Categories

Twój czas – zasób nieodnawialny

To ostatnia część mojego małego cyklu o oszczędzaniu i budżecie. Tak dużo rzeczy do omówienia, tak mało miejsca. Ostatecznie postanowiłem rozwinąć wątek z poprzedniego tekstu i dzisiaj napiszę wam trochę o najcenniejszym z posiadanych przez nas zasobów – o czasie.

Czas trwoni się nam najłatwiej ze wszystkiego, bo zazwyczaj nie myślimy ile on tak naprawdę jest wart. Rzadko kto liczy sobie ile kosztuje jego czas, problem ten zazwyczaj pojawia się przy negocjowaniu stawki godzinowej albo zarobków miesięcznych w nowej pracy. A warto znać te cyfry wcześniej. Dzięki nim jesteśmy w stanie szybko ocenić, czy coś nam się opłaci, czy może niekoniecznie.

Dobrej metody wyliczenia wartości naszego czasu nie ma, trzeba sobie to jakoś uśredniać. Nie ma sensu tego liczyć z wzoru: pensja/czas pracy, bo to nieprawda. Tak policzymy sobie wyłącznie stawkę godzinową w pracy.

Przeliczanie wartości każdej godziny w dobie też nie jest idealne, bo przecież śpimy. Jakąś formą najlepszego przybliżenia mogłoby być obliczenie wartości godziny aktywności. Liczymy ile średnio śpimy, odejmujemy ten czas od naszej doby i przeliczamy. Sugeruję w ramach jednego miesiąca zrobić takie ćwiczenie i policzyć jak długo średnio w ciągu doby jesteśmy aktywni. Sam korzystam z takiej metody, bo według mnie najmniej przekłamuje.  

Miejmy też świadomość, że czas ludzi, którzy nie pracują nie jest przecież wart 0 zł. Wszyscy mamy znajomych, którzy wybrali taki a nie inny zawód. Robiąc rzeczy pożyteczne zarabiają relatywnie niewielkie kwoty, jak choćby nauczyciele. Dlatego każdy powinien sam zastanowić się jak wycenić swój czas. Być może dojdziecie do wniosku, że jakiekolwiek wyliczenia są na nic i postanowicie uznaniowo stwierdzić, że wasza godzina kosztuje minimum trzy dyszki. Też dobrze, byleby nie przegiąć. Bo przy uznaniu, że godzina naszego czasu warta jest tysiąc złotych, całe nasze dalsze kalkulacje biorą w łeb.

No dobra, załóżmy że wyliczyliśmy sobie koszt naszej godziny i wynosi on dwie dychy. Do czego możemy tę stawkę wykorzystać?

Przede wszystkim do policzenia tego, czy opłaca nam się robić określone rzeczy. Poniżej przykłady z mojego życia. Walnął mi w lodówce termostat, lodówka mroziła, postanowiłem być prawdziwym mężczyzną. Zamówiłem model pasujący do mojej lodówki i sam go wymieniłem. Lodówka zaczęła mrozić jeszcze bardziej. Stwierdziłem, że pewnie coś uszkodziłem podczas montażu i zamówiłem kolejny. Sam wymieniłem. Sytuacja bez zmian. Wezwałem specjalistę, który uświadomił mi, że czujki z moich termostatów były za krótkie i nie sięgały tam, gdzie powinny. Wymienił na jeden z takich, które przyniósł ze sobą, zainkasował 150 ziko, od tamtej pory lodówka działa.

Oczywistym jest, że mój pęd do wiedzy na temat budowy lodówek i chęć zostania bohaterem domu były bez sensu. Straciłem kilkanaście godzin życia na dwukrotny zakup termostatu, wymianę i poszukiwania odpowiedzi dlaczego lodówka dalej działa wadliwie. Doliczamy też koszt zamrożonego jedzenia. Moja chęć zaoszczędzenia na specjaliście kosztowała lekko licząc czterokrotnie więcej od jego wizyty. Oczekiwana wartość oszczędności nie została osiągnięta, zanotowałem za to dużą stratę. Gdybym od razu wezwał magika od lodówek, zapłaciłbym tylko 150 złotych i nauczył się z pierwszej ręki tego, czego nie znalazłem w internecie. A w czasie, który straciłem na wszystkie czynności związane z reperacją własnoręczną, mogłem napisać trzy teksty, które sprzedałbym za stawkę wystarczającą na pokrycie kosztów wizyty złotej rączki. I jeszcze by mi zostało na dodatkowe atrakcje.

Miałem do pomalowania jedno pomieszczenie. Niestety, pełne załomów, wykuszów i trudno dostępnych miejsc. Gdybym własnoręcznie przygotował pokój do malowania (folia, mycie ścian) i zlecił samo pacykowanie, kosztowałoby mnie to 160 złotych plus farba. Normalnie zapłaciłbym ekipie a sam siedział i pisał. Jednak w perspektywie najbliższych 3 miesięcy czeka mnie malowanie dwóch mieszkań. Opłaciło mi się więc kupić narzędzia i pomalować pokój samodzielnie, nawet jeżeli trwało to kilka godzin. Przyda mi się praktyka, wałki i pędzle posłużą jeszcze dwukrotnie (ich koszt rozłoży się na trzy malowania). Gdybym jednak miał w perspektywie wyłącznie malowanie jednego pokoju, praca samodzielna byłaby kosztowo nieopłacalna.

Ale już na przykład własnoręczna wymiana żarówki w samochodzie jednoznacznie mi się opłaciła. W mojej Corolli trudno się dobrać do reflektora z powodu niefortunnego ułożenia akumulatora. Mimo tego po kwadransie prób udało mi się wygrzebać kostkę, zmienić żarówkę i upchnąć wszystko z powrotem w reflektorze. Zaoszczędziłem czas potrzebny na wizytę w warsztacie i pieniądze, które zapłaciłbym za usługę. Przy okazji nauczyłem się, jak to robić, co będzie procentować za każdym następnym razem. Kwadrans mojego czasu kosztował mniej niż wizyta u speców a wiedza na temat pozostanie.

Napisałem to wszystko po to, żebyście w swoich kalkulacjach uwzględniali coś więcej niż tylko to, ile będzie kosztować was zamówienie specjalisty. Znając koszt waszego czasu i wiedząc ile go poświęcicie na określone czynności, będziecie w stanie sprawnie przeliczyć czy nie opłaci się wam zapłacić za czas kogoś innego.

Ten temat jest absolutnie fascynujący i mógłbym o nim godzinami z przykładami, ale objętość mnie blokuje. Dlatego zachęcam do samodzielnych badań nad rzeczywistymi kosztami naszych codziennych aktywności. Gwarantuję wam, że się zdziwicie.

 
Categories

Oszczędzanie: zostań strategiem w swoim domu!

W ubiegłym tygodniu zmuszałem was do zapisywania wszystkich wydatków. Dałem co prawda proste narzędzie, które ułatwia tę czynność, ale mimo wszystko to jest jakiś wysiłek. Pora więc opowiedzieć, po co właściwie musimy zadać sobie tyle trudu i skrupulatnie notować cyfry ze wszystkich paragonów.

To proste, bez analizy wydatków nie zaplanujemy sobie sensownie domowego budżetu. A bez zaplanowanego budżetu trudniej będzie nam sterować przepływami pieniędzy. Bez sterowania przepływami pieniężnymi nie jesteśmy w stanie zapanować nad własną kasą. Bez panowania nad własną kasą, nie wiemy dokąd dryfują nasze finanse. A zatem, do roboty.

Słowo o skali – nie ma sensu analizować ani tworzyć budżetu na podstawie danych z jednego miesiąca. Wyobraźmy sobie, że w lutym mamy urodziny i robimy domówkę. Jak to wpłynie na pozycje ‘jedzenie’, ‘alkohol’ i ‘rozrywka’? Ano pewnie wzrosną o 20-30 proc., w zależności od tego jak bardzo planujemy się pokazać przed znajomymi. Żeby uniknąć takich odstających danych, a przy okazji uśrednić sobie wydatki w kategoriach, zbieramy dane z przynajmniej kwartału a najlepiej półrocza.

Załóżmy, że zebraliśmy dane dotyczące naszych sześciomiesięcznych wydatków i mamy podzielone je na kategorie. Co z tym dalej robimy? Trzeba budżet rozliczyć i sprawdzić, czy mamy deficyt, czy nadwyżkę. I odpowiednio do sytuacji zareagować. Pamiętajmy – nie jesteśmy państwem, w przypadku deficytu nie możemy dodrukować pieniędzy, pozostaje tylko zadłużanie się. Zadłużać się nie chcemy.

W pierwszym kroku patrzymy, jak procentowo w naszych dochodach rozkładają się poszczególne kategorie. Są różne szkoły, ale co do zasady wszyscy zgadzają się, że suma wydatków stałych (rata kredytu, czynsz, opłaty eksploatacyjne) nie powinna przekraczać 50-60 proc. wpływów. Sytuacja, w której dociśnięty wysokim kursem franka płacisz wysoką ratę kredytu, która przekracza połowę twoich dochodów, nie zwalnia cię z prowadzenia budżetu. Powiem więcej, zwłaszcza w takim położeniu należy trzy razy oglądać każdą złotówkę. Pozostałe kategorie rozważcie we własnych sercach i dopasujcie do potrzeb.

W statystycznym domu na jedzenie wydaje się 25 proc. środków, my możemy się żywić na mieście i będzie to 35 proc.  Albo na przykład zrezygnowaliśmy z kupowania biletów do kina i weszliśmy do programu ‘Unlimited’, dzięki czemu urwaliśmy z pozycji ‘kultura’ 5 proc. I dodatkowe 5 proc. w kategorii ‘telekomunikacja’ przy przejściu z abonamentu na pre-paida. Narzucanie sobie sztywnych ram nie ma sensu, optymalizacją wydatków w ramach kategorii zajmiemy się później.

Dzięki asystentowi mBankowemu możemy sobie do naszego pliku budżetowego przenieść tyle kategorii, ile chcemy. Jeżeli wydatki spisujemy ręcznie, trzeba sobie liczbę kategorii zmniejszyć, żeby się nie zniechęcić. Jak się wdrożymy, będziemy bawić się w takie detale, jak napoje gazowane, niegazowane i alkoholowe. Tymczasem zostajemy przy napojach ogółem.

Darmowych narzędzi do robienia budżetu domowego jest mnóstwo. Przy wyborze zwróćcie uwagę na to, czy program/aplikacja zbiera dane lokalnie, na waszym komputerze albo komórce, czy trzyma na swoich serwerach. To drugie rozwiązanie, jakkolwiek byłoby pozabezpieczane, jest dla mnie dyskwalifikujące. Nie widzę powodu, dla którego przy zadaniu tak prostym jak budżet, ktoś musiał trzymać moje dane finansowe u siebie.

Sam korzystam z Excela, dlatego nie polecę żadnego konkretnego rozwiązania. Oparłem się na nim, bo szybko liczy wszystko, czego potrzebuję. Od razu mówię, że niepotrzebna jest do tego żadna filozofia, wystarczy umiejętność wpisywania cyferek w okienka i liczenie sum, różnic oraz procentów.

Spisujemy sobie wszystkie wydatki miesięczne, to akurat łatwe. Uwzględniamy wydatki nieregularne, to akurat trochę skomplikowane, ale do ogarnięcia. Uzyskaną kwotę odejmujemy od naszych miesięcznych wpływów. Bang! Jeżeli mamy nadwyżkę, możemy ją zaoszczędzić albo zainwestować. Jeżeli saldo jest ujemne, musimy szybko pomyśleć, z czego pokryć różnicę.

Jak policzyć wydatki nieregularne? Ano przybliżeniami. Jest to zadanie jednorazowe, więc warto się do niego przyłożyć. Lecą tu wszystkie wydatki okazjonalne i te o regularności rzadszej niż miesiąc. Będą to wakacje, ubezpieczenie i przegląd samochodu, ubrania, koncerty i festiwale, szkolna wyprawka dla dzieci, ubezpieczenie mieszkania, lekarstwa, reperacje roweru czy koszt biletów kwartalnych (chyba, że jeździmy na miesięcznych, wtedy wpada nam to do budżetu regularnie). Te pozycje warto przemyśleć dokładnie. Estymujemy ile wydamy na każdą z tych rzeczy rocznie. Dla przykładu przegląd samochodu to akcja jednorazowa o znanym z grubsza koszcie, wydatki na leki zależą od sytuacji. Po spisaniu wszystko sumujemy a potem dzielimy przez 12. Albo przez 10, bo i łatwiej to zrobić, i lepiej mieć te wydatki uwzględnione w budżecie górką.

I to wszystko, przynajmniej na razie. Za tydzień opowiem co możemy sobie z takim budżetem zrobić.

Przeczytaj też: Oszczędzanie: budżet, głupcze!

 
Categories

Oszczędzanie: budżet, głupcze!

W poprzednich odcinkach wrzuciłem kilka podpowiedzi prostych, łatwych i w miarę przyjemnych. Powód był jasny, nie chciałem zaczynać mojego kąta porad od rzeczy żmudnej, nudnej, dla większości osób trudnej i w mniemaniu większości niepotrzebnej. Gdybym zaczął od budżetu i zapisywaniu wydatków, nikomu nie chciałoby się doczytać tekstu do końca.

Niestety, jeżeli chcemy poważnie traktować oszczędzanie, musimy o tym pomyśleć. Można oczywiście odkładać bez zaplanowanego budżetu. Sposoby na to pokazałem w pierwszych dwóch częściach. Niestety, mało kto potrafi z żelazną dyscypliną co miesiąc odkładać określoną kwotę, niezależnie od niespodziewanych wydatków i wpadek finansowych. Trzeba mieć w sobie gotowość na czasowe pogorszenie jakości życia w sytuacji, gdy musimy kupić awaryjnie pralkę. Nagła dziura w finansach mogłaby skłonić do odpuszczenia sobie jednej raty oszczędności. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi nam dobrze zrobiony budżet.

Planowanie budżetu zaczynamy od skrupulatnego spisywania naszych wydatków. Jeżeli chcemy mieć z tego jakikolwiek pożytek, musimy uwzględnić wszystkie wydatki. Myślę, że sensowna skala czasowa to minimum pół roku. Po tym czasie będziesz wiedzieć na czym stoisz, poznasz udział swoich kosztów stałych, zorientujesz się, ile wydajesz na balety a ile na kulturę, i gdzie będzie można próbować przyciąć.

Do spisywania wydatków wystarczy kartka papieru i ołówek, ale ja postanowiłem skorzystać z uroków bankowości internetowej. Mam konto w mBanku. Do niego przypiąłem kartę płatniczą, z której korzystam w programie oszczędzania mimochodem (to ten, w którym bank odkłada za mnie 10 proc. wartości każdej transakcji).

Pomocny dla nas będzie oferowany przez bank podział transakcji na kategorie. Jest ich 11, plus dodatkowe 57 podkategorii. Dzięki temu każdej transakcji jesteśmy w stanie dość dokładnie przypisać miejsce wśród naszych wydatków. Bank przydziela kategorie automatycznie, jednak na początku warto je korygować, aż się nauczy, że zakupy pod blokiem to nie jedzenie na mieście tylko żywność. Pod koniec miesiąca dostaniemy elegancki wykres, dzięki któremu jednym rzutem oka ogarniemy, jak wygląda struktura naszej rozrzutności.

Żeby nasz system zadziałał, konto oferujące takie ułatwienia powinno być kontem-matką, z którego wychodzą nasze wszystkie płatności. To do niego musimy mieć podpięte płatne usługi, z niego wypłacamy z bankomatu i regulujemy ratę kredytu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to z niego wychodził cały ruch do sieci naszych innych kont, z których płacimy np. czynsz albo abonament (pisałem o tym w ubiegłym tygodniu). Wystarczy wtedy stałe zlecenia przypisać do odpowiedniej kategorii i wszystko robi się z automatu.

Na początku wszystkie transakcje trzeba dokładnie analizować i ewentualnie zmieniać im kategorie. System dość sprawnie się uczy, dzięki czemu po miesiącu mamy ogarniętą większość ruchu na koncie. Aktualizacje potrzebne bywają wyłącznie podczas zakupów okazjonalnych. Te zresztą system rozpoznaje bardzo dobrze, ostatnio bez pudła przypisał mi do odpowiednich sklepów elektronikę, ubrania i buty, oraz jedzenie poza domem. Ten patent załatwia nam 95 proc. roboty związanej z analizą.

Ostatniego dnia miesiąca siadam do komputera, uruchamiam excela i przerzucam sobie do niego wszystkie wydatki z konta w podziale na kategorie. Najpiękniejsze w tym systemie jest to, że bank już powrzucał wszystkie płatności do odpowiednich przegródek, ja tylko muszę wpisać kwotę łączną. Zrobienie analizy moich miesięcznych wydatków zajmuje mi dzięki temu niecałą godzinę raz w miesiącu.

W sytuacji, gdy płacę za coś gotówką, biorę paragon i spisuję z niego rzeczy do excela na bieżąco. Im mniej transakcji hajsem, tym mam łatwiejszą robotę przy spisywaniu wydatków.

Dokładna analiza wydatków to punkt wyjścia do stworzenia dobrego, działającego budżetu. O tym w kolejnej części, tymczasem idę uczyć system, że Tiger to nie odzież i obuwie.

 
Categories

Oszczędzanie: Za hajs banku baluj

W dwóch poprzednich częściach pokazałem wam, jak przekazać trudny obowiązek oszczędzania w ręce banku, i w jaki sposób zablokować odłożone pieniądze. Dzisiaj zaproponuję zbudowanie pierwszej w waszym życiu piramidy finansowej. W dobrym tego słowa znaczeniu, bo zarobimy uczciwie.

Budowanie naszej piramidy może chwilę potrwać, bo zależy od tego, jakie promocje oferują banki. Widzicie, bankowcom skończyły się pomysły na przyciąganie nowych klientów indywidualnych. Nikt nie jest w stanie zaproponować korzystnej lokaty. W dobie wszechobecnych płatności kartą, sieć bankomatów nikogo nie interesuje. Darmowe przelewy? Ma je chyba każdy. Brak opłat za kartę? No raczej. Aplikacja mobilna? Wiadomo. BLIK? Oczywiście. Czym zatem mają nęcić nas banki?

Bank płaci za otwarcie konta
Zdesperowani marketingowcy wymyślili, że warto byłoby rzucić w klienta gotówką. Dosłownie. I zaczęli rzucać. Na rynku jest masa propozycji otwarcia konta w zamian za pieniądze, zniżki w dużych sklepach czy kupony na Allegro. Banki rozdają również karty kredytowe za hajs, ale tutaj zalecam pewną ostrożność. Kredytówki są świetnym źródłem taniego kredytu, jednak trzeba wiedzieć dokładnie jak z nich korzystać.

Po znalezieniu odpowiednio zyskownej promocji, uważnie wczytujemy się w jej regulamin. Głupio byłoby zorientować się poniewczasie, że darmocha jest przez pierwszy kwartał a później bank zaczyna nas łoić potrójnymi opłatami za oddychanie. Jeżeli wszystko, łącznie z hajsem się zgadza a warunki są dla nas do spełnienia, otwieramy sobie konto bankowe. I czekamy na następną promocję.

Jednocześnie zaczynamy sobie rozrysowywać miesięczne przepływy środków między kontami. Załóżmy, że w warunkach promocji jest konieczność comiesięcznego wpływu 1500 złotych i realizacji dwóch przelewów. Wtedy z naszego głównego konta ustawiamy stałe zlecenie na przelew tej kwoty na konto promocyjne.

Następnie zerkamy w kalendarz naszych zobowiązań i patrzymy, czy mamy jakiś termin w okolicach 7-go każdego miesiąca. Jeżeli tak, ustawiamy stałe zlecenie z konta promocyjnego. A drugie, powrotne na nasze konto główne. W tym momencie nasze konto promocyjne zaczyna zarabiać na siebie podwójnie. Inkasujemy nagrody z nowego banku i już nigdy nie spóźnimy się z płatnościami. Co oznacza brak opłat za zwłokę? Brak opłat za zwłokę oznacza zysk.

Żonglerka przelewami
Z biegiem czasu i uruchamianiem przez banki nowych promocji, nasza struktura będzie się rozbudowywać i zmieniać. Być może uda się wam połączyć nowe konta nie w piramidę a w koła. Czyli macie trzy promocje wymagające comiesięcznych wpłat na konto. Wrzucacie kasę na pierwsze konto, z niego ustawiacie przelew na drugie, z drugiego na trzecie i tak dalej. Liczba kont w kręgu jest dowolna, ale według mnie im więcej, tym zabawniej.

Cały ten proces wymaga od nas trzech rzeczy.

*Dokładnego sprawdzenia warunków promocji – chcemy przecież uniknąć późniejszych opłat za cokolwiek, co może zjeść nasz zysk.

*Terminowego przelewania środków – to załatwią nam stałe zlecenia, których ustawienie to chwila.

*Wyszukiwania nowych promocji – to załatwiają za nas liczne strony zbierające i analizujące takie propozycje.

Po zakończeniu promocji i wypłaceniu premii, trzeba odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie – czy potrzebujemy takiego konta? Jeżeli nie, bo na przykład nie robimy z niego żadnego ruchu, zamykamy. Praktycznie wszystkie promocje są dla nowych klientów banku. Jeżeli będziemy w nim mieli konto z poprzedniej akcji, nie skorzystamy z nich. Szkoda kasy.

Na co jeszcze czekacie? Poszukajcie stron o zarabianiu na bankach, odpalajcie notes albo Excela i do roboty. Pieniądze same się nie zarobią.

 
Categories

Oszczędzanie: jak nie po dobroci, to siłą

Jak wspomniałem w ubiegłym tygodniu, oszczędzanie to najtrudniejsza ze sztuk. Zaraz po rzucaniu palenia i regularnym porannym wstawaniu na sport. Podtrzymuje swoją opinię, dlatego dzisiaj zaproponuję sposób na oszczędzanie, odpowiadający skali trudności tego zadania. Nazwałem go oszczędzaniem siłowym.

Autooszczędzanie może być potraktowane jako łagodna i wygodna odmiana oszczędzania siłowego. Łagodna, bo sami decydujemy, jaki procent transakcji trafia na nasze konto. Wygodna, bo wszystko odbywa się bez naszego udziału, sprawę przejmuje w swoje ręce bank. Ma jednak wadę. Łatwy dostęp do odkładanych pieniędzy mamy cały czas. Jakże łatwo wtedy o potknięcie i uszczknięcie odrobiny oszczędności. Potem kolejnej odrobiny. I po dwóch miesiącach jesteśmy w punkcie wyjścia.

Mój sposób na oszczędzanie siłowe jest dwuetapowy. W etapie pierwszym ustawiamy stałe zlecenie przelewu w kwocie, jaką chcemy odkładać. Przelewamy ją z jednego banku do drugiego, żeby uniknąć pokusy szybkich przelewów między własnymi kontami w tym samym banku. To łatwiejsza część zadania, dalej są schody.

Teraz trzeba znaleźć taki bank, z którego wydobycie pieniędzy przelewem, czy w jakikolwiek inny sposób będzie trudne. Szukamy więc banku, który oferuje poświadczanie transakcji przy pomocy karty kodów jednorazowych, ciągle ma to na przykład Inteligo. Podczas zakładania konta, które będzie nam służyło wyłącznie do odkładania na nim pieniędzy, prosimy o autoryzację kartą. Gdy dostaniemy ją pocztą, natychmiast ją niszczymy w sposób niepozwalający na odczytanie kodów jednorazowych. Pozbywamy się też karty płatniczej przypisanej do konta. No i na pewno nie instalujemy aplikacji do zarządzania kontem.

W tym momencie stworzyliśmy system o przepływie jednokierunkowym. Pieniądze na konto Inteligo wpłyną, ale ich wypłata będzie bardzo utrudniona. Żeby dostać się do naszego hajsu będziemy musieli albo wyrobić nową kartę płatniczą, albo kartę kodów. Złożenie dyspozycji u konsultanta jest procesem tak bolesnym, i tak długotrwałym, że jest szansa na to, że w połowie rozmowy rozłączymy się płacząc. Bez karty płatniczej nie mamy dostępu do bankomatów. Karta kodów uniemożliwia nam dodanie klienta do przelewu. Mamy pieniądze, ale jakbyśmy ich nie mieli. A jak będziemy chcieli się do nich dobrać, to zadanie będzie na tyle nietrywialne, że może się w jego trakcie okazać, że tej kasy wcale tak bardzo nie potrzebujemy.

Jeżeli uznacie, że nie chcecie wspierać swoimi pieniędzmi banku państwowego, zawsze pozostaje inny bank ze zdrapkami albo PayPal podpięty do naszego konta bankowego. Zasilamy go pieniędzmi co miesiąc i mamy spokój. Oczywiście dopóki nie próbujemy robić zakupów w internecie.

PayPal jest bezpiecznym składem kasy, bo żeby cokolwiek z niego wyciągnąć, musimy się trochę namęczyć. Ja na przykład hasło i login mam zapamiętane tylko na jednym komputerze, którego nie włączam. Więc sami rozumiecie, że musiałbym mieć naprawdę nóż na gardle, żeby mi się chciało uruchamiać sprzęt, do którego zasilacz mam w pracy. Na pewno nie ruszę tych pieniędzy tylko dlatego, że zechce mi się kupić coś ładnego acz nieprzydatnego.

Sposoby siłowe polecam osobom, które mają problem z dyscypliną finansową i gdy kończą się im pieniądze na koncie bieżącym, bez żenady skubią z oszczędności. Nie poskubiesz, jeżeli dostęp do pieniędzy wymaga wysiłku. Przy okazji po kilku miesiącach można nauczyć się, jak planować budżet miesięczny w taki sposób, żeby wystarczało do końca miesiąca. Dzięki temu nasze oszczędności będą bezpieczne.

O sposobach żartobliwych typu bank ziemski (kasa do słoika, słoik do ziemi) albo chowanie pieniędzy w książkach nie będę wspominał. Łatwo jest zapomnieć, gdzie zakopaliśmy szkło, albo w których książkach są pieniądze i oszczędzanie kończy się paniką, przekopaniem całego ogrodu albo inwentaryzacją całej biblioteczki domowej.

Za tydzień zastanowimy się, gdzie można urwać trochę grosza bez popadania w przesadę.

 
Categories

Oszczędzaj bez wysiłku

Wszyscy wiedzą, że oszczędzanie jest łatwe, przecież wystarczy świnka skarbonka. W końcu uczą nas tego od dziecka. Tak naprawdę w tej grze najczęściej przegrywamy, bo oszczędzanie to najtrudniejsza ze sztuk. No, może trzecia najtrudniejsza, zaraz po rzucaniu palenia i regularnym porannym wstawaniu na siłownię. Dzisiaj zdradzę wam łatwy patent. Dzięki niemu, bez wyrzeczeń co miesiąc odkładam kilka stówek.

Odkąd przenośne terminale płatnicze ma nawet Pan Kanapka, za wszystko płacę plastikiem. Na czarną godzinę mam w portfelu stówkę, ale nie użyłem jej od tak dawna, że niedługo przetrze się na zgięciach. Pieniądze odkładać potrafię tylko, gdy je zakopię daleko od domu albo wrzucę na rachunek z maksymalnie utrudnionym dostępem. Jeżeli funkcjonujesz podobnie, mam dla ciebie sposób na regularne odkładanie kasy.

Program mSaver dostępny w mBanku jest genialny w swojej prostocie. Od każdej transakcji kartą, pobiera z naszego konta „prowizję” i przelewa ją na stworzone na potrzeby oszczędzania subkonto. Do odłożonych pieniędzy mamy dostęp cały czas i w tym upatruję jedyną słabość tego pomysłu. Ta kasa jednak kusi. Poza tym mSaver ma same plusy.

Do wyboru mamy trzy tryby pobierania pieniędzy:

  • zaokrąglanie kwot do pełnych dziesiątek złotych,
  • ustalenie stałej kwoty przelewanej po każdej transakcji,
  • ustawienie procentowej wartości transakcji.

Pierwszy sposób odradzam. Testowałem go przez tydzień. Już trzeciego dnia zauważyłem u siebie tendencję do dobierania przy kasie rzeczy tak, aby wartość zakupów była jak najbliższa pełnych dziesiątek. Przy kasie stoją zazwyczaj słodycze, ja je uwielbiam, wszystko okazało się być bez sensu.

Drugi sposób nie jest zły, ale brakuje w nim hamulca zakupowego. Niezależnie od tego czy płacimy piątkę za ciastko, czy trzy stówki za duże zakupy, bank ściąga nam z konta zawsze tę samą kwotę. Przy małej liczbie transakcji i ustawionej niewielkiej kwocie może okazać się, że po miesiącu odłożyliśmy 42 złote. I zapał pryska, bo 42 złote to pięć kaw w sieciówce.

Sposób ostatni, z wpłatami uzależnionymi procentowo od wartości zakupów, jest dla mnie najlepszy. Przy małych zakupach nie zauważę różnicy na rachunku. Przy dużych zaczynam się zastanawiać, czy na pewno wszystko co mam w koszyku jest mi potrzebne. W efekcie oszczędzam podwójnie – pierwszy raz przy kasie, drugi raz w banku. Tu się naprawdę potwierdza zasada, że mieć dychę i nie mieć dychy to razem dwie dychy.

Swój program dodatkowo wzbogaciłem jedną większą wpłatą w stałej wysokości, która trafia na konto celowe pod koniec miesiąca. Jest na tyle niewielka, że jej braku nawet nie widzę.  

W tej chwili wiem o pięciu bankach, które oferują usługę autooszczędzania:

  • Credit Agricole z programem CASaver, oszczędności są oprocentowane na 0,15 proc.
  • mBank i mSaver, oprocentowanie do 1 proc.
  • PKO BP i Autooszczędzanie, oprocentowanie od 0,5 do 1,2 proc.
  • Getin Bank i  Skarbonka, oprocentowanie 1-1,4 proc.
  • ING Bank Śląski i Smart Saver, oprocentowanie 2,5 proc do 5 tys. zł, powyżej 0,7 proc.

Autooszczędzanie jest elegancką i prostą formą systematycznego odkładania pieniędzy. Nic nie kosztuje. Nie jest obarczone ryzykiem. Mamy cały czas dostęp do odłożonych pieniędzy, banki oferują nawet jakieś oprocentowanie. Jak wspomniałem na wstępie, od początku roku odłożyłem w ten sposób kilkaset złotych. Jeżeli płacicie wszędzie i za wszystko kartą, to 10% wartości transakcji jest dla was. Jeżeli to nie wasza bajka, następnym razem pokażę wam inne sposoby oszczędzania.