Categories

Student posprząta oceaniczny śmietnik

To z oceanów wyszliśmy na ląd. Tiktaalik, akanto- i ichtiostegi dały początek całemu szeregowi zdarzeń ewolucyjnych, którego ukoronowaniem jest człowiek. I człowiek, poczuwszy się koroną stworzenia i władcą szczytu łańcucha pokarmowego, postanowił się oceanowi, swojej kolebce, odwdzięczyć.

Wrzucając do niego tyle plastikowego śmiecia, że wystarczyło go, między innymi, do uformowania Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. Pozwólcie, że poświęcę jej kilka słów.

Mówi się, że dzisiaj nie da się niczego odkryć, bo wszystko już zostało odkryte. Otóż jest to nieprawda, gdyż WPPŚ odkrył w 1997 roku Charles Moore. Wcześniej, bo w roku 1988, jej istnienie postulowali badacze, prowadzący prace na Alasce. Prądy oceaniczne uformowały ją ze śmieci i plastikowych odpadów, i dryfowała sobie przez lata po Pacyfiku, między Kalifornią a Hawajami. Jakiś czas potem okazało się, że ma siostrę, która ma dyżur bardziej na zachód, między Hawajami a Japonią. Potem odkryto jeszcze kilka takich skupisk.

Odnajdywanie takich pływających wysypisk nie jest łatwe, ponieważ to nie jest zwarta konstrukcja powiązana sznurkiem. Koncentracja plastiku w centralnym punkcie Plamy wynosi 100 kg na kilometr kwadratowy, na obwodach jest to zaledwie 10 kg/km2. Dlatego sama nazwa jest nieco myląca. Plama jest w rzeczywistości Zawiesiną.

Nie wiadomo ile tego śmiecia tam jest, ale szacunki mówią, że może to być 50 tys. ton. Są jednak również tacy pesymiści, którzy twierdzą, że pływa 130 tys. ton. Żeby uzmysłowić skalę problemu, posłużę się płetwalem błękitnym, największym znanym stworzeniem na Ziemi. W wersji lżejszej, Plama waży tyle co 263 tys. płetwali. I gdybyśmy je ułożyli, jednego za drugim, to sięgałyby z mojego dużego pokoju na Mokotowie aż do miasta Chattanooga w stanie Tennessee. Jeżeli zaś założymy, że plama jest cięższa, to te płetwale opaszą prawie równo pół równika. A przecież mówimy tu tylko o jednym skupisku plastikowych śmieci, po oceanach pływa tego więcej.

Plama ma powierzchnię 1,6 mln km2. To sześciokrotna powierzchnia Polski albo prawie trzy Francje. Najgorsze w tej pływającej wyspie jest to, że w większości składa się z fotodegradowalnych tworzyw sztucznych. Mają one tę przykrą właściwość, że nie ulegają pełnemu rozkładowi, tylko rozpadają się na pył. I ten pył, tworzący zawiesinę, i większe odpady, trafiają do łańcucha pokarmowego. Negatywne efekty tym spowodowane dotykają ponad 250 gatunków zwierząt.

Świat przyglądał się temu z dużym zainteresowaniem i minimalną aktywnością do 2008 roku. To wtedy ruszyły projekty oczyszczenia oceanu z tego plastiku, które jednak nie przyniosły jakichś zdecydowanych akcji. Dopiero w 2012 roku światu objawił się holenderski student Boyan Slat, który na TEDxDelft opowiedział o swoim projekcie The Ocean Cleanup. Zainteresowały się nim media, zainteresowały się tłumy. Odpalił croundfunding, zebrał 2,2 mln dolarów i zaczął tworzyć urządzenie do likwidacji Wielkiej Zawiesiny.

Projekt jest genialny w swojej prostocie. System 001 to rura o długości sześciuset metrów, do której podwieszone są sieci. Konstrukcja jest pasywna, to znaczy nie ma żadnych silników, które by nią poruszały. Ustawiona w kształt gigantycznej litery U, dryfuje sobie z tym samym prądem, który spowodował nagromadzenie śmieci, i powolutku je zgarnia. Ponieważ wystaje nad powierzchnię, popycha ją wiatr, więc rusza się szybciej od śmieci, dzięki czemu ma szansę je wyłapać. Co jakiś czas do Systemu 001 podpływa statek, który zbiera plastik a odciążona konstrukcja kontynuuje swoją podróż. Na filmie widać, jak to działa.

Twórca ocenia, że w ciągu pięciu lat System 001 będzie w stanie zgarnąć połowę Plamy. Aktualnie zmierza ku wodom testowym, gdzie przez dwa tygodnie będzie bacznie obserwowany. Jeżeli testy pójdą pomyślnie, konstrukcja ruszy w dalszą drogę. 1000 mil, dzielących ją od Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci ma pokonać w dwa, trzy tygodnie. Myślę, że tej inicjatywie warto nie tylko kibicować, ale i wesprzeć. Zapraszam na stronę projektu, gdzie można wrzucić jednorazową kwotę lub ustawić stałe zlecenie. Nie będą to zmarnowane pieniądze.

 
Categories

6 najlepszych miejsc na prakacje

Dwa tygodnie temu wspomniałem o fantastycznym wynalazku dla zapracowanych, czyli o prakacjach. Jeżeli ktoś tekstu nie czytał, wyjaśnię szybko, że chodzi o taki wyjazd wakacyjny, podczas którego trochę pracujemy, trochę wypoczywamy, trochę się bawimy, trochę rozwiązujemy kreatywnie problemy, trochę zaznajemy nocnego życia i porannego bólu głowy, i trochę podbijamy swoją produktywność.

Opisałem wtedy zjawisko, ale zabrakło najważniejszego. Zabrakło najlepszych miejsc, w których tego typu wypoczynek ma sens. Wybrałem sześć lokalizacji, po jednej dla każdego kontynentu, oprócz Antarktydy. Tam jest bardzo słaby internet.

Afryka
Port Louis, Mauritius


W przypadku Afryki długo zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wysłać was do Cape Town, ale finalnie zdecydowałem się na Port Louis.
Prowadząc umiarkowanie oszczędny tryb życia można tu przeżyć miesiąc za ok. 7 tys. złotych. Prędkość internetu nie poraża, ale też wstydu nie ma, średnio wyciągniemy 10 Mb/s, co powinno wystarczyć do większości zastosowań. W mieście możemy znaleźć dużo darmowych hot-spotów i klikać bezkosztowo. Jeżeli nie musimy pchać przez łącze gigabajtów danych, poradzimy sobie bez problemu. Na miejscu znajdzie się również kilka miejsc, z których możemy pracować, jeżeli znudzi się nam hotel. Świeże, czyste powietrze, miła sercu temperatura i dobra pogoda, przyzwoita opieka medyczna w razie potrzeby oraz zadowalające bezpieczeństwo, sprawiają że to dobry wybór. Tam gdzie trzeba dogadamy się po angielsku, miejscowi są przyjaźnie nastawieni do przyjezdnych. Jest klimatyzacja. Dla spragnionych uciech i rozrywki, istnieje tu życie nocne. Może nie takie, jak w Amsterdamie, ale jak poszukamy, to znajdziemy.

Ameryka Południowa
Hawana, Kuba


Ameryka Południowa boryka się z poważnym problemem związanym z bezpieczeństwem. W wielu tekstach, jako najlepsze miasto do prakacji na tym kontynencie wymienia się Medellin, no ale skojarzenia z kartelem narkotykowym mogą zmiękczyć kolana. Dlatego zamiast Medellin, wybrałem piękną i bezpieczną Hawanę. Miesiąc damy radę przeżyć tam za 6 tysięcy złotych a jedyne wady tego miasta to wolny internet i brak darmowego wifi. Poza tym świetne miejsce do pracy i wypoczynku, aczkolwiek jeżeli zajmujesz się montażem filmów, to na miejscowych łączach nie uradzisz.
W Hawanie można na przykład bawić się w carspottera, bo po Kubie jeździ więcej amerykańskich oldtimerów niż po Stanach. Można zadać sobie odrobinę trudu, wypożyczyć samochód i przejechać wyspę, bo Kuba to przecież nie tylko stolica. A w przerwach między zwiedzaniem, poznawaniem ludzi, próbami rozpoznania, którą walutą zapłaciliśmy, a którą nam wydali i jedzeniem lodów, popracujemy w klimatyzowanym pokoju hotelowym,

Ameryka Północna
Montreal, Kanada


Wszyscy myślą, że jak startupy, przestrzenie do wspólnej pracy, inkubatory przedsiębiorczości i szybki internet, to koniecznie Krzemowa Dolina. Otóż niekoniecznie, bo o ile infrastrukturalnie jest tam idealnie, to koszty są w stanie położyć finansowo całe nasze przedsięwzięcie. Montreal natomiast nie ustępuje pod względem infrastruktury prakacyjnej najlepszym miastom USA, jest od nich natomiast prawie o połowę tańszy. Miesiąc jesteśmy w nim w stanie przeżyć za 8,5 tys. złotych, podczas gdy w pobliskim Nowym Jorku miesiąc kosztowałby nas 18,5 tys. złotych. Montreal wygrał w moim rankingu również z innego powodu. Do fajnych miejsc w USA jest z niego bardzo blisko. Do NYC będziemy jechać około sześciu godzin, do Filadelfii siedem, do Bostonu niecałe pięć. A jak ktoś lubi Stephena Kinga i zechce odwiedzić jego rodzinne miasto Bangor w stanie Maine, zrobi to w pięć i pół godziny.

Australia i Oceania
Wellington, Nowa Zelandia


Nie wybrałem żadnego australijskiego miasta, bo wiecie co jest w Australii? Na przykład żyje w niej 21 spośród 25 najbardziej jadowitych węży świata. Uradują się też miłośnicy pająków, bo znajdą tam aż 2400 gatunków, w tym 50 zabójczych dla człowieka. Tam nawet dziobak jest jadowity, a zabić nie próbuje nas chyba tylko koala.
Wellington ma nam do zaoferowania wszystko, czego możemy potrzebować na prakacjach, czyli bardzo szybki internet, mnóstwo darmowych hot-spotów w mieście, stosunkowo niewielki koszt przeżycia miesiąca, wynoszący niecałe 9 tys. złotych oraz mnóstwo fantastycznych miejsc do wypoczynku i co-workingu. Miejscowi są bardzo przyjaźni, wszędzie dogadamy się po angielsku, jest bezpiecznie, powietrze jest czyściutkie, a trawa zielona. A jak trafimy w trakcie sezonu rugby, możemy popatrzeć na Wellington Hurricanes. Aktualnie ośmiu graczy tej drużyny jest w składzie All Blacks, więc wysoki poziom rozgrywek gwarantowany.
Jedyne na co możemy narzekać to nieco ograniczona oferta nocnych zabaw i hulanek, aczkolwiek jak mawiają, szukajcie a znajdziecie.

Azja
Chiang Mai, Tajlandia


Azja to idealne miejsce na prakacje, a Tajlandia jest w niej najpopularniejsza. Przede wszystkim z powodu kosztów, miesiąc w Chiang Mai przeżyjemy za 3,4 tys. złotych. Miasto oferuje w miarę szybki internet, sporo darmowych hot-spotów w terenie, ciszę, spokój i dużo miejsc, z których możemy sobie popracować kilka godzin dziennie. Dla Europejczyka szokujący może być sposób organizacji ruchu ulicznego oraz niezbyt wysoki poziom opieki zdrowotnej, dlatego w Chiang Mai lepiej nie chorować i nie wypożyczać samochodu. Na szczęście spacery, nie dość że są zdrowe, to jeszcze darmowe. Po godzinach możemy zwiedzać świątynie buddyjskie, których w mieście jest aż 40. Wieczorem wizyta na malowniczym nocnym bazarze, potem trochę w miasto, żeby znaleźć odrobinkę zapomnienia, rano szybki trekking w pobliskie góry. A jak wybierzemy się do Tajlandii w kwietniu, będziemy mogli zobaczyć co to znaczy dobra i huczna zabawa podczas święta Songkran, które jest tradycyjnym tajlandzkim Nowym Rokiem.

Europa
Belgrad, Serbia


Wszyscy wiedzą, że europejską stolicą startupów jest Berlin, ale jego wadą może być dla niektórych dość wysoki koszt życia. Amsterdam, Barcelona i Lisbona, czyli kolejne centra startupowe są również wymagające cenowo. A Belgrad nie dość, że ładny, to jeszcze tani. Miesiąc przeżyjemy w nim za niecałe 5 tys. złotych, co w porównaniu z siedemnastoma tysiącami w Amsterdamie wygląda całkiem rozsądnie.
Infrastrukturę niezbędną podczas prakacji znajdziemy w Belgradzie bez problemu, wifi jest bardziej niż solidne, miejskie hot-spoty na czarną godzinę obecne. Dużo miejsc do co-workingu, ponoć najlepszy jest Smart Office przy Placu Republiki. Po godzinach mamy mnóstwo miejsc do poznania, możemy też poleżeć na plaży nad rzeką albo udać się w miasto. Wielu turystów twierdzi, że Belgrad to nocna stolica Serbii, oprócz tego, że oczywiście jest również tytularną stolicą kraju. Jeżeli tylko nie będziemy się wdawać w dyskusje o wojnie w byłej Jugosławii, Serbowie są bardzo przyjaźni dla turystów. Bardzo dobre miejsce na prakacje.

Nie ma się co czaić, pakujemy laptopa i jedziemy. Przygoda życia czeka.

 
Categories

Prototyp vs. Stereotyp. Technologia pomaga przezwyciężać bariery

Fot. Omkaar Kotedia

Każdy z nas pamięta scenę, w której Terminator naprawia sobie dłoń. Rozcina przegub i usprawnia mechanizm poruszający palcami. Wizja ludzkiego ciała wspomaganego i modyfikowanego przez technologię jest wciąż żywą fantazją kultury popularnej obecną w literaturze fantastyczno-naukowej, filmach, komiksach czy grach komputerowych. Wiara, że to właśnie technika da nam nadludzkie możliwości i pozwoli pokonać fizyczne ograniczenia, jak na razie jest pieśnią przyszłości. Jednak już teraz pomaga przezwyciężać barierę jaką jest niepełnosprawność. Bioniczne protezy nie tylko pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami, ale i zmieniają ich wizerunek w ogóle, tworząc z nich superbohaterów, jakimi zawsze chcieliśmy być.

Bioniczna proteza jest połączeniem technologii i żywego organizmu człowieka. Porusza się dzięki sygnałowi, jaki mózg wysyła mięśniom. Obecnie na rynku są dwie wiodące firmy: Ossur i Ottobock, którym udało się wypracować określony zestaw gestów i chwytów, pozwalający poradzić sobie z większością codziennych czynności. Mocno robotyczna konstrukcja składa się z kół zębatych, przekładni i śrub, które działają jak maszyna. Większość z nich pokrywa sylikonowa rękawica imitująca ciało, przez co protetyczną kończynę coraz trudniej odróżnić jest od żywego ciała. Takie rozwiązanie wybierają najczęściej te osoby, które swoją niepełnosprawność chcą jak najbardziej ukryć.

Moda na cyborga

Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat jest moda na protezy bioniczne, które bawią się konwencją cyborgicznego ciała. Ich producenci celowo odsłaniają mechaniczną konstrukcję urządzenia lub tworzą zupełnie nowe, niezwykłe projekty. Sztandarowym przykładem jest tu firma Alternative Limb Project, która na zamówienie tworzy indywidualne projekty kończyn. Wśród jej realizacji są porcelanowa noga zdobiona kwiatami, ręka owinięta wężem czy “ręka gadżet”, której każdy z palców kryje w sobie inną funkcję – laser, latarkę lub schowek na zapałki. Najbardziej znanym przedsięwzięciem firmy są protezy projektowane dla popowej artystki Victorii Modesty. Futurystyczny, seksowny wizerunek kobiecego ciała uzupełniają niezwykłe, bioniczne protezy nogi artystki, które ostentacyjnie odbiegają od realistycznych przedstawień kończyn. Ostry szpikulec, świecąca lub wysadzana diamentami noga – to tylko nieliczne z niezwykłych projektów, tworzonych specjalnie na zamówienie piosenkarki.

Fot. Ewelina Stechnij

“Forget about your disability” – to hasło, od którego rozpoczyna się teledysk “Prototype” Viktorii Modesty, głoszący narodziny nowej generacji gwiazd muzyki pop, stworzony na potrzeby kampanii “Born to be risky”. Teledysk jest futurystyczną opowieścią o seksownej, silnej kobiecie-cyborgu, która staje się niebezpiecznym symbolem wolności w totalitarnym państwie. Nie przystaje ani do obowiązujących norm, ani systemu, a także wyróżnia się zarówno cielesnością, jak i siłą charakteru. Protetyczna noga – czarny szpikulec – oraz lateksowy kostium i styl pin-up girl stają się jej znakiem rozpoznawczym. Zwykli ludzie widzą w niej superbohaterkę. Chcą ją naśladować i wielbić, organizując wiece na jej cześć, wypisując i tatuując jej inicjały czy podobizny. W jednej ze scen mała dziewczynka, widząc w telewizji rysunkową wersję idolki, odrywa nogę swojej lalce tak, jak gdyby była to zapowiedź buntu i symbol wyzwolenia.

Kult zdrowego ciała, szczupłej sylwetki i młodości w sposób oczywisty marginalizuje te wizerunki, które nie dają się w prosty sposób – za pomocą operacji plastycznych czy komputerowych obróbek – dopasować do obowiązującego reżimu piękna. Takimi obrazami są najczęściej ciała ludzi z niepełnosprawnościami, chorych i starych. Na tym tle wizerunek, który tworzy Modesta przy pomocy bionicznych protez pozwala zbudować całkiem nowy obraz osób niepełnosprawnych i przywrócić je społeczeństwu. Futurystyczne wzory protez nie starają się niczego ukryć, a podkreślają i wydobywają indywidualizm jej użytkownika. Wzrost ich popularności to szansa na wydobycie osób niepełnosprawnych z cienia, możliwość przywrócenia im pewności siebie i wiary, w to że ich inność to wartość. Wizjonerskie protezy szczególnie ważną rolę do odegrania mają wśród dzieci. Po co naśladować ludzkie ciało, skoro można stać się postacią z przyszłości? Ulubionym superbohaterem o wyglądzie Terminatora, Robocopa czy postaci Major z Ghost in the Shell.

Fot. Omkaar Kotedia

Firm robiących niezwykłe protezy, takich jak Alternative Limb Project czy Open Bionics jest więcej. Skoro więc wybór protez bionicznych jest tak duży – czemu ich użytkowników jest wciąż tak mało? Jak zwykle w takich przypadkach odpowiedź jest jedna – cena. Przeciętna bioniczna proteza to aż 40 tysięcy dolarów. Co więcej, nawet jeśli technologiczna kończyna jest trwalsza od „żywego ciała”, to trzeba pamiętać, że bez niego nie funkcjonuje i jest wciąż od niego całkowicie zależna. Protetyczny element ciągle jeszcze nie tworzy jedności z ciałem i nie pozwala na tak swobodne poruszanie się co ten, który jest żywy. Ma też wiele ograniczeń takich jak nienaturalny chwyt, trudność w podnoszeniu ciężarów czy podstawowa ilość gestów.

Co na to startupy?

Tu z pomocą może przyjść polski startup vBionic. Dwa lata temu firma zasłynęła na rynku dziecięcą wersję bionicznej protezy udostępnionej opensourcowy przez japońską firmę Exiii. Jej dodatkową zaletą jest fakt, że pozwalała poruszać wszystkimi palcami, każdym z osobna. Jak mówi założyciel vBionic, Bartosz Rajewski:

Jako startup chcemy rozwiązywać problemy, chcemy działać prospołecznie. To, że istnieje produkt za 40 tys dolarów, nie znaczy, że problem zniknął. Na Ziemi nadal są ludzie, którzy nie mają rąk, podczas gdy samochody latają na Marsa.

Obecne vBioninc pracuje nad innowacyjnym rozwiązaniem, które ma szansę otworzyć nowe możliwości osobom niepełnosprawnym.

Jak mówi Rajewski:

To co obecnie jest na rynku to takie robotyczne chwytaki. My postanowiliśmy zejść do podziemia i wymyślić wszystko od nowa. Robimy rękę, która ma zachowywać się jak prawdziwa – mamy kości, więzadła, ścięgna, mięśnie. Chcemy zrobić ją może trochę bardziej nieprzewidywalną, ale i naturalną, bo takie właśnie są ręce. Naszym zadaniem nie jest więc nauczenie jej chwytu kubka, bo wierzymy że jeśli nasz proteza będzie najbliższa ręce ludzkiej, sama sobie z tym poradzi. Dodatkowo mamy nadzieję, że nasz produkt będzie znacznie tańszy.

Polski startup vBionic

Jak wygląda przyszłość?

Marzeniem protetyki jest móc dogonić żywe ciało. Wielu badaczy uniwersyteckich pracuje nad stworzeniem protez kontrolowanych przez centralny układ nerwowy. Dzięki sygnałom, odbieranym i dekodowanym przez elektrody, możliwe byłoby sterowanie protezą. Jak twierdzi jednak Bartosz Rajewski brain-machine interface dopiero przed nami, bo sygnały z mózgu są bardzo skomplikowane, zaszumione i niejednoznaczne, a w tej chwili nie ma urządzenia, które mogłoby je prawidłowo odbierać. Chyba, że za pomocą wszczepiania.

Czy kiedyś sztuczna ręka będzie tak sprawna, jak ta, która jest prawdziwa? Według Rajewskiego tak, choć zadanie jakim jest dorównanie naturze jest bardzo trudne

Potężny procent mózgu zużywany jest na nasze zdolności manualne – czucie, odruchy itd. Odtworzenie tak złożonego mechanizmu biologicznego to ogromny problem z punktu widzenia technicznego. Sama ręka dobrze zmotoryzowana niewiele nam da. Musimy umieć oceniać odległość od przedmiotu, wiedzieć co i kiedy złapać, a gdy jest za gorące, puścić. Czy stworzymy urządzenie, które będzie to wszystko rozwiązywało? Na pewno. Pytanie tylko kiedy. Wszystko się miniaturyzuje, przyspiesza i usprawnia, ale, by dojść do 100% ręki mogą nam pomóc jedynie sieci neuronowe, dzięki którym jedna ręka , będzie mogła nauczyć drugą. Zakładając czujniki na zdrową rękę, po tygodniu wgramy jej zachowania do ręki protetycznej. Ale to już futuryzm.

Wyjątkowe projekty protez przypominają, że każdy z nas ma oczywiste prawo do decydowania i kształtowania swojego wizerunku w taki sposób, w jaki czujemy się ze sobą dobrze. Bioniczne protezy, nawet jeśli jeszcze niedoskonałe, pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami. Co więcej, przełamują stereotypy, przywracając ludziom to, co najważniejsze, czyli godność.

Our biomedical engineer Iga is on the way to OTWorld Trade Show and Congress in Leipzig/Germany. We can't wait to see what are the latest orthopaedic trends and solutions.Meanwhile her 3d scanned hand stays home as it has to do it's everyday excercises 😉

Opublikowany przez vBionic 14 maja 2018

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Innowacyjność nie zna granic. 10 nietypowych pomysłów na biznes

Odstraszacz kun, sztuczne rzęsy, a może gadżet erotyczny analizujący nasze doznania seksualne? Na rynku nie brakuje startupów z oryginalnymi pomysłami. Niektóre z nich bez problemu znajdują inwestorów i rozkręcają swoją działalność.

Od kilku lat w Polsce panuje prawdziwa moda na zakładanie startupów. Swego czasu nie było dnia, by w Warszawie jakiś bilbord nie informował mnie, że gdzieś odbywa się konferencja dotycząca młodej, innowacyjnej przedsiębiorczości. Jako dziennikarz specjalizujący się w działce finansowej, siłą rzeczy uczestniczyłem w niektórych z tych wydarzeń. Dzięki temu miałem okazję poznać naprawdę nietypowe pomysły na biznes. Część z nich chciałbym tutaj w skrócie opisać. Są one bowiem dowodem na to, że z pozoru bardzo awangardowy i niszowy pomysł może okazać się strzałem w dziesiątkę. Białostocki raper LUC recytuje w jednej z piosenek, że „Polacy kombinowanie mają przyspawane do plemników”. Zobaczcie zatem, jak dobrze nasi rodacy, i nie tylko oni, potrafią kombinować…

Erotyczny gadżet z aplikacją
Poprawa jakości życia seksualnego ludzi na całym świecie, w prosty i naturalny sposób, dzięki wykorzystaniu wiodących technologii – taką szczytną misję mają do zrealizowania założyciele polskiego startupu Lovely Inc. Ich produkt to gadżet erotyczny w postaci elastycznego pierścienia ze specjalną wkładką wibrującą. Nie jest to jednak zwykła zabawka do poprawy seksualnych doznań. Gadżet ten zawiera sensor ruchu i poprzez bluetooth wysyła aplikacji Lovely Ap dane dotyczące stosunku. Na podstawie tych danych oraz przy uwzględnieniu ankiet i wywiadów udzielonych w aplikacji przez partnerów, algorytm dobiera dopasowaną dla pary poradę. – Wszystkie porady w Lovely App zostały przygotowane przez współpracujących z nami seksuologów. Porady występują w formie sugestii nowych pozycji, technik stymulacji oraz innych kwestii związanych z seksem (gra wstępna, urozmaicanie pożycia, komunikowanie pragnień) i są generowane przez Lovely App po każdym stosunku – czytamy w opisie produktu. W 2016 r. Lovely Inc. został wybrany najlepszym startupem hardware’owym na festiwalu technologicznym Tech Open Air w Berlinie. W zeszłym roku na platformie crowdway.pl firma zebrała 1,64 mln zł od 143 inwestorów. A wydawałoby się, że w Polsce kwestie seksu, nie mówiąc już o erotycznych urozmaiceniach pożycia, to absolutny temat tabu.

Odstraszacz dzikusów
Nie wiem ile osób spotkało się z intruzem w postaci leśnej kuny, która lubi zakradać się pod maski samochodów i siać spustoszenie w instalacjach elektrycznych i warstwach izolacyjnych. Okazuje się jednak, że na tyle dużo, by startup Kunagone opatentował odstraszacz dzikiej zwierzyny w postaci wyzwalacza naturalnych zapachów psa. Ten ostatni jest bowiem naturalnym wrogiem kun. Produkt polskiego startupu to coś w rodzaju pudełka zapachowego, zawierającego włosie czworonożnego przyjaciela poddane obróbce termicznej, z dodatkiem wosku roślinnego z nutą zapachową dodatkowo odstraszającą dzikie zwierzęta. Wystarczy go ponoć umiejscowić w atakowanym obiekcie i problem mamy z głowy. Jedna sztuka kosztuje niecałe 10 zł, a 24-pak 210 zł. W 2017 r. firma sprzedała 20 500 sztuk swojego produktu. Aktualnie Kunagone zbiera kapitał na platformie equitycrowdfundingowej Beesfund. W ostatni wtorek, po 8 z 60 dni zbiórki, 33 akcjonariuszy wyłożyło na stół 19 tys. zł. Celem jest 400 tys. zł. Trudno powiedzieć, czy uda się zebrać całą kwotę, ale trzeba przyznać, że pomysł, choć nie bazuje na nowych technologiach, jest bardzo oryginalny. Być może jest on nastawiony na trend urbanizacyjny, w którym coraz więcej mieszkańców miast przenosi się na ich przedmieścia, gdzie łatwiej spotkać dziką zwierzynę.

 

Doklej sobie rzęsy
– Znaleźliśmy idealną okazję biznesową w bardzo nieoczekiwanym miejscu i musieliśmy nauczyć się wszystkiego od samego początku – mówili w wywiadzie dla portalu fintek.pl Paweł i Karol Wojciechowscy, dwaj byli bokserzy, którzy odnaleźli swoją niszę w branży kosmetycznej i założyli firmę Noble Lashes. Panowie postanowili wprowadzić na rynek szeroki wachlarz sztucznych rzęs oraz rozmaite akcesoria do ich pielęgnacji. W ofercie znajdziemy m. in. rzęsy jedwabne, wykonane z jedwabnych protein pochodzenia naturalnego, jak również rzęsy z domieszką włókna syntetycznego. Twórcy Noble Lashes chwalą się na swojej stronie, że ich produkt jest lekki, naturalnie wygięty, świetnie wygląda i jednocześnie nie obciąża naturalnych rzęs. Wydaje się, że pomysł świetnie wpisuje się w postępujący na świecie trend poprawy własnej urody, a przy tym – w przeciwieństwie do niektórych operacji plastycznych – nie jest inwazyjny dla ludzkiego organizmu. Firma nie narzeka na brak odbiorców. Swoje produkty eksportuje do ponad 30 krajów.

Skarpety a’la bułka z masłem
Okazuje się, że pomysł na biznes nie musi być wcale bardzo wyszukany. Swojej niszy można wciąż szukać w branży odzieżowej. Tak zrobiło trzech kumpli ze szkolnej ławki, którzy założyli Spox Sox, czyli firmę produkującą skarpetki o nietypowych wzorach. Panowie chcieli stworzyć alternatywę dla drogich produktów znanych marek, jednocześnie wnosząc w życie swoich klientów trochę więcej kolorytu. Ich produkty mają bowiem bardzo oryginalny design i równie oryginalne nazwy. W ofercie znalazłem m. in. takie oto modele: bordowa rozeta, co ma piernik do wiatraka, bułka z masłem, moda na sukces, czy ślepy jak kret. Para takich skarpet kosztuje 20 zł. Wydaje mi się, że w dobie odzieżowych sieciówek i chińskiej bylejakości, taki pomysł ma szansę powodzenia. Zwłaszcza, że na rynku pojawia się coraz więcej unikatowych marek odzieżowych sprzedających swoje produkty w sieci i cieszą się coraz większą popularnością klientów. Spox Sox zaczynał na przełomie 2015/2016 r. i już może pochwalić się kilkoma sukcesami. – Wysłaliśmy nasze kolorowe skarpetki do ponad 30 krajów na pięciu kontynentach. Przez ten czas sprzedaliśmy kilkadziesiąt tysięcy par skarpet, a do produkcji zużyliśmy przędzę bawełnianą liczoną w tonach – mówił w 2017 r. w wywiadzie dla portalu mambiznes.pl Bartosz Balcarek, jeden z założycieli firmy.

Moda dla czworonga
Z branżą odzieżową, choć skierowaną do zupełnie innego klienta niż Spox Sox, wiąże się także firma Warsaw Dog. Zajmuje się ona produkcją modowych akcesoriów dla… psów. Szelki, smycze i obroże tworzone są pod hasłem  #psiehajfaszyn i mają wyróżniać się na ulicy unikalnymi wzorami, inspirowanymi aktualnymi trendami i modą uliczną. Produkty są tworzone lokalnie przy wykorzystaniu usług polskich dostawców, a ich projektowaniem zajmują się absolwenci Akademii Sztuk Pięknych.

Pamiętam jak jedna z założycielek firmy – Zosia Kwiatkowska, mówiła w 2017 r., podczas finału konkursu CVC Young Innovator Awards, że klienci firmy pytali, czy do akcesoriów dla czworonogów można dokupić gadżety z tej samej linii, ale dedykowane właścicielowi. Na sali zrobiło się wesoło, ale założyciele Warsaw Dog potraktowali to pytanie poważnie i wprowadzili również linię akcesoriów dla ludzi, w tym m.in. nerkę spacerową, woreczek na smakołyki, czy kupownik (czyli pojemnik na woreczki do sprzątania). – Dwa lata temu, rozpoczynając działalność, skorzystaliśmy z rządowego programu „Wsparcie w Starcie”. Od samego początku Warsaw Dog jest przedsięwzięciem rentownym i stale dynamicznie rozwija się w nowych kierunkach. Aktualnie na zespół składają się cztery osoby, ale firma przewiduje, że stworzenie linii produktów dla ludzi pozwoli na stworzenie kolejnych miejsc pracy – mówiła podczas wspomnianej konferencji Zosia Kwiatkowska. Muszę przyznać, choć to oczywiście kwestia gustu, że produkty Warsaw Dog są całkiem ładne i jako właściciel czworonoga nie dziwie się, że ktoś chce po prostu ozdobić nieco swojego pupila.

Senior też DJ
Na wspomnianym finale konkursu CVC Young Innovator Awards zetknąłem się także z innym bardzo ciekawym projektem. To Dancing Międzypokoleniowy, czyli inicjatywa Pauliny Braun, która za cel obrała sobie przeciwdziałanie wykluczeniu osób starszych ze względu na wiek oraz łącznie pokoleń. Jak podkreślała twórczyni projektu – Dancing uczy tolerancji i odwagi życiowej, inspiruje do rozwijania swoich pasji niezależnie od wieku. Paulina Braun prowadzi start-up w ramach działań Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości w Warszawie. Bazowym działaniem jest organizacja potańcówek w modnych, stołecznych klubach. Ale na tym nie koniec.

W ramach projektu prowadzona jest także Senior Djs Academy, czyli akademii, w której seniorzy uczą się zawodu didżeja. Firma prowadzi też agencję castingową, z której można „wynająć” seniorów do produkcji filmowo-telewizyjnych seniorów. Jeśli nie wierzycie w powodzenie tego projektu, to zajrzyjcie na profil Dancingu na Facebooku, a tam znajdziecie zajawki różnych inicjatyw, w które zaangażowani byli seniorzy, w tym m. in. współpraca w telewizjami i youtuberami. Inicjatywa Pauliny Braun jest odpowiedzią na zachodzące zmiany demograficzne i problem starzejącego się, polskiego społeczeństwa. Pisałem już na łamach HiCash.pl o tym zjawisku (tzw. srebrne tsunami) zwracając uwagę na perspektywiczność biznesów wychodzących naprzeciw czekających nas wiekowych problemów.

Wraca moda na leżakowanie
Z ważnym problemem, a mianowicie permanentnym zmęczeniem dotykającym zapracowanych osób, próbuje zmierzyć się Magdalena Filcek, właścicielka wrocławskiej Kawiarenki Snu. W ostatni wtorek na portalu mambiznes.pl natknąłem się na informację, że w stolicy Dolnego Śląska otwiera ona pierwszą tego typu miejscówkę na świecie – Vinci Power Nap. Kawiarenka reklamuje się jako miejsce idealne do relaksu i regeneracji. Skierowane jest przede wszystkim dla pracowników korporacji, średnich i małych przedsiębiorstw. – Dziś ładujemy baterie telefonów, samochodów. czas pomyśleć też o nas – ludziach – mówiła w wywiadzie dla mambiznes.pl Magdalena Filcek. Podobno ma nam wystarczyć 20 min, by naładować akumulatory i z werwą wrócić na open space naszego korpo.

Relaks w takiej kawiarence nie oznacza, że dostaniemy tylko kojo i budzik, ale przede wszystkim jest tam innowacyjny system regeneracji bazujący na integracji sensorycznej. Jak można przeczytać w opisie firmy, dzięki autorskiej aranżacji wnętrza i wykorzystaniu zawieszonych w przestrzeni chust, sprawia, że odpoczynek przypomina ciału kołysanie w ramionach mamy, przytulanie, bezwzględną akceptację. W kawiarence wykorzystano instalacje oddziałujące na wszystkie ludzkie zmysły, w tym m. in. delikatny półmrok, specjalnie skomponowana ścieżka dźwiękowa, czy też orzeźwiający tlen. W przedszkolu leżakować kazano nam obowiązkowo, może to najwyższy czas, by taki obowiązek wprowadzić także w firmach. Zwłaszcza, że obie strony będą miały z tego pożytek – pracownik lepsze samopoczucie, a pracodawca efektywnego podwładnego.

Od mema do waluty
W świecie kryptowalut także istnieją interesujące i awangardowe pomysły. Jednym z nich, wprawdzie nie polskim, jest niewątpliwie dogecoin, czyli cyfrowy token, którego nazwa wywodzi się od popularnego w sieci mema o nazwie „pieseł”. Wydawać by się mogło, że tak jak mem, tak i inspirowany nim token będzie żartem. Twórcy dogecoina postanowili jednak wykorzystać modę na psa rasy Shiba, by stworzyć cyfrowy środek płatniczy z jego wizerunkiem. Chcieli w ten sposób dotrzeć do szerszego grona odbiorców niż bitcoin (było to w grudniu 2013 r.), tworząc walutę przywołującą przyjemne, wręcz rozrywkowe skojarzenia. Bitcoina przebić się nie udało, ale wielu użytkowników memowej waluty chwali sobie ją za prostotę. – Z powodu dość luźnego podejścia projekt nie rozwija się zbyt dynamicznie. Nie jest jednak martwy, gdyż sporo użytkowników wciąż wydobywa dogecoina – czytam na portalu bithub.pl. Jak na żartobliwe podejście do biznesu, „piesełcoin” całkiem nieźle sobie radzi. Jego rynkowa kapitalizacja, według portalu coinmarketcap.com, sięga blisko 900 mln dol.

Patent na gwałciciela
– Kiedy Sandra Seilz została napadnięta przez trzech pijanych mężczyzn podczas joggingu w jednym z lokalnych zagajników, napastnicy byli o krok od zdarcia z niej ubrania. Uratował ją przypadkowy przechodzień, dzięki któremu udało jej się uciec. Ale doskonale zdawała sobie sprawę, co jej groziło – czytam w serwisie innpoland.pl. Ta sytuacja skłoniła ofiarę do zaprojektowania Safe Shorts , czyli ochronnych spodenek, które zabezpieczają intymne miejsca kobiecego ciała przed atakiem napastnika. Są one wykonane z tego samego materiału, co kamizelka kuloodporna, posiadają system szyfrowanych zamków, a także wbudowany system alarmowy emitujący dźwięk o mocy 130 decybeli. Rozwiązania te są możliwie do zaadaptowania także do innych rodzajów garderoby, nie tylko do sportowej. Pomysł wydaje się całkiem obiecujący, zwłaszcza, że niedawna akcja #metoo uświadomiła wszystkim o jakiej skali zjawisku mamy do czynienia. Warto dodać, że mimo wysokiej ceny 149 euro, pierwsza partia Safe Shorts rozeszła się w Niemczech w oka mgnieniu.

Udekoruj swój tron
I na koniec prawdziwy hit, ale bez happy endu, czyli sedesy.com. Kilka lat temu można było przeczytać o tym startupie, który sprzedawał akcesoria do „tronów”. Były to głównie unikatowe deski klozetowe i śmieszne naklejki oraz tabliczki na drzwi. – To się nazywa znaleźć swoją niszę! Sedesy.com jak sama nazwa wskazuje jest to sklep „z akcesoriami” do „tronów” które powinny być godne króla. Nie dość, że serwis jest stylistycznie z tak zwanym „jajem” to jeszcze ma kilka ciekawych produktów, choć trzeba przyznać że asortyment jest na razie ograniczony – pisał w 2010 r. na portalu antyweb.pl Grzegorz Marczak. Pomysł był niewątpliwie awangardowy, ale chyba nie wypalił. Pod wspomnianym adresem nie ma już bowiem sklepu z adekwatnymi akcesoriami. Szkoda. Ale takie są biznesowe realia. Nie każdy może być „królem sedesów”, jak ojciec Laski, bohatera filmu „Chłopaki nie płaczą”. Opisane jednak wyżej pomysły pokazują, że „królami życia” można zostać na wiele innych sposobów.

 

 
Categories

Portal randkowy dla wegetarian? Szukamy nisz w wielkim miłosnym biznesie

W Polsce działa ponad 80 portali randkowych i aplikacji. Hitem ostatnich lat jest oczywiście Tinder, ale  i tak gigantowi nie udało się zdeklasować starej (od 2002 roku na rynku!), dobrej, polskiej Sympatii. Sprawdzamy, czy jest jeszcze miejsce na nowe pomysły na tym wartym 60 mln zł rynku. I tworzymy startup. Oczywiście – genialny!

W 2017 mieliśmy przetasowanie na polskim rynku portali do umawiania spotkań online.

  • Coś zaskakującego wydarzyło się w segmencie serwisów do seks randek – lider datezone.com zyskał 1,8 mln użytkowników! Miesięcznie korzysta z niego 3 mln użytkowników. Ten segment zdecydowanie w Polsce rośnie!
  • Zmieniła się czołówka portali randkowych. Sympatia pozostała co prawda niewzruszona, ale już drugi produkt należący do Grupy Onet – Sympatiaplus spadł na czwarte miejsce wyprzedzony przez flirt.com (738 tys. UU za sierpień 2017) i edarling.pl (383 tys. UU w tym samym czasie).
  • Za to zaskakująco niezmiennym liderem odsłon przypadających na użytkownika jest serwis fellow.pl, przez który na randki umawiają się osoby nieheteroseksualne. I tutaj w zasadzie portalowej konkurencji dla lidera nie ma. W tej grupie popularniejsze wydają się aplikacje z globalnym Grindrem na czele (codziennie do serwisu loguje się 2 mln użytkowników ze 149 krajów).

O jak wielkim i kuszącym rynku mówimy, niech świadczy fakt, że tylko w styczniu 2017 według badań Gemiusa z serwisów randkowych skorzystało 12 proc. polskich internautów. Liczba internautów w tym samym czasie wyniosła 27,6 mln osób. Pozwólcie, że to dla Was policzę: portale randkowe odwiedza w ciągu miesiąca 3,3 mln Polaków!

Rynek randek online  jest u nas wart ok. 60 mln zł. To duży tort. Jak z niego uszczknąć swój kawałek? Odkroić taki, który składa się ze społeczności zaangażowanej wokół tematu sprzyjającego wspólnemu spędzaniu czasu lub dzieleniu stylu życia. Właściciele psów, wegetarianie, biegacze?

W Polsce segmentacja rynku ma już zresztą swoje tradycje. Mamy serwisy dla rolników (AgroRandka.pl), katolików (Przeznaczeni.pl), od wartości niematerialnych wolących materialne (SugarDaddy.pl), dla osób 40+ (40latki.pl),  planujących zwykły skok w bok (Skokwbok.pl) czy kobiet, które lubią brać sprawy w swoje ręce (ZaadoptujFaceta.pl) .

Serwis randkowy dla wegetarian? Spróbujmy!
Zakładając, że osoby na diecie wegetariańskiej j łączy pewien typ wrażliwości i styl życia, który mógłby być spoiwem dla udanego związku – spróbujmy sprawdzić, o jakim rynku w Polsce i na świecie możemy mówić, chcąc wyprodukować serwis lub aplikację randkową skierowaną wyłącznie do tej grupy. Rynek produktów wegańskich i wegetariańskich w Polsce szybko rośnie, więc może nie jest to taki szalony trop.

10 proc. osób w wieku 25-34 lat w Polsce deklaruje utrzymywanie diety wegetariańskiej – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Mintel. Przyjmując, że ok. 10 proc. z nich korzysta z serwisów randkowych, to mówimy o rynku 0,5 mln osób w Polsce w tej grupie wiekowej. Ale oczywiście, jesteśmy ambitni i o biznesie myślimy globalnie. Wybierzmy więc inne rynki na świecie, które powinny nas zainteresować ze względu na wielkość.

Na świecie jest 375 milionów wegetarian, z czego 75 milionów to osoby, które nie jedzą mięsa z wyboru (te nas interesują). Oczywiście, nie wejdziemy na wszystkie rynki naraz. Wybierzmy więc te, na których osób stosujących dietę jest najwięcej.

Szkicujemy więc plan podboju świata na podstawie liczby wegetarian. I tu zaczynają się schody. Pomijamy na tym etapie rynki azjatyckie: Indie, Chiny i Japonia mają co prawda imponującą liczbę osób niejedzących mięsa (łącznie ok. 446 mln), ale to fałszywy trop dla naszego biznesu: wegetarianizm jest tu motywowany przyczynami religijnymi, kulturowymi, a nierzadko również bytowymi. Dlaczego o tym wspominam? Żeby przy okazji powiedzieć, jak ważne oprócz liczb, są również uwarunkowania na każdym z potencjalnych rynków.

Wróćmy do naszej strategii podboju świata. Kraje anglojęzyczne to niezły trop, tym bardziej, że przygotowanie strategii marketingowej po angielsku załatwia nam przynajmniej próbę wejścia na kilka rynków bez tłumaczenia całej usługi i komunikacji na wiele języków.

Kanada – bingo! Zdecydowanie kierunek numer jeden dla naszego biznesu z 12 milionami wegetarian z wyboru (wg badań Vancouver Humane Society z 2005 roku) i 14 milionami singli (Statistics Canada). Kanadyjczycy to też jedni z najbardziej aktywnych w mediach społecznościowych. Rynek wydaje się być wymarzony na zdobycie co najmniej miliona użytkowników naszego portalu randkowego dla wegetarian.

Stany Zjednoczone –  też nieźle; USA to pierwszy zagraniczny rynek wybierany przez polskie startupy decydujące się na eksport (wynika z badania Polskie Startupy 2017 Fundacji Startup Poland). Również dla naszego wegebiznesu amerykański klient wydaje się być obiecujący: 7,3 mln dorosłych stosuje dietę wegetariańską! Tutaj spróbujemy wyrwać kolejny milion użytkowników.

Teoretycznie mamy już 2,5 mln użytkowników. Zakładając, że działamy w modelu subskrypcyjnym, pobierając dolara miesięcznie (taniocha!)… mamy przychód rzędu 2,5 mln dolarów. Teraz tylko oszacujmy koszty i ruszajmy na podbój rynku randek  z biznesplanem i strategią na najbliższy rok. I – oczywiście – na tym etapie już wierzymy, że stworzyliśmy jeśli nie jednorożca, to co najmniej kucyka i bardzo chcemy jak najszybciej  zacząć realizować naszą wizję.

Czy właśnie stworzyliśmy milionowy biznes? Być może. Od tego, co zrobimy teraz wiele zależy. Pamiętajmy, że mamy biznes na kartce. Papier wszystko przyjmie, wszystko w Excelu może się zgadzać, pozostaje jednak kluczowe “ale”.

Zanim zaczniemy kodować i budować całą usługę SaaS, sprawdźmy, czy istnieje realna potrzeba na rynku. Uwierzcie, bardzo wiele startupów nawala właśnie w tym miejscu, w którym emocje biorą górę i już tak bardzo chce się realizować swój pomysł, że trudno skonfrontować się z rynkiem. I albo w ogóle nie zadają rynkowi kluczowych pytań, albo zadają je w taki sposób, żeby potwierdzić genialność swoich założeń.

Nasz cały randkowy biznes oparliśmy na założeniu, że wegetarianie chcą osobnego miejsca w sieci, żeby za jego pośrednictwem szukać drugiej połówki. Nie sprawdziliśmy tej potrzeby. Pamiętajmy, że żeby ten biznes się udał, musimy mieć grupę klientów, która nie tylko potrzebuje wymyślonego przez nas rozwiązania, ale też – co nawet ważniejsze! – jest gotowa za nie zapłacić. I naprawdę: lepiej zawrócić teraz, gdy biznes mamy na kartce. Zaskakująco wiele startupów brnie w biznes niczym nastolatki w platoniczny związek. Klienci, głupcze! – powinien powtarzać sobie  każdy początkujący przedsiębiorca.

Kierowana walentynkowym przypływem miłości postanowiłam wam o tym przypomnieć   <3