Na określenie kursu, na którym znajdują się ostatnio milenialsi, Amerykanie mają ładne określenie. Killing spree tłumaczy się różnie, może to być morderczy szał, szał zabijania albo seria zabójstw. Tym razem milenialsi przetoczyli się walcem przez rynek piwny. Rozumiecie? Nie interesuje ich małe jasne z pianką. Granice zezwierzęcenia zostały przekroczone.

Z nieba leje się żar, powietrze o gęstości melasy stoi w miejscu i oblepia wszystko, wentylatory nie nadążają go mielić, takie jest gęste. Czy w takiej sytuacji może być coś lepszego od kufla zimnego piwa? Okazuje się, że a i owszem. Młodzież nie chce pić browara, zamiast tego wybiera wino i lepkie drinki. Ich decyzje łatwiej zrozumieć, gdy mówimy o amerykańskim piwie, ale mimo wszystko, źle się dzieje w państwie duńskim.

Rok 2017 przyniósł amerykańskiej branży piwnej dotkliwe ciosy. Penetracja rynku w stosunku do roku poprzedniego zmalała o 1 proc. Piwa rzemieślnicze zbierają coraz większy kawałek sprzedaży i wartościowo ich sprzedaż wzrosła o 5 proc. Sprzedaż piwa z importu podskoczyła o 3,2 proc. Pomimo tych wzrostów, cały rynek spadł o 1,2 proc. Niby nic, ale pamiętajmy, że rozmawiamy tutaj o przemyśle, który w ubiegłym roku był wart 111,4 miliarda dolarów. Co oznacza, że gdzieś się zapodziało 1,34 mld.

Strzał po kieszeni jest bardzo dotkliwy, zwłaszcza w sytuacji, w której branża utrzymuje się na powierzchni głównie dzięki potężnym budżetom reklamowym. Z moich estymacji wynika, że amerykańscy producenci piwa wydali na reklamę w samym USA w 2017 roku około 1,5-2 mld dolarów. Badania wskazują, że reklama nie zwiększa spożycia, buduje natomiast świadomość marki i kreuje przyzwyczajenia konsumpcyjne. Okazuje się, że całe te wydatki psu na budę, bo milenialsi preferują krafty, które najczęściej są produkowane przez lokalnych przedsiębiorców. Tych nie stać na reklamę, ale w sprzedaży pomaga im moda. Korzystają więc z niej ile sił i koszą coraz większy pieniądz. Wspomniałem wcześniej, że wartościowo sprzedaż piw kraftowych skoczyła o 5 proc. Nie powiedziałem natomiast, że krafty mają w tej chwili 23,3 proc rynku piwa w Stanach.

To nie koniec. Miliardy wydane na tworzenie świadomości marki są w przypadku milenialsów pieniędzmi straconymi. Ci niewdzięczni gówniarze oglądają reklamy, po czym wykazują skrajną niewdzięczność i gdy przychodzi do zarekomendowania komuś piwa (a wiemy, jak ważne są testimoniale i rekomendacje znajomych), praktycznie nie wskazują piw koncernowych. Nic tylko krafty i krafty. Ewentualnie koncerniaki zamaskowane jako piwa rzemieślnicze. Taka ciekawostka, milenialsi chętniej niż reszta populacji polecali takie marki jak Stella Artois, Dos Equis XX czy Shock Top. Te nazwy brzmią bajerancko, w odróżnieniu od Budweisera, Heinekena, Coorsa czy Millera, które ewidentnie nie są piwami z ich bajki.

Skoro więc nie chcą pić taniego piwa, co teraz kręci młodzież? Wybaczcie kiepski kalambur, ale to pokolenie winne. Ostatnie badania rynku w USA pokazują, że 79 milionów milenialsów wypiło w 2015 roku 159,6 mln skrzynek wina. Amerykańskie miary muszą się oczywiście różnić od ludzkich, więc wam to przełożę – 159,6 mln skrzynek to 1,92 mld butelek albo 1,44 mld litrów wina. Milenialsi odpowiadają za 42 proc. spożycia wina w Stanach.

A że chętniej sięgają po wino z plastikowymi zatyczkami, zakrętkami albo w kartonach, prawie zabili segment produkujący korki do wina.

A co u nas? Wiadomo, młodzież gardzi koncernowymi piwami, bo jakoś się trzeba wyróżniać. A że przy okazji większość popularnych piw nie nadaje się do picia, mają łatwiej. Nie przekłada się to jednak na wyniki branży. Trzech największych producentów podzieliło miedzy siebie 83 proc. rynku wartego w ubiegłym roku 15,5 mld zł. Polacy piją od kilku lat tyle samo, średnio po 99 litrów rocznie na osobę, co daje nam czwarte miejsce w Europie. Pod względem produkcji zajmujemy w UE miejsce trzecie. Oraz okazuje się, że jesteśmy jednak tradycjonalistami i sięgamy po marki znane i lubiane od lat. Piwa rzemieślnicze mają w Polsce 0,5 proc. rynku. I chociaż to dalej około 75 mln złotych, to jednak krafty, pomimo dynamicznych wzrostów, nie zrobiły u nas szalonej kariery.

Wino sprzedaje się bardzo dobrze wśród milenialsów, ale z rynkiem wartym w ubiegłym roku 2,6 mld złotych ma jeszcze sporo do nadrobienia.

I znowu okazało się, że nasi milenialsi nie są zbyt skuteczni w swoim morderczym szale. W Polsce do śmierci piwa droga daleka, za bardzo nam małe jasne smakuje.