperatury to wyższe straty energii na liniach przesyłowych, przy temperaturach powyżej 30 stopni, sięgają one nawet 30 proc.

Dwudziesty stopień zasilania

20 stopień zasilania, który mieliśmy ostatnio w 1989 roku, powtórzył się w 2015. Oznacza on, że duże zakłady produkcyjne dostają tylko tyle energii, żeby bezpiecznie wygasić produkcję i odesłać ludzi do domu. Nikt nie jest w stanie policzyć faktycznych strat dla gospodarki, ale operujemy tutaj na poziomie miliardów złotych. My, jako odbiorcy indywidualni mamy szczęście, że jest rok wyborczy i rząd nie pozwoli na podwyżki cen prądu. Ale poczekajmy jeszcze ze dwa lata i po tym czasie przeanalizujmy bacznie swoje rachunki.

Miejska ściana wody

Na koniec policzę coś mniej poważnego, czyli koszt kurtyn wodnych w Warszawie. Nie wiem, z jakich rozwiązań korzysta miasto, więc przyjąłem, że są to tradycyjne kurtyny strażackie. Jedna zużywa średnio 3 metry sześcienne wody na godzinę. Działają przez 8 godzin, jest ich w sumie 9. Dziennie kosztują nas tylko 2,5 tys. złotych.

Omówiłem tutaj tylko kilka przykładów wpływu pogody na nas i na gospodarkę. Ale już choćby z tych kilku pobieżnych i mocno zaokrąglonych wyliczeń widać, że upały to realny koszt liczony w brzęczącej monecie. Z przykrością stwierdzam, że koszty te ponosimy wyłącznie przeciwdziałając skutkom. Jeżeli nie zaczniemy łożyć na walkę z przyczynami, do końca tego wieku znajdziemy się w takiej sytuacji, że koszt wody dla pracowników będzie naszym najmniejszym zmartwieniem. No ale o społecznych i finansowych kosztach zmiany klimatu opowiem może przy innej okazji.