Categories

Amerykański koszmar. Milenialsi nie chcą własnego „m” (ani mieszkania, ani małżonka)

Jeżeli miałbym zdefiniować elementy składające się na „american dream”, byłoby to małżeństwo, dwójka dzieci, dobra praca, samochód i dom z ogrodem na przedmieściach. Plus oczywiście powrót do wieku niewinności, który Amerykanie utracili w wyniku wojny wietnamskiej, ale to się nie uda. Milenialsi dokonują brutalnego zamachu na wszystkie filary i godzą w podstawy amerykańskiego stylu życia. Wstyd!

W czwartym kwartale roku 2017 własne mieszkanie/dom posiadało 64,2 proc. Amerykanów. Jednocześnie wśród ludzi poniżej 35 r.ż. ten odsetek wyniósł zaledwie 36 proc. Dla odmiany wśród seniorów mających powyżej 65 lat jest to aż 79 proc.

Podaję te wszystkie nudne liczby, żeby łatwiej było zrozumieć co się dzieje. Starzy Amerykanie mają domy. Młodzi Amerykanie nie. Co robią młodzi? Kolejną rewolucję. Część z nich oczywiście wynajmuje własny kąt i odsetek wolnych lokali pod wynajem jest bardzo silnie skorelowany z odsetkiem ludzi posiadających domy. Ale jednocześnie dzieje się rzecz dziwna i wcześniej w takiej skali niespotykana – młodzi zaczęli wracać do gniazda. Niektórzy nawet go nie opuszczają.

Obecnie aż 32 proc. ludzi w wieku 18-34 żyje w domu rodzinnym. Ostatni raz podobna rzecz zdarzyła się w 1940 roku, gdy USA było w przededniu wojny. Jednocześnie odsetek osób żyjących ze współmałżonkiem lub partnerem jest najniższy w historii i wynosi 32 proc. Sytuacja jak we Włoszech lub Hiszpanii.

Milenialsi nie są przeciwni ani kupowaniu domów, ani instytucji małżeństwa. Na drodze do tych celów staje im jednak codzienność i brak pieniędzy. Miejsca pracy obsadzili ludzie z pokolenia 35+ wśród których bezrobocie wynosi około 3 proc., podczas gdy w grupie 25-34 lata jest to 4,2 proc.

Prawdziwa bomba kryje się w niepozornym wskaźniku, nazwanym underemployment. W USA oznacza on pracę, która nie wymaga ukończonych studiów, czyli taką w której ponad połowa osób nie ma przynajmniej licencjatu. Otóż taką pracę wykonuje w Stanach Zjednoczonych 43 proc. świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni.

Wisienką na tym torcie jest rekordowy poziom zobowiązań wynikających z kredytów studenckich, o czym kilkukrotnie w innych tekstach wspominałem. Młodzi ludzie wchodzą w życie zadłużeni, idą do niskopłatnej pracy, z której nie utrzymaliby się, gdyby nie wrócili do rodzinnego domu. Ameryka to rzeczywiście kraj wielkich możliwości.

Milenialsi mają oczywiście ambicje kupienia własnego domu, bo kto chciałby mieszkać w wieku 30 lat z rodzicami? Niestety, banki nie mają ofert dostosowanych do ich McPracy. Nawet gdyby miały, młodzi ludzie nie mają oszczędności wymaganych jako wkład własny przy zakupie mieszkania. Ostatnim gwoździem do trumny są rosnące ceny nieruchomości. Na przykład w 20 największych metropoliach Ameryki osiągnęły poziom niewiele niższy od tego sprzed kryzysu.

Ach, byłbym zapomniał. Jednocześnie w kosmos wystrzeliły ceny najmu, bo tak działa wolny rynek.

Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Nie ma pieniędzy, nie ma kredytu. Nie ma kredytu, nie ma mieszkania. Nie ma mieszkania, nie ma małżonka. Z amerykańskiego snu nie zostało nic, wszystkiemu winni milenialsi.

A co u nas?

Badania zlecają różne instytucje, wyniki nieco się różnią, ale nie aż tak, żeby nie dało stworzyć się syntetycznego portretu milenialsów. Ponad połowa mieszka nadal z rodzicami. Ponad 40 proc. rodziców przyznaje się do udzielania dorosłym dzieciom pomocy finansowej. Robota słaba, własny kąt drogi, bank nie da kredytu a wynajem to wyrzucanie pieniędzy w błoto. A zatem wprowadźmy się do rodziców!

I efekt jest taki, że w samodzielnym mieszkaniu żyje 35 proc. ludzi do 35 roku życia. Związki małżeńskie zawieramy w okolicach trzydziestki, o pięć lat później niż w latach 90-tych. Tym razem udało nam się Amerykę nie tylko dogonić, ale nawet trochę przegonić. Brawo my!

 

 
Categories

Dom za 1 euro w słonecznej Hiszpanii, zamek we Włoszech? Oferty za jeden uśmiech. Szczerbaty

Czy chcielibyście kupić posiadłość w Hiszpanii za 1 euro? A może zabytkowy, kamienny dom na Sardynii? Coś bliżej? Półtorej godziny jazdy samochodem od Rzymu wystarczy? W ostateczności coś w północnej Francji, na dalekich przedmieściach Lille. Dla ludzi działających z rozmachem, jest do wzięcia ponad 200 włoskich zamków. Marzenia na wyciągnięcie ręki, będzie tylko drożeć, kto teraz nie kupi, będzie żałował. Zmień swoje życie za jedno euro – tyle mówi reklama. A jak jest naprawdę? Sprawdzam.

Jeżeli oferta jest zbyt piękna, by mogła być prawdziwa, jest prawdopodobnie oszustwem. W tym przypadku oszustwo to zbyt mocne słowo, bo kwota jednego euro ma przyciągnąć uwagę ludzi. Gdy to się uda, pojawiają się warunki dodatkowe i pewne niedogodności, o czym za chwilę.

Dom za euro? Jest kilka “ale”
Niektóre rejony Europy Zachodniej borykają się z narastającym problemem wyludniania się wsi i mniejszych miast. Młodych nic w takich miejscach nie trzyma, wolą szukać pracy w mieście. Starsi wymierają. Nie ma komu mieszkać w pustostanach, dlatego władze kilku włoskich miast m.in. Ollolai, Patrica, Carrega Ligure czy Gangi, postanowiły zaoferować nabywcom domy za 1 euro. W ślad za nimi poszli Francuzi i Hiszpanie. Jednak we wszystkich ofertach jest haczyk. A właściwie cały kłąb haczyków.

Wspomniane we wstępie dalekie przedmieścia Lille to w rzeczywistości miasto Roubaix, borykające się ostatnimi laty z biedą, wyludnieniem, bezrobociem, narkotykami i przestępczością. Domy za euro są mocno zniszczone, więc w remont trzeba zainwestować około 100 tys. złotych i trzeba go skończyć przed upływem roku. W trakcie prac w domu nie można mieszkać, potem trzeba w nim pozostać przez kilka lat, koniecznie z rodziną. A na koniec okazuje się, że dużo taniej wychodzi kupić sobie w tym miejscu mieszkanie, które nie jest w ofercie jednoeurowej, ale nie wymaga kosztownej renowacji.

Pozostałe propozycje obwarowane są podobnymi klauzulami. W każdym przypadku trzeba ponieść koszty renowacji, restauracji, remontu a czasami wręcz odbudowy domu. Biorąc pod uwagę konieczność walki z nieznaną nam formą biurokracji, od razu musimy powiększyć budżet o miejscowego prawnika. Będzie nam też potrzebny dobry tłumacz, który objaśni nam wszelkie umowy. Sam remont to koszt od osiemdziesięciu tysięcy złotych wzwyż. Wszystko to w miejscach, które niekoniecznie są lokalizacjami naszych marzeń, a ich jedyną zaletą jest to, że leżą poza granicami Polski.

Jasne, jeżeli trafimy na interesującą miejscówkę w zabytkowym mieście albo znajdziemy coś nietypowego, po zainwestowaniu możemy nawet potroić wartość nieruchomości. Tylko nie jestem do końca przekonany że odrestaurowany dom na hiszpańskim zadupiu będzie aż tak atrakcyjny dla potencjalnego nabywcy, że tę trzykrotność zobaczymy na oczy. Zresztą podpisując umowę, z reguły deklarujemy, że przez kilka lat będziemy w danym miejscu mieszkać. Ergo – nasze potencjalnie inwestycyjne domy są przez chwilę niesprzedawalne.

No dobra, to kto w końcu inwestuje w te domy? Bo ktoś jednak się na nie decyduje, w Ollolai wyprzedały się do połowy lutego b.r.  Według mnie są to albo mieszkańcy sąsiednich większych miast, którzy w takich domach mogą sobie zrobić letniskową daczę (i tak pewnie nikt nie będzie sprawdzał, czy faktycznie w tym domu mieszkają), albo milionerzy, którzy inwestują duże pieniądze w przebudowę i otwierają w takich miejscach luksusowe hotele, spa i miejsca wypoczynku. Taka inwestycja to żyła złota dla całego miasta. Dlatego pewnie nikt nie będzie zbyt restrykcyjnie egzekwował regulaminów.

Co więc zostaje dla nas, biednych Polaków? Na przykład program „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia – Turystyka”. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju dało pieniądze, przewidziany budżet wynosi 200 mln złotych. BGK realizujący wspomniany projekt, rozda je mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom, działającym w branży turystycznej i okołoturystycznej. Teraz najlepsze – wsparcie udzielane będzie na obszarze makroregionu, w skład którego wchodzą województwa tzw. Ściany wschodniej. Dzięki temu wszyscy mamy szanse na realizację marzenia, któremu każdemu pracownikowi korporacji przynajmniej raz w życiu przemknęło przez głowę.

Może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Teraz możecie to zrobić za pieniądze państwa.