Gdy gwiazdy amerykańskiego showbizzu od Beyonce po Miley Cyrus zaczęły nosić na zębach złote grille, myśleliśmy, że to mrugnięcie okiem w stronę hip hopowej sceny. Głos ghetta wydobywał się przecież zza rzędów dwudziestokaratowych siekaczy. Historia złotych zębów sięga jednak znacznie dalej niż moda Brooklynu i niesie ze sobą o wiele głębsze znaczenia niż ostentacyjny symbol statusu. Jest w niej też trochę smutny sowiecki rozdział.

 

Odnalezione na dnie zatopionych jaskiń Meksyku czaszki starożytnych Majów szczerzyły się do odkrywców pozostałościami złotych zębów. Eksperci twierdzą, że żyjący trzy tysiące lat temu ludzie nie byli w kwestii obnoszenia się z hajsem lepsi od nas: uśmiech z drogocennego kruszcu miał mówić innym, że jesteś zwycięzcą.

Jednak oprócz walorów estetycznych i trudnego do przeoczenia błysku przypominającego blask monet, złoto było wykorzystywane ze względów praktycznych: jest po prostu bardzo wytrzymałe i… tanie. Mało kto wie, że jest jednym z najtańszych materiałów do wypełniania ubytków. Zanim więc zostało symbolem statusu, było po prostu pragmatycznym wyborem sprzed ery porcelanowych wypełniaczy. Jak awansowało do rangi symbolu? Sęk w tym, że niegdyś fanaberią bogatych było w ogóle zajmowanie się stanem swojego uzębienia.

W latach 80-tych amerykańscy raperzy uczynili złote grille i zęby symbolem bogactwa i władzy. Lśniące grille trafiły do mainstreamu, gdy w 1996 roku wietnamski imigrant Johnny Dang (znany również jako The King of Bling oraz The Grill Master) otworzył w Stanach swoje jubilerskie imperium, w którym można było dostać wszelkie rodzaje nakładek – od złotych serc po diamentowe chmurki. Zanim jednak drogocenne zęby awansowały do rangi symbolu, były widywane na ulicach Bronxu i Brooklynu wśród tych, których ledwie było stać na dentystę

 

Złoto ludzi Wschodu
Nieco inną drogę przeszły złote zęby (bo Sowieci nie uznawali nakładek w postaci grillów, tylko szli na całość) w krajach Bloku Wschodniego, w którym stan uzębienia wołał zawsze o pomstę do nieba.

Tutaj złote zęby były po prostu alternatywą do ich braku. Jeśli były symbolem luksusu, to jednak dość smutnego, naznaczonego piętnem komunistycznej bylejakości.

Dlaczego mieliśmy tak straszne uśmiechy, skoro służba zdrowia – w tym wizyty u dentysty – były darmowe? Problem polegał na tym, że o ile nie brakowało dentystów i złota, to były ostre problemy ze znieczuleniem. Ludzie unikali więc wizyt w gabinetach jak diabła i najczęściej trafiali do nich wtedy, gdy zęby same nie chciały wypadać i już nic poza wyrwaniem nie wchodziło w grę. A gdy zębów nie było, można było wstawić nowe, oczywiście – złote. Zanim więc na Wschodzie złote zęby uzyskały status symbolu bogactwa, świadczyły raczej o odwadze właściciela, który wybrał się do dentysty.

Dziurawe zęby też fajne?
I chociaż złoto od setek lat kojarzy się z wartością, to jednak nie tylko ono zbudowało mit złotych zębów jako manifestacji statusu. Zdaje się, że jako ludzie mamy trochę bzika na punkcie samych zębów.

Weźmy choćby amerykański ideał sukcesu: trudno go sobie wyobrazić bez rzędów równych, śnieżnobiałych zębów. W Stanach na punkcie wyglądu uzębienia mają niemal obsesję, a bielszy od bieli hollywodzki uśmiech stał się obowiązującym standardem. Biedni Brytyjczycy, którym natura zębów nie sprezentowała najlepszych, gdy marzą o karierze za oceanem jak Kate Backinsale czy Simon Cowell, muszą wstawiać idealne implanty.

Ale wygląd zębów to nie tylko fiksacja Amerykanów: Wikingowie uważali, że najokazalej prezentuje się uzębienie z wyżłobionymi poprzecznymi kreskami, zamożni Majowie robili w zębach dziury, które wypełniali (wcale nie ze względów medycznych) zielonym nefrytem, a na Filipinach zakładali na nie takie złote grille, że nie można było w nich mówić.

Dziś najgorętszy trend to diamenty (za jedną dziesięciokaratową nakładkę zapłacimy ponad 100 dolarów). Można też zażyczyć sobie wyrycie w porcelanowym zębie wizerunku psa, dzieci lub znajomych, a pewien mieszkaniec Soczi wydał dwa tysiące dolarów za porcelanowe koronki z wizerunkami Władimira Putina i Donalda Trumpa.

To szaleństwo jakoś nie chce się skończyć.