Finansowanie społecznościowe, czyli crowdfunding, przestaje być na polskim rynku metodą na zebranie małej sumy na niewielkie projekty. Od 21 lipca od internetowego tłumu będzie można zebrać w Polsce już nie 100 tys. euro (ok. 429 tys. zł), a 1 mln euro. Planowane jest też dalsze zwiększenie limitu – aż do 5 mln euro. To nowa szansa dla startujących biznesów i nowych platform crowdfundingowych, które już szykują się do wejścia na polski rynek.

Dla osób poszukujących pieniędzy na ruszenie z własnym biznesem crowdfunding stał się realną alternatywą dla kredytów bankowych czy wsparcia inwestorów. To, co w 2009 roku wydawało się ciekawym internetowym eksperymentem, dziś ma status jednej z najważniejszych zmian na globalnym rynku kapitałowym. Polska nowym prawem próbuje dogonić czołówkę świata nowych finansów. Tym bardziej, że zachwiana Brexitem pozycja lidera, jakim na rynku alternatywnych finansów była do tej pory Wielka Brytania, tworzy ciekawą szansę dla Warszawy.

Polska prawie no limits
W Polsce rynek zbiórek społecznościowych rozwija się od 2011 roku i do teraz można było w ramach zbiórek społecznościowych pozyskać maksymalnie 100 tys. euro (ok. 420 tys. zł – taki limit ustanowiło polskie Ministerstwo Finansów, przyjmując najmniejszy z możliwych limitów przewidzianych w unijnej dyrektywie z 2003 roku). W 2017 Unia uchwaliła nowe prawo, więc Polska ma teraz kolejną okazję na nowo ustalić limity zbiórek. I planuje wykonać prawdziwy żabi skok – zwiększa limit aż dziesięciokrotnie.

Co oznacza zwiększenie limitu? Więcej pieniędzy będzie można zebrać na realizację swoich pomysłów od internetowej społeczności w ramach tzw. crowdfundingu udziałowego. Udziałowy to ten, w którym osoba wpłacająca pieniądze dostaje nie tylko drobny upominek czy obietnicę pierwszeństwa w zakupie produktu (to tzw. crowdfunding nagrodowy) – w crowdfundingu udziałowym dostaje ona realne udziały w przyszłym sukcesie projektu. Prawie jak na giełdzie: pieniądze za akcje.

Czym różni się taka akcja crowdfundingowa od emisji akcji na giełdzie? Sam mechanizm jest bardzo podobny, ale do tej pory polskie prawo uznawało, że jeśli pozyskujemy kwoty mniejsze niż 420 tys. zł, to nie podlegamy tak szczegółowemu nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego jak spółki notowane na giełdzie.

–  W tej chwili wejście na platformę crowdfundingową to koszt 8 tys. złotych ze wsparciem z przygotowaniem strony, statutu, zgłoszenia do KNF, promocji wśród inwestorów, potem zamknięcie kampanii z sukcesem to kolejne 4 tys. zł. Do tego dochodzi 6,9 proc. success fee dla platformy.  W crowdfundingu też zawsze trzeba coś włożyć, żeby wyjąć – tłumaczy Bartosz Filip Malinowski, strateg i konsultant w WeTheCrowd, autor książki “Crowdfunding udziałowy dla startupów”.  Ale dla wielu nowych biznesów platformy to i tak o niebo tańsze rozwiązanie niż giełda, gdzie samo przygotowanie głównej dokumentacji – prospektu emisyjnego kosztuje od 50 tys. zł w górę.

Kto zarobi na zmianach?
Na pewno zwiększenie do 4 mln zł limitu kwot, które można pozyskać w sieci sprawi, że oprócz młodych firemek i niszowych projektów gier czy książek, po pieniądze do platform crowdfundingowych zwrócą się firmy, dla których zbiórka stanie się alternatywą na przykład dla kredytu bankowego To, co kilka lat temu wydawało się zabawą internautów, właśnie staje się bardzo ważnym źródłem kapitału dla firm.Taki kapitał ma jeszcze jedną zaletę: buduje wokół firmy od razu zaangażowaną społeczność, która może stać się zarówno gronem klientów, jak i dobrym kanałem promocji produktu.

Na zmianach zarobią oczywiście platformy organizujące zbiórki: dla nich, podniesienie limitów zbiórek z 420 tys. zł do 4 mln zł to obietnica większych zysków z prowizji. Na razie na polskim rynku działa jedna prawdziwa platforma crowdfudingu udziałowego. – Beesfund, która do tej pory zebrała w ramach zbiórek społecznościowych ponad 6 mln zł..  – W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy platformy crowdfundingowe będą wyrastały jak grzyby po deszczu – prognozuje wzrost konkurencji na rodzimym rynku Bartosz Filip Malinowski.Swoją platformę udziałową szykuje m.in. polskie Wspieram.to, a drogę na polski rynek toruje sobie szwedzki gigant crowdu – FundedByMe.

Życie inwestycyjne Polaków
Na platformie crowdfundingowej inwestorem może zostać każdy. Wystarczy wpłacić kilkadziesiąt złotych. Mimo to, finansowanie społecznościowe w zamian za udziały rozwija się znacznie wolniej niż crowdfunding nieudziałowy. Polacy chętniej wpłacą 50 zł na projekt filmu w zamian za kubek niż za udziały. Rozwija się teraz wiele serwisów tematycznych: na zagramw.to można wesprzeć powstanie gry planszowej; na fans4club.pl kibice zbierają na transfer zawodnika do swojej ulubionej drużyny, a artystom możemy sypnąć groszem na wspieram-kulture.pl.

Rozwój crowdfundingu udziałowego to szansa dla Kowalskiego na ulokowanie pieniędzy w coś, co ma potencjał zysku. Dla wielu z nas to może być początek przygody z rynkiem inwestycyjnym.- Na ile rynek inwestorów prywatnych w Polsce drgnie? Nie ma w Polsce jakiejś specjalnie rozwiniętej kultury inwestycyjnej. Do tej pory firmy były wspierane przez profesjonalnych inwestorów zrzeszonych w sieci crowdfundingowej albo oddaną społeczność spółki, która już istnieje np. browar Inne Beczki czy jakaś cydrownia. Na pewno na polskim rynku crowdfundingu udziałowego przydałaby się dobra historia zwrotu z inwestycji mówi Malinowski.