Categories

Drżyjcie pracodawcy, idą młodzi roszczeniowi

Dawno nie odwiedzaliśmy naszych przyjaciół milenialsów. Pytacie co tym razem zbroili? Odpowiedź jest wstrząsająca – zabijają pracę taką, jaką znamy. Rozumiecie? Zabierają nam nasz styl pracy. Nie ma dla nich żadnych świętości.

Do niedawna było lepiej. Przychodziło się do pracy na 9:00, wychodziło jak tam się projekty ułożyły, czasami o 17:00, ale częściej bliżej 20:00. Nikt o płatne nadgodziny nie pytał, szef był nam jak ojciec, gdy trzeba surowy i pasa nie szczędził, czasami pochwalił dobrym słowem. W jednej firmie przepracowywało się minimum 5 lat, o podwyżkach się nie rozmawiało, bo czasem była skromna bo skromna, ale jednak premia roczna. Integracje z funduszu socjalnego, raz do roku duża impreza firmowa, dopłaty do karty Multisport i podstawowej opieki zdrowotnej. Nikt nie narzekał.

I komu to przeszkadzało?

Wiadomo. Roszczeniowym milenialsom, którym dogodzić się nie da. I okazuje się, że nie kręci ich ani ośmiogodzinny dzień pracy, ani bezproduktywne siedzenie w biurze. Na hasło „nadgodziny” reagują śmiechem, chcą podwyżek po pół roku pracy, integracja przy piłkarzykach i piwie ich nie interesuje, hierarchiczną strukturę korporacyjną mają w głębokiej pogardzie i na dodatek kwestionują autorytety oraz stan zastany, jakby się na wszystkim znali najlepiej. Przecież tak nie można.

Erozja starego systemu pracy postępuje na wielu polach. Weźmy na przykład takie modne hasło, jak „work-life balance”. Niby się zgadzaliśmy, że rozdzielamy sobie te pola, a potem niepostrzeżenie zaczęliśmy odbierać telefony po godzinach i przychodzić do pracy w sobotę, żeby podciągnąć zaległości. Milenialsi potrafią być tak uparci przy rozdzielaniu pracy od życia prywatnego, że nie spełniają oczekiwań szefa starej daty, który oczekuje, że telefon będzie odebrany nawet w sobotę o 21:37 a odpowiedź na maila wysłanego w niedzielę o 7:42 wyląduje na jego skrzynce najdalej o 8:15. Nic z tego, według raportu „Młodzi na rynku pracy” aż 88 proc. młodych ludzi oczekuje możliwości integracji życia zawodowego i prywatnego. I traktują to śmiertelnie poważnie. 

Doszło do tego, że nawet rekruterzy się skarżą. Kończą się czasy dostosowywania terminów rozmów kwalifikacyjnych pod oferującego pracę. Dzisiaj trzeba zmienić zasady i dopasować się do kalendarza kandydata. Tak się nie da pracować.

Obecne pokolenie jest najlepiej wykształcone w historii Polski. Jasne, możemy narzekać na płytkość programów nauczania i spadający poziom wyższych uczelni, ale milenialsi mają dyplom ukończenia studiów, przynajmniej jeden język obcy i obcykanie w nowych technologiach, w otoczeniu których się wychowali, i do których błyskawicznie się adaptują. I z tego coś już można rzeźbić, bo łatwiej młodego nauczyć, niż starego oduczyć.

Co najgorsze, młodzież ma świadomość swojej wartości. A co jeszcze gorsze, młodych bez kredytu trudniej zastraszyć w pracy. Nie da się mobbingować kogoś, kto w każdej chwili może wstać, rzucić papierem i wyjść z nieprzyjaznego, toksycznego związku z pracodawcą. Zresztą częste zmiany pracy to rzecz, do której pracodawcy też się muszą zacząć przyzwyczajać. Młodzi nie będą siedzieć w robocie, w której nauczyli się wszystkiego, czego mogli się nauczyć.

Milenialsi często poruszają tak egzotyczne tematy jak cele i inicjatywy społeczne podejmowane przez ewentualnego albo aktualnego pracodawcę. Chce im się przykuwać do drzew, siedzieć w hospicjach i angażować się w wolontariat pracowniczy. A tu poruta, bo w firmie jedyny wolontariat pracowniczy to bezpłatne staże dla studentów.

No i na koniec rzecz najgorsza, niczym zdradziecki sztych sztyletem w plecy. Praca sama w sobie nie stanowi dla milenialsów nagrody, nie jest też wystarczającą motywacją, żeby rzucili się na nią z wdzięcznością i robili to, co powiedział pan kierownik. Młodzi nie żyją, żeby pracować, tylko pracują, żeby żyć. Trudno ich zmotywować karierą, pieniędzmi czy uznaniem w oczach szefa. To nie ta bajka.

Mikrozarządzanie nie sprawdza się w obliczu bandy bezczelnych studentów, których nie interesują wskazówki i zarządzenia pana kierownika. Oni potrzebują mieć wpływ na sposób, w jaki ten cel zostanie osiągnięty. Czyli oczekują większej wolności, możliwości sprawdzania się i samodzielnego podejmowania decyzji. Na domiar złego, 74 proc. oczekuje elastycznego czasu pracy, co oznacza, że chcą pracować z domu! A przecież każdy wie, że praca w domu, to nie jest prawdziwa praca. Panowie kierownicy całkowicie tracą kontrolę nad pracownikiem, co powoduje u nich niemałą konfuzję. Jak to? Zaufać pracownikowi? Tak się nie godzi.

Możemy próbować się bronić, ale cudów nie ma i z demografią pan nie wygrasz. W 2025 roku 75 proc. siły roboczej będą stanowić szeroko pojmowani milenialsi. I pracodawcy zaczną mieć bardzo poważny problem. Bo albo się dostosują do nowego paradygmatu, albo zginą. Nie ukrywam, że ta druga perspektywa bardzo mnie cieszy. 

Dane pochodzą z analizy “Młodzi na rynku pracy” wykonanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

 
Categories

Jubilerzy w popłochu. Milenialsi nie chcą zawierać związków małżeńskich

To zamach na świętość rodziny! Związki nieformalne? Życie na kocią łapę? Na kartę rowerową?! W
konkubinatach! Zamiast wziąć normalny ślub, wolą podpisywać umowy notarialne… Ci przeklęci
milenialsi zabijają małżeństwa!

Święty związek małżeński w zagrożeniu. W USA, skąd płynie największy potok dekadencji i milenialnej
zarazy, młodzi wywalają porządek rzeczy do góry nogami. Od dnia, w którym zliczono pierwsze
krajowe statystyki w roku 1867 nie było tak źle. Wtedy na 1000 osób notowano 9,6 małżeństw. Szczyt
przyszedł gdy dzielni chłopcy wrócili z Plaży Omaha i Iwo-Jimy, wtedy bowiem skoczył do 16,4 na
1000 osób. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ten indeks wynosił ponad 10. Potem w wiek małżeński
weszli baby boomersi i w roku 1984 zawarto 2,48 mln małżeństw – rekord wszechczasów w Stanach
Zjednoczonych. A potem przyszli młodzi i wszystko zniszczyli. W tym dziesięcioleciu indeks małżeństw
wynosi niecałe 7, w porównaniu z rekordowym rokiem liczba małżeństw spadła o 350 tys. Milenialsi
nie chcą się hajtać!

W latach sześćdziesiątych tylko 8 proc. kobiet i 13 proc. mężczyzn wchodziło w związek małżeński po
trzydziestce. Dzisiaj takich pań jest ponad 30 proc. a mężczyzn ponad 40 proc. Socjolog Philip Cohen,
który przeprowadził badania w Stanach, twierdzi że jeżeli taki trend społeczny się utrzyma, w roku
2042 liczba małżeństw wyniesie okrągłe zero. To oczywiście niemożliwe, bo raczej nastąpi
wyhamowanie tej tendencji, ale kierunek jest w dół. Profesor Alen Downey ma trochę lepszą opinię o
milenialsach i twierdzi, że w bliskiej przyszłości tylko 1/3 z nich nigdy się nie ożeni/wyjdzie za mąż.
Tak czy inaczej, obecnie małżeństwa w USA to dla milenialsów relikt przeszłości.

Co ciekawe, ponad 60 proc. ludzi w wieku 18-34 pragnie związku i chce się związać z drugim
człowiekiem. Ale niekoniecznie ma to związek z małżeństwem i monogamią. Otwarte czy nieformalne
związki przestały być tabu i owocem zakazanym. Czy chcemy tego, czy nie, milenialsi mają zupełnie
inną wizję spędzenia życia ze swoją drugą połówką.

Taka zmiana obyczajowa pociąga za sobą szereg skutków. Generacja X i Baby Boomersi mieli jasno
wytyczony plan na życie – ożenek lub zamążpójście na studiach albo w pierwszych latach wspinaczki
po korporacyjnej drabinie. Dom na przedmieściach, dwójka dzieci, szczęśliwe małżeństwo aż po grób.
Milenialsi powiedzieli „hola, hola, a kto powiedział, że trzeba żenić się wcześnie, robić karierę po
trupach i płodzić dzieci? Młodzi inaczej stawiają priorytety. I tak na przykład 55 proc. milenialsów
twierdzi, że małżeństwo i dzieci nie są tak bardzo ważne. Natomiast większość z nich bez wahania
jako najważniejszą rzecz w życiu wskazuje edukację i spełnienie ekonomiczne, czytaj dobry hajs po
dobrej szkole.

Milenialsom w byciu wyluzowanymi ludźmi pomagają zmiany obyczajowe. Między 2007 a 2014
rokiem liczba Amerykanów deklarujących się jako chrześcijanie spadła z 78 do 71 proc., a
jednocześnie liczba ateistów wzrosła do 23 proc. I zaczęły pojawiać się sympatyczne alternatywy.
Życie razem czy posiadanie dzieci w związku nieformalnym przestały być stygmatyzowane. Prawie
połowa kobiet mieszka z partnerem przed ślubem. Jeszcze 30 lat temu decydowała się na to ledwie
1/3 pań. Porody w wykonaniu kobiet nie mających ślubu wystrzeliły w kosmos. W 2015 roku było to
41 proc. porodów ogółem. DZIEWIĘTNAŚCIE razy więcej niż w 1940 roku i 2,5 raza więcej niż w 1985.
No i nawet nie zaczynajmy tematu rozwodów rodziców, na które napatrzyli się milenialsi. Dlatego nie
powinna dziwić ich niechęć do instytucji małżeństwa.

A co u nas? Utrwalamy zgniły trend zza oceanu.

Nasi młodożeńcy są jednymi z najmłodszych w Europie, ale nie ma szału. W 2004 roku panowie żenili
się średnio w wieku 27,5 lat, dzisiaj mają już 29,3. Kobiety postarzały się z 25 do 27 lat. Chociaż i tak jesteśmy najmłodsi w Europie, to kierunek jest niepokojący. Dodajmy do tego spadek liczby ślubów z
307 tys. w 1980 roku do 193 tys. w 2016 i już widać, że zgniły Zachód znowu nadaje nam ton.

Natomiast prawdziwy dramat dzieje się na naszych oczach, gdy tylko zechcemy spojrzeć na
małżeństwa zawierane wśród najmłodszych. W roku 1980 ożeniło się 164 tys. mężczyzn i 175 tys.
kobiet w wieku 20-24 lat. W roku 2016 facetów było marne 25 tys. a pań 51 tys.

Milenialsi niosą śmierć wszystkiemu co normalne i moralne. Nie ma nadziei.

 
Categories

Randkowe pole minowe. Kolacja dla dwojga wypada z menu milenialsów

To się normalnie żyć odechciewa. Milenialsi idą przez świat, nie oglądają się na nic i na nikogo a przy okazji niszczą wszystko, co kochamy. Po ubiegłotygodniowym zamachu na wszystko, co dla Amerykanów najważniejsze, dzisiaj przyszedł czas na bezwzględny mord na randkowych obiadach! Co za upadek obyczajów.

 

W czasach mchu i paproci, randkowanie odbywało się nieco inaczej niż dzisiaj. Nie było szybkiego internetu i portali kojarzących ludzi, ludzi trzeba było poznawać na żywo, wymieniać się numerami telefonów, nierzadko stacjonarnych po to, by na końcu wylądować w restauracji na posiłku a potem w kinie. Albo na odwrót.

Dzisiaj sprawy mają się zgoła inaczej. Randkowanie internetowe stało się tak popularne, że chyba tylko w dalekich regionach, gdzie nadal mają internet z modemów, randkuje się w starym stylu. Milenialsi klikają w Tindera, OkCupid czy swojską Sympatię i nie potrzebują wzmożonych spotkań przy świecach. Szkoda im czasu i pieniędzy na siedzenie z kimś, kogo ledwo znają, a wspólne jedzenie posiłku z kimś takim wydaje się im wyrafinowaną formą tortury. Nic dziwnego – według badań przeprowadzonych przez NPD Group aż 57 proc. posiłków Amerykanie spożywają samotnie. Zmienia się również postrzeganie osób jedzących w pojedynkę – kiedyś takie postępowanie stygmatyzowało, dzisiaj jest czymś normalnym. Nic dziwnego, że milenialsi nie mają ciśnienia na umawianie się na randkowe kolacje.

Są inne powody odrzucania tej formy pierwszego spotkania. Na przykład taki, że wspólne wieczerzanie jest przestarzałe. Ten element szarmanckości u mężczyzny nie jest aż tak istotny dla młodych kobiet. A już płacenie przez faceta za posiłek jest niemalże zaproszeniem do łóżka.

Albo wyobraźcie sobie sytuację, w której siedzicie przy pełnodaniowym posiłku z kimś, do kogo nie tylko nie czujecie mięty, ale wręcz was odrzuca. Przy przystawkach pada pierwszy żarcik rodem z męskiej szatni. Podczas jedzenia rosołu warzywnego (nigdy nie zamawiajcie zup z kluskami na pierwszej randce) facet tak energicznie wciąga makaron, że ochlapuje sobie pół twarzy, a kluski zostają mu w brodzie. Gdy na stół wjeżdża befsztyk, okazuje się, że typ miał w dupie to, co do niego pisałaś i nie zorientował się, że od dwunastego roku życia jesteś weganką. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale tkwisz w tym koszmarze, twoja złość i niepokój rosną i jest ci głupio, bo facet wygląda na takiego, który zapłaci. A potem będzie oczekiwał rewanżu. Horror.

Oczywiście, zawsze zostaje opcja upicia się na smutno, bo wtedy wszystkie głupoty wygadywane przez drugą stronę łatwiej znieść, ale w końcu nikt nie chce kończyć dramatycznie nieudanej randki śniadaniem.

Dla większości ludzi jedzenie jest czynnością w jakimś stopniu intymną. Oczywiście nie mówimy tu o wspólnych posiłkach w gronie współpracowników w kantynie zakładowej. Ale jak już siadamy z kimś twarzą w twarz nad talerzem, trzeba bardzo dużego wyczucia co zamówić. Kobieta może nie czuć się komfortowo babrając się w żeberkach. Homar, jakkolwiek luksusowy by nie był, to też brudna robota. Jedzenie ostryg jest seksowne wyłącznie w filmach. W skrócie – wspólny posiłek na pierwszej randce to pole minowe, po którym poruszasz się bez wykrywacza.

No i na koniec najważniejsze. Jedzenie w restauracjach jest drogie. Tinder daje nam przecież możliwość umówienia jednej randki dziennie. Jeżeli jesteśmy zręczni logistycznie, w weekend możemy się ustawić nawet na dwa-trzy spotkania. Wyobraźmy sobie, że w poszukiwaniu drugiej połówki, każdego dnia wyskakujemy z 60-100 złotych, bo tyle trzeba liczyć na dwójkę z napojami. Już po tygodniu nasz budżet miesięczny trzeszczy, po miesiącu musimy brać chwilówkę a po kwartale na kwadrat wjeżdża nam komornik. Takie wydatki dla milenialsów są nie do dźwignięcia.

Dlatego lepiej umówić się w barze na drinka albo kawę. Człowiek nie zbankrutuje a jak sytuacja rozwinie się pomyślnie, zawsze można wyskoczyć coś przekąsić.

Co w Polsce? Ano tym razem nie mamy się czego wstydzić. Nasi milenialsi idą w ślady swoich amerykańskich kolegów i chętniej decydują się na randki nad kawą albo drinkiem, restauracje zostawiając starym ludziom. A i ewentualne odrzucenie mniej boli, gdy zainwestowaliśmy w taki wypad 20 ziko.

 
Categories

Amerykański koszmar. Milenialsi nie chcą własnego „m” (ani mieszkania, ani małżonka)

Jeżeli miałbym zdefiniować elementy składające się na „american dream”, byłoby to małżeństwo, dwójka dzieci, dobra praca, samochód i dom z ogrodem na przedmieściach. Plus oczywiście powrót do wieku niewinności, który Amerykanie utracili w wyniku wojny wietnamskiej, ale to się nie uda. Milenialsi dokonują brutalnego zamachu na wszystkie filary i godzą w podstawy amerykańskiego stylu życia. Wstyd!

W czwartym kwartale roku 2017 własne mieszkanie/dom posiadało 64,2 proc. Amerykanów. Jednocześnie wśród ludzi poniżej 35 r.ż. ten odsetek wyniósł zaledwie 36 proc. Dla odmiany wśród seniorów mających powyżej 65 lat jest to aż 79 proc.

Podaję te wszystkie nudne liczby, żeby łatwiej było zrozumieć co się dzieje. Starzy Amerykanie mają domy. Młodzi Amerykanie nie. Co robią młodzi? Kolejną rewolucję. Część z nich oczywiście wynajmuje własny kąt i odsetek wolnych lokali pod wynajem jest bardzo silnie skorelowany z odsetkiem ludzi posiadających domy. Ale jednocześnie dzieje się rzecz dziwna i wcześniej w takiej skali niespotykana – młodzi zaczęli wracać do gniazda. Niektórzy nawet go nie opuszczają.

Obecnie aż 32 proc. ludzi w wieku 18-34 żyje w domu rodzinnym. Ostatni raz podobna rzecz zdarzyła się w 1940 roku, gdy USA było w przededniu wojny. Jednocześnie odsetek osób żyjących ze współmałżonkiem lub partnerem jest najniższy w historii i wynosi 32 proc. Sytuacja jak we Włoszech lub Hiszpanii.

Milenialsi nie są przeciwni ani kupowaniu domów, ani instytucji małżeństwa. Na drodze do tych celów staje im jednak codzienność i brak pieniędzy. Miejsca pracy obsadzili ludzie z pokolenia 35+ wśród których bezrobocie wynosi około 3 proc., podczas gdy w grupie 25-34 lata jest to 4,2 proc.

Prawdziwa bomba kryje się w niepozornym wskaźniku, nazwanym underemployment. W USA oznacza on pracę, która nie wymaga ukończonych studiów, czyli taką w której ponad połowa osób nie ma przynajmniej licencjatu. Otóż taką pracę wykonuje w Stanach Zjednoczonych 43 proc. świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni.

Wisienką na tym torcie jest rekordowy poziom zobowiązań wynikających z kredytów studenckich, o czym kilkukrotnie w innych tekstach wspominałem. Młodzi ludzie wchodzą w życie zadłużeni, idą do niskopłatnej pracy, z której nie utrzymaliby się, gdyby nie wrócili do rodzinnego domu. Ameryka to rzeczywiście kraj wielkich możliwości.

Milenialsi mają oczywiście ambicje kupienia własnego domu, bo kto chciałby mieszkać w wieku 30 lat z rodzicami? Niestety, banki nie mają ofert dostosowanych do ich McPracy. Nawet gdyby miały, młodzi ludzie nie mają oszczędności wymaganych jako wkład własny przy zakupie mieszkania. Ostatnim gwoździem do trumny są rosnące ceny nieruchomości. Na przykład w 20 największych metropoliach Ameryki osiągnęły poziom niewiele niższy od tego sprzed kryzysu.

Ach, byłbym zapomniał. Jednocześnie w kosmos wystrzeliły ceny najmu, bo tak działa wolny rynek.

Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Nie ma pieniędzy, nie ma kredytu. Nie ma kredytu, nie ma mieszkania. Nie ma mieszkania, nie ma małżonka. Z amerykańskiego snu nie zostało nic, wszystkiemu winni milenialsi.

A co u nas?

Badania zlecają różne instytucje, wyniki nieco się różnią, ale nie aż tak, żeby nie dało stworzyć się syntetycznego portretu milenialsów. Ponad połowa mieszka nadal z rodzicami. Ponad 40 proc. rodziców przyznaje się do udzielania dorosłym dzieciom pomocy finansowej. Robota słaba, własny kąt drogi, bank nie da kredytu a wynajem to wyrzucanie pieniędzy w błoto. A zatem wprowadźmy się do rodziców!

I efekt jest taki, że w samodzielnym mieszkaniu żyje 35 proc. ludzi do 35 roku życia. Związki małżeńskie zawieramy w okolicach trzydziestki, o pięć lat później niż w latach 90-tych. Tym razem udało nam się Amerykę nie tylko dogonić, ale nawet trochę przegonić. Brawo my!

 

 
Categories

Milenialsi znów nabroili: nie chcą jeść obiadów. Gastronomia w kropce

Dorośli chcieliby winić milenialsów absolutnie o wszystko. O zmarnowane życie, które poświęcili na wychowanie niewdzięcznych gówniarzy, o siedzenie rodzicom na głowie do trzydziestki, brak zaradności życiowej, lenistwo, roszczeniowość, nosy wetknięte w komórki i wykańczanie kolejnych gałęzi gospodarki.

Nie da się obwinić młodych o wszystko, ale to nie znaczy, że nie możemy próbować. Na przykład niedawno okazało się, że to przez milenialsów podupadają niektóre restauracje, a McDonald musi zastanowić się nad swoim McWrapem. Źle się dzieje w państwie duńskim, w Stanach Zjednoczonych i na świecie.

W ogólnym ujęciu, młodzi przestali wychodzić do restauracji na obiady. Wolą siedzieć w domu i zjadać frymuśne przekąski. Co prawda powody takiego podejścia są zupełnie sensowne, ale branża restauracyjna cierpi przez to głód i niedostatek. Milenialsi wolą przekąski, bo są wygodniejsze, szybsze w przygotowaniu, zazwyczaj zdrowsze, tańsze od posiłków na mieście no i łatwiej je przynieść do pracy.

Firma NPD Group zajmująca się badaniami rynku i preferencji konsumenckich sprawdziła, czym ludzie zastępują obiady i okazało się, że najpopularniejsze są świeże owoce, czipsy, mrożony jogurt i gotowe sałatki. Mam wątpliwości, czy czipsy są faktycznie zdrowsze od steka, ale na pewno kosztują mniej. Ci sami badacze przewidują, że do 2024 roku zastępowanie obiadu zdrowymi przekąskami zwiększy się o 12 proc. Tymczasem branża restauracyjna skarży się, że w 2016 roku liczba osób wpadających na szybki lancz spadła o 2 proc. Faktycznie – śmierć.

W obliczu tych faktów nie powinno dziwić, że duże sieci mają problem z milenialsami. Przypomnę, że to największa i najbardziej pożądana grupa konsumencka w Stanach. Wszyscy, którym nie udało się ich przyciągnąć do siebie patrzą z zazdrością na kolegów, którzy dzięki młodym konsumentom pławią się w dostatku. Srogie cięgi zbierają zwłaszcza te sieciówki, które nastawiły się na okazjonalnych, młodych gości. Applebee’s, Ruby Tuesday, TGI Fridays czy Buffalo Wild Wings muszą zamykać restauracje. Cała branża dużych sieciówek poniosła w 2016 roku straty największe od czasów kryzysu. Spadek sprzedaży wyniósł 2,4 proc. a pamiętajmy, że mówimy tutaj o miliardowym biznesie i firmach notowanych na giełdzie. Spadek sprzedaży dał impuls do spadku notowań akcji. I nagle okazało się, że z pozoru niewielka strata wpędziła branżę w spore kłopoty.

Wszystko to wiąże się oczywiście z milenialsami i ich nieznośnym nawykiem do robienia wszystkiego szybciej niż poprzednie pokolenia. Młodzi wybierają restauracje „fast casual”, jak na przykład Chipotle czy Shake Shack. Washington Post przedstawił raport, z którego wynika, że między rokiem 1999 a 2014 sprzedaż w lokalach „fast casual” wzrosła o 550 proc. a Amerykanie wydali tam 21 miliardów dolarów. Sieć Chipotle urosła czterokrotnie a Shake Shack wszedł na giełdę pomimo tego, że w 2015 roku miał tylko 36 placówek.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie wie o co naprawdę chodzi z tym „fast casual”. Jest kilka kategorii klasyfikacyjnych, ale tak naprawdę do niektórych trafia i Chipotle, i Buffalo Wild Wings, a do innych Shake Shack i McDonald. Różnice między „fast food”, „fast casual” i „casual lunch diner” są niewyraźne i chyba nikt oprócz konsumentów nie wie, do której przegródki co wrzucić.

Tak czy inaczej, segment „casual lunch” traci a sieci zamykają restauracje, „fast casual” rośnie pionowo, za wszystko odpowiadają milenialsi, świat wrócił na właściwe tory, dalej można obwiniać zwyczajowych podejrzanych.

A co z McWrapem? Zacznę od ciekawostki, został wymyślony w jednym z polskich McDonaldów. Nasza młodzież sięgała po niego bardzo chętnie, dlatego po kilku latach Amerykanie wprowadzili go u siebie. Liczyli na to, że pociągnie im sprzedaż, bo prezentował się bardzo zdrowo – klientów zmylały sterczące z niego na wszystkie strony liście sałaty. Niestety, okazało się, że młodzi Amerykanie stołujący się w McDonaldzie niekoniecznie liczą kalorie i nie idą tam, by jeść zdrowo. Ich cele znowu nie zostały rozpoznane prawidłowo. Otóż okazało się, że milenialsi woleliby móc zamówić menu śniadaniowe o dowolnej porze dnia i nocy. Na dodatek wydają na nie tyle, że po raz pierwszy od wielu lat sprzedaż w amerykańskim McDonaldzie poszła w górę. Czyli stało się zupełnie inaczej niż u nas, gdzie menu śniadaniowe nigdy nie było hitem.

U nas McWrapy sprzedają się dobrze a w Stanach milenialsi pokazali, że jak już idą zjeść coś niekoniecznie zdrowego za pięć dolców, to wolą McMuffina i McGriddlesa. Dlatego wszystko wskazuje na to, że śniadania owszem, ale McWrapowi śmierć!

A co u nas? Ano nic. Z dużych sieciówek mamy tylko fast foody i Subwaya, a młodzi i tak wolą hamburgery z Bobby Burgera. Czyli jak zwykle branży nic nie grozi. Mamy strasznie leniwych i bardzo mało krwiożerczych milenialsów. Trochę wstyd.

 

 
Categories

Zero dni urlopu. Zapracowani milenialsi rezygnują z wypoczynku

To skandal! Amerykańscy milenialsi nie chcą chodzić na urlopy i jeździć na wakacje. Dlaczego tak się dzieje? Co się stało młodym, że już nie chcą wypoczywać? Czyżby młodzież zatraciła life-work balance i nie potrafi już odróżnić czy siedzi w pracy, czy jest akurat w domu? Ba, badacze zdążyli już nawet ukuć termin na opis tych pozbawionych roszczeń i chęci do życia młodych ludzi, określając ich pieszczotliwą nazwą pracowych męczenników (work martyrs). Tak, proszę Państwa, milenialsi zabijają nam wakacje!

W sumie trudno się im dziwić. Na podstawie danych zebranych przez aplikację Happify, jej twórcy stworzyli portret psychologiczny użytkowników. Aplikacja ma za zadanie uczyć ludzi, jak być szczęśliwymi. Żeby to móc robić, zbiera od ludzi określone dane. Dzięki temu możemy na własne oczy przekonać się, jak bardzo kiepsko żyje się amerykańskim milenialsom.

Dane: aplikacja Happify, wykres ze strony Harvard Business Review

Między 20 a 30 rokiem życia gwałtownie rośnie poziom stresu. Maksimum łapie się w przedziale 45-54, co oczywiste (dzieci, hipoteka, rozwody, choroby, praca), ale najszybszy przyrost jest między 25-tym a 34-tym rokiem życia. Ci sami młodzi ludzie mają najwyższy poziom negatywnych myśli i odczuć oraz rozkojarzenia. Jakby tego było mało, są praktycznie niezdolni do odczuwania pozytywnych aspektów życia. Nic dziwnego, że coraz częściej mówi się o kryzysie ćwiartki życia (quarter-life crisis), który dopada ludzi między 20 a 30 rokiem życia i trwa dobrych kilka lat. Wiąże się z wchodzeniem w dorosłość, wynajmem mieszkania, budowaniem związku, nową pracą. Niby jesteś dorosły, ale taki udawany dorosły, bo większość ludzi nie traktuje ciebie poważnie. A potem życie weryfikuje ci plany i staczasz się w depresję.

Dane: aplikacja Happify, wykres ze strony Harvard Business Review

Nie dość, że życie gniecie milenialsów bez litości, to problemem staje się płatna praca. Rynek jest bezlitosny, wiec młodzi muszą udowadniać swoją przydatność i kompetencje bardziej niż reszta. Dołóżmy do tego brak pewności zatrudnienia, brak poczucia bezpieczeństwa, brak perspektyw awansu i mamy obraz sfrustrowanego, zestresowanego pracownika, który na myśl o udaniu się na płatny urlop, dostaje doła.

Problem jest poważny.

W 2016 roku GfK przeprowadziło badanie Amerykanów w wieku 18+, pracujących powyżej 35 godzin tygodniowo i mających płatne urlopy. Wyniki są przygnębiające. Praca 24/7, z której de facto Amerykanie nie wychodzą (zmieniają tylko miejsce, w którym ją wykonują) praktycznie uniemożliwia im znalezienie sobie wolnego czasu i udanie się na urlop. W 2015 roku 55 proc. pracowników miało łącznie 658 milionów niewykorzystanych dni wolnych. To 1,8 mln lat urlopu, można sobie w tym czasie nieźle wypocząć.

Wróćmy do wspomnianych na początku tekstu pracowych męczenników. Jest to dość nowa grupa, która wierzy, że od faktycznej produktywności ważniejsze są wyrobione dupogodziny oraz w to, że praca bez przerwy przyniesie im większy sukces zawodowy. Pozwólcie, że skorzystam z pomocy naukowej. Jesteś męczennikiem pracowym? Tak. To powiedz coś po męczennikowemu. Nikt inny nie będzie potrafił wykonać mojej pracy gdy będę na urlopie, chcę pokazać swoje całkowite oddanie firmie, czuję się winny biorąc urlop, nie chcę, żeby inni myśleli, że jestem łatwy do zastąpienia.

Dotychczasowa amerykańska etyka leży omdlała w kącie.

Prawdziwym bowiem problemem jest to, że narracja męczeństwa zaczyna dominować w firmach za oceanem a jej głównymi apostołami są milenialsi. Argument o pokazaniu całkowitego oddania firmie podnosi 30 proc. z nich, winę czuje 27 proc., tyle samo nie chce być postrzegana jako pracownicy łatwi do zastąpienia. Aż 26 proc. wiąże pójście na urlop z tym, że mogą nie zostać uwzględnieni przy podwyżce albo awansie. Jedyny z grubsza sensowny argument, czyli wrócę po urlopie do pracy i przez tydzień będę się odkopywać z zaległości podnosi 41 proc.

Problem z niewykorzystywanymi urlopami jest w USA nowym zjawiskiem. Przez lata Amerykanie wykorzystywali średnio 20 dni urlopowych, czyli nie tak najgorzej. Od roku 2000 liczba wykorzystanych dni urlopowych stale spada i końca tego spadku nie widać. Znaczy widać – 0 dni urlopowych, ale to jeszcze przed nimi. Milenialsi to pierwsze pokolenie pracowników, która wchodzi na rynek i widzi, że urlop to jakaś ekstrawagancja a nie ich prawo. Dlatego nie biorą sobie wolnego, zabijając tym samym wakacje.

Szkoda tylko, że nie mogę im przypiąć do końca szczerze łatki morderców wypoczynku, bo jednak trend zapoczątkowali ich rodzice. To chyba pierwsza skuteczna kooperacja rodziców i dzieci w historii świata.

A co u nas? Jesteśmy jak zwykle zacofani i nasi milenialsi nie chodzą na urlopy nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że są albo na bezpłatnych stażach, albo forma ich umowy płatnego urlopu nie przewiduje. Witamy nad Wisłą.

 
Categories

Tradycyjne banki przegrywają walkę o milenialsów

Finałowa scena filmu „Fight Club” od niemal dwudziestu lat rozgrzewa serca i cieszy wszystkich zadłużonych. Wizja zniszczenia banków, wyzerowania długów i dania ludziom drugiej szansy spodobała się widzom, a film stał się pozycją kultową. W roku 2018 jest wciąż za wcześnie, by puszczać marsz żałobny, jednak katastrofa tradycyjnej bankowości powoli staje się faktem. Do gry weszli bowiem milenialsi, sięgając do szerokiego wachlarza swoich wyrachowanych metod

Gdy dziesięć lat później bankierzy rozpętali kryzys, który wpędził miliony ludzi w nędzę, nastroje się zradykalizowały i podczas protestów na Wall Street mogliśmy dostrzec transparenty z hasłem „jump motherfuckers”. Malowali je młodzi ludzie, którzy nie byli zadowoleni z tego, co finansjera zrobiła z Ameryką i światem. Bankierzy powinni zadrżeć, ale tego nie zrobili. Nie mieli świadomości, że ich branża będzie kolejną, którą zabiją milenialsi.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale jeszcze 15-20 lat temu bankier to był zawód zaufania publicznego. Szedłem do siedziby banku i powierzałem kolesiowi po drugiej stronie stołu moje pieniądze, wierząc że mnie nie oszuka. I on mnie nie oszukiwał, nie wciskał stu fantastycznych produktów inwestycyjnych albo ryzykownych kredytów. Wszystko zmieniło się w roku 2007, gdy pracownicy banków zamienili się w naganiaczy kredytowych i brokerów narzędzi finansowych, których sami nie rozumieli. Po roku 2009 branża bankowa nie ma już czego u milenialsów szukać.

Oczywiście kontaktu z bankami całkowicie uniknąć się nie da, ale młodzi minimalizują go, jak tylko jest to możliwe. Według badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Business Insider, aż 38 proc. amerykańskich milenialsów nie odwiedza oddziału banku a 26 proc robi to rzadziej niż raz w miesiącu. Ledwie 38 proc młodych idzie do banku w celu innym niż wypłata z bankomatu. Połączmy to z faktem, że aktualnie milenialsi to najliczniejsza grupa demograficzna i jednocześnie największa grupa wśród ogółu zatrudnionych. Co mamy? Ano prosty patent na katastrofę bankowości w takiej formie, w jakiej znaliśmy ją przez dekady.

Jak wspomniałem w jednym z poprzednich tekstów, obecne pokolenie młodych Amerykanów jest obciążone największym długiem studenckim w historii. Co oznacza, że większość tradycyjnych produktów oferowanych przez banki ich nie interesuje. Ktoś, kto ma 25 tysięcy dolarów długu na starcie, nie dostanie przecież kredytu hipotecznego. Karta kredytowa, dzięki której będzie mógł zadłużyć się jeszcze bardziej też nie jest mu niezbędna do życia. Pożyczka na samochód? Może najpierw niech ktoś mu zaproponuje sensowny program wyjścia z długu. Niekoniecznie związany z koniecznością założenia konta bankowego i łupienia opłatami na kolejnych etapach refinansowania zadłużenia i jego spłaty.

Młodzi ludzie nie potrzebują bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Bardziej interesuje ich przyjazna bankowość, w której przelewy robi się jednym kliknięciem w komórce albo zbliżając dwa telefony do siebie. Płatność kartą? Po co, skoro możemy to zrobić komórką. Wypłata z bankomatu? Komórka. Inwestycje? Dostęp do naszego portfela akcji przez całą dobę dzięki komórce. Założenie lokaty? Zaznaczenie czterech pól (dane osobowe uzupełniają się automatycznie) i naciśnięcie „Wyślij” w komórce. Refinansowanie pożyczki studenckiej? Na pewno jest do tego jakaś apka.

Milenialsi chcą mieć swój hajs zawsze pod ręką.

Co oferują im tradycyjne banki? Przelew – przeklikaj się przez pięć ekranów a potem wpisz kod ze zdrapki albo tokena. Bankomat? Użyj karty i pamiętaj kolejny PIN. Inwestycje? Proszę wydrukować i wypełnić te wnioski. Pożyczka? A to już w ogóle grubsza sprawa i bez wizyty u konsultanta się nie obejdzie. Trzeba też będzie mieć zaświadczenie z księgowości o dochodach. Młodzi nie mają czasu na takie głupoty, kiedy wszystko inne mogą załatwić kilkoma kliknięciami w ekran smartfona.

Do tego te przeklęte startupy, które brużdżą bankom. W swojej pełnej ciepła i zwięzłości, liczącej 38 stron odezwie do udziałowców, prezes JPMorgan Chase Jamie Dimon powiedział „Krzemowa Dolina nadchodzi”. Setki startupów, tysiące mózgów i miliony monet pracują nad rozwiązaniami alternatywnymi dla tradycyjnej bankowości. Największy lęk wzbudza działka, w której banki operują najaktywniej – pożyczki. Klient może w ciągu kwadransa dostać pożyczkę, której udzielenie zajęłoby bankowi tydzień. Akapit o startupach fintechowych prezes kończy ślicznym zdaniem: And we also are completely comfortable with partnering where it makes sense. Słuchajcie, tak właśnie brzmiał XX wiek. Albo XIX.

W USA walkę o milenialsów tradycyjne banki przegrywają sromotnie. A co słychać u nas? Według danych z badania TGI prowadzonego przez firmę MillwardBrown, aż 3,5 mln osób z grupy wiekowej 15-35 lat nie ma konta bankowego. Tak się w Polsce definiuje wykluczenie finansowe. Przyczyny są częściowo zbadane, częściowo możemy je zgadywać. Młodzież nie chce powierzać bankom pieniędzy, bo im nie ufa. Leży u nas edukacja finansowa.

Według badania „Życie finansowe młodych Polaków”, aż 2/3 badanych nie wie co to jest RRSO a jednocześnie tylko 20 proc ocenia swoją wiedzę jako niedostateczną i ma świadomość braków. Rodzice są zarówno głównymi doradcami finansowymi, jak i źródłem pomocy w razie kłopotów finansowych. Młodzi trzymają się tradycyjnych wzorców postępowania, popełniając błędy poprzednich pokoleń. A w razie kompletnej padaki, zawsze zostaje chwilówka.

W Polsce nie była potrzebna żadna rewolucja, młodzi odwrócili się od banków sami z siebie. Te próbują kusić, oferując pieniądze za założenie konta, ale tak to można zachęcać jedynie łowców okazji a nie łowić lojalnych klientów. I tak to milenialsi powoli zabijają kolejną branżę. Aż strach głośniej odetchnąć.

 
Categories

Znikające branże. Nie takie wieczne te diamenty

Marylin Monroe śpiewała o tym, jak to diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny. W siódmej części przygód Bonda, diamenty były wieczne. Syn Lennona narysował swoją koleżankę Lucy, na niebie wśród diamentów i dostaliśmy wielki przebój Lucy in the Sky with Diamonds. Rihanna śpiewała, że jesteśmy piękni, jak diamenty na niebie. Wszystko to niestety przeminie, jak łzy w deszczu. Milenialsi bezlitośnie zabijają te najszlachetniejsze z kamieni szlachetnych.

Kiedyś było lepiej. Pierścionek zaręczynowy bez diamentu się nie liczył. Prezenty z okazji rocznicy ślubu też były dobrą okazją do wciśnięcia komuś kamyka. Ostrza wierteł – diament. Luksusowe torebki – wysadzane diamentami. Biżuteria – wszędzie diamenty. Komu to przeszkadzało? Wiadomo – młodym.

Dwudziestoparolatkowie nie upierają się, żeby pierścionki zaręczynowe ani biżuteria ogółem była z diamentami, im wystarczą podobnie wyglądające zamienniki albo inne, tańsze kamienie szlachetne. Wszystko to oczywiście dzieje się pod warunkiem, że milenialsi zdecydują się na zakup biżuterii. Bo młodzież teraz jest taka dziwna, że zamiast inwestować w pierścień, woli wyjechać w podróż, zainwestować w ekologiczny startup albo kupić nowego MacBooka. Status manifestują raczej nową torebką niż dwoma karatami. A jak już zdecydują się w końcu na zaręczyny zamiast konkubinatu, wybierają tańsze kamienie.

Statystyki mówią same za siebie. W roku 2016 sprzedawcy ze światowej stolicy diamentów, Antwerpii ogłosili, że średni poziom zysku dla transakcji waha się od 0,1 do 0,4 proc. Tak jakby nie za dobrze. Na domiar złego młode pokolenie przejmuje się etyczną stroną biznesu. I odkąd obejrzeli „Krwawy diament” z Leonardo di Caprio, zaczęli czepiać się takich detali, jak niewolnicza praca w kopalniach diamentów czy finansowanie konfliktów zbrojnych pieniędzmi z ich sprzedaży. Od tego niedaleko do dzieci-żołnierzy i krwawych rzezi w Afryce. Nagle okazało się, że młodzież nie dość, że interesuje się tym, co dzieje się na Czarnym Lądzie, to jeszcze się tym przejmuje. Branża diamentowa była bardzo zaskoczona tymi faktami.

No i wreszcie kwestia dochodów. Mówi się, że obecne pokolenie Amerykanów jest pierwszym w historii, które ma gorzej niż ich rodzice. Ci, którzy mieli szczęście trafić na studia, na rynek pracy trafiają zadłużeni pożyczkami studenckimi. Według ostatnich raportów Studentaid.ed.gov i National Student Loan Data System dotyczących pożyczek studenckich, 44,2 mln młodych Amerykanów jest zadłużonych łącznie na 1,48 biliona dolarów. Nie pomyliłem się, tłumacząc z angielskiego. To nie miliardy, to biliony dolarów. Ci, którzy studiów nie skończyli, długów nie mają. Tak samo, jak nie mają szans na dobrze płatną pracę. Dla tego pokolenia diamenty nie są przedmiotami żadnej potrzeby i jeżeli już na coś odkładają, to raczej na dom niż na kamyki.

A co u nas? Ostatni raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce edycja 2017” pokazuje, że krajowy rynek biżuterii jest wart 409 mln zł i regularnie rośnie. Przy czym napędzają go w większości najbogatsi. Milenialsów w Polsce diamenty nie interesują.

W sumie trudno im się dziwić, w końcu diament to taki bardziej sprasowany węgiel.

 
Categories

Samotnicy, którzy nie potrzebują rzeczy. Czy da się zarobić na potrzebach milenialsów?

Kiedy ostatni raz sięgnęliście po starą płytę kompaktową i starliście z niej palcem kurz? Albo zdzieraliście folię z nowego DVD? A może wybierając się na wakacje wpychaliście na siłę książki do plecaka? Coraz częściej wszystko, czego chcielibyście doświadczyć macie w smartfonie, na Kindle’u lub w sieci. Firmy, które przygotowały wirtualną ofertę jako pierwsze czerpią z tego profity. Na czym jeszcze dadzą zarobić miienialsi?

Chcą być wolni i czerpać z możliwości, które daje czas. Wolą podróżować niż budować domy. Już od dawna wiadomo, że milenialsi wybierają doświadczanie zamiast posiadania. Po co kupować mieszkanie, kiedy można je wynająć w dowolnym zakątku świata. Podobnie z samochodami, lepiej wziąć w leasing. Do pracy (jeśli nie pracuje się z domu) jeździć na rowerze, niekoniecznie swoim – jest przecież Veturillo. A cash? Czy cash istnieje? Przecież pieniądze już dawno zmieniły się w liczby, a portmonetka w kawałek plastiku.

Coraz cześciej podoba nam się to, czego nie musimy magazynować. Wirtualne biblioteki dźwięków, obrazów i słów mają liczne plusy – nic nie ważą, oferują nieprzebraną porcję woluminów, wiedzą co lubi subskrybent, więc podsuwają mu co lepsze kąski. Mają mnóstwo atrakcyjnych dla użytkowników funkcjonalności, m.in. korzystając z nich można podpatrzeć czego słuchają znajomi. Nowości same wpadają w oko lub ucho.

Problem może się zacząć wtedy, gdy klient zechce sięgnąć do staroci, do utworów, których nikt jeszcze nie zdigitalizował. W takich sytuacjach powraca zapach antykwariatu i okładek ze starych winyli. Ponadczasowy smak wyjątkowości. Tylko to nieuchwytne coś – jakiś sentyment, może wygrać z wirtualem. I tu pojawia się paradoks – kupujemy coraz mniej płyt CD, ponieważ korzystamy z bogatej oferty portali streamingowych, ale za to rośnie zainteresowanie czarnymi krążkami. Z cyfry przeskakujemy na analog.

Zgodnie z niedawno przeprowadzonymi badaniami Nielsena, w Stanach Zjednoczonych utrzymuje się tendencja spadku sprzedaży albumów muzycznych. W 2017 sprzedało się mniej aż o 17,7 proc. w porównaniu z rokiem 2016. Tylko czarne krążki sprzedawały się lepiej – o 9 proc. Natomiast, aż o 58,7 proc. wzrosła liczba utworów wysłuchanych online.

Spotify, Deezer, Tidal, Apple Music, czy Google Play Music I Amazon Music Unlimited oferują albo bezpłatną opcję albo przynajmniej czas na zastanowienie, czy wykupić abonament. W zależności od jakości ceny wahają się od ok. 20 zł do ok. 40. Łatwo policzyć to koszt jednej płyty CD. Do tego muzyki możemy słuchać kiedy tylko mamy na to ochotę.

O popularności wirtualu świadczy to, komu coraz chętniej płacą reklamodawcy. Jak podają wirualnemedia.pl zysk netto Facebooka wzrósł w roku 2017 z 10,22 miliarda dolarów do 15,93 miliarda dolarów (+56 proc.). Portal jako głównych graczy przedstawia obok Facebooka – Google i Amazona.

Co przyniesie cash?
W styczniu „The Economist” podawał, że obecnie nastolatki są lepiej wychowane niż kiedyś ich rodzice. Mniej piją, palą, zachodzą w ciążę – za to stają się coraz bardziej depresyjne i samotne. Wróży to wzrost liczby dorosłych samotników. Na sukces skazane są te pomysły na biznes, które pozwolą zmniejszyć uczucie osamotnienia. Stworzą też pole do spotkań w realu, np. w coworkingowe przestrzenie, w których widywać się będą osoby pracujące zdalnie. Potrzebne będą też usługi polegające na szybkim przetwarzaniu, odsiewaniu i segregowaniu informacji. W cenie jest i będzie skracanie czasu ich dotarcia do adresata. Wygra ta firma, która zadziała szybciej, zdąży przed innym bodźcem, który może odciągnąć uwagę odbiorcy.

Zwyciężą przedsięwzięcia oferujące niepowtarzalne i wyjątkowe przedmioty, takie, które warto będzie wziąć ze sobą, gdy nagle zapragniemy wyruszyć na koniec świata. Popularne staną się miejsca przechowywania cennych rzeczy lub wspomnień. W świecie pełnym samorealizujących się jednostek rozchwytywani będą profesjonalni opiekunowie, którym powierzane będą dzieci i starsze osoby. Być może zawód przyszłości to trener pomagający dojść do perfekcji w konkretnej umiejętności.

Wolni od rzeczy, coraz mniej chętnie będziemy tworzyć związki. Materializm służy stabilizacji – trudniej uciec. Gdy się dużo ma rośnie potrzeba założenia rodziny, posiadania spadkobierców. Kto ma pomysł na takie „pięćset plus”, które połączy potrzebę bliskości i reprodukcji, z pragnieniem wolności, bycia wyjątkowym i doświadczania nowych doznań? Na wagę złota będą sposoby na przedłużenie życia i młodości, dobre leki i kosmetyki. Już teraz coraz częściej kupujemy żywność ekologiczną i jesteśmy skłonni za nią więcej zapłacić. Zgodnie ze statystykami podanym przez „Rzeczpospolitą” wartość europejskiego rynku żywności ekologicznej wynosi już 30 mld euro.

Do sieci przenoszą się dziedziny, które wydawałoby się wymagają realnego kontaktu z człowiekiem. Ministerstwo zdrowia w trosce o rozwój telemedycyny przygotowuje projekt nowelizacji ustawy, w którym przewiduje, że do wypisania recepty na leki wystarczy, by lekarz zbadał pacjenta przez internet. W tej sytuacji porady wirtualnego psychologa są czymś naturalnym. Spotkania z „bliskimi” już dawno organizujemy na portalach społecznościowych. Na związki na odległość radą jest cyberseks.

Co jeszcze oprócz muzyki, zdjęć, filmów, fotografii, uczuć, emocji i pieniędzy przeniesiemy do wirtualnej rzeczywistości? Za co będziemy płacić w przyszłości? Oczywiście zarobi ten, kto szybciej znajdzie odpowiedź na te pytania. Jedno jest pewne rzeczy wyrzucamy i będziemy wyrzucać. Może już teraz warto zacząć szukać hajsu w śmieciach?

 

 
Categories

Zmierzch żywych kultur bakterii

Milenialsi, niczym Leon zawodowiec, zabijają wszystko oprócz kobiet i dzieci. W poprzednich odcinkach zamordowali golfa i kino. Dzisiaj przyszedł czas na ukochane potrawy śniadaniowe Ameryki. Producenci płatków i jogurtów wpadli w popłoch. Czy wspomniane dobra czeka teraz kuchenny exodus?

Powód niechęci do płatków jest banalny. Według słów ludzi, którzy wiedzą lepiej, milenialsi gardzą płatkami, bo jest przy nich za dużo roboty. Na początku pomyślałem, że jeżeli to prawda, to jako ludzkość jesteśmy zgubieni. Wsypanie płatków do miski i zalanie ich mlekiem albo jogurtem to w końcu dość prosta sprawa. Jeżeli dla młodych to skomplikowane, to już po nas. Okazało się jednak, że nie o to chodzi.

Według badań firmy Mintel, 40% milenialsów nie je płatków, bo trzeba po nich zmywać. Przyznam się wam, że dawno nie widziałem tak doskonałego strolowania firmy badawczej. 68% amerykańskich gospodarstw domowych ma zmywarkę. Nawet jeżeli nie ma, to miskę po płatkach wystarczy opłukać. W ostateczności są naczynia jednorazowe.

Od razu uznałem to wytłumaczenie za głupie. Musi być jakiś inny powód niechęci do płatków. I wydaje mi się, że go znalazłem. Jest nadrukowany na opakowaniach w specjalnej tabeli, podającej skład i kaloryczność produktu. Kto będzie chciał jeść coś, co ma w stu gramach prawie 380 kcal? Młodzież coraz bardziej dba o zdrowie i figurę, więc woli sięgnąć po granolę. Kalorii tyle samo, ale zdrowiej i smaczniej.

Między rokiem 2000 a 2015 sprzedaż płatków spadła z 13.6 do 10 mld dolarów. Płatki jedzą głownie starsze pokolenia, którym tak właśnie kojarzy się śniadanie. I jadą na tej nostalgii, zamiast usmażyć sobie 2 jajka, 4 plastry bekonu, nawrzucać na talerz warzyw, dodać dwie grzanki i zjeść ze smakiem. Ewentualnie dziabnąć granolę.

Polacy oczywiście jak zwykle spóźnieni, ale i u nas trend będzie się odwracał. W 2017 roku w ramach akcji Food Rentgen przebadano 197 płatków śniadaniowych, które można kupić w naszych sklepach. Do badań laboratoryjnych trafiło dwudziestu finalistów. W dziesięciu płatkach znaleziono pestycydy, rekordzista miał ich 12. Na dodatek większość była dosłodzona cukrem i słodzikami. Rekordzista miał w składzie 7 różnych substancji słodzących. Witaj cukrzyco!

Z powodu cukru młodzi rezygnują również z jogurtów light. Dawno temu wszyscy dali sobie wmówić, że za otyłość odpowiada tłuszcz. W sumie logiczne, co tworzy tkankę tłuszczową? No przecież nie cukier czy białko, nie?

Tłuszcz został wrogiem dietetycznym numer 1, ludzkość rzuciła się na produkty beztłuszczowe i odtłuszczone. Pamiętacie margarynę light dobrą na serce? To była dopiero trucizna. Ale wtedy nikt nam tego nie mówił, bo tłuszcz był zły. Ludzie jedli więc jogurty light i cieszyli się, że odżywiają się zdrowo. Nikt nie zwracał uwagi na fakt, że te beztłuszczowe rarytasy są dosładzane. Gdy tłuszcz wrócił do łask a cukier zajął jego miejsce wroga publicznego, ludzie zaczęli rezygnować ze słodzonych jogurtów light na rzecz bardziej pożywnych produktów białkowych typu jogurt grecki. Który może i ma trochę cukru, ale przynajmniej nie udaje, że jest dietetyczny. I można się nim najeść.

Prowodyrami pogrążania jogurtu byli młodzi ludzie, którzy najszybciej reagują na nowości przeczytane w internecie. W efekcie w USA sprzedaż jogurtów light spadła w roku 2015 z 1,2 do 1 mld dolarów.

Polacy tym razem utrzymują się w trendzie, w 2017 roku wyprodukowano o 2 mln litrów jogurtu mniej niż rok wcześniej. I już nie chodzi tylko o produkty light, ale o wszystkie. Chyba też się przekonaliśmy, że zamiast dwóch łyżek cukru w jogurcie lepiej na śniadanie zjeść coś pożywnego i zdrowego. Na przykład, bo ja wiem, granolę?

Producenci i badacze narzekają na leniwą młodzież, która nie wie do czego służy zmywarka. Faktyczny problem z płatkami i jogurtami tkwi nie w nieudolności milenialsów a w śmieciach, którymi napychane są te produkty. Niech giną.

Za tydzień zabijemy sobie coś innego.