Categories

Polska żegna się z banknotami? Coraz mniej keszu w portfelach

Ponad 185 mld zł w żywej gotówce wciąż krąży w naszej gospodarce. Chociaż jesteśmy liderem płatności zbliżeniowych, to kartami płacimy niemal najrzadziej w Europie. Aż 39 procent wszystkich transakcji to ciągle u nas płatności w keszu. Ale czeka nas duża zmiana: do 2020 roku w Polsce przybędzie pół miliona terminali. Kartą zapłacimy nawet w małym warzywniaku.


Społeczeństwo bezgotówkowe to wizja, którą wcielamy w życie od początku lat 90-tych, gdy na świecie zaczęła rozwijać się bankowość elektroniczna. Niemal trzydzieści lat później jesteśmy o krok od portfela bez banknotów i monet. Prawdopodobnie pierwszym społeczeństwem bez fizycznych pieniędzy stanie się Szwecja, w której coraz więcej sklepów w ogóle nie przyjmuje gotówki. Na płatności bez gotówki szybko przesiada się też Dania, która już od 2016 roku nie drukuje banknotów.

Choć w Polsce bardzo szybko rośnie liczba płatności kartami (wg NBP w ostatnim kwartale 2017 roku wydaliśmy w ten sposób o 10 mld zł więcej niż rok wcześniej), to pod względem liczby płatności bezgotówkowych jesteśmy na szarym końcu Europy. To dziwi, bo nowinki finansowe przyjmujemy chętnie i szybko – w ciągu zaledwie kilku lat staliśmy się europejskim liderem płatności zbliżeniowych.

Wygląda na to, że problemem nie jest niechęć do kart, a fakt. że w wielu miejscach wciąż kartą zapłacić nie można. Tę sytuację chce zmienić Fundacja Polska Bezgotówkowa, która  do końca 2020 roku rozda najmniejszym polskim firmom pół miliona terminali – będą mogli ich używać bez opłat przez pierwszy rok. Program Wsparcia Obrotu Bezgotówkowego Polska Bezgotówkowa to wspólna inicjatywa Związku Banków Polskich, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, agentów rozliczeniowych oraz organizacji płatniczych Visa i Mastercard, czyli tych graczy rynku, którzy pobierają opłaty od transakcji. Firmy, które zgłaszają się do programu to małe i średnie przedsiębiorstwa, które wcześniej nie przyjmowały płatności kartą. Do 2020 roku krajobraz transakcji powinien się w Polsce zdecydowanie zmienić: liczba terminali wzrośnie dwukrotnie (teraz w Polsce działa ich ok. 600 tys.).

Jest też rządowy projekt terminalizacji Polski. Co prawda trafił właśnie na półkę, ale można spodziewać się jego powrotu, bo płatności bezgotówkowe są dla państwa na rękę, szczególnie w sytuacji, gdy chce walczyć z szarą strefą i uszczelnić system podatkowy. Elektroniczny obrót pieniądzem pozwala bardzo precyzyjnie śledzić przepływ gotówki.

Projekt terminalizacji zakłada, że każdą opłatę w urzędach administracji publicznej będzie można zrealizować bezgotówkowo. Terminal muszą mieć też – zgodnie z projektem ustawy –  wszystkie firmy. Na pierwszy ogień miały pójść te z branży remontowej, gastronomicznej, hotelarskiej i stacje benzynowe.

Bez keszu, bez stresu?
Do rzadkości należy dziś scenariusz, w którym ktoś przychodzi kupić mieszkanie z walizką pieniędzy. Kieszenie wypchane banknotami nie podnoszą już wiarygodności kontrahenta. Wręcz przeciwnie: transakcja taka wzbudza uzasadnione podejrzenia – przede wszystkim co do pochodzenia pieniędzy i ryzyka ich sfałszowania. Dzisiaj bezpiecznym standardem są płatności przelewem, bez kontaktu z tzw. żywą gotówką w żadnym momencie transakcji. Bezpieczeństwo obrotu pieniądzem to najważniejsza zaleta rynku bez gotówki. Dla firm to też zmniejszenie kosztów obsługi gotówki, którą w sklepach każdego dnia trzeba odebrać z kasy i wpłacić do banku.

A ryzyko? Sytuacja, w której operatorzy transakcji bezgotówkowych podnoszą opłaty tak, że stają się one istotną częścią ceny produktów i usług, które kupujemy.

Dlatego bardzo ważne dla rynku finansowego będzie zróżnicowanie dostępnych form płatności bezgotówkowych i podmiotów, które je oferują – konkurencja powinna uchronić nas przed niezdrowymi podwyżkami. Dlatego jako konsumenci powinniśmy trzymać kciuki za rewolucję na rynku finansowym, którą niesie nowe prawo Unii Europejskiej (dyrektywa PSD2), dzięki której nie tylko banki będą mogły obsługiwać nasze płatności.

Zatem zanim całkiem opróżnimy nasze portfele z keszu, zastanówmy się, komu, za co i ile płacimy zbliżając kartę do terminala i czy na pewno jest to najlepsza oferta. Na tym rynku będziemy mieć coraz więcej opcji, więc warto wybierać.

 

O zmianach na rynku usług finansowych przeczytasz też w tekście: Banki tracą monopol na zarządzanie naszymi kontami

 
Categories

Tradycyjne banki przegrywają walkę o milenialsów

Finałowa scena filmu „Fight Club” od niemal dwudziestu lat rozgrzewa serca i cieszy wszystkich zadłużonych. Wizja zniszczenia banków, wyzerowania długów i dania ludziom drugiej szansy spodobała się widzom, a film stał się pozycją kultową. W roku 2018 jest wciąż za wcześnie, by puszczać marsz żałobny, jednak katastrofa tradycyjnej bankowości powoli staje się faktem. Do gry weszli bowiem milenialsi, sięgając do szerokiego wachlarza swoich wyrachowanych metod

Gdy dziesięć lat później bankierzy rozpętali kryzys, który wpędził miliony ludzi w nędzę, nastroje się zradykalizowały i podczas protestów na Wall Street mogliśmy dostrzec transparenty z hasłem „jump motherfuckers”. Malowali je młodzi ludzie, którzy nie byli zadowoleni z tego, co finansjera zrobiła z Ameryką i światem. Bankierzy powinni zadrżeć, ale tego nie zrobili. Nie mieli świadomości, że ich branża będzie kolejną, którą zabiją milenialsi.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale jeszcze 15-20 lat temu bankier to był zawód zaufania publicznego. Szedłem do siedziby banku i powierzałem kolesiowi po drugiej stronie stołu moje pieniądze, wierząc że mnie nie oszuka. I on mnie nie oszukiwał, nie wciskał stu fantastycznych produktów inwestycyjnych albo ryzykownych kredytów. Wszystko zmieniło się w roku 2007, gdy pracownicy banków zamienili się w naganiaczy kredytowych i brokerów narzędzi finansowych, których sami nie rozumieli. Po roku 2009 branża bankowa nie ma już czego u milenialsów szukać.

Oczywiście kontaktu z bankami całkowicie uniknąć się nie da, ale młodzi minimalizują go, jak tylko jest to możliwe. Według badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Business Insider, aż 38 proc. amerykańskich milenialsów nie odwiedza oddziału banku a 26 proc robi to rzadziej niż raz w miesiącu. Ledwie 38 proc młodych idzie do banku w celu innym niż wypłata z bankomatu. Połączmy to z faktem, że aktualnie milenialsi to najliczniejsza grupa demograficzna i jednocześnie największa grupa wśród ogółu zatrudnionych. Co mamy? Ano prosty patent na katastrofę bankowości w takiej formie, w jakiej znaliśmy ją przez dekady.

Jak wspomniałem w jednym z poprzednich tekstów, obecne pokolenie młodych Amerykanów jest obciążone największym długiem studenckim w historii. Co oznacza, że większość tradycyjnych produktów oferowanych przez banki ich nie interesuje. Ktoś, kto ma 25 tysięcy dolarów długu na starcie, nie dostanie przecież kredytu hipotecznego. Karta kredytowa, dzięki której będzie mógł zadłużyć się jeszcze bardziej też nie jest mu niezbędna do życia. Pożyczka na samochód? Może najpierw niech ktoś mu zaproponuje sensowny program wyjścia z długu. Niekoniecznie związany z koniecznością założenia konta bankowego i łupienia opłatami na kolejnych etapach refinansowania zadłużenia i jego spłaty.

Młodzi ludzie nie potrzebują bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Bardziej interesuje ich przyjazna bankowość, w której przelewy robi się jednym kliknięciem w komórce albo zbliżając dwa telefony do siebie. Płatność kartą? Po co, skoro możemy to zrobić komórką. Wypłata z bankomatu? Komórka. Inwestycje? Dostęp do naszego portfela akcji przez całą dobę dzięki komórce. Założenie lokaty? Zaznaczenie czterech pól (dane osobowe uzupełniają się automatycznie) i naciśnięcie „Wyślij” w komórce. Refinansowanie pożyczki studenckiej? Na pewno jest do tego jakaś apka.

Milenialsi chcą mieć swój hajs zawsze pod ręką.

Co oferują im tradycyjne banki? Przelew – przeklikaj się przez pięć ekranów a potem wpisz kod ze zdrapki albo tokena. Bankomat? Użyj karty i pamiętaj kolejny PIN. Inwestycje? Proszę wydrukować i wypełnić te wnioski. Pożyczka? A to już w ogóle grubsza sprawa i bez wizyty u konsultanta się nie obejdzie. Trzeba też będzie mieć zaświadczenie z księgowości o dochodach. Młodzi nie mają czasu na takie głupoty, kiedy wszystko inne mogą załatwić kilkoma kliknięciami w ekran smartfona.

Do tego te przeklęte startupy, które brużdżą bankom. W swojej pełnej ciepła i zwięzłości, liczącej 38 stron odezwie do udziałowców, prezes JPMorgan Chase Jamie Dimon powiedział „Krzemowa Dolina nadchodzi”. Setki startupów, tysiące mózgów i miliony monet pracują nad rozwiązaniami alternatywnymi dla tradycyjnej bankowości. Największy lęk wzbudza działka, w której banki operują najaktywniej – pożyczki. Klient może w ciągu kwadransa dostać pożyczkę, której udzielenie zajęłoby bankowi tydzień. Akapit o startupach fintechowych prezes kończy ślicznym zdaniem: And we also are completely comfortable with partnering where it makes sense. Słuchajcie, tak właśnie brzmiał XX wiek. Albo XIX.

W USA walkę o milenialsów tradycyjne banki przegrywają sromotnie. A co słychać u nas? Według danych z badania TGI prowadzonego przez firmę MillwardBrown, aż 3,5 mln osób z grupy wiekowej 15-35 lat nie ma konta bankowego. Tak się w Polsce definiuje wykluczenie finansowe. Przyczyny są częściowo zbadane, częściowo możemy je zgadywać. Młodzież nie chce powierzać bankom pieniędzy, bo im nie ufa. Leży u nas edukacja finansowa.

Według badania „Życie finansowe młodych Polaków”, aż 2/3 badanych nie wie co to jest RRSO a jednocześnie tylko 20 proc ocenia swoją wiedzę jako niedostateczną i ma świadomość braków. Rodzice są zarówno głównymi doradcami finansowymi, jak i źródłem pomocy w razie kłopotów finansowych. Młodzi trzymają się tradycyjnych wzorców postępowania, popełniając błędy poprzednich pokoleń. A w razie kompletnej padaki, zawsze zostaje chwilówka.

W Polsce nie była potrzebna żadna rewolucja, młodzi odwrócili się od banków sami z siebie. Te próbują kusić, oferując pieniądze za założenie konta, ale tak to można zachęcać jedynie łowców okazji a nie łowić lojalnych klientów. I tak to milenialsi powoli zabijają kolejną branżę. Aż strach głośniej odetchnąć.