Categories

Netflix ugina się pod naporem konkurencji? Akcje spadają o 14 proc.

Światowy gigant wśród platform streamingowych podsumował właśnie drugi kwartał tego roku z liczbą nowych subskrybentów o milion mniejszą niż oczekiwano. Niższy od prognoz jest też przychód firmy: w drugim kwartale tego roku wyniósł 3,91 mld dolarów wobec zakładanych 3,94 mld. Ceny akcji zareagowały błyskawicznym spadkiem.

Netflix do niedawna pozostawał złotym dzieckiem giełdy, którego prognozy od wielu kwartałów wzorowo pokrywały się z rzeczywistością, a nawet (jak w pierwszym kwartale tego roku) pozytywnie zaskakiwały inwestorów. Aż do dziś, kiedy to po raz pierwszy przyrost nowych użytkowników platformy nie spełnił oczekiwań. W okresie od kwietnia do czerwca Netflix pozyskał 5,2 mln nowych sukbskrybentów, co jest wynikiem o milion gorszym od oczekiwanego.

Streamingowy gigant rozminął się z prognozami nie tylko na amerykańskim rynku (pozyskał mniej niż milion subsrkybentów wobec 1,2 mln oczekiwanych, ale także słabo wypadł poza matecznikiem – w innych krajach pozyskał 4.6 mln nowych subskrybentów wobec zapowiadanych 5 milionów.

Część analityków twierdzi, że to zły prognostyk dla Netflixa, dla którego przyrost nowych płatnych subskrypcji jest głównym miernikiem rozwoju biznesu. Na wiadomość o spowolnieniu właśnie w tym obszarze giełda zareagowała adekwatnie – czternastoprocentowym spadkiem cen akcji.

“Amazon, Hulu, HBO i inni zyskują udział we wpływach z subskrypcji wideo kosztem Netflixa”- podsumował niefortunny drugi kwartał platformy Paul Verna analityk rynku portalu eMarketer. Są też inne głosy, które przypominają, że podobny, niewytłumaczalny i zarazem przejściowy zniżkę wobec prognoz odnotował Netflix w 2016 roku, co nie wpłynęło na rozwój firmy w kolejnych okresach.

Katastroficzne wizje niektórych obserwatorów rynku studzą też stabline wyniki zainteresowania widzów oryginalnymi produkcjami Netflixa, a to właśnie na rynku własnych produkcji zapowiada się najbardziej zażarta walka pomiędzy streamingowymi gigantami w najbliższym czasie.

 

 
Categories

Netflix zmienia nasze zwyczaje

Fot. Unsplash

Gdybym miał wybrać 5 seriali idealnych do weekendowego binge watchingu na Netflixie, byłyby to następujące tytuły:
Stranger Things, bo wszyscy lubimy zaaranżowane na nowo melodie, które już znamy.
Jessica Jones, bo wszyscy lubimy superbohaterów, którzy nie nadużywają swoich mocy, za to mają bardzo ludzkie problemy.
Holistyczna Agencja Dirka Gently’ego, bo to Douglas Adams, którego udało się w końcu dobrze zekranizować.
Seria Niefortunnych Zdarzeń, bo wszyscy lubimy sprytne dzieci skutecznie walczące z przeciwnościami losu i seriami niefortunnych zdarzeń.
Rick & Morty, bo Pickle Rick!

Netflix wyrósł na mocnego zawodnika tak u nas, jak i u siebie w domu. Co prawda budzi mieszane uczucia i często jest przedmiotem żartów, ale skuteczności w dystrybucji nie można mu odmówić. Co prawda niektórzy zarzucają, że produkuje rzeczy kiepskie dla niewymagającego widza, ale za to bezpieczne z punktu widzenia kasy zaś inni twierdzą, że jego oferta pełnometrażowa jest tak stara, że musieli ją transferować z kaset VHS, ale fakty są takie, że Netflix przedefiniował sposób, w jaki oglądamy seriale. Zobaczmy co zmienił w naszym życiu.

Nieprzypadkowo na wstępie wybrałem tytuły z Netflixa. To dzięki jego pomysłowi narodził się binge watching. Dzięki wrzucaniu całego sezonu hurtem możemy robić sobie maratony samotnie, w parach czy grupach przyjaciół. Oglądanie sezonu ciągiem to fenomen socjologiczny, psychologiczny i towarzyski. Fajniej jest umówić się na nocny maraton „Stranger Things” ze znajomymi niż na jeden odcinek „Gry o tron”.

Netflix pomógł rozwiązać nam dylematy moralne związane z piraceniem treści. Nie musimy już kombinować i usprawiedliwiać się przed sobą i znajomymi. Możemy w końcu za niewielkie pieniądze śledzić ulubione seriale. Dodajmy do tego HBO, które w kwietniu w końcu udostępniło swoje usługi poza kablówkami i mamy komplet na pełnym legalu.

Postawię odważną tezę, że to właśnie Netflixowi zawdzięczamy zmniejszenie skali piractwa w Polsce. Po niezbyt fortunnym starcie, rozszerzył swoją ofertę i stał się pierwszą powszechnie dostępną u nas platformą, oferującą tak bogatą bibliotekę seriali i filmów. Myślę, że to dzięki niemu dzieje się w internecie to, co się dzieje, czyli cuda.

Cuda wyglądają następująco: w 2015 roku filmy i seriale ciągnęło z torrentów 27 proc. internautów, rok później 24 proc. a w 2017 tylko 21 proc. W roku 2017 z serwisów streamingowych korzystało 77 proc. internautów. A 20 proc. płaci za treści w serwisach typu SVOD, czyli takich, w których dostajemy dostęp do całego katalogu w ramach miesięcznego abonamentu.

Netflixowe „oglądaj gdzie chcesz, rezygnuj kiedy chcesz” przedefiniowało sposób płacenia za usługę. 10 proc. zrzuca się ze znajomymi, bo w Netflixie możemy wykupić dostęp na kilka urządzeń. Połowa płaci co miesiąc sama. Za to aż 40 proc. użytkowników płaci za dostęp okazjonalnie, w wybranych miesiącach. Netflix powiedział nam: macie tu filmy i seriale, możecie rzucać we mnie hajsem co miesiąc, ale jak wolicie, to róbcie to raz na kwartał. Rzucamy co miesiąc dużą grupą tak hojnie, że w pierwszym kwartale tego roku osiągnął globalnie 290 mln dolarów zysku, a na całym świecie ma 125 mln odbiorców.

Netflix jest liderem tworzącej się alternatywy dla telewizji. Do ubiegłego roku, pomimo przeniesienia się przez widzów z oglądaniem treści do internetu, telewizja była zadziwiająco stabilnym medium, niepodatnym na zmiany preferencji widzów. Jednak w drugim półroczu 2017 roku czas oglądania telewizji wśród najmłodszej publiczności zmalał aż o 20 minut, do niecałej półtorej godziny dziennie.

Netflixowi udało się w USA coś, co ponoć udać się nie miało prawa. W marcu 2017 roku miał więcej klientów niż najwięksi operatorzy płatnych kablówek, reprezentujący 95 proc. rynku.

Netflix zmienił podejście ludzi do płatnej rozrywki. Od początku roku 2012 kablówki straciły 4 mln subskrybentów. Netflix zyskał 27 mln. Czyli nie przejął klientów tylko rozszerzył ich bazę. Za treści zaczęli płacić ludzie, którzy do tej pory nigdy tego nie robili.

No i niech mi ktoś powie, że Netflix nie zmienia świata.

 
Categories

Majówka bez grilla. 6 propozycji dla geeków na długi weekend

W tym roku mamy wyjątkowo długi Wielki Weekend. Jeżeli uda nam się wyprzedzić kolegów z działu przy pisaniu wniosku urlopowego, możemy byczyć się przez 9 dni! Pogoda ma dopisywać, ale jeżeli nie jesteście ciepłolubni i przy temperaturach powyżej 20 stopni zaczynacie przeklinać klimat i modlić się o klimatyzator, mam coś dla was. Zamiast wyjeżdżać gdzieś bez sensu, proponuję wam obejrzenie kilku filmów i seriali.

Zadałem sobie trudne zadanie, bo proponuję wam wyłącznie filmy, które są ładne wizualnie albo mają ładne tytuły z takimi słowami jak lato, słońce, majówka, wiosna albo szczęście. Nie chcę bowiem, żebyście się podczas oglądania umartwiali. Kilka pozycji ma swoje lata a przynajmniej jedna pochodzi z czasów, gdy niektórych czytelników nie było jeszcze na świecie.

Na początek wyjątkowo brutalnie odjechany serial pt. „Happy”. Obejrzałem i powiem wam, że tak porytej historii dawno nie widziałem. W trakcie pikniku dla dzieci, Wyjątkowo Zły Święty Mikołaj porywa małą Hailey. Ma ona niewidzialnego przyjaciela o imieniu Happy. Gdy ten orientuje się, że dziewczynce grozi niebezpieczeństwo, natychmiast udaje się na poszukiwanie kogoś, kto będzie zdolny jej pomóc.

Nick Sax to były policjant, który żadnej pracy się nie boi. Poznajemy go, gdy realizuje kontrakt na zabicie braci Scaramucci. W trakcie roboty dostaje zawału, budzi się w karetce i zdaje sobie sprawę z tego, że przed oczami lata mu mały, niebieski jednorożec. Ten sam, który przyjaźni się z Hailey. Gdy Nick rusza dziewczynce na pomoc, zaczyna się dziwaczna, krwawa i brutalna jazda bez trzymanki.

Serial powstał na podstawie komiksu i spodoba się głównie ludziom, którym nieobce jest mroczne poczucie humoru. Pierwszy sezon liczy marne osiem odcinków i da nam w sumie 5 godzin i 40 minut rozrywki, czyli od przebudzenia do obiadu. Do obejrzenia na Netflixie.

Następnie proponuję film stary, ale doskonały. Do tego ma świetny tytuł oryginalny, który nasi dystrybutorzy zarżnęli bez prawa łaski. „Eternal Sunshine of the spotless mind” to piękna historia miłosna. Po jednej z kłótni Clementine zrywa z Joelem. Chwilę po zerwaniu, poddaje się zabiegowi usunięcia wszystkich wspomnień związanych ze swoim byłym (to taka fantastyka bliskiego zasięgu). Joel się wkurza i postanawia odpłacić pięknym za nadobne. Idzie poddać się podobnej terapii, jednak w trakcie orientuje się, że nadal kocha Clementine i nie chce o niej zapominać. Dlatego musi ocalić od zapomnienia swoje wspomnienia.

Krótkie streszczenie brzmi banalnie, ale sam film jest cudownie zakręconą historią. Nie wystraszcie się tego, że scenariusz napisał Charlie Kaufman, film jest zaskakująco lekki w porównaniu z jego innymi dokonaniami. No i można się przekonać, że Jim Carey jest świetnym aktorem dramatycznym. Polecam. Do obejrzenia na Netflixie.

Moja następna propozycja to „Baywatch”, czyli Słoneczny Patrol. Jeżeli pamiętacie serial, wiecie czego się spodziewać po filmie pełnometrażowym. Jeżeli nie pamiętacie, to spodziewajcie się pięknych, opalonych i zgrabnych ludzi, biegających po plaży w zwolnionym tempie. Jest jakaś fabuła, ale czy naprawdę interesuje nas zła bizneswomen, której knowania zagrażają przyszłości zatoki w sytuacji, w której po plaży biegają piękne opalone kobiety i przystojni, muskularni mężczyźni? Nie wnikajcie, dobrze się bawcie, pomaga usunięcie jednej półkuli mózgowej. Film do obejrzenia na HBO.

Little Miss Sunshine to bardzo śmieszna komedia, w której okrutnie przeklinają. Dlatego, wbrew tytułowi, nie należy oglądać jej z dziećmi, bo można się zabawnie przejechać. Mała Olive wygrywa kwalifikację do finału konkursu piękności Little Miss Sunshine. Jej dysfunkcyjna rodzina postanawia, że będą jej towarzyszyć w drodze do Kaliforni, gdzie odbywa się impreza. Pakują się wszyscy do starego Volkswagena i ruszają w road trip.

Będziecie się bawić. O jak będziecie się dobrze bawić. Wszystko w tym filmie jest doskonałe – obsada, historia, reżyseria, dialogi, zdjęcia. Do obejrzenia w internecie.

Luc Besson potrafi robić dobre kino rozrywkowe z dużym rozmachem, udowodnił to „Piątym Elementem”. Teraz na Showmaxie możemy oglądać jego kolejny duży film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”. Valerian ma pretekstowy scenariusz, niezbyt porywające dialogi a fabuła jest naiwna i trzeszczy. Jest to jednak zapierające dech w piersiach, przepiękne widowisko, które należy oglądać tak, jak „Baywatch” – z wyciętą albo wyłączoną jedną półkulą mózgu. Najlepiej tą odpowiadającą za krytyczne spojrzenie. Według mnie to idealny film na majówkę, nie przemęczymy się, próbując rozkminić kto zabił i obejrzymy przepiękne widowisko. Jak dla mnie to idealny przepis na wieczór filmowy. Aha, precelki pozwalają przetrwać każdy seans.

Na koniec coś z naszego podwórka. Film „Wielka Majówka” jest stary, ale bardzo jary. Nasz bohater, Rysiek daje nogę z zakładu opiekuńczego. Włamuje się do willi, gdzie znajduje reklamówkę pełną pieniędzy. Jedzie do Warszawy, na Centralnym poznaje hochsztaplera Julka, logują się w hotelu Victoria i zaczyna się słodko-gorzki balet. Bardzo dobry film z czasów, gdy potrafiliśmy kręcić dobre filmy, mające scenariusz i dobrą obsadę. Dodatkowym smakołykiem jest udział w filmie Kory i zespołu Maanam. Polecam, do obejrzenia w Internecie.

 
Categories

Netflix: streamingowa parada oszustów

Jest pewne brzydkie słowo na „k”, które dekadę temu było odmieniane przez wszystkie przypadki. Chodzi o kryzys. Miał on miał wiele przyczyn i wielu autorów. Skutki kryzysu pociągnęły za sobą wiele ofiar, ale wykształciły też grupki osób, które wzbogaciły się na globalnych tarapatach. Temat inspirował również filmowców chcących wyjaśnić, co właściwie wtedy zaszło. Oto tytuły, które warto sprawdzić.

„Inside Job” to dokument edukacyjny, który krok po kroku tłumaczy przyczyny kryzysu na rynku kredytów hipotecznych. Może go obejrzeć każdy bez obawy, że temat został potraktowany nadto specjalistycznie albo zbyt pobieżnie. Twórcy za rękę prowadzą nas przez wydarzenia, które spowodowały katastrofę sprzed dekady.

Muszę przyznać, że seans był fascynujący. Kreatywność finansistów w tworzeniu narzędzi inwestycyjnych imponuje. Tworzenie kolejnych narzędzi z narzędzi pierwotnych jest jeszcze lepsze, w pewnym momencie krążyło ich po rynku kilka tysięcy i praktycznie nikt nie wiedział czym handluje. Odbywało się granie na spadki, zwyżki a nawet przeciwko sobie. Ryzykowne produkty dostawały od firm ratingowych najwyższe oceny AAA, takie same jak obligacje rządu Stanów Zjednoczonych. Inwestycje były ubezpieczane, więc duża część ryzyka została przerzucona na największych ubezpieczycieli. Wszystko się kręciło, wszyscy zarabiali a potem ktoś się w tym wszystkim połapał i rynek się załamał.

Inside Job” to thriller edukacyjny, dzięki któremu w półtorej godziny zrozumiemy co się stało. Dodatkowym plusem jest Matt Damon jako narrator. Bardzo dobry film, bez którego oglądanie dwóch następnych będzie trudniejsze. Możecie go obejrzeć na Netflixie.

„Big Short” pokazuje kryzys z punktu widzenia kilku gości, którzy szybciej od innych zorientowali się, że to musi walnąć. Przeanalizowali sytuację, zaryzykowali i na załamaniu rynku zarobili miliard dolarów. Film ma bardzo szybkie tempo, dlatego zorientowanie się we wszystkich mechanizmach, które popchnęły światową gospodarkę ku przepaści wymaga od nas uwagi. Przyda nam się wiedza wyniesiona z „Inside Job”, dzięki której nie będziemy musieli się zastanawiać czym są CDO, kredyty subprime czy swapy i dlaczego bankrutujące banki inwestycyjne pociągnęły za sobą na dno gigantów ubezpieczeniowych.

Przy okazji „Big Short” świetnie się ogląda. To dynamiczny, kolorowy teledysk, który w atrakcyjnej formie i znakomitej obsadzie, pokazuje chciwość i brak odpowiedzialności Wall Street. Przy okazji robi to w sposób, który nie powoduje u nas traumy czy wściekłości na typów, którzy wepchnęli świat w kryzys, bezrobocie i drogiego franka. A jak to wszystko się zawaliło, cynicznie wyciągnęli ręce po rządowe dolary ratunkowe, z których wypłacili sobie sute premie. „Big Short” jest dostępny na Netflixie.

Film powstał na podstawie książki Michaela Levisa „Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady”.

Kolejna pozycja mnie przygnębiła. „Margin Call” grany u nas jako „Chciwość” pokazuje pracowników dużego banku inwestycyjnego w przededniu kryzysu. Kierownictwo dostaje informację, że w portfolio firmy znajdują się bardzo ryzykowne i wkrótce bezwartościowe instrumenty pochodne oparte o kredyty hipoteczne. Na jednej szali stoi przyszłość firmy, na drugiej wepchnięcie światowego sektora finansowego w kryzys. Zapada decyzja o zatajeniu informacji o toksyczności aktywów i ich błyskawicznej wyprzedaży. Wszyscy wiedzą, że ich reputacja w branży zostanie zniszczona i podejrzewają, że mogą zapoczątkować kryzys. Mimo wszystko decydują się na współudział, w końcu ich premie są ważniejsze. Nie oceniam ich motywacji, choć przykro patrzeć, że w tej wersji Sodomy nie ma żadnych sprawiedliwych. Zresztą prawie każdy lubi mieć dużo hajsu a po nas choćby potop. Film możecie obejrzeć na Netflixie.

Too Big to Fail” (Zbyt wielcy, by upaść) opowiadam o tym, jak Waszyngton próbuje pomóc bankom dotkniętym kryzysem. Te jednak pomocy w proponowanej formie sobie nie życzą.

Rząd Stanów Zjednoczonych dostawał liczne sygnały ostrzegawcze, ale nie zrobił nic. W końcu regulacje są sprzeczne z zasadami wolnego rynku. Gdy było za późno, dodrukował dolarów i spłacił długi banków inwestycyjnych. Gotówka rządowa miała zostać skierowana na rozkręcenie akcji kredytowej, banki widziały to inaczej.

Film pokazuje wyjątkowo obrzydliwy epizod kryzysu, więc nie zdziwcie się, jeżeli po seansie zechcecie złapać za widły i pochodnie. Możecie go zobaczyć na HBO.

Nie da się ukryć, że ten maraton filmowy był ciężki. Kompletna bezkarność sprawców, rządowe programy pomocowe, wyciągające zbyt dużych by upaść z bagna, w które sami dziarsko wmaszerowali. Tragedie ludzi zbyt małych, by się ktoś o nich upomniał. A przecież to z ich pieniędzy spłacono zbyt wielkich.

 
Categories

Jak Alien został księżniczką Disneya

Disney nie bierze jeńców. Pod koniec zeszłego roku ogłosił, że kupuje od wytwórni 21st Century Fox ich część związaną z rozrywką za 52 miliardy dolarów. Ciekawy wydaje się być zakup części Hulu. To może oznaczać, że Disney będzie chciał ruszyć z własną platformą stramingową. (więcej…)

 
Categories

Slow Netflix, no fun

Internet może za chwilę zacząć zachowywać się jak Twoi rodzice. Niby kochają Ciebie tak samo jak resztę rodzeństwa, ale dobrze wiemy, że wolą Twoją młodszą siostrę. Tak najprościej można wytłumaczyć wyrzucenie do kosza zasady net neturality. Z tą różnicą, że teraz internet będzie bardziej lubił tych, którzy płacą hajsem (na Twoich rodziców to nie działa)