Categories

Biznes sezonowy – marzenia kontra rzeczywistość

Jeśli chodzi o biznes sezonowy, szkoły są dwie. To może być pewny strzał. Coś, na czym nie da się nie zarobić. Jak tylko trafisz w niszę, po trzech miesiącach będziesz pławił się w hajsie, prestiżu i luksusie. Zbyt dużo huraoptymizmu? Więc urealnijmy to. Biznes sezonowy to ciężka praca, jeszcze ciężej zarobione pieniądze, nierzadko kończymy pod kreską. Ta wersja jest bliższa prawdzie, postaramy się wyjaśnić dlaczego.

Kalendarz nam sprzyja, dzięki niemu mamy okazję do robienia biznesu sezonowego przez cały rok, trzeba się tylko sprytnie na bieżąco przebranżawiać.

Cztery pory roku
Zimą mamy handel używanym sprzętem sportowym (narty, deski, wiązania, kijki etc.) i serwis. Do tego bogactwo towarów związanych ze świętami Bożego Narodzenia, tutaj dobór asortymentu pozostawiam waszej niczym nieskrępowanej wyobraźni.

Na wiosnę chowamy narty na zaplecze i wystawiamy rowery. Co ciekawe, możemy mieć w sklepiku na ekspozycji po sztuce każdego oferowanego modelu,a bieżące zamówienia realizować z magazynów importerów, odpada nam niebagatelny koszt wynajmowania ekstra powierzchni.

Lato to czas kompletnego szaleństwa. Możemy handlować praktycznie wszystkim, ludzie są tak rozluźnieni ładną pogodą, że kupią od nas nawet piasek nad morzem, byle ładnie opakowany. Lista pomysłów jest obszerna: możemy wypożyczać albo sprzedawać hamaki, meble ogrodowe, leżaki plażowe, duże parasole, materace, parawany, koce, karimaty, grille jednorazowe, podpałki, gotowe mięso na grilla, lody, gofry. Możemy otworzyć plażowe SPA – masaż oraz manipedi wymagają od nas tylko znajomości tematu.

Jesienią, gdy młodzież wraca do szkół, otwiera się przed nami świat piórników. Na kilka dni listopadowych możemy dotowarować się zniczami.

Z zupełnie innej beczki
Przy szczególnych okazjach możemy wstawić do wiaderka kilka bukietów ciętych kwiatów. Dni, w których połowa Polaków je kupuje mamy sporo: dzień kobiet, matki, walentynki, zakończenie roku szkolnego czy popularne imieniny.

W związku z wzrastającym patriotyzmem Polaków, możemy zaopatrzyć się w odpowiednio patriotyczną odzież, flagi, proporczyki, nakładki na lusterka samochodów i czapeczki. Okazji też mamy kilka: 1/3 maja, 1 sierpnia, 11 listopada i wszystkie mecze piłkarskiej reprezentacji narodowej rozgrywane w Polsce oraz podczas mistrzostw świata, Europy i spotkań eliminacyjnych.

No i na koniec marzenie połowy mężczyzn – własny lokal na plaży. Do tego pomysłu wrócę w dalszej części tekstu, gdy oddam głos człowiekowi, który na sezonowych lokalach zjadł zęby i zarobił trochę pieniędzy. Tymczasem zaś wróćmy do spraw przyziemnych.

Papierologia urzędowa
Jeżeli chcemy działać legalnie, taka działalność jest trochę bardziej skomplikowana niż „włożę do plecaka dwadzieścia opakowań kremu do opalania, zgrzewkę wody i pojemnik lodów, i zacznę handlować”.

Nie polecam prowadzenia tego typu biznesu bez działalności gospodarczej i odpowiednich pozwoleń tam, gdzie to jest wymagane. Brak wpisu do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG) grozi grzywną albo więzieniem. Zlekceważenie takich nudnych tematów, jak prowadzenie ewidencji sprzedaży, rejestrów VAT, dokumentacji związanej z kasą fiskalną albo niewystawianie faktur/rachunków, grozi nam wysoką grzywną. Do więzienia za nielegal trafić trudno, ale za niedopatrzenie którejś z wyżej wymienionych formalności zapłacimy mandaty.

Dla przykładu, jeżeli nie będziemy prowadzić ewidencji sprzedaży i ewidencji księgowej, US samodzielnie oszacuje nasze dochody i kwotę należnego podatku. Nie łudźcie się, że ten szacunek będzie dla was łaskawy.

Warto pamiętać, że skarbówka bardzo chętnie kontroluje biznesy sezonowe, zwłaszcza te prowadzone w miejscowościach turystycznych. I nigdy nie możemy być pewni, czy ta miła pani, która kupiła od nas wisiorek z bursztynu nie jest przypadkiem Tajemniczym Klientem, tyle że z Urzędu Skarbowego.

To wszystko kosztuje
Nie zapominajmy również o początkowym wkładzie własnym. Potencjalnie najintratniejsze biznesy mają dość wysokie progi wejścia dla indywidualnego przedsiębiorcy. Próg wejścia oznacza bariery, które musimy pokonać. Czyli założyliśmy działalność, mamy wszystkie niezbędne kwity i księgową, która nam to ogarnie i teraz musimy zainwestować żywą gotówkę.

Używana maszyna do lodów? Znalazłem taką o wydajności 20 litrów na godzinę za 4,5 tys. złotych. Może gofry? Mam gofrownicę za 450 złotych, ale żeby nasz handel miał sens i szedł sprawnie, będziemy potrzebować ich trochę więcej. Może kręcenie waty cukrowej? Używka za 400 złotych jest do wzięcia na allegro. Albo kombinacja wata + popcorn? Już za 2 tysiące złotych mamy ładny, nowy komplecik. I na razie mówię o tanich rzeczach, bo foodtruck albo cokolwiek bardziej skomplikowanego to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych.

Do tego dochodzą koszty materiału do wyrobu naszych pyszności, niezbędne papiery i pozwolenia z Sanepidu (co też kosztuje) oraz opłaty za zajęcie kawałka terenu (jeżeli chcemy działać legalnie, do czego gorąco namawiam). Teraz możemy zacząć liczyć koszt jednej porcji i estymować naszą sprzedaż tak, żeby się to nam opłaciło. Niby nic skomplikowanego, ale żeby na koniec nie okazało się, że nikt nie jest zainteresowany porcją lodów za dychę.

Temat od kuchni
Do tej pory mówiłem o kwestiach papierologicznych i finansowych. Prowadzenie własnego biznesu sezonowego wiąże się jednak z innymi aspektami, które są pomijane, lekceważone albo w ogóle niezauważane.

Pozwolę sobie oddać głos gościowi jednemu z naszych programów HiCash Week. Przemysław Dziubłowski to współzałożyciel Cudu nad Wisłą, który zmienił brzeg rzeki i udowodnił, że da się tam robić rzeczy, które nie skończą się kompletną patologią i masowymi protestami mieszkańców.

Na lokal trzeba mieć pomysł od A do Z. Potrzebujemy ściśle określonego profilu naszej działalności. Chyba najistotniejsza, jeżeli chodzi o usługi, jest mocna specjalizacja. Dlatego trzeba starannie wyznaczyć grupę do której chcemy przemówić. Dobrze, jeżeli będziemy docierać do ludzi podobnych do nas samych, bo wtedy czujemy, czy to co robimy jest wiarygodne. No i musimy to lubić, gdyż praca w miejscu, które jest niezgodne z naszą naturą to męka.” – tłumaczy Dziubłowski.

Dużym wyzwaniem jest pogoda. Ona będzie determinować nasze decyzje dotyczące dodatkowych atrakcji. Jeżeli chcemy robić koncerty niebiletowane, musimy mieć plan awaryjny na wypadek burzy. Program, który tworzymy dokoła miejsca musi być spójny, bo mocno buduje jego tożsamość.

Bardzo istotna jest powtarzalność rzeczy, które realizujemy. Klient musi wiedzieć do czego wraca. Jeżeli w poniedziałek mamy stand up albo komediowe improwizacje, nie możemy przerzucać ich w następnym tygodniu na czwartek, a jeszcze w kolejnym na wtorek. Jeżeli gramy koncerty w piątek i sobotę, to niech to będzie piątek i sobota przez cały sezon. Zaskoczony i zdezorientowany klient, który myślał, że dzisiaj będą śmieszki a trafił na koncert jazzowy, nie będzie szczęśliwy.

Musimy pamiętać, że jeżeli otwieramy działalność sezonową i rekrutujemy ludzi, to nasza ekipa będzie tymczasowa. Przyjdą do nas zarobić, a jak zarobią odejdą gdzie indziej albo pojadą na Open’era. Dlatego trzeba poświęcić dużo uwagi podczas rekrutacji. A potem pilnować biznesu.

Od pewnej skali działania musimy zatroszczyć się o bezpieczeństwo naszych gości. Klient, który wie, że jest pod dobrą opieką, będzie do nas wracał.

A teraz książeczka czekowa do ręki i do dzieła.

 
Categories

Polacy pokochali escape roomy. Jak na tym zarobić? Liczymy

Polacy od trzech lat szturmują pokoje zagadek – więcej escape roomów w Europie mają tylko Węgrzy. To biznes, który może przynieść od 20 do 200 tys. zł złotych przychodów miesięcznie. Sprawdzamy, jak zarobić na rosnącym trendzie.

Prawie tysiąc escape roomów rozsianych po całej Polsce generowało (według wyliczeń Pulsu Biznesu) tylko w grudniu ub. roku przychody na poziomie 12 mln zł. W samej Warszawie pokoi zagadek jest 150. W ciągu dwóch ostatnich lat liczba pokoi ucieczek wzrosła w Polsce o 600 procent!

Założenia tej zabawy są proste: do escape roomów trafia głównie młodzież szkolna i grupy znajomych, których zamykamy w pokoju, z którego będą mogli wydostać się tylko wtedy, gdy rozwikłają szereg zagadek .

Po pierwsze: skala escape roomów
Decyzja o tym, jak duży ma być nasz dom zagadek jest kluczowa. To ona w głównej mierze determinuje wielkość naszych przyszłych przychodów. Jedna gra to zarobek rzędu ok. 130 zł. Gra dla jednej grupy może zająć maksymalnie do 1,5-2 godzin. Grupa liczy z reguły od dwóch do sześciu osób.

Przy jednym pokoju możemy liczyć na przychody rzędu 20 tys. zł miesięcznie, przy ośmiu (bo tyle mają największe domy zagadek) – do 200 tys. zł. Jeśli mamy swoją nieruchomość, którą chcemy przerobić na escape room, odpadają nam koszty najmu, więc kalkulacja opłacalności tworzenia dużej ilości pokoi jest prostsza – im więcej, tym lepiej. Uwzględnić musimy jedynie wyposażenie i koszty zatrudnienia osób odpowiedzialnych za obsługę pokoi.

Po drugie: pomysł i wyposażenie escape roomu
Nawet najlepszy pomysł na escape room może położyć marne wyposażenie pokoi. Trzeba się liczyć z tym, że urządzenie jednego wnętrza to koszt ok. 60-80 tys. zł. Inwestycja powinna zwrócić się w ciągu 6 do 12 miesięcy, jeśli miejsce “zażre”.

Motywy działających w Polsce escape roomów możemy podzielić na te w klimacie horroru, kryminału, przygodowym, nawiązujące do pop kultury czy typowo logiczne.

W ostatnim czasie coraz więcej escape roomów stara się nawiązywać do tematów wziętych z popkultury, grając np. na pozytywnych emocjach wokół filmu „Powrót do Przyszłości” czy gry Super Mario Bros”– mówi Wojciech Szulimowski z warszawskiego Domu Zagadek, jednego z pierwszych w pełni autorskich escape roomów w Polsce.

Zdarzają się też motywy okazjonalne, na przykład escape room z okazji Dnia Niepodległości, zorganizowany przez Muzeum Historyczne w Legionowie, w którym dzieci musiały rozwiązać zagadki, żeby wydostać się z pokoju weterana Legionów Polskich.

Wystarczy spojrzeć w kalendarz rezerwacji Domu Zagadek, żeby zobaczyć, że biznes żre. 8 pokoi, z których każdy może obsłużyć 9 grup dziennie i 50 osób jednocześnie ma niemal pełne obłożenie. We wtorek o godzinie 10, w niedzielę o 22 – nie ma problemu, warszawiacy próbują wydostać się z pokoi o każdej porze.

Coraz częściej escape roomy – na razie zagranicą – zarabiają nie tylko na biletach, ale również na lokowaniu produktów znanych marek. Wytwórnia filmowa  

Sony Pictures w hollywoodzkim escape roomie promowała swój film Jumanji.  Innym ciekawym przykładem wykorzystania zalet tajemniczych pokoi jest wykorzystanie ich w procesach rekrutacyjnych – francuski Lidl i Assotel zaprosiły do nich kandydatów na sprzedawców, żeby sprawdzić, czy dobrze współpracują w grupie i czy radzą sobie w niespodziewanych sytuacjach.

Jeśli kalkulacja z wynajmem przestrzeni nijak nam się nie spina, możemy pomyśleć o wirtualnym, przenośnym lub mobilnym escape roomie. Indiański wigwam czy specjalnie zaaranżowana ciężarówka mogą być sprytnym sposobem na ominięcie kosztów najmu i jednocześnie wejściem na duży rynek imprez firmowych.

Nieco trudniej jest rekonstruować pokój za każdym razem w nowej przestrzeni. Samo przygotowanie przestrzeni hotelowej trwa zazwyczaj od kilku do kilkunastu godzin, ale  najwięcej czasu trzeba poświęcić na przygotowania specjalnego scenariusza, który   będzie wpisywał się w typ danego obiektu i spełniał oczekiwania klienta – tłumaczy Wojciech Szulimowski.

Po trzecie: lokalizacja escape roomu
Centrum miasta to oczywiście świetna lokalizacja, ale nie jest koniecznością dla rozwoju biznes,  jakim jest escape room. To nie do końca taki typ rozrywki, na którą decydujemy się ot tak, wracając z pracy. Może być ulokowany na peryferiach miasta, ale wtedy kluczowe jest powiązanie lokalizacji z tematyką – wykorzystanie lokalizacji jako waloru. Równie dobrze może zadziałać wpleciona w historię hala produkcyjna, jak i dom weselny.

Gdzie porównać oferty konkurencji? Już istniejące w Polsce escape roomy znajdziemy na stronie lockme.pl lub tripadvisor.com w kategorii “zabawy w ucieczkę”.

 
Categories

Portal randkowy dla wegetarian? Szukamy nisz w wielkim miłosnym biznesie

W Polsce działa ponad 80 portali randkowych i aplikacji. Hitem ostatnich lat jest oczywiście Tinder, ale  i tak gigantowi nie udało się zdeklasować starej (od 2002 roku na rynku!), dobrej, polskiej Sympatii. Sprawdzamy, czy jest jeszcze miejsce na nowe pomysły na tym wartym 60 mln zł rynku. I tworzymy startup. Oczywiście – genialny!

W 2017 mieliśmy przetasowanie na polskim rynku portali do umawiania spotkań online.

  • Coś zaskakującego wydarzyło się w segmencie serwisów do seks randek – lider datezone.com zyskał 1,8 mln użytkowników! Miesięcznie korzysta z niego 3 mln użytkowników. Ten segment zdecydowanie w Polsce rośnie!
  • Zmieniła się czołówka portali randkowych. Sympatia pozostała co prawda niewzruszona, ale już drugi produkt należący do Grupy Onet – Sympatiaplus spadł na czwarte miejsce wyprzedzony przez flirt.com (738 tys. UU za sierpień 2017) i edarling.pl (383 tys. UU w tym samym czasie).
  • Za to zaskakująco niezmiennym liderem odsłon przypadających na użytkownika jest serwis fellow.pl, przez który na randki umawiają się osoby nieheteroseksualne. I tutaj w zasadzie portalowej konkurencji dla lidera nie ma. W tej grupie popularniejsze wydają się aplikacje z globalnym Grindrem na czele (codziennie do serwisu loguje się 2 mln użytkowników ze 149 krajów).

O jak wielkim i kuszącym rynku mówimy, niech świadczy fakt, że tylko w styczniu 2017 według badań Gemiusa z serwisów randkowych skorzystało 12 proc. polskich internautów. Liczba internautów w tym samym czasie wyniosła 27,6 mln osób. Pozwólcie, że to dla Was policzę: portale randkowe odwiedza w ciągu miesiąca 3,3 mln Polaków!

Rynek randek online  jest u nas wart ok. 60 mln zł. To duży tort. Jak z niego uszczknąć swój kawałek? Odkroić taki, który składa się ze społeczności zaangażowanej wokół tematu sprzyjającego wspólnemu spędzaniu czasu lub dzieleniu stylu życia. Właściciele psów, wegetarianie, biegacze?

W Polsce segmentacja rynku ma już zresztą swoje tradycje. Mamy serwisy dla rolników (AgroRandka.pl), katolików (Przeznaczeni.pl), od wartości niematerialnych wolących materialne (SugarDaddy.pl), dla osób 40+ (40latki.pl),  planujących zwykły skok w bok (Skokwbok.pl) czy kobiet, które lubią brać sprawy w swoje ręce (ZaadoptujFaceta.pl) .

Serwis randkowy dla wegetarian? Spróbujmy!
Zakładając, że osoby na diecie wegetariańskiej j łączy pewien typ wrażliwości i styl życia, który mógłby być spoiwem dla udanego związku – spróbujmy sprawdzić, o jakim rynku w Polsce i na świecie możemy mówić, chcąc wyprodukować serwis lub aplikację randkową skierowaną wyłącznie do tej grupy. Rynek produktów wegańskich i wegetariańskich w Polsce szybko rośnie, więc może nie jest to taki szalony trop.

10 proc. osób w wieku 25-34 lat w Polsce deklaruje utrzymywanie diety wegetariańskiej – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Mintel. Przyjmując, że ok. 10 proc. z nich korzysta z serwisów randkowych, to mówimy o rynku 0,5 mln osób w Polsce w tej grupie wiekowej. Ale oczywiście, jesteśmy ambitni i o biznesie myślimy globalnie. Wybierzmy więc inne rynki na świecie, które powinny nas zainteresować ze względu na wielkość.

Na świecie jest 375 milionów wegetarian, z czego 75 milionów to osoby, które nie jedzą mięsa z wyboru (te nas interesują). Oczywiście, nie wejdziemy na wszystkie rynki naraz. Wybierzmy więc te, na których osób stosujących dietę jest najwięcej.

Szkicujemy więc plan podboju świata na podstawie liczby wegetarian. I tu zaczynają się schody. Pomijamy na tym etapie rynki azjatyckie: Indie, Chiny i Japonia mają co prawda imponującą liczbę osób niejedzących mięsa (łącznie ok. 446 mln), ale to fałszywy trop dla naszego biznesu: wegetarianizm jest tu motywowany przyczynami religijnymi, kulturowymi, a nierzadko również bytowymi. Dlaczego o tym wspominam? Żeby przy okazji powiedzieć, jak ważne oprócz liczb, są również uwarunkowania na każdym z potencjalnych rynków.

Wróćmy do naszej strategii podboju świata. Kraje anglojęzyczne to niezły trop, tym bardziej, że przygotowanie strategii marketingowej po angielsku załatwia nam przynajmniej próbę wejścia na kilka rynków bez tłumaczenia całej usługi i komunikacji na wiele języków.

Kanada – bingo! Zdecydowanie kierunek numer jeden dla naszego biznesu z 12 milionami wegetarian z wyboru (wg badań Vancouver Humane Society z 2005 roku) i 14 milionami singli (Statistics Canada). Kanadyjczycy to też jedni z najbardziej aktywnych w mediach społecznościowych. Rynek wydaje się być wymarzony na zdobycie co najmniej miliona użytkowników naszego portalu randkowego dla wegetarian.

Stany Zjednoczone –  też nieźle; USA to pierwszy zagraniczny rynek wybierany przez polskie startupy decydujące się na eksport (wynika z badania Polskie Startupy 2017 Fundacji Startup Poland). Również dla naszego wegebiznesu amerykański klient wydaje się być obiecujący: 7,3 mln dorosłych stosuje dietę wegetariańską! Tutaj spróbujemy wyrwać kolejny milion użytkowników.

Teoretycznie mamy już 2,5 mln użytkowników. Zakładając, że działamy w modelu subskrypcyjnym, pobierając dolara miesięcznie (taniocha!)… mamy przychód rzędu 2,5 mln dolarów. Teraz tylko oszacujmy koszty i ruszajmy na podbój rynku randek  z biznesplanem i strategią na najbliższy rok. I – oczywiście – na tym etapie już wierzymy, że stworzyliśmy jeśli nie jednorożca, to co najmniej kucyka i bardzo chcemy jak najszybciej  zacząć realizować naszą wizję.

Czy właśnie stworzyliśmy milionowy biznes? Być może. Od tego, co zrobimy teraz wiele zależy. Pamiętajmy, że mamy biznes na kartce. Papier wszystko przyjmie, wszystko w Excelu może się zgadzać, pozostaje jednak kluczowe “ale”.

Zanim zaczniemy kodować i budować całą usługę SaaS, sprawdźmy, czy istnieje realna potrzeba na rynku. Uwierzcie, bardzo wiele startupów nawala właśnie w tym miejscu, w którym emocje biorą górę i już tak bardzo chce się realizować swój pomysł, że trudno skonfrontować się z rynkiem. I albo w ogóle nie zadają rynkowi kluczowych pytań, albo zadają je w taki sposób, żeby potwierdzić genialność swoich założeń.

Nasz cały randkowy biznes oparliśmy na założeniu, że wegetarianie chcą osobnego miejsca w sieci, żeby za jego pośrednictwem szukać drugiej połówki. Nie sprawdziliśmy tej potrzeby. Pamiętajmy, że żeby ten biznes się udał, musimy mieć grupę klientów, która nie tylko potrzebuje wymyślonego przez nas rozwiązania, ale też – co nawet ważniejsze! – jest gotowa za nie zapłacić. I naprawdę: lepiej zawrócić teraz, gdy biznes mamy na kartce. Zaskakująco wiele startupów brnie w biznes niczym nastolatki w platoniczny związek. Klienci, głupcze! – powinien powtarzać sobie  każdy początkujący przedsiębiorca.

Kierowana walentynkowym przypływem miłości postanowiłam wam o tym przypomnieć   <3

 

 
Categories

Jak zarobić na wolnej niedzieli?

Kochacie wszystko co slow? Niedługo slow wyłoni się z niszy. Będąca już na ostatniej prostej do przyklepania ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni promuje małych sklepikarzy i DIY, swoje ostrze wbijając w serce wielkich sieci handlowych.

Niedziela w centrum handlowym - już wkrótce będzie tak.
Niedziela w centrum handlowym – już wkrótce.

Miejsca konsumpcji mogą pojawić się choćby w zakładach penitencjarnych i jednostkach wojskowych, ponieważ również one, znalazły się na ogromnej, liczącej kilkadziesiąt punktów  liście wyłączeń od zakazu. Ów spis to bezcenna wskazówka dla tych, którzy zastanawiają się jak tu wziąć sprawy w swoje  ręce i zrobić biznes. Są na niej lodziarnie, cukiernie, kwiaciarnie, kioski i sprzedaż ryb z kutra. Swoje konsumpcyjne punkciki warto otworzyć w miejscach masowego przepływu osób – na lotniskach, dworcach i w portach.

Prawdziwą oazą dla spragnionych zakupów staną się stacje benzynowe – ten komu uda się postawić w nich półkę ze swoimi gadżetami, trafi na żyłę złota. Wystarczy trochę oleju w głowie (na dobry pomysł) plus znajomy w naftowej korporacji. Tak, tak to nie takie proste, ale zabawki i smakołyki dla milusińskich w punkcie weterynaryjnym, to już nie są Himalaje. Podobnie jak sklep w pensjonacie, hostelu czy małym hotelu. Tam handlować można w świątek-piątek. Non-stop.

Niedzielny handel w wersji slow
Niedzielny handel w wersji slow.

Bez ustanku działać mogą również automaty. Co myślicie o takowych ze zdrową żywnością? W niedzielę kupować można również od rolnika. Warto skorzystać z takich inicjatyw jak ranozebrano.pl. W ogóle, w sieci otwiera się worek bez dna dla spożywczego biznesu. Teraz mama, tata i dzieci, zamiast jechać do galerii na pokościelne zakupy zasiądą na kanapie i poklikają w produkty, których im potrzeba, potem karta i za dzień dostawa do domu – bez dźwigania i szukania miejsca do parkowania. Mogą sobie za to kupić jakąś pamiątkę wybraną spośród dewocjonaliów. 

A na obiad pojadą do restauracji, kelnerzy mogą pracować w niedzielę, nawet w cudzej knajpie. Pomyślcie, co moglibyście dla takiej rodzinki przygotować w galerii sztuki. Ośrodki kultury, sportu, oświaty, turystyki i wypoczynku już czekają na klientów, których stracą w niedzielę handlowi giganci.