Na koniec mojej krótkiej serii zostawiłem inwestycje obarczone bardzo wysokim poziomem ryzyka. Niektóre z nich są właściwie gwarancją straty wszystkich pieniędzy, na innych stracisz połowę, w przypadku kolejnych będziesz mówił o szczęściu pod warunkiem, że utrzymasz kapitał. Na rynkach, o których za chwilę, wygrywają nieliczni. Liczyć na to, że będziemy w tej grupie jest oznaką dużego optymizmu i wiary we własne szczęście.

Inwestycje w nieruchomości, do jakich namawiają nas deweloperzy, są jakimś sposobem na zarobek, ale mają za dużo wad. Pomysł jest genialny – wykładamy gotówkę, kupujemy małe mieszkanie i wynajmujemy je. Firm oferujących takie rozwiązanie jest mnóstwo, kuszą potencjalnych klientów zyskami na poziomie 10 proc. rocznie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znajdują chętnych. Owszem, w idealnie kulistym świecie byłoby to do zrobienia. Natomiast w rzeczywistości nasz biznesplan inwestycyjny wykłada się w momencie, w którym nie możemy przez pół roku znaleźć chętnego do wynajmu albo musimy po niechlujnym lokatorze przeprowadzić duży remont.

Na dodatek wielu inwestorów zdaje się zapominać, że horyzont czasowy  inwestycji w nieruchomość to jakieś 20-30 lat. To nie lokata w banku, z której pieniądze wyjmiemy od ręki. Mówimy o mieszkaniu, w którym zamrażamy kapitał na bardzo długo. Według badań przeprowadzonych na początku roku 2017 przez brokerów Metrohouse S.A. średni czas oczekiwania na sprzedaż mieszkania to 137 dni. I nie mamy gwarancji, że znajdziemy chętnego na zakup po cenie, która nas satysfakcjonuje.

Na tej inwestycji nie stracimy wkładu, bo nawet jeżeli wynajem nie wypali, zostajemy z mieszkaniem. Natomiast w przypadku skrajnie niekorzystnego splotu okoliczności, możemy być w plecy solidne kilkanaście a nawet kilkadziesiąt procent. Inwestujący w nieruchomości pod wynajem zdają się czasami nie pamiętać, że utrzymanie mieszkania kosztuje a pustostan z jakichś tajemniczych powodów niszczeje szybciej, niż lokal zamieszkały przez lokatorów. Raczej odradzam.

Jest wcale spora grupa drobnych inwestorów, którzy wierzą w to, że to akurat im wyjdzie na giełdzie. Przeczytałem dziesiątki historii polskich graczy, którzy startowali z takim przekonaniem. U każdego jak mantra powtarza się hasło „pierwszy portfel wyzerowałem”. Owszem, możemy wrzucić pieniądze w akcje spółek wchodzących w skład WIG20 i liczyć na to, że nie uderzy kolejny kryzys, ale ponadprzeciętnych zysków raczej się nie spodziewajmy.

Liczenie na to, że akurat nam uda się trafić na giełdzie fuksa, po którym będziemy pławić się w dostatku, jest naiwne. Żeby grać na giełdzie bardziej agresywnie i oczekiwać wyższych zysków, trzeba się znać na rzeczach. Nie do wszystkich to dociera i potem jest płacz, szok i niedowierzanie. Ludzie stosują przeróżne taktyki, niektóre nawet by się nadawały, gdyby tylko dotyczyły szansownych spółek. We wspomnieniach amatorów (tych, którzy zgodzili się opowiedzieć o swoich porażkach) bardzo często przewija się motyw grania na niskie kursy akcji. Ale nie granie na spadek, tylko kupowanie akcji firmy w momencie, w którym ta znajduje się w historycznie najniższym kursie.

Ludzie wierzą, że skoro jest najtaniej i kurs akcji ustabilizował się na tych minimach, teraz musi się odbić. Otóż wcale nie musi, tak samo, jak szesnastokrotne wypadnięcie na rulecie koloru czarnego nie oznacza, że następnym razem już koniecznie musi paść na czerwone. Takie myślenie najlepiej podsumował Dostojewski w „Graczu”: Rozumie się, wszyscy natychmiast porzucają czerwone już po dziesięciu razach, i prawie nikt nie decyduje się na nie stawiać. (…) Doświadczony gracz wie, co znaczy ten „upór przypadku”. Na przykład zdawałoby się, że po szesnastu razach czerwonego, siedemnaste uderzenie wypadnie z pewnością na czarne. Tłumnie rzucają się na to nowicjusze, podwajając i potrajając stawki, i strasznie się zgrywają.”

Przyjmijmy, że jesteśmy nowicjuszami a giełda to taka ruletka, wtedy łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że na fuksa nie ma co liczyć. Zamiast tego trzeba siąść do uczenia się giełdy. Wtedy jest szansa, że po roku zacznie bardziej ona przypominać szachy lub brydża, gdzie liczy się nie tylko przypadek.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie szatański wynalazek.

Od kilku lat falami uderzają w nas reklamy opcji binarnych, stuprocentowo pewnych i sprawdzonych platform i aplikacji tradingowych albo niebywałych okazji zarobkowych na największej giełdzie świata. Pewnie znacie Krzyśka, kierowcę taksówki, który odkrył cudowny sposób, dzięki któremu zarabia 800 euro dziennie, poświęcając na to godzinę. Pod tymi chwytnymi hasłami kryje się Forex, czyli giełda walutowa. Mógłbym pisać długo i namiętnie o ryzyku związanym zarówno z samą grą na Forexie, jak i z pokusą wykorzystania dźwigni, dzięki której nasze zyski poszybują w kosmos. Zamiast tego zdradzę wam tajemnicę.

Jeżeli nie jesteście doświadczonym zawodnikiem, który Forexowi poświęca cały wolny czas, to jedyną skuteczniejszą metodą stracenia kasy od gry na tej giełdzie, jest wrzucenie pieniędzy do ogniska. Na Forexie wygrywają jedynie rekiny.

O inwestycjach w niepewne biznesy mówiłem i powtórzę to jeszcze raz. Jeżeli ktoś obiecuje wam szybki i wysoki zysk, oznacza to, że albo was oszuka albo oszwabi. Trzeciego wyjścia nie ma. Dlatego ostrzegam po raz kolejny przed napalaniem się na geniuszy rynków, którzy obiecują inwestycje w złoto, platynę, diamenty, odpady (tak, są też tacy) czy dzieła sztuki. Nie liczmy na to, że po pół roku będziemy się wachlować pieniędzmi, zostaną nam co najwyżej bezwartościowe „certyfikaty udziału”.