Jego pomysły kupują nawet ci, których wkurza. Na polskiej scenie młodych przedsiębiorców pojawił się niczym metoryt – pewny siebie showman, południowiec z duszą artysty, odważny innowator i pragmatyk robiący biznes na chłodno. A ostatnio też człowiek, który sprzedaje na internetowej giełdzie samego siebie. Kim jest Rahim Blak, który w tym roku zawojował polski marketing?

 

Agata Kowalczyk, HiCash: Chcesz być polskim Garym Vaynerchukiem?
Rahim Blak, edrone: Powiem szczerze: wierzę, że osiągnę więcej niż Gary. Chciałbym oczywiście mieć tak dużą firmę i taką rozpoznawalność na świecie jak on, ale – w książce “Ask Gary Vee” Gary mówi, że żałuje, iż prowadząc agencję, nie stworzył własnych technologii. To własna technologia pozwala zbudować skalowalny biznes. Ja taką technolgię stworzyłem. Jedna z moim firm – edrone, to jest od początku zbudowany CRM dla sklepów internetowych. Już dzisiaj jest firmą globalną z oddziałami w Brazylii, Indiach czy Berlinie. Ja w samym edronie widzę potencjał stworzenia większej firmy niż agencja Garego. Nie chcę, żeby to zabrzmiało arogancko, ale prędzej chciałbym być polskim Elonem Muskiem, z ktorym łączy mnie ambicja i chęć podbicia świata.

Poza tym nie chcę być jak ktoś, bo to by oznaczało, że kogoś naśladuję, a ja mam jednak duszę artysty i dla mnie najważniejsze w życiu jest bycie oryginalnym. Kiedy jestem oryginalny, to jestem sobą, wprowadzam coś nowego do świata.

Jednak to skojarzenie z Garym nie daje mi spokoju. Coś Cię łączy z Garym oprócz charyzmy i aktywości w mediach społecznościowych?
Na pewno wiele nas łączy: on jest z Białorusi, ja jestem z Macedonii. Tak jak ja otworzył agencję, która zaczynała od social mediów. Jesteśmy też przedsiębiorcami, którzy przemawiają i mamy podobny rodzaj ekspresji. Nie powiedziałbym jednak, że ktoś kogoś naśladuje. To zbieżność przypadkowa.

Ostatnio wszędzie Cię pełno. Co się nagle stało?
Wcześniej mnie nie było, bo prowadziłem firmy: agencję social media, potem współtworzyłem edron i wiele innych przedsięwzięć, które były mniej lub bardziej udane. Doszedłem do prawie stu pracowników, za chwilę będę ich miał prawie stu pięćdziesięciu. To jest jednak praca w cieniu. Długo sądziłem też, że budowanie marki osobistej to jest strata czasu, jakiś objaw narcyzmu. Dopóki nie okazało się, że to wzmacnia markę pracodawcy, przyciąga klientów i ma potencjał biznesowy.

Robisz dużo szkoleń, a na scenie czujesz się jak ryba w wodzie. Uczyłeś się tego?
Nigdy nie uczyłem się technik, bo one z jednej strony mogą pozwolić ci robić coś lepiej, ale
z drugiej zabijają oryginalność. Czasami niedoskonałości są lepsze. Dla mnie najważniejsze jest bycie twórcą, bycie artystą. Uważam, że człowiek uczy się tylko w jeden sposób: przez doświadczenie. Mam za sobą po prostu bardzo dużo wystąpień, bo w swojej firmie byłem sprzedawcą i zawsze jeździłem do klientów, przemawiałem na spotkaniach networkingowych, dziś zdarza mi się mieć dwie konferencje dziennie.

Porozmawiajmy o Twojej najświeższej inicjatywie – RahimCoinie. Wypuściłeś tokeny personalne, dzięki którym ludzie mogą kupić udziały w Tobie.
To nie są typowe tokeny personalne. Nie są powiązane ze mną jako osobą, a z moim majątkiem, czyli zamiast firmy sprzedaję siebie jako przedsiębiorcę prowadzącego firmy.

Skąd pomysł, że coś takiego może się przyjąć?
Wywodzę się ze środowisk startupowych i jako startupowiec miałem do czynienia z różnymi funduszami inwestycyjnymi. Zauważyłem, że inwestują one w startupy, za którymi stoją konkretni ludzie. Wysnułem wniosek, że gdyby te fundusze inwestowały w ludzi, którzy na przestrzeni swojego życia mogą podjąć 20 prób zbudowania startupów, to mieliby większe szanse na sukces. Zawsze myślałem o tym, że jeśli w wieku pięćdziesięciu lat się skeszuję, to zostanę inwestorem, ale będę inwestował w ludzi, nie w firmy. To się bardziej opłaca, to jest prosta matematyka.

Ma to sens, szczególnie, że jak przychodzi po pieniądze do inwestora startup na bardzo wczesnym etapie, to bardzo często to ten właśnie zespół, ludzie w projekcie, są jego największą wartością.
Tak. Po pierwsze: ważny jest zespół, a po drugie: ci ludzie często podejmą kilkanaście prób. Ja mam cztery firmy, a inwestor cztery lub pięć lat temu zainwestował w jedną z moich spółek, i to akurat tą najsłabszą. Mówiłem mu: zainwestuj we mnie, nie w spółkę, ale mnie nie posłuchał. Gdyby to zrobił, byłby teraz bogaty. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że tak jak to się dzieje w świecie sztuki, będę inwestował w ludzi. Artyści, gdy podpisują z kuratorem umowę, to tylko jedną rzecz mają obiecać – że przez resztę życia będą malować. Wtedy to, co namalują później, wpłynie na cenę obrazu, który stworzą teraz.

Jak wpadłeś na to, że właśnie emisja personalnych tokenów jest dobrą formą do wprowadzenia w życie takiego inwestowania?
Pewnego dnia spotykałem ludzi, którzy zaczęli mi mówić o personalnych tokenach, o tym, że ludzie emitują swoje tokeny w sieci. I że te tokeny potem są na blockchainowych giełdach, czyli w rejestrze rozproszonych danych. Powiedzieli, że token oznacza wartość emitenta. Popatrzyłem na te tokeny personalne celebrytów i influencerów i się pytam: gdzie jest ta wartość? Celebryta na przykład emituje token, żeby ten, kto go kupi mógł pójść na jego koncert. No super. Ktoś kupuje mój token, żeby zostać moim fanem? Ja tego nie rozumiem.

 No to jaką wartość Ty oferujesz tym, którzy kupią Twój token?
Kupującym RahimCoiny daję udział w swoich zyskach. Czym się różni mój token personalny? Ja się nie czuję ani influencerem, ani celebrytą. Ja przede wszystkim jestem przedsiębiorcą. Inwestując we mnie, dajesz mi pieniądze, a ja za to założę 20 biznesów, z których być może dwa będą jednorożcami. Mało tego, ja wprowadzam już swój majątek, który przez różne fundusze jest wyceniany na prawie sto milionów złotych, bo jest to agencja i jest to edrone. Co łączy te biznesy? Ja. Więc kupując token, inwestujesz we mnie.

Jak się emituje taki token?
Wejście na giełdę blockchainową zajęło mi 25 minut. Wejście na tradycyjną giełdę zajęłoby mi rok. W nocy wprowadziłem siebie na giełdę, a następnego dnia – 22 maja, ogłosiłem przedstawiłem pomysł na InfoShare. Połowa sali mnie wyśmiała, bo nie zrozumiała, a ja wychodzę po prelekcji i patrzę: osiem osób kupiło moje tokeny. Stwierdziłem, że nigdy nie miałem tak dynamicznie rozwijającego się biznesu. Powstała szybka wycena na 60 mln zł i codziennie od kilku tygodni sprzedaję te moje akcje. Wow.

Nie obawiasz się, że założysz jeszcze wiele dochodowych biznesów i w pewnym momencie nie będziesz chciał się zyskami dzielić w ramach RahimCoinów?
Ja to rozumiem tak: jeśli wystawiasz coś na sprzedaż, czego nie chcesz sprzedawać, to nabiera to jeszcze większej wartości. Już dzisiaj mogę gwarantować odkup moich tokenów przeze mnie, pojawił się również pomysł, aby zagwarantować ich odkup przez moich spadkobierców po mojej śmierci, co chciałbym zapisać w testamencie. Ja bardzo nie chcę RahimCoinów sprzedawać i dlatego one mają swoją cenę. Jeśli ktoś teraz chce, żebym za zrobienie strony zapłacił tymi coinami, to ja wolę zapłacić normalnymi złotówkami, bo mi jest RahimCoin’ów szkoda.

 

A myślałeś o sytuacji, w której z jakichś powodów nie będziesz mógł tych tokenów odkupić i już nigdy nie staniesz się właścicielem siebie?
Na giełdzie mamy te same problemy, tylko bardziej zbiurokratyzowane.

Ale jednak sprzedając projekt, a nie siebie, masz nad tym nieco większą kontrolę.
Umówmy się, że ja nie sprzedaję swojego życia prywatnego, moich dzieci, ani prywatnego majątku. Ja sprzedaję moje biznesy, które łączy moja osoba. W takim ujęciu zawsze sprzedajesz siebie. Jakbym wystawił firmę na giełdę, to też akcjonariusze by się spodziewali tego, że ja będę jej prezesem. Na giełdzie mamy te same problemy, tylko bardziej zbiurokratyzowane.

Udostępniasz właścicielom tokenów swoje dane medyczne. To są bardzo wrażliwe i osobiste dane. Nie czułeś, że przekraczasz jakąś granicę?
Uważam, że jeśli ktoś inwestuje we mnie, to ja staję się głównym aktywem mojej organizacji. Ja jako to główne aktywo jestem podatny na różne problemy zdrowotne i informacja o mojej kondycji jest bardzo ważna. Ja dbam o swoje zdrowie, współpracuję z dietetyczką, muszę być w formie, żeby na przykład po nieprzespanej nocy z dziećmi przejechać 500 km do Poznania, zrobić 10 godzin szkoleń i po powrocie wykąpać jeszcze dzieci.

Jednak są sytuacje, w których informacja o Twoim zdrowiu może negatywnie wpłynąć na wycenę twoich udziałów…
Ja przy tworzeniu personalnego tokena mówię wyłącznie językiem korzyści. Niektórzy mnie pytają, po co ja dzielę się majątkiem, skoro token sprzedałby się bez tego. No ok, tylko ja się pytam, po co ktoś ma to kupić? Ja muszę robić to, co jest dobre dla inwestorów. Przyznam, że też trochę prowokuję: po tym jak wrzuciłem post o tym, że będę publikował swoje badania lekarskie, wiele osób go hejtowało, ale prawda jest taka, że zaraz po tym sporo kupiło udziały.

 A więc to prawda: nieważne jak mówią, byle mówili?
 Wszystko chyba tak działa. Jak powiedział Steve Jobs: “jeśli chcesz, żeby cię wszyscy lubili, to sprzedawaj lody, a nie bądź liderem”. Ja nie mogę się podobać wszystkim, po prostu robię swoje, zawsze będzie się komuś nie podobać. To jak z wystąpieniami. Dopóki połowa ludzi mówi, że są fajne, a połowa, że nie, to jest dobrze, a ja skupiam się na tych, którym się to podoba. Jestem południowcem, mam taki rodzaj ekspresji, która nie każdemu leży. Robię swoje. Liderzy nie mogą być konformistami.

Kolejny projekt to…
Pierwsza na świecie giełda blockchain dedykowana markom osobistym i przedsiębiorcom.

Kiedy?
W 2019.

Powodzenia i dzięki za rozmowę!
To był dooobry wywiad. Dzięki, do zobaczenia!