Categories

Esport bardziej popularny niż koszykówka? To się musi wydarzyć

Pulę 92 milionów dolarów zgarnęli zawodnicy esportu na międzynarodowych turniejach w 2016 roku. Piętnaście tysięcy biletów na trybuny mistrzostw świata w League of Legends w Berlinie wyprzedało się w mniej niż 10 minut, a dwa lata później finały obejrzało przez internet aż 70 milionów widzów. Żaden sport nie rozwija się w takim tempie jak wirtualne rozgrywki.

Kto gra, kto ma?
W 2019 przychody z esportu na świecie mają – zgodnie z prognozami Lagardère Sports – wynosić 1,9 miliardów dolarów. To niemal dwukrotnie więcej niż w 2015 roku. Od kilku lat przychody w tej działce rosną konsekwentnie o średnio 40 procent rok do roku. Kto zarabia? Głównie zawodnicy, właściciele drużyn, wydawcy gier i organizatorzy turniejów. Kto płaci? Duże marki takie jak Coca Cola, Mountain Dew czy Red Bull. Aż 80 procent przychodów generowanych w esporcie to kasa ze sponsoringu i reklam. Reszta pochodzi z zakładów, nagród, organizacji turniejów, sprzedaży gadżetów i  biletów. 

Przychody w esporcie w 2017 roku
Łącznie: 969 mln dolarów przychodu
38% – sponsoring
22% – reklama
17% – opłaty dla wydawców gier
14% – prawa do transmisji
9% – sprzedaż gadżetów i biletów

dane Lagardère Sports

Cały rynek esportu jest obecnie wyceniany na 493 milionów dolarów (dane za Statista.com).

Kto ogląda?
Nie dziwi zainteresowanie dużych marek esportem, bo szacuje się, że obecnie interesuje się nim 365 mln ludzi na świecie. Do 2020 roku liczba kibiców esportu ma przewyższyć liczbę fanów koszykówki. Rozgrywkami w Counter Strike’a, DOTA 2 czy League of Legends ma być zainteresowanych za dwa lata już ponad 500 milionów osób na świecie. Żaden tradycyjny sport nie zyskuje na popularności w takim tempie.

Firmy inwestujące w esport znajdują  tu kanał dotarcia do najbardziej poszukiwanej obecnie przez reklamodawców publiczności, czyli osób w wieku 21-35 lat, osławnionych milenialsów. To właśnie oni stanowią 38 proc. kibiców esportu. 27 proc. to osoby poniżej 20 roku życia, a starszych niż 35 lat jest ok. 25 proc. Coraz większą grupę widzów wirtualnych rozgrywek  stanowią kobiety- to już 39 procent wszystkich oglądających.

Najwięcej nowej publiczności esport zdobywa w Stanach Zjednoczonych, potem w Europie, a dopiero na trzecim miejscu w mateczniku – Azji. Trzeba dodać, że na tej mapie Polska jest zaznaczona dużą kropką, bo jesteśmy dobrzy w “granie w gry”. Mamy świetnych zawodników i niesamowitą publiczność – zorganizowany w 2017 roku w Katowicach turniej Intel Extreme Masters zgromadził 46 mln widzów i jest w czołówce najlepszych wydarzeń esportowych ostatnich lat.

Przeczytaj też: Pierwsze profesjonalne centrum esportu powstaje w Warszawie. Branża rośnie, czas wejść do gry?

 
Categories

Cztery piwka na stół? Milenialsi mówią “niekoniecznie”

Na określenie kursu, na którym znajdują się ostatnio milenialsi, Amerykanie mają ładne określenie. Killing spree tłumaczy się różnie, może to być morderczy szał, szał zabijania albo seria zabójstw. Tym razem milenialsi przetoczyli się walcem przez rynek piwny. Rozumiecie? Nie interesuje ich małe jasne z pianką. Granice zezwierzęcenia zostały przekroczone.

Z nieba leje się żar, powietrze o gęstości melasy stoi w miejscu i oblepia wszystko, wentylatory nie nadążają go mielić, takie jest gęste. Czy w takiej sytuacji może być coś lepszego od kufla zimnego piwa? Okazuje się, że a i owszem. Młodzież nie chce pić browara, zamiast tego wybiera wino i lepkie drinki. Ich decyzje łatwiej zrozumieć, gdy mówimy o amerykańskim piwie, ale mimo wszystko, źle się dzieje w państwie duńskim.

Rok 2017 przyniósł amerykańskiej branży piwnej dotkliwe ciosy. Penetracja rynku w stosunku do roku poprzedniego zmalała o 1 proc. Piwa rzemieślnicze zbierają coraz większy kawałek sprzedaży i wartościowo ich sprzedaż wzrosła o 5 proc. Sprzedaż piwa z importu podskoczyła o 3,2 proc. Pomimo tych wzrostów, cały rynek spadł o 1,2 proc. Niby nic, ale pamiętajmy, że rozmawiamy tutaj o przemyśle, który w ubiegłym roku był wart 111,4 miliarda dolarów. Co oznacza, że gdzieś się zapodziało 1,34 mld.

Strzał po kieszeni jest bardzo dotkliwy, zwłaszcza w sytuacji, w której branża utrzymuje się na powierzchni głównie dzięki potężnym budżetom reklamowym. Z moich estymacji wynika, że amerykańscy producenci piwa wydali na reklamę w samym USA w 2017 roku około 1,5-2 mld dolarów. Badania wskazują, że reklama nie zwiększa spożycia, buduje natomiast świadomość marki i kreuje przyzwyczajenia konsumpcyjne. Okazuje się, że całe te wydatki psu na budę, bo milenialsi preferują krafty, które najczęściej są produkowane przez lokalnych przedsiębiorców. Tych nie stać na reklamę, ale w sprzedaży pomaga im moda. Korzystają więc z niej ile sił i koszą coraz większy pieniądz. Wspomniałem wcześniej, że wartościowo sprzedaż piw kraftowych skoczyła o 5 proc. Nie powiedziałem natomiast, że krafty mają w tej chwili 23,3 proc rynku piwa w Stanach.

To nie koniec. Miliardy wydane na tworzenie świadomości marki są w przypadku milenialsów pieniędzmi straconymi. Ci niewdzięczni gówniarze oglądają reklamy, po czym wykazują skrajną niewdzięczność i gdy przychodzi do zarekomendowania komuś piwa (a wiemy, jak ważne są testimoniale i rekomendacje znajomych), praktycznie nie wskazują piw koncernowych. Nic tylko krafty i krafty. Ewentualnie koncerniaki zamaskowane jako piwa rzemieślnicze. Taka ciekawostka, milenialsi chętniej niż reszta populacji polecali takie marki jak Stella Artois, Dos Equis XX czy Shock Top. Te nazwy brzmią bajerancko, w odróżnieniu od Budweisera, Heinekena, Coorsa czy Millera, które ewidentnie nie są piwami z ich bajki.

Skoro więc nie chcą pić taniego piwa, co teraz kręci młodzież? Wybaczcie kiepski kalambur, ale to pokolenie winne. Ostatnie badania rynku w USA pokazują, że 79 milionów milenialsów wypiło w 2015 roku 159,6 mln skrzynek wina. Amerykańskie miary muszą się oczywiście różnić od ludzkich, więc wam to przełożę – 159,6 mln skrzynek to 1,92 mld butelek albo 1,44 mld litrów wina. Milenialsi odpowiadają za 42 proc. spożycia wina w Stanach.

A że chętniej sięgają po wino z plastikowymi zatyczkami, zakrętkami albo w kartonach, prawie zabili segment produkujący korki do wina.

A co u nas? Wiadomo, młodzież gardzi koncernowymi piwami, bo jakoś się trzeba wyróżniać. A że przy okazji większość popularnych piw nie nadaje się do picia, mają łatwiej. Nie przekłada się to jednak na wyniki branży. Trzech największych producentów podzieliło miedzy siebie 83 proc. rynku wartego w ubiegłym roku 15,5 mld zł. Polacy piją od kilku lat tyle samo, średnio po 99 litrów rocznie na osobę, co daje nam czwarte miejsce w Europie. Pod względem produkcji zajmujemy w UE miejsce trzecie. Oraz okazuje się, że jesteśmy jednak tradycjonalistami i sięgamy po marki znane i lubiane od lat. Piwa rzemieślnicze mają w Polsce 0,5 proc. rynku. I chociaż to dalej około 75 mln złotych, to jednak krafty, pomimo dynamicznych wzrostów, nie zrobiły u nas szalonej kariery.

Wino sprzedaje się bardzo dobrze wśród milenialsów, ale z rynkiem wartym w ubiegłym roku 2,6 mld złotych ma jeszcze sporo do nadrobienia.

I znowu okazało się, że nasi milenialsi nie są zbyt skuteczni w swoim morderczym szale. W Polsce do śmierci piwa droga daleka, za bardzo nam małe jasne smakuje.

 
Categories

Mydło, nożyce, papier – milenialsi nie chcą już niczego

To niewiarygodne jaką bezwzględność, zezwierzęcenie i brak poszanowania zdobyczy wolnego rynku prezentują milenialsi. O tym, że dokonują zamachu na fundamenty naszego dobrobytu, już pisałem. Zagrożona jest prawda, piękno, sprawiedliwość i sen o sukcesie. Ale co im mydło zawiniło? Wolą brudni chodzić? Nie do wiary.

Schemat jest ciągle taki sam. Przychodzą młodzi, bezczelni, bez tabu i obciążeń, po czym zaczynają demolkę. A my nie rozumiemy co się dzieje, bo przecież za komuny było ciężko, młodzi nie doceniają tego, co teraz mają i kto normalny nie chciałby używać płynu do płukania tkanin? Jak byliśmy młodzi w sklepach był tylko proszek IXI a ubrania się płukało w zimnym potoku. Teraz luksusy młodzi mają i ich nie chcą. Dlaczego?

Nawet porządnie zjeść nie potrafią. Już nawet pomijamy fakt, że w domu żywią się wyłącznie kanapkami i o porządnym obiedzie nie słyszeli, bo wolą jeść burgery na mieście. Ale jak już jedzą i kogoś zaproszą, to zamiast użyć eleganckich serwetek, wolą korzystać z papierowych ręczników. To po prostu niesmaczne jest.

I tak sobie narzekamy na kolejne przewiny milenialsów, nie dopuszczając do głowy takiej myśli, że może oni mają trochę racji. I ten ich pragmatyzm mógłby nas czegoś nauczyć.

Weźmy te nieszczęsne kostki mydła, których sprzedaż w 2015 roku osunęła się w Stanach o 2 proc. I już alarm, że milenialsi zabijają tradycyjne mydło i chodzą brudni. No dobra, to że chodzą brudni sobie wymyśliłem. Dość powiedzieć, że młodzież dostała kolejną odznakę ‘wzorowego mordercy’, bo to na pewno przez nich był spadek o te 2 proc.

Nikt nie zająknął się, że jednocześnie cały rynek mydła oraz produktów do kąpieli wzrósł o 2,7 proc. I że w dalszym ciągu 2/3 Amerykanów używa mydła w kostce. I że powody odwracania się od takiego mydła są w jakiś sposób racjonalne, bo aż 60 proc. konsumentów w wieku 18-24 lat uważa, że mydło po użyciu pokryte jest bakteriami. I się go po prostu brzydzą. Nie chcą używać go do mycia również z powodu niewygody, gdyż uważają, że mydło w płynie jest wygodniejsze.

Ogólnie cały ten segment rośnie, ale wszyscy uczepili się, jak pijany płotu jednej informacji – młodzi brzydzą się mydła i to przez nich spadek sprzedaży. Podczas gdy tak naprawdę milenialsi kupują mydło w płynie i wydają na nie więcej pieniędzy niż na te cholerne, niewygodne kostki.

Weźmy płyn do płukania tkanin. Jego sprzedaż spada od ponad dekady, ale dopiero ostatnio znaleziono winnych. Są nimi oczywiście milenialsi. Jest tylko jeden problem – większość z nich nie wie, co to w ogóle jest za wynalazek. A ci, którzy wiedzą, rezygnują bo nie czują różnicy. Miało zmiękczyć a nie zmiękcza, no to po co płacić za to hajs? Dodajmy jeszcze, że coraz więcej ubrań sportowych, bardzo popularnych wśród młodzieży, ma na metkach napisane wprost: nie używać środka do zmiękczania. No i wreszcie warto wspomnieć, że milenialsi zwracają większą uwagę na zawartość środków chemicznych używanych w kosmetykach i środkach czystości, więc nie będą dokładać sobie kolejnej chemii nieorganicznej na ciało.

Na koniec obejrzyjmy te nieszczęsne serwetki papierowe. Do końca lat pięćdziesiątych, Amerykanie używali serwetek z materiału. Papierowe zaczęły wygrywać wygodą i ceną, nie trzeba ich prać, suszyć i prasować, a po użyciu lądują w koszu. Dominowały przez 50 lat a potem zaczęło się dziać coś dziwnego. Przyszli milenialsi i stwierdzili, że usta po posiłku można równie dobrze otrzeć papierowym ręcznikiem. Zresztą młodzi i tak częściej jedzą posiłki na mieście, wiec w ogóle nie mają potrzeby dopisywać do listy zakupowej papierowych serwetek. A jak mają bardziej oficjalną okazję, decydują się na serwetki z materiału. Po posiłku można je uprać, wysuszyć, włożyć do szafy i zawsze są pod ręką, gdy znienacka odwiedzą ich rodzice. Pragmatyzm i wygoda przede wszystkim.

I tak to właśnie wszystko wygląda. Milenialsi niby mordują bez litości kolejne gałęzie przemysłu, ale zawsze mają na to w miarę sensowne wytłumaczenie. Często dużo bardziej sensowne, niż byśmy tego oczekiwali. Może dajmy im w końcu spokój?

 
Categories

Drżyjcie pracodawcy, idą młodzi roszczeniowi

Dawno nie odwiedzaliśmy naszych przyjaciół milenialsów. Pytacie co tym razem zbroili? Odpowiedź jest wstrząsająca – zabijają pracę taką, jaką znamy. Rozumiecie? Zabierają nam nasz styl pracy. Nie ma dla nich żadnych świętości.

Do niedawna było lepiej. Przychodziło się do pracy na 9:00, wychodziło jak tam się projekty ułożyły, czasami o 17:00, ale częściej bliżej 20:00. Nikt o płatne nadgodziny nie pytał, szef był nam jak ojciec, gdy trzeba surowy i pasa nie szczędził, czasami pochwalił dobrym słowem. W jednej firmie przepracowywało się minimum 5 lat, o podwyżkach się nie rozmawiało, bo czasem była skromna bo skromna, ale jednak premia roczna. Integracje z funduszu socjalnego, raz do roku duża impreza firmowa, dopłaty do karty Multisport i podstawowej opieki zdrowotnej. Nikt nie narzekał.

I komu to przeszkadzało?

Wiadomo. Roszczeniowym milenialsom, którym dogodzić się nie da. I okazuje się, że nie kręci ich ani ośmiogodzinny dzień pracy, ani bezproduktywne siedzenie w biurze. Na hasło „nadgodziny” reagują śmiechem, chcą podwyżek po pół roku pracy, integracja przy piłkarzykach i piwie ich nie interesuje, hierarchiczną strukturę korporacyjną mają w głębokiej pogardzie i na dodatek kwestionują autorytety oraz stan zastany, jakby się na wszystkim znali najlepiej. Przecież tak nie można.

Erozja starego systemu pracy postępuje na wielu polach. Weźmy na przykład takie modne hasło, jak „work-life balance”. Niby się zgadzaliśmy, że rozdzielamy sobie te pola, a potem niepostrzeżenie zaczęliśmy odbierać telefony po godzinach i przychodzić do pracy w sobotę, żeby podciągnąć zaległości. Milenialsi potrafią być tak uparci przy rozdzielaniu pracy od życia prywatnego, że nie spełniają oczekiwań szefa starej daty, który oczekuje, że telefon będzie odebrany nawet w sobotę o 21:37 a odpowiedź na maila wysłanego w niedzielę o 7:42 wyląduje na jego skrzynce najdalej o 8:15. Nic z tego, według raportu „Młodzi na rynku pracy” aż 88 proc. młodych ludzi oczekuje możliwości integracji życia zawodowego i prywatnego. I traktują to śmiertelnie poważnie. 

Doszło do tego, że nawet rekruterzy się skarżą. Kończą się czasy dostosowywania terminów rozmów kwalifikacyjnych pod oferującego pracę. Dzisiaj trzeba zmienić zasady i dopasować się do kalendarza kandydata. Tak się nie da pracować.

Obecne pokolenie jest najlepiej wykształcone w historii Polski. Jasne, możemy narzekać na płytkość programów nauczania i spadający poziom wyższych uczelni, ale milenialsi mają dyplom ukończenia studiów, przynajmniej jeden język obcy i obcykanie w nowych technologiach, w otoczeniu których się wychowali, i do których błyskawicznie się adaptują. I z tego coś już można rzeźbić, bo łatwiej młodego nauczyć, niż starego oduczyć.

Co najgorsze, młodzież ma świadomość swojej wartości. A co jeszcze gorsze, młodych bez kredytu trudniej zastraszyć w pracy. Nie da się mobbingować kogoś, kto w każdej chwili może wstać, rzucić papierem i wyjść z nieprzyjaznego, toksycznego związku z pracodawcą. Zresztą częste zmiany pracy to rzecz, do której pracodawcy też się muszą zacząć przyzwyczajać. Młodzi nie będą siedzieć w robocie, w której nauczyli się wszystkiego, czego mogli się nauczyć.

Milenialsi często poruszają tak egzotyczne tematy jak cele i inicjatywy społeczne podejmowane przez ewentualnego albo aktualnego pracodawcę. Chce im się przykuwać do drzew, siedzieć w hospicjach i angażować się w wolontariat pracowniczy. A tu poruta, bo w firmie jedyny wolontariat pracowniczy to bezpłatne staże dla studentów.

No i na koniec rzecz najgorsza, niczym zdradziecki sztych sztyletem w plecy. Praca sama w sobie nie stanowi dla milenialsów nagrody, nie jest też wystarczającą motywacją, żeby rzucili się na nią z wdzięcznością i robili to, co powiedział pan kierownik. Młodzi nie żyją, żeby pracować, tylko pracują, żeby żyć. Trudno ich zmotywować karierą, pieniędzmi czy uznaniem w oczach szefa. To nie ta bajka.

Mikrozarządzanie nie sprawdza się w obliczu bandy bezczelnych studentów, których nie interesują wskazówki i zarządzenia pana kierownika. Oni potrzebują mieć wpływ na sposób, w jaki ten cel zostanie osiągnięty. Czyli oczekują większej wolności, możliwości sprawdzania się i samodzielnego podejmowania decyzji. Na domiar złego, 74 proc. oczekuje elastycznego czasu pracy, co oznacza, że chcą pracować z domu! A przecież każdy wie, że praca w domu, to nie jest prawdziwa praca. Panowie kierownicy całkowicie tracą kontrolę nad pracownikiem, co powoduje u nich niemałą konfuzję. Jak to? Zaufać pracownikowi? Tak się nie godzi.

Możemy próbować się bronić, ale cudów nie ma i z demografią pan nie wygrasz. W 2025 roku 75 proc. siły roboczej będą stanowić szeroko pojmowani milenialsi. I pracodawcy zaczną mieć bardzo poważny problem. Bo albo się dostosują do nowego paradygmatu, albo zginą. Nie ukrywam, że ta druga perspektywa bardzo mnie cieszy. 

Dane pochodzą z analizy “Młodzi na rynku pracy” wykonanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

 
Categories

Jubilerzy w popłochu. Milenialsi nie chcą zawierać związków małżeńskich

To zamach na świętość rodziny! Związki nieformalne? Życie na kocią łapę? Na kartę rowerową?! W
konkubinatach! Zamiast wziąć normalny ślub, wolą podpisywać umowy notarialne… Ci przeklęci
milenialsi zabijają małżeństwa!

Święty związek małżeński w zagrożeniu. W USA, skąd płynie największy potok dekadencji i milenialnej
zarazy, młodzi wywalają porządek rzeczy do góry nogami. Od dnia, w którym zliczono pierwsze
krajowe statystyki w roku 1867 nie było tak źle. Wtedy na 1000 osób notowano 9,6 małżeństw. Szczyt
przyszedł gdy dzielni chłopcy wrócili z Plaży Omaha i Iwo-Jimy, wtedy bowiem skoczył do 16,4 na
1000 osób. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ten indeks wynosił ponad 10. Potem w wiek małżeński
weszli baby boomersi i w roku 1984 zawarto 2,48 mln małżeństw – rekord wszechczasów w Stanach
Zjednoczonych. A potem przyszli młodzi i wszystko zniszczyli. W tym dziesięcioleciu indeks małżeństw
wynosi niecałe 7, w porównaniu z rekordowym rokiem liczba małżeństw spadła o 350 tys. Milenialsi
nie chcą się hajtać!

W latach sześćdziesiątych tylko 8 proc. kobiet i 13 proc. mężczyzn wchodziło w związek małżeński po
trzydziestce. Dzisiaj takich pań jest ponad 30 proc. a mężczyzn ponad 40 proc. Socjolog Philip Cohen,
który przeprowadził badania w Stanach, twierdzi że jeżeli taki trend społeczny się utrzyma, w roku
2042 liczba małżeństw wyniesie okrągłe zero. To oczywiście niemożliwe, bo raczej nastąpi
wyhamowanie tej tendencji, ale kierunek jest w dół. Profesor Alen Downey ma trochę lepszą opinię o
milenialsach i twierdzi, że w bliskiej przyszłości tylko 1/3 z nich nigdy się nie ożeni/wyjdzie za mąż.
Tak czy inaczej, obecnie małżeństwa w USA to dla milenialsów relikt przeszłości.

Co ciekawe, ponad 60 proc. ludzi w wieku 18-34 pragnie związku i chce się związać z drugim
człowiekiem. Ale niekoniecznie ma to związek z małżeństwem i monogamią. Otwarte czy nieformalne
związki przestały być tabu i owocem zakazanym. Czy chcemy tego, czy nie, milenialsi mają zupełnie
inną wizję spędzenia życia ze swoją drugą połówką.

Taka zmiana obyczajowa pociąga za sobą szereg skutków. Generacja X i Baby Boomersi mieli jasno
wytyczony plan na życie – ożenek lub zamążpójście na studiach albo w pierwszych latach wspinaczki
po korporacyjnej drabinie. Dom na przedmieściach, dwójka dzieci, szczęśliwe małżeństwo aż po grób.
Milenialsi powiedzieli „hola, hola, a kto powiedział, że trzeba żenić się wcześnie, robić karierę po
trupach i płodzić dzieci? Młodzi inaczej stawiają priorytety. I tak na przykład 55 proc. milenialsów
twierdzi, że małżeństwo i dzieci nie są tak bardzo ważne. Natomiast większość z nich bez wahania
jako najważniejszą rzecz w życiu wskazuje edukację i spełnienie ekonomiczne, czytaj dobry hajs po
dobrej szkole.

Milenialsom w byciu wyluzowanymi ludźmi pomagają zmiany obyczajowe. Między 2007 a 2014
rokiem liczba Amerykanów deklarujących się jako chrześcijanie spadła z 78 do 71 proc., a
jednocześnie liczba ateistów wzrosła do 23 proc. I zaczęły pojawiać się sympatyczne alternatywy.
Życie razem czy posiadanie dzieci w związku nieformalnym przestały być stygmatyzowane. Prawie
połowa kobiet mieszka z partnerem przed ślubem. Jeszcze 30 lat temu decydowała się na to ledwie
1/3 pań. Porody w wykonaniu kobiet nie mających ślubu wystrzeliły w kosmos. W 2015 roku było to
41 proc. porodów ogółem. DZIEWIĘTNAŚCIE razy więcej niż w 1940 roku i 2,5 raza więcej niż w 1985.
No i nawet nie zaczynajmy tematu rozwodów rodziców, na które napatrzyli się milenialsi. Dlatego nie
powinna dziwić ich niechęć do instytucji małżeństwa.

A co u nas? Utrwalamy zgniły trend zza oceanu.

Nasi młodożeńcy są jednymi z najmłodszych w Europie, ale nie ma szału. W 2004 roku panowie żenili
się średnio w wieku 27,5 lat, dzisiaj mają już 29,3. Kobiety postarzały się z 25 do 27 lat. Chociaż i tak jesteśmy najmłodsi w Europie, to kierunek jest niepokojący. Dodajmy do tego spadek liczby ślubów z
307 tys. w 1980 roku do 193 tys. w 2016 i już widać, że zgniły Zachód znowu nadaje nam ton.

Natomiast prawdziwy dramat dzieje się na naszych oczach, gdy tylko zechcemy spojrzeć na
małżeństwa zawierane wśród najmłodszych. W roku 1980 ożeniło się 164 tys. mężczyzn i 175 tys.
kobiet w wieku 20-24 lat. W roku 2016 facetów było marne 25 tys. a pań 51 tys.

Milenialsi niosą śmierć wszystkiemu co normalne i moralne. Nie ma nadziei.

 
Categories

Randkowe pole minowe. Kolacja dla dwojga wypada z menu milenialsów

To się normalnie żyć odechciewa. Milenialsi idą przez świat, nie oglądają się na nic i na nikogo a przy okazji niszczą wszystko, co kochamy. Po ubiegłotygodniowym zamachu na wszystko, co dla Amerykanów najważniejsze, dzisiaj przyszedł czas na bezwzględny mord na randkowych obiadach! Co za upadek obyczajów.

 

W czasach mchu i paproci, randkowanie odbywało się nieco inaczej niż dzisiaj. Nie było szybkiego internetu i portali kojarzących ludzi, ludzi trzeba było poznawać na żywo, wymieniać się numerami telefonów, nierzadko stacjonarnych po to, by na końcu wylądować w restauracji na posiłku a potem w kinie. Albo na odwrót.

Dzisiaj sprawy mają się zgoła inaczej. Randkowanie internetowe stało się tak popularne, że chyba tylko w dalekich regionach, gdzie nadal mają internet z modemów, randkuje się w starym stylu. Milenialsi klikają w Tindera, OkCupid czy swojską Sympatię i nie potrzebują wzmożonych spotkań przy świecach. Szkoda im czasu i pieniędzy na siedzenie z kimś, kogo ledwo znają, a wspólne jedzenie posiłku z kimś takim wydaje się im wyrafinowaną formą tortury. Nic dziwnego – według badań przeprowadzonych przez NPD Group aż 57 proc. posiłków Amerykanie spożywają samotnie. Zmienia się również postrzeganie osób jedzących w pojedynkę – kiedyś takie postępowanie stygmatyzowało, dzisiaj jest czymś normalnym. Nic dziwnego, że milenialsi nie mają ciśnienia na umawianie się na randkowe kolacje.

Są inne powody odrzucania tej formy pierwszego spotkania. Na przykład taki, że wspólne wieczerzanie jest przestarzałe. Ten element szarmanckości u mężczyzny nie jest aż tak istotny dla młodych kobiet. A już płacenie przez faceta za posiłek jest niemalże zaproszeniem do łóżka.

Albo wyobraźcie sobie sytuację, w której siedzicie przy pełnodaniowym posiłku z kimś, do kogo nie tylko nie czujecie mięty, ale wręcz was odrzuca. Przy przystawkach pada pierwszy żarcik rodem z męskiej szatni. Podczas jedzenia rosołu warzywnego (nigdy nie zamawiajcie zup z kluskami na pierwszej randce) facet tak energicznie wciąga makaron, że ochlapuje sobie pół twarzy, a kluski zostają mu w brodzie. Gdy na stół wjeżdża befsztyk, okazuje się, że typ miał w dupie to, co do niego pisałaś i nie zorientował się, że od dwunastego roku życia jesteś weganką. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale tkwisz w tym koszmarze, twoja złość i niepokój rosną i jest ci głupio, bo facet wygląda na takiego, który zapłaci. A potem będzie oczekiwał rewanżu. Horror.

Oczywiście, zawsze zostaje opcja upicia się na smutno, bo wtedy wszystkie głupoty wygadywane przez drugą stronę łatwiej znieść, ale w końcu nikt nie chce kończyć dramatycznie nieudanej randki śniadaniem.

Dla większości ludzi jedzenie jest czynnością w jakimś stopniu intymną. Oczywiście nie mówimy tu o wspólnych posiłkach w gronie współpracowników w kantynie zakładowej. Ale jak już siadamy z kimś twarzą w twarz nad talerzem, trzeba bardzo dużego wyczucia co zamówić. Kobieta może nie czuć się komfortowo babrając się w żeberkach. Homar, jakkolwiek luksusowy by nie był, to też brudna robota. Jedzenie ostryg jest seksowne wyłącznie w filmach. W skrócie – wspólny posiłek na pierwszej randce to pole minowe, po którym poruszasz się bez wykrywacza.

No i na koniec najważniejsze. Jedzenie w restauracjach jest drogie. Tinder daje nam przecież możliwość umówienia jednej randki dziennie. Jeżeli jesteśmy zręczni logistycznie, w weekend możemy się ustawić nawet na dwa-trzy spotkania. Wyobraźmy sobie, że w poszukiwaniu drugiej połówki, każdego dnia wyskakujemy z 60-100 złotych, bo tyle trzeba liczyć na dwójkę z napojami. Już po tygodniu nasz budżet miesięczny trzeszczy, po miesiącu musimy brać chwilówkę a po kwartale na kwadrat wjeżdża nam komornik. Takie wydatki dla milenialsów są nie do dźwignięcia.

Dlatego lepiej umówić się w barze na drinka albo kawę. Człowiek nie zbankrutuje a jak sytuacja rozwinie się pomyślnie, zawsze można wyskoczyć coś przekąsić.

Co w Polsce? Ano tym razem nie mamy się czego wstydzić. Nasi milenialsi idą w ślady swoich amerykańskich kolegów i chętniej decydują się na randki nad kawą albo drinkiem, restauracje zostawiając starym ludziom. A i ewentualne odrzucenie mniej boli, gdy zainwestowaliśmy w taki wypad 20 ziko.

 
Categories

Amerykański koszmar. Milenialsi nie chcą własnego „m” (ani mieszkania, ani małżonka)

Jeżeli miałbym zdefiniować elementy składające się na „american dream”, byłoby to małżeństwo, dwójka dzieci, dobra praca, samochód i dom z ogrodem na przedmieściach. Plus oczywiście powrót do wieku niewinności, który Amerykanie utracili w wyniku wojny wietnamskiej, ale to się nie uda. Milenialsi dokonują brutalnego zamachu na wszystkie filary i godzą w podstawy amerykańskiego stylu życia. Wstyd!

W czwartym kwartale roku 2017 własne mieszkanie/dom posiadało 64,2 proc. Amerykanów. Jednocześnie wśród ludzi poniżej 35 r.ż. ten odsetek wyniósł zaledwie 36 proc. Dla odmiany wśród seniorów mających powyżej 65 lat jest to aż 79 proc.

Podaję te wszystkie nudne liczby, żeby łatwiej było zrozumieć co się dzieje. Starzy Amerykanie mają domy. Młodzi Amerykanie nie. Co robią młodzi? Kolejną rewolucję. Część z nich oczywiście wynajmuje własny kąt i odsetek wolnych lokali pod wynajem jest bardzo silnie skorelowany z odsetkiem ludzi posiadających domy. Ale jednocześnie dzieje się rzecz dziwna i wcześniej w takiej skali niespotykana – młodzi zaczęli wracać do gniazda. Niektórzy nawet go nie opuszczają.

Obecnie aż 32 proc. ludzi w wieku 18-34 żyje w domu rodzinnym. Ostatni raz podobna rzecz zdarzyła się w 1940 roku, gdy USA było w przededniu wojny. Jednocześnie odsetek osób żyjących ze współmałżonkiem lub partnerem jest najniższy w historii i wynosi 32 proc. Sytuacja jak we Włoszech lub Hiszpanii.

Milenialsi nie są przeciwni ani kupowaniu domów, ani instytucji małżeństwa. Na drodze do tych celów staje im jednak codzienność i brak pieniędzy. Miejsca pracy obsadzili ludzie z pokolenia 35+ wśród których bezrobocie wynosi około 3 proc., podczas gdy w grupie 25-34 lata jest to 4,2 proc.

Prawdziwa bomba kryje się w niepozornym wskaźniku, nazwanym underemployment. W USA oznacza on pracę, która nie wymaga ukończonych studiów, czyli taką w której ponad połowa osób nie ma przynajmniej licencjatu. Otóż taką pracę wykonuje w Stanach Zjednoczonych 43 proc. świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni.

Wisienką na tym torcie jest rekordowy poziom zobowiązań wynikających z kredytów studenckich, o czym kilkukrotnie w innych tekstach wspominałem. Młodzi ludzie wchodzą w życie zadłużeni, idą do niskopłatnej pracy, z której nie utrzymaliby się, gdyby nie wrócili do rodzinnego domu. Ameryka to rzeczywiście kraj wielkich możliwości.

Milenialsi mają oczywiście ambicje kupienia własnego domu, bo kto chciałby mieszkać w wieku 30 lat z rodzicami? Niestety, banki nie mają ofert dostosowanych do ich McPracy. Nawet gdyby miały, młodzi ludzie nie mają oszczędności wymaganych jako wkład własny przy zakupie mieszkania. Ostatnim gwoździem do trumny są rosnące ceny nieruchomości. Na przykład w 20 największych metropoliach Ameryki osiągnęły poziom niewiele niższy od tego sprzed kryzysu.

Ach, byłbym zapomniał. Jednocześnie w kosmos wystrzeliły ceny najmu, bo tak działa wolny rynek.

Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Nie ma pieniędzy, nie ma kredytu. Nie ma kredytu, nie ma mieszkania. Nie ma mieszkania, nie ma małżonka. Z amerykańskiego snu nie zostało nic, wszystkiemu winni milenialsi.

A co u nas?

Badania zlecają różne instytucje, wyniki nieco się różnią, ale nie aż tak, żeby nie dało stworzyć się syntetycznego portretu milenialsów. Ponad połowa mieszka nadal z rodzicami. Ponad 40 proc. rodziców przyznaje się do udzielania dorosłym dzieciom pomocy finansowej. Robota słaba, własny kąt drogi, bank nie da kredytu a wynajem to wyrzucanie pieniędzy w błoto. A zatem wprowadźmy się do rodziców!

I efekt jest taki, że w samodzielnym mieszkaniu żyje 35 proc. ludzi do 35 roku życia. Związki małżeńskie zawieramy w okolicach trzydziestki, o pięć lat później niż w latach 90-tych. Tym razem udało nam się Amerykę nie tylko dogonić, ale nawet trochę przegonić. Brawo my!

 

 
Categories

Milenialsi znów nabroili: nie chcą jeść obiadów. Gastronomia w kropce

Dorośli chcieliby winić milenialsów absolutnie o wszystko. O zmarnowane życie, które poświęcili na wychowanie niewdzięcznych gówniarzy, o siedzenie rodzicom na głowie do trzydziestki, brak zaradności życiowej, lenistwo, roszczeniowość, nosy wetknięte w komórki i wykańczanie kolejnych gałęzi gospodarki.

Nie da się obwinić młodych o wszystko, ale to nie znaczy, że nie możemy próbować. Na przykład niedawno okazało się, że to przez milenialsów podupadają niektóre restauracje, a McDonald musi zastanowić się nad swoim McWrapem. Źle się dzieje w państwie duńskim, w Stanach Zjednoczonych i na świecie.

W ogólnym ujęciu, młodzi przestali wychodzić do restauracji na obiady. Wolą siedzieć w domu i zjadać frymuśne przekąski. Co prawda powody takiego podejścia są zupełnie sensowne, ale branża restauracyjna cierpi przez to głód i niedostatek. Milenialsi wolą przekąski, bo są wygodniejsze, szybsze w przygotowaniu, zazwyczaj zdrowsze, tańsze od posiłków na mieście no i łatwiej je przynieść do pracy.

Firma NPD Group zajmująca się badaniami rynku i preferencji konsumenckich sprawdziła, czym ludzie zastępują obiady i okazało się, że najpopularniejsze są świeże owoce, czipsy, mrożony jogurt i gotowe sałatki. Mam wątpliwości, czy czipsy są faktycznie zdrowsze od steka, ale na pewno kosztują mniej. Ci sami badacze przewidują, że do 2024 roku zastępowanie obiadu zdrowymi przekąskami zwiększy się o 12 proc. Tymczasem branża restauracyjna skarży się, że w 2016 roku liczba osób wpadających na szybki lancz spadła o 2 proc. Faktycznie – śmierć.

W obliczu tych faktów nie powinno dziwić, że duże sieci mają problem z milenialsami. Przypomnę, że to największa i najbardziej pożądana grupa konsumencka w Stanach. Wszyscy, którym nie udało się ich przyciągnąć do siebie patrzą z zazdrością na kolegów, którzy dzięki młodym konsumentom pławią się w dostatku. Srogie cięgi zbierają zwłaszcza te sieciówki, które nastawiły się na okazjonalnych, młodych gości. Applebee’s, Ruby Tuesday, TGI Fridays czy Buffalo Wild Wings muszą zamykać restauracje. Cała branża dużych sieciówek poniosła w 2016 roku straty największe od czasów kryzysu. Spadek sprzedaży wyniósł 2,4 proc. a pamiętajmy, że mówimy tutaj o miliardowym biznesie i firmach notowanych na giełdzie. Spadek sprzedaży dał impuls do spadku notowań akcji. I nagle okazało się, że z pozoru niewielka strata wpędziła branżę w spore kłopoty.

Wszystko to wiąże się oczywiście z milenialsami i ich nieznośnym nawykiem do robienia wszystkiego szybciej niż poprzednie pokolenia. Młodzi wybierają restauracje „fast casual”, jak na przykład Chipotle czy Shake Shack. Washington Post przedstawił raport, z którego wynika, że między rokiem 1999 a 2014 sprzedaż w lokalach „fast casual” wzrosła o 550 proc. a Amerykanie wydali tam 21 miliardów dolarów. Sieć Chipotle urosła czterokrotnie a Shake Shack wszedł na giełdę pomimo tego, że w 2015 roku miał tylko 36 placówek.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie wie o co naprawdę chodzi z tym „fast casual”. Jest kilka kategorii klasyfikacyjnych, ale tak naprawdę do niektórych trafia i Chipotle, i Buffalo Wild Wings, a do innych Shake Shack i McDonald. Różnice między „fast food”, „fast casual” i „casual lunch diner” są niewyraźne i chyba nikt oprócz konsumentów nie wie, do której przegródki co wrzucić.

Tak czy inaczej, segment „casual lunch” traci a sieci zamykają restauracje, „fast casual” rośnie pionowo, za wszystko odpowiadają milenialsi, świat wrócił na właściwe tory, dalej można obwiniać zwyczajowych podejrzanych.

A co z McWrapem? Zacznę od ciekawostki, został wymyślony w jednym z polskich McDonaldów. Nasza młodzież sięgała po niego bardzo chętnie, dlatego po kilku latach Amerykanie wprowadzili go u siebie. Liczyli na to, że pociągnie im sprzedaż, bo prezentował się bardzo zdrowo – klientów zmylały sterczące z niego na wszystkie strony liście sałaty. Niestety, okazało się, że młodzi Amerykanie stołujący się w McDonaldzie niekoniecznie liczą kalorie i nie idą tam, by jeść zdrowo. Ich cele znowu nie zostały rozpoznane prawidłowo. Otóż okazało się, że milenialsi woleliby móc zamówić menu śniadaniowe o dowolnej porze dnia i nocy. Na dodatek wydają na nie tyle, że po raz pierwszy od wielu lat sprzedaż w amerykańskim McDonaldzie poszła w górę. Czyli stało się zupełnie inaczej niż u nas, gdzie menu śniadaniowe nigdy nie było hitem.

U nas McWrapy sprzedają się dobrze a w Stanach milenialsi pokazali, że jak już idą zjeść coś niekoniecznie zdrowego za pięć dolców, to wolą McMuffina i McGriddlesa. Dlatego wszystko wskazuje na to, że śniadania owszem, ale McWrapowi śmierć!

A co u nas? Ano nic. Z dużych sieciówek mamy tylko fast foody i Subwaya, a młodzi i tak wolą hamburgery z Bobby Burgera. Czyli jak zwykle branży nic nie grozi. Mamy strasznie leniwych i bardzo mało krwiożerczych milenialsów. Trochę wstyd.

 

 
Categories

Zero dni urlopu. Zapracowani milenialsi rezygnują z wypoczynku

To skandal! Amerykańscy milenialsi nie chcą chodzić na urlopy i jeździć na wakacje. Dlaczego tak się dzieje? Co się stało młodym, że już nie chcą wypoczywać? Czyżby młodzież zatraciła life-work balance i nie potrafi już odróżnić czy siedzi w pracy, czy jest akurat w domu? Ba, badacze zdążyli już nawet ukuć termin na opis tych pozbawionych roszczeń i chęci do życia młodych ludzi, określając ich pieszczotliwą nazwą pracowych męczenników (work martyrs). Tak, proszę Państwa, milenialsi zabijają nam wakacje!

W sumie trudno się im dziwić. Na podstawie danych zebranych przez aplikację Happify, jej twórcy stworzyli portret psychologiczny użytkowników. Aplikacja ma za zadanie uczyć ludzi, jak być szczęśliwymi. Żeby to móc robić, zbiera od ludzi określone dane. Dzięki temu możemy na własne oczy przekonać się, jak bardzo kiepsko żyje się amerykańskim milenialsom.

Dane: aplikacja Happify, wykres ze strony Harvard Business Review

Między 20 a 30 rokiem życia gwałtownie rośnie poziom stresu. Maksimum łapie się w przedziale 45-54, co oczywiste (dzieci, hipoteka, rozwody, choroby, praca), ale najszybszy przyrost jest między 25-tym a 34-tym rokiem życia. Ci sami młodzi ludzie mają najwyższy poziom negatywnych myśli i odczuć oraz rozkojarzenia. Jakby tego było mało, są praktycznie niezdolni do odczuwania pozytywnych aspektów życia. Nic dziwnego, że coraz częściej mówi się o kryzysie ćwiartki życia (quarter-life crisis), który dopada ludzi między 20 a 30 rokiem życia i trwa dobrych kilka lat. Wiąże się z wchodzeniem w dorosłość, wynajmem mieszkania, budowaniem związku, nową pracą. Niby jesteś dorosły, ale taki udawany dorosły, bo większość ludzi nie traktuje ciebie poważnie. A potem życie weryfikuje ci plany i staczasz się w depresję.

Dane: aplikacja Happify, wykres ze strony Harvard Business Review

Nie dość, że życie gniecie milenialsów bez litości, to problemem staje się płatna praca. Rynek jest bezlitosny, wiec młodzi muszą udowadniać swoją przydatność i kompetencje bardziej niż reszta. Dołóżmy do tego brak pewności zatrudnienia, brak poczucia bezpieczeństwa, brak perspektyw awansu i mamy obraz sfrustrowanego, zestresowanego pracownika, który na myśl o udaniu się na płatny urlop, dostaje doła.

Problem jest poważny.

W 2016 roku GfK przeprowadziło badanie Amerykanów w wieku 18+, pracujących powyżej 35 godzin tygodniowo i mających płatne urlopy. Wyniki są przygnębiające. Praca 24/7, z której de facto Amerykanie nie wychodzą (zmieniają tylko miejsce, w którym ją wykonują) praktycznie uniemożliwia im znalezienie sobie wolnego czasu i udanie się na urlop. W 2015 roku 55 proc. pracowników miało łącznie 658 milionów niewykorzystanych dni wolnych. To 1,8 mln lat urlopu, można sobie w tym czasie nieźle wypocząć.

Wróćmy do wspomnianych na początku tekstu pracowych męczenników. Jest to dość nowa grupa, która wierzy, że od faktycznej produktywności ważniejsze są wyrobione dupogodziny oraz w to, że praca bez przerwy przyniesie im większy sukces zawodowy. Pozwólcie, że skorzystam z pomocy naukowej. Jesteś męczennikiem pracowym? Tak. To powiedz coś po męczennikowemu. Nikt inny nie będzie potrafił wykonać mojej pracy gdy będę na urlopie, chcę pokazać swoje całkowite oddanie firmie, czuję się winny biorąc urlop, nie chcę, żeby inni myśleli, że jestem łatwy do zastąpienia.

Dotychczasowa amerykańska etyka leży omdlała w kącie.

Prawdziwym bowiem problemem jest to, że narracja męczeństwa zaczyna dominować w firmach za oceanem a jej głównymi apostołami są milenialsi. Argument o pokazaniu całkowitego oddania firmie podnosi 30 proc. z nich, winę czuje 27 proc., tyle samo nie chce być postrzegana jako pracownicy łatwi do zastąpienia. Aż 26 proc. wiąże pójście na urlop z tym, że mogą nie zostać uwzględnieni przy podwyżce albo awansie. Jedyny z grubsza sensowny argument, czyli wrócę po urlopie do pracy i przez tydzień będę się odkopywać z zaległości podnosi 41 proc.

Problem z niewykorzystywanymi urlopami jest w USA nowym zjawiskiem. Przez lata Amerykanie wykorzystywali średnio 20 dni urlopowych, czyli nie tak najgorzej. Od roku 2000 liczba wykorzystanych dni urlopowych stale spada i końca tego spadku nie widać. Znaczy widać – 0 dni urlopowych, ale to jeszcze przed nimi. Milenialsi to pierwsze pokolenie pracowników, która wchodzi na rynek i widzi, że urlop to jakaś ekstrawagancja a nie ich prawo. Dlatego nie biorą sobie wolnego, zabijając tym samym wakacje.

Szkoda tylko, że nie mogę im przypiąć do końca szczerze łatki morderców wypoczynku, bo jednak trend zapoczątkowali ich rodzice. To chyba pierwsza skuteczna kooperacja rodziców i dzieci w historii świata.

A co u nas? Jesteśmy jak zwykle zacofani i nasi milenialsi nie chodzą na urlopy nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że są albo na bezpłatnych stażach, albo forma ich umowy płatnego urlopu nie przewiduje. Witamy nad Wisłą.

 
Categories

Tradycyjne banki przegrywają walkę o milenialsów

Finałowa scena filmu „Fight Club” od niemal dwudziestu lat rozgrzewa serca i cieszy wszystkich zadłużonych. Wizja zniszczenia banków, wyzerowania długów i dania ludziom drugiej szansy spodobała się widzom, a film stał się pozycją kultową. W roku 2018 jest wciąż za wcześnie, by puszczać marsz żałobny, jednak katastrofa tradycyjnej bankowości powoli staje się faktem. Do gry weszli bowiem milenialsi, sięgając do szerokiego wachlarza swoich wyrachowanych metod

Gdy dziesięć lat później bankierzy rozpętali kryzys, który wpędził miliony ludzi w nędzę, nastroje się zradykalizowały i podczas protestów na Wall Street mogliśmy dostrzec transparenty z hasłem „jump motherfuckers”. Malowali je młodzi ludzie, którzy nie byli zadowoleni z tego, co finansjera zrobiła z Ameryką i światem. Bankierzy powinni zadrżeć, ale tego nie zrobili. Nie mieli świadomości, że ich branża będzie kolejną, którą zabiją milenialsi.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale jeszcze 15-20 lat temu bankier to był zawód zaufania publicznego. Szedłem do siedziby banku i powierzałem kolesiowi po drugiej stronie stołu moje pieniądze, wierząc że mnie nie oszuka. I on mnie nie oszukiwał, nie wciskał stu fantastycznych produktów inwestycyjnych albo ryzykownych kredytów. Wszystko zmieniło się w roku 2007, gdy pracownicy banków zamienili się w naganiaczy kredytowych i brokerów narzędzi finansowych, których sami nie rozumieli. Po roku 2009 branża bankowa nie ma już czego u milenialsów szukać.

Oczywiście kontaktu z bankami całkowicie uniknąć się nie da, ale młodzi minimalizują go, jak tylko jest to możliwe. Według badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Business Insider, aż 38 proc. amerykańskich milenialsów nie odwiedza oddziału banku a 26 proc robi to rzadziej niż raz w miesiącu. Ledwie 38 proc młodych idzie do banku w celu innym niż wypłata z bankomatu. Połączmy to z faktem, że aktualnie milenialsi to najliczniejsza grupa demograficzna i jednocześnie największa grupa wśród ogółu zatrudnionych. Co mamy? Ano prosty patent na katastrofę bankowości w takiej formie, w jakiej znaliśmy ją przez dekady.

Jak wspomniałem w jednym z poprzednich tekstów, obecne pokolenie młodych Amerykanów jest obciążone największym długiem studenckim w historii. Co oznacza, że większość tradycyjnych produktów oferowanych przez banki ich nie interesuje. Ktoś, kto ma 25 tysięcy dolarów długu na starcie, nie dostanie przecież kredytu hipotecznego. Karta kredytowa, dzięki której będzie mógł zadłużyć się jeszcze bardziej też nie jest mu niezbędna do życia. Pożyczka na samochód? Może najpierw niech ktoś mu zaproponuje sensowny program wyjścia z długu. Niekoniecznie związany z koniecznością założenia konta bankowego i łupienia opłatami na kolejnych etapach refinansowania zadłużenia i jego spłaty.

Młodzi ludzie nie potrzebują bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Bardziej interesuje ich przyjazna bankowość, w której przelewy robi się jednym kliknięciem w komórce albo zbliżając dwa telefony do siebie. Płatność kartą? Po co, skoro możemy to zrobić komórką. Wypłata z bankomatu? Komórka. Inwestycje? Dostęp do naszego portfela akcji przez całą dobę dzięki komórce. Założenie lokaty? Zaznaczenie czterech pól (dane osobowe uzupełniają się automatycznie) i naciśnięcie „Wyślij” w komórce. Refinansowanie pożyczki studenckiej? Na pewno jest do tego jakaś apka.

Milenialsi chcą mieć swój hajs zawsze pod ręką.

Co oferują im tradycyjne banki? Przelew – przeklikaj się przez pięć ekranów a potem wpisz kod ze zdrapki albo tokena. Bankomat? Użyj karty i pamiętaj kolejny PIN. Inwestycje? Proszę wydrukować i wypełnić te wnioski. Pożyczka? A to już w ogóle grubsza sprawa i bez wizyty u konsultanta się nie obejdzie. Trzeba też będzie mieć zaświadczenie z księgowości o dochodach. Młodzi nie mają czasu na takie głupoty, kiedy wszystko inne mogą załatwić kilkoma kliknięciami w ekran smartfona.

Do tego te przeklęte startupy, które brużdżą bankom. W swojej pełnej ciepła i zwięzłości, liczącej 38 stron odezwie do udziałowców, prezes JPMorgan Chase Jamie Dimon powiedział „Krzemowa Dolina nadchodzi”. Setki startupów, tysiące mózgów i miliony monet pracują nad rozwiązaniami alternatywnymi dla tradycyjnej bankowości. Największy lęk wzbudza działka, w której banki operują najaktywniej – pożyczki. Klient może w ciągu kwadransa dostać pożyczkę, której udzielenie zajęłoby bankowi tydzień. Akapit o startupach fintechowych prezes kończy ślicznym zdaniem: And we also are completely comfortable with partnering where it makes sense. Słuchajcie, tak właśnie brzmiał XX wiek. Albo XIX.

W USA walkę o milenialsów tradycyjne banki przegrywają sromotnie. A co słychać u nas? Według danych z badania TGI prowadzonego przez firmę MillwardBrown, aż 3,5 mln osób z grupy wiekowej 15-35 lat nie ma konta bankowego. Tak się w Polsce definiuje wykluczenie finansowe. Przyczyny są częściowo zbadane, częściowo możemy je zgadywać. Młodzież nie chce powierzać bankom pieniędzy, bo im nie ufa. Leży u nas edukacja finansowa.

Według badania „Życie finansowe młodych Polaków”, aż 2/3 badanych nie wie co to jest RRSO a jednocześnie tylko 20 proc ocenia swoją wiedzę jako niedostateczną i ma świadomość braków. Rodzice są zarówno głównymi doradcami finansowymi, jak i źródłem pomocy w razie kłopotów finansowych. Młodzi trzymają się tradycyjnych wzorców postępowania, popełniając błędy poprzednich pokoleń. A w razie kompletnej padaki, zawsze zostaje chwilówka.

W Polsce nie była potrzebna żadna rewolucja, młodzi odwrócili się od banków sami z siebie. Te próbują kusić, oferując pieniądze za założenie konta, ale tak to można zachęcać jedynie łowców okazji a nie łowić lojalnych klientów. I tak to milenialsi powoli zabijają kolejną branżę. Aż strach głośniej odetchnąć.