Categories

10 gwiazd światowego formatu, które romansują z kryptowalutami

Cyfrowe nośniki wartości wchodzą na salony. Coraz więcej aktorów, sportowców i celebrytów informuje świat, że albo posiadają bitcoiny, albo inwestują w przedsięwzięcia związane z technologią blockchain, albo… zamierzają wyemitować swój token personalny.

 

Zanim przejdziemy do wyliczanki, kilka słów wprowadzenia. Pisałem kilka tygodni temu na łamach HiCash.pl o tzw. tokenach personalnych („Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie”), zwracając uwagę, że cyfrowe nośniki wartości mogą być niebawem dostępne dla każdego, a szczególnie dla osób aktywnie działających w mediach tradycyjnych i społecznościowych. Nie minęło wiele czasu, a już słyszymy o projektach typu tokenstars.com czy Global Crypto Offering Exchange, a więc platformach, na których takie tokeny będzie można emitować lub wystawić na sprzedaż.

To kolejny etap tej kryptowalutowej ewolucji – zaczęło się od bitcoina, który miał zastąpić pieniądz fiducjarny, a powoli wkraczamy w etap, gdzie każdy może się stokenizować, czyli wyemitować własny, cyfrowy pieniądz, a po jego giełdowym kursie szacować swoją wartość i popularność. Na razie taką monetyzacją samego siebie zainteresowane są głównie gwiazdy, bo nie ma się co oszukiwać – dzięki swoim zasięgom, mogą znaleźć wielu nabywców tokenów i dzięki temu uzyskać naprawdę wiarygodną wycenę swojej osoby. Mało tego – taki token staje się świetnym narzędziem marketingowym, bo może być wymienialny na towary i usługi, jakie jego emitent będzie w stanie zaoferować swoim fanom. Ponadto może być też źródłem dodatkowego dochodu, gdyż można go sprzedać na giełdzie i wymienić na tradycyjne pieniądze lub np. bitcoina. Potencjał jest tutaj spory i wiele znanych osób zdaje się go powoli zauważać. Oto lista wybranych 10 gwiazd, które już zapowiedziały emisję własnych monet, albo mocno angażują się w kryptowalutową branżę.

John McAfee

Twórca znanego oprogramowania antywirusowego już od dłuższego czasu nie ukrywa swojej sympatii do kryptowalut. O ich świetlanej przyszłości jest przekonany do tego stopnia, że w dyskusji na Twitterze zadeklarował nawet zjedzenie własnego prącia w telewizji publicznej, jeśli kurs bitcoina nie wzrośnie w ciągu trzech lat do 0,5 mln dol. W minionym tygodniu ponownie zaskoczył świat informacją, że zamierza wypuścić własną kryptowalutę o nazwie – „McAfee Redemption Unit” (MRU). Co ciekawe MRU będzie mieć fizyczną postać banknotów z hologramem o siedmiu różnych nominałach od 1 do 500 jednostek. Na większości banknotów ma widnieć podobizna nikogo innego, tylko emitenta. Wartość nominalna 1 MRU to 9,95 dol. i można ją będzie wymienić na 1 min spotkania z McAfee. Zgodnie z założeniami do obrotu ma trafić łącznie 6 050 000 jednostek MRU, co przy założeniu, że emitent będzie przeznaczał na spotkania 10 godzin dziennie, daje łącznie okres 27 lat potrzebny na wypełnienie całości zobowiązań. To się nazywa lojalność wobec fanów.

Michael Owen

Były napastnik Liverpoolu i piłkarskiej reprezentacji Anglii ogłosił niedawno, że inwestuje w singapurską platformę do handlu i emisji tokenów Global Crypto Offering Exchange. Mało tego zamierza na niej wyemitować własne tokeny. W wywiadzie dla CNBC powiedział, że kariera sportowca jest krótka i po jej zakończeniu trzeba czymś się zająć. Zdaniem piłkarza cyfrowe nośniki wartości to świetny sposób na interakcje z fanami. Owen chce, by jego żetony były wymienialne m. in. na prywatne filmy szkoleniowe, darowizny na cele charytatywne, a nawet możliwość wykupienia czegoś w rodzaju video-konwersacji ze swoim idolem. Podczas konferencji w Hong Kongu podane zostały szczegóły emisji, w tym cena nominalna jednego OwenCoina, wynosząca 10 dol.

Manny Pacquiao

W tę samą platformę handlową co Michael Owen inwestuje także jeden z najlepszych bokserów ostatniego stulecia – popularny Pacman. Podobnie, jak angielski piłkarz, tak i Filipińczyk chce przy tej okazji wyemitować swoją walutę. Będzie to „PAC Token”, wymienialny m. in. na live streamingi oraz różne gadżety związany z bokserem. Pacquiao powiedział w jednym z wywiadów, że poprzez emisję chce też wyrazić swoje poparcie dla uregulowania cyfrowych pieniędzy. Ma to o tyle duże znaczenie, że jest on członkiem filipińskiego senatu. Wyobrażacie sobie na przykład, że senator Kogut emituje swojego CockCoina? To byłby dopiero znak postępu…

Ashton Kutcher

Znany amerykański aktor od dawna interesuje się kryptowalutami. Przykładowo – już w 2014 r. tweetował na temat ethereum, a więc rok przed emisją drugiego po bitcoinie, najbardziej popularnego cyfrowego nośnika wartości. Na razie nie słychać nigdzie o KutcherCoinie, ale wiadomo, że aktor zainwestował w kilka branżowych przedsięwzięć. Mowa m. in. o Bitpay, a więc firmie płatniczej, która wykorzystuje technologię blockchain.  O tej ostatniej Kutcher wypowiada się w samych superlatywach. – Ta sama infrastruktura, która zbudowała bitcoina, może być wykorzystana zabezpieczając przemysł dla dobra całej ludzkości – mówił w jednym z wywiadów. Warto dodać, że fundusz Kutchera Sound Ventures wspiera Unikrn, internetową platformę zakładów eSportowych, która rok temu uruchomiła własną kryptowalutę UnikoinGold, która może służyć do obstawiania wydarzeń.

Melanie Brown (Mel B)

Była piosenkarka brytyjskiego zespołu Spice Girls, była pierwszym twórcą w branży muzycznej, który zaakceptował płatności w bitcoinach. Mel B zrobiła to bowiem już w 2013 r., nawiązując przy tej okazji współpracę w firmą Cloud Hashing. – Uwielbiam to, w jaki sposób nowa technologia ułatwia nam życie. Jest to dla mnie bardzo ekscytujące, że bitcoin, a więc jedna waluta, jednoczy moich fanów na całym świecie – komentowała swoją decyzję. Wielu innych muzyków poszło w jej ślady, ale tytuł pionierki będzie należał do niej.


Lionel Messi

Jeden z najlepszych piłkarzy świata został ambasadorem marki Sirin Labs, czyli producenta smartfonów przeznaczonych dla inwestorów kryptowalutowych. Urządzenia te spełniają wysokie standardy bezpieczeństwa, skrojone na miarę ery blockchaina, i za pomocą jednego kliknięcia mogą zmieniać się z koparki w mobilny portfel. Token firmy – SRN, zdrożał w ciągu doby o 16 proc. w reakcji na informację, że Messi zagra w reklamie firmy. Trudno się dziwić, skoro post piłkarza na Instagramie i Facebooku dotarł do 90 mln użytkowników.

Gwyneth Paltrow

Znana aktorka została w zeszłym roku doradcą startupu Abra, który tworzy mobilny portfel do przechowywania 25 różnych kryptowalut, w tym m. in. bitcoina, ethereum, i dasha. Współpraca została nawiązana przy okazji emisji jednego z odcinków programu „Planet of the Apps”. W ramach pomocy firmie, Paltrow zorganizowała m. in. videokonferencję z Brianem Chesky, współtwórcą znanego portalu Airbnb.

Jamie Foxx

Znany aktor (m.in. z filmu „Django”) promował w zeszłym roku na swoim twitterze Cobinhood. Jest to projekt giełdy kryptowalutowej, w której nie ma prowizji transakcyjnych. Co ciekawe, Foxx tak mocno zaangażował się w reklamę emisji tokenów, że CEO Cobinhood, musiał wkrótce przepraszać za zachowanie aktora, gdyż prezentowana przez niego oferta przedsprzedaży była niezgodna z white paperami giełdy.

 

The Game

Amerykański raper jest właścicielem apteki z marihuaną w Kalifornii i wpadł rok temu na pomysł, by umożliwić ludziom nabywanie jego towaru przy pomocy technologii blockchain. Dzięki niej użytkownicy mogliby ominąć wiele ograniczeń występujących na wolnym rynku, a jednocześnie robić deale bardzo szybko. – Dzięki blockchain przygotowujemy rewolucje w świecie cannabis – pisał na swoim twitterze muzyk. W tym celu nawiązał współpracę z firmą Paragon, które wyemitowała tokeny PRG w liczbie prawie 165 mln.

Floyd Mayweather Jr.

I na koniec gorzka wisienka na torcie. Nie wszystkie romanse gwiazd ze światem kryptowalut kończą się szczęśliwie. Utytułowany bokser promował w ubiegłym roku ICO firmy Centra Tech, którą założyli Robert Farkas i Sohrah ‘Sam’ Sharma. Panowie zebrali ponad 32 mln dol. od tysięcy inwestorów, którzy byli przekonani, że inwestują w kryptowalutową kartę płatniczą, której powstanie wspierać miały giganty Visa i Mastercard. Sam Mayweather na swoim Instagramie umieścił zdjęcie z przykładową kartą, pisząc jednocześnie, że można go nazywać „Floyd Crypto Mayweather”. Miesiąc temu amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) stwierdziła, że było to zwykłe oszustwo, a twórcy firmy zostali aresztowani. Mayweather okazał się więc twarzą zwykłej piramidy finansowej…

Zdjęcia pochodzą z serwisu Wikipedia.
 
Categories

10 krajów otwartych na blockchain i kryptowaluty. Dlaczego nie ma tam Polski?

W tytułowych technologiach coraz więcej mniejszych i biedniejszych państw dostrzega szanse na zrobienie cywilizacyjnego skoku. Świadczą o tym przyjazne regulacje i podatkowe zachęty dla branżowych biznesów. U nas trend jest zdecydowanie odwrotny…

 

Przy okazji konferencji BlockShow Europe 2018 organizator opublikował swój ranking europejskich krajów najbardziej przyjaznych tytułowym innowacjom. W badaniu przeanalizowano otoczenie polityczne, regulacyjne i biznesowe w 48 krajach Starego Kontynentu. Państwa oceniane były według kilku kryteriów: regulacje procesu ICO, klasyfikacja kryptowalut, jako środka płatniczego, opodatkowanie cyfrowych nośników wartości. W zestawieniu znalazły się m.in. małe państewka jak Malta i Gibraltar, a także nasz sąsiad… Białoruś. Niestety, Polski w zestawieniu nie ma, co chyba śmiało możemy zawdzięczać Ministerstwu Finansów, KNF i NBP.

Czołówka rankingu
Kilka słów o wynikach badania. Na pierwszym miejscu uplasowała się Szwajcaria. W podsumowaniu rankingu zwracano uwagę na pozytywne trendy regulacyjne w kantonie Zug, który często nazywany jest „Doliną Crypto”, bo to właśnie tam znajduje się siedziba takich projektów, jak Ethereum Foundation, Tezos, Dfinity, Bancor, czy ShapeShift. Twórcy badania podkreślają, że Szwajcaria posiada stabilny, przewidywalny i zdecentralizowany system polityczny, niskie podatki, przyjazne warunki prowadzenia działalności gospodarczej oraz przychylność nadzoru wobec startupów przeprowadzających ICO.

Na pudle znalazły się też Giblartar i Malta. Okazuje się, że te dwa małe państewka zauważyły szanse jakie stwarza technologia łańcucha bloków i kryptowaluty, i prężnie działają nad regulacjami. Przykładowo Komisja Usług Finansowych Gibraltaru już na początku tego roku zaproponowała ramy regulacyjne dla firm korzystających z blockchaina i pracujących z cyfrowymi walutami. Gibraltar chce się pozycjonować, jako bezpieczne miejsce dla tego typu biznesów, z klarownym ustawodawstwem.

Podobnie robi Malta, która właśnie opracowuje regulacje, dotyczące w szczególności handlu kryptowalutami. Będą one obejmować działalność brokerów, giełd i funduszy zaangażowanych w tego typu aktywa. Ponadto rząd pozwala zagranicznym firmom płacić podatek w wysokości tylko 5 proc. Nic więc dziwnego, że jedne z największych giełd na świecie przenoszą tu swoje siedziby, w tym polski BitBay. W najlepszej dziesiątce, na kolejnych miejscach znalazły się odpowiednio: Wielka Brytania, Dania, Niemcy, Portugalia, Holandia, Finlandia, a listę zamyka wspomniana Białoruś.

Skazani na podwykonawstwo
Obecność w zestawieniu naszego wschodniego sąsiada może dziwić najbardziej, bowiem w powszechnej świadomości nie jawi się on, jako innowacyjny kraj, a jego prezydenta prędzej widzielibyśmy w starej Wołdze niż w autonomicznej Tesli. Pozory, jak to często bywa, lubią mylić. Białoruś znalazła się w TOP 10 m. in. dzięki dekretowi “O rozwoju gospodarki cyfrowej” oraz licznym korzyściom dla firm kryptowalutowych zarejestrowanych w krajowym parku High-Tech.

Nie będę zaskoczony, gdy w kolejnej odsłonie rankingu znajdzie się Ukraina, która działa m. in. na polu wykorzystania blockchaina w służbie zdrowia i zapowiada wprowadzenie własnej kryptowaluty. Nie zdziwię się również, jeśli w tej czołowej dziesiątce wciąż nie będzie Polski. I proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie chodzi o to, że Białoruś czy Ukraina uchodzą w moim mniemaniu za gorsze kraje od naszego. Chodzi mi to, że ich rządy zauważają szanse na to, by z gospodarek podwykonawcy stać się gospodarkami dostawcy innowacyjnych rozwiązań. Takiego transferu można dokonać relatywnie szybko wtedy, gdy pojawia się rewolucyjna technologia związana bezpośrednio ze światem cyfrowym (patrz przykład Estoniil).

Tymczasem, czy nam się to podoba czy nie, Polska wciąż zamiast projektować i eksportować własne auta, składa auta zagranicznych koncernów lub tylko niektóre ich elementy. Jeśli ktoś nie wierzy, to odsyłam do raportu Fundacji Kaleckiego: “Kapitał zagraniczny w Polsce: czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?”.

Oczywiście nie ma gwarancji, że blockchain czy bitcoin to pewniaki do zrobienia cywilizacyjnego skoku. Szkopuł w tym, że my nawet nie dajemy sobie szansy, by sprawdzić, czy taki skok jest możliwy. Działania naszych regulatorów i nadzorców doprowadziły bowiem do tego, że firmy uciekają do bardziej przyjaznych krajów. Świetnie widać to na przykładzie wspomnianej już przez mnie giełdy BitBay.

Jak żyć, premierze?
Wyobraź sobie, że od sześciu lat prowadzisz w Polsce giełdę kryptowalut, czyli udostępniasz ludziom z całego świata platformę do wymiany jednych kryptowalut na inne kryptowaluty, a także walut fiducjarnych na kryptowaluty. Do tego niezbędne są rachunki bankowe, zarówno w walutach obcych (jak euro czy dolar), jak również w złotym, bowiem musisz gdzieś deponować pieniądze wpłacane na giełdowe konta. Tymczasem na początku roku banki zaczynają wypowiadać ci umowy, powołując się na argument, że działalność w zakresie obrotu walutami wirtualnymi uniemożliwia skuteczne monitorowanie aktywności klienta i ustalenie źródła pochodzenia środków na rachunkach (jakby gotówka zawsze na to pozwalała…). W ten sposób tracisz możliwość przyjmowania wpłat od klientów.

Okazuje się, że to nie do końca zła wola banków, bowiem w zasadzie w ich interesie jest utrzymywanie stale zasilanych niemałymi kwotami rachunków (zwłaszcza, że od kilku lat mają stałego klienta). To bardziej efekt ostrzeżeń KNF oraz podciągnięcia kryptowalut pod ustawę o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, w której po raz pierwszy wprowadzono definicję waluty wirtualnej, nazywając ją “cyfrowym odwzorowaniem wartości”.

Przypomnijmy też, że nadzorca razem z NBP zaaranżował akcje “Uważajnakryptowaluty” w ramach, której opłacono kilku znanych youtuberów, by zniechęcali do rynku krypto (teraz planowana jest kolejna tego typu kampania). Mało tego, patrząc już od strony klientów giełdy, kryptowaluty w sensie podatkowym zakwalifikowane zostały jako prawa majątkowe i podlegają opodatkowaniu PCC. Dla aktywnych spekulantów oznacza to konieczność odprowadzenia do fiskusa ogromnych kwot, często przekraczających te zainwestowane, oraz wypełnienie góry druczków. I w takich właśnie warunkach przyszło działać m. in. giełdzie BitBay.

Podczas Polskiego Kongresu Bitcoin, który odbył się dwa tygodnie temu w Warszawie, jej prezes – Sylwester Suszek, oficjalnie zapowiedział przenosiny na Maltę, deklarując, że jako jedyny z polskich przedstawicieli branży wstrzymywał się z przeprowadzką tak długo. Inni już dawno się przenieśli albo, jak np. Abucoins, nie zdążyli i ogłosili zakończenie działalności. Szkoda. Zwłaszcza, że żadna z tych firm nie domagała się specjalnego, preferencyjnego traktowania, a tylko klarownych i uczciwych reguł gry. A trudno grać, jeśli zasady są niejasne, asymetryczne i co chwile zmieniane.

Jeśli w przyszłości okaże się, że faktycznie bitcoin to piramida finansowa lub jedna wielka pralnia brudnych pieniędzy, to polski nadzór i regulatorzy będą światowymi autorytetami w dziedzinie wykrywania finansowych przekrętów związanych z branżą krypto. Jeśli jednak tak się nie okaże, to cóż – zmienią się tylko czasy, a ludzie w urzędach będą ci sami. A Polska, jak podwykonawcą jest, tak będzie nadal.

 
Categories

Na rynku kryptowalut jazda bez trzymanki. Ministerstwo straszy i uspokaja

W ciągu ostatniego tygodnia obracający kryptowalutami Polacy zmieniali się z dnia na dzień z krezusów w bankrutów. Wszystko za sprawą kolejnych komunikatów Ministerstwa Finansów dotyczących sposobu opodatkowania przychodów z kryptowalut. Blady strach padł na tych, którzy mieli na koncie dużo transakcji: nowy podatek w najlepszym wypadku oznaczałby dla nich kres marzeń o lamborghini.

Giełda kryptowalut Bitmarket24 ogłosiła w tym tygodniu, że została kupiona przez spółkę w Londynie. Kryptowalutowy biznes ucieka z kraju. Nic dziwnego, kolejne kroki naszego rządu pokazują, że Polska nie rozumie i boi się rynku kryptowalut. To, co Ministerstwo Finansów zaproponowało ostatnio jako interpretację przepisów podatkowych w kontekście obrotu kryptowalutami sprawiło, że wielu bitcoiniarzom życie stanęło przed oczami.

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd porywa się z motyką na słońce, a jedynymi, którzy na tym stracą będziemy my wszyscy, Polacy. Polska to “porodówka” świetnych programistów. Nie ulega wątpliwości, że technologia blockchain [na której opiera się obrót kryptowalutami – przyp.red.] to kolejna z rewolucji, którą ze spokojem można porównywać do tej przemysłowej lub do tej, którą dał nam internet. Postępowanie rządu RP to patrzenie krótkofalowe. Zacznijmy od tego, że Polska mogłaby być, biorąc pod uwagę nasz potencjał intelektualny, zagłębiem blockchaina porównywalnym z szwajcarskim Zug, co mogłoby w efekcie ściągnąć do Polski kapitał międzynarodowych korporacji, takich jak chociażby Microsoft, IBM czy Facebook – mówi Tomasz Limiszewski, który zbiera podpisy pod petycją do polskiego rządu na stopregulacjom.pl.

Nie bez przyczyny technologie rozwijają się tam, gdzie władze jak najmniej ingerują w innowacyjne obszary. Żeby eksperymentować i rozwijać nowoczesne technologie, trzeba mieć pole do eksperymentów. To dlatego Londyn stał się centrum nowoczesnej bankowości ze swoim liberalnym podejściem do technologicznych i biznesowych nowinek. Dalczego to ważne w kontekście kryptowalut? To właśnie ten obszar jest kuźnią talentów technologii, która już wkrótce może stanowić o konkurencyjnej  przewadze wielu branż, na czele z finansową – mowa oczywiście o blockchainie.

O CO CHODZI Z TYM BLOCKCHAINEM?
Zastanawialiście się, dlaczego w świecie, w którym jesteśmy w stanie przesyłać obraz na drugi koniec świata w czasie rzeczywistym, nasze przelewy dochodzą do odbiorcy często dopiero następnego dnia? Ponieważ każdy przelew musi zostać zaakceptowany przez bank. Wszystko dla bezpieczeństwa transakcji i samego pieniądza – każda transakcja internetowa musi być zaksięgowana, żeby nie zdarzyła się sytuacja, że ten sam pieniądz został zaksięgowany w dwóch miejscach. To niestety trwa. Odpowiedzią na to wyzwanie jest blockchain, który – w przeciwieństwie do tradycyjnego rejestru bankowego – jest zdecentralizowanym rejestrem danych. Dzięki blockchainowi Informacje o transakcji nie muszą być przesyłane do banku, tylko trafiają najkrótszą drogą do jednego z wielu komputerów pełniących rolę węzłów w blockchainowej sieci. Dublowaniu wartości zapobiega to, że każdy węzeł błyskawicznie przesyła dane do wszystkich innych węzłów w sieci. Zapis każdej kolejnej transakcji jest możliwy tylko w węźle, w którym historia transakcji pokrywa się z tym, co zapisane jest na wszystkich innych komputerach. Jeśli ktoś próbowałby zmienić zapis transakcji, na którymś z komputerów, sieć natychmiast wykryje modyfikację. Dzięki blockchainowi po raz pierwszy w historii mamy wreszcie szanse na bezpieczne i szybkie transakcje. Tak skonstruowany system może spowodować rewolucyjne zmiany nie tylko w obrocie pieniądzem, ale też na przykład w administracji publiczne, czy służbie zdrowia – wszędzie tam, gdzie mamy bardzo duże ilości danych, które muszą być szybko aktualizowane przez wielu użytkowników, niezmienialne,  łatwo dostępne i jednocześnie bardzo bezpieczne.

Wiele krajów na świecie, chcąc rozwijać tę technologię, tworzy preferencyjne warunki dla rozwoju kryptowalut, rozumiejąc, że świat krypto to zagłębie dobrze wyszkolonych ekspertów od blockchaina. A ci mogą się przydać.

Podatkami w kryptowaluty
Sposób, w jaki Polska zdecyduje się opodatkować kryptowaluty jest ważnym sygnałem tego, czy nasz rynek jest przyjazny rozwojowi krypto. Preferencyjne warunki dot. obrotu krytpowalutami w marcu wprowadziły nawet konserwatywne w kwestiach finansowych Niemcy – transakcje do 600 euro w ogóle nie są objęte podatkiem, a wszystkie ponad tę kwotę mogą być zwolnione z podatku, jeśli użytkownicy będą trzymać kryptowalutę dłużej niż rok.

Tymczasem u nas bałagan. Najpierw Ministerstwo Finansów twierdziło, że kryptowaluty należy rozliczać jak dochody z praw majątkowych. Potem sporządziło definicję “waluty cyfrowej”, do której ta forma rozliczenia nie pasuje. I wreszcie 4 kwietnia poinformowało, że nie tylko trzeba opodatkować transakcje kryptowalutami jak dochody z praw majątkowych, ale jeszcze do budżetu państwa musi trafić 1% z każdej transakcji sprzedaży i wymiany walut na giełdzie (to w ramach PCC – podatku od czynności cywilno-prawnych).  Gdy rozległ się lament, ministerstwo napisało na Twitterze:

Najgorszym sygnałem dla środowiska kryptowalut w pierwszym komunikacie Ministerstwa była informacja o tym, że trzeba będzie odprowadzić podatek od każdej transakcji:

– Dla traderów oznacza nic innego jak zamknięcie rynku. Bo jak inaczej nazwać konieczność zapłacenia 20 tysięcy złotych podatku z tytułu PCC, dla osoby, która wchodziła na rynek z kapitałem 10 tysięcy złotych i w ciągu miesiąca dokonuje 200 transakcji? A co z osobami, które mają podpięte pod API giełd boty, wyszukujące korzystnych par walutowych? Takie boty czasami generują po 1000 transakcji dziennie – mówi Tomasz Limiszewski.

Stawiało to wiele osób zarabiających na mikrotransakcjach w sytuacji, w której obracając na giełdach kwotą 15 tys. złotych mogliby zapłacić pół milion podatku. PCC płaciłoby się również wtedy, gdy transakcje nie przyniosłyby realnych zysków.

Ale opodatkowanie każdej transakcji to nie jedyny karkołomny pomysł, którym Ministerstwo Finansów postraszyło 4 kwietnia kryptowalutowców. Pod górkę mieliby też przedsiębiorcy prowadzący księgowość na podstawie księgi przychodów i rozchodów. “W wydanych obecnie zaleceniach resort finansów postanowił zrobić wszystko, aby wręcz uniemożliwić rozliczanie zysków z obrotami kryptowalutami. I – niestety – zrobił to w taki sposób, że zaszkodzi przede wszystkim sobie”- stwierdził ekspert portalu wGospodarce.pl Marek Siudaj.

W efekcie tej zadymy znów nie do końca wiadomo, jak wygląda kwestia opodatkowania przychodów z obrotu kryptowalutami. W oczekiwaniu na kolejną interpretację przepisów, na pewno można zacząć pisać czynny żal do urzędu skarbowego.

To już wojna?
Bardzo złym sygnałem dla środowiska rozwijającego kryptowaluty było odejście z rządu  w 2017 roku Anny Streżyńskiej, która w lipcu 2016 powołała przy Ministerstwie Cyfryzacji zespół ds. bitcoina i blockchaina. Eksperci i praktycy pracowali nad stworzeniem w Polsce rozsądnych warunków do rozwoju tej technologii, a nawet planowali specjalne kierunków studiów, które miały kształcić blockchainowych specjalistów.

Niedługo po feralnej dymisji gruchnęła wiadomość, że prężnie rozwijający technologię Polski Akcelerator Technologii blockchain pod egidą Instytutu Wiedzy i Innowacji stracił patronat Ministerstwa Cyfryzacji po tym jak ogłosił, że pracuje nad kryptozłotówką (nie oficjalną, ale tyle wystarczyło, żeby wywołać urzędniczą histerię). Ostatecznie oliwy do ognia dolał sam premier Mateusz Morawiecki, który podczas szczytu ekonomicznego w Davos porównał rynek kryptowalut do piramidy finansowej i zapowiedział regulacje. W świecie, w którym kraje takie jak Szwecja czy Estonia z własnej inicjatywy planują  tworzyć kryptowaluty, nerwowe ruchy naszego rządu dziwią.

Środowisko kryptowalutowe na ruchy administracji patrzy z uwagą. Rynek wciąż jest nowy, więc nie do końca wpasowuje się w istniejące przepisy. Można je więc interpretować i na korzyść, i na niekorzyść osób obracających kryptowalutami – ostatnia  interpretacja Ministerstwa Finansów zdecydowanie należała do tych drugich.

Głównym argumentem rządu przeciwko rynkowi kryptowalut jest ryzyko prania brudnych pieniędzy, jakie widzi w świecie krytpowalut. Jednak waluty cyfrowe to tylko 4 proc. wszystkich wypranych na świecie pieniędzy. Warto też dodać, że rejestr blockchainowy zdecydowanej większości krytpowalut umożliwia odtworzenie wszystkich transakcji, więc w wypadku podejrzenia popełnienia przestępstwa dojście do historii transakcji nie powinno stanowić problemu. Gorzej rzecz ma się z anonimowymi walutami typu Monero, w których nie da się przypisać transakcji do jej uczestników. Tym bardziej jednak nie da się nałożyć na taką transakcję podatku. Może jednak nie warto, walcząc z jednym zjawiskiem, ubijać całego rynku?

 
Categories

Shithappens w świecie cyfrowych tokenów

Na rynku kryptowalut powstały setki bezwartościowych tokenów, tworzonych dla żartu lub w celu zwykłego oszustwa. Taki na przykład putincoin to po prostu “jokecoin”. Najlepsze jest jednak to, że jego rynkowa kapitalizacja sięga 4,7 mln dol. Takich absurdów jest więcej, co z jednej strony śmieszy, ale z drugiej psuje reputację całego rynku.

Swoboda działań i brak regulacji rynku cyfrowych nośników wartości to ogromna szansa dla młodych przedsiębiorców, którzy nie mogą liczyć na finansowanie tradycyjnymi metodami. Initial Coin Offering (ICO), o którym pisałem kilka tygodni temu na łamach HiCash.pl daje dostęp do dużego kapitału w zasadzie każdemu, kto ma pomysł na biznes i chce go rozwijać. Może bowiem wyemitować swój token i wprowadzić go na kryptowalutową giełdę. Dla mnie to świetna idea znosząca finansowe bariery. Ale jak pokazuje praktyka – dla wielu to kolejna szansa, by albo zrobić sobie jaja, albo nabić innych w przysłowiową butelkę. Na rynku powstają tzw. jokecoiny, shitcoiny, a nawet spamcoiny, które są zupełnie bezwartościowe. Czasem, ale nie zawsze, łatwo je zidentyfikować po nazwie, np. sexcoin, czy stalincoin, albo po logo, np. wprost shitcoin, który w logo ma stolec. Co jeszcze śmieszniejsze – niektórzy je kupują, windując ich giełdową kapitalizację nawet do milionowych kwot. Skala kryptowalutowych “hehszków” jest niemała. Szacuje się, że w latach 2013-2015 takich shitcoinów powstawało kilka każdego dnia. Część “umarła”, a część jeszcze całkiem nieźle “egzystuje”.

Tokenowa zimna wojna
“Putincoin został stworzony, by oddać hołd ludowi i prezydentowi jednego z najwspanialszych krajów świata: Rosji! Putincoin będzie oferował wiele możliwości dla spółek, traderów, osób prywatnych, projektów społecznych jak również technologię, usługi i aplikacje, które będą mogły być darmowo użytkowane przez każdego na tej planecie” – tak rzekomą ideę stojącą za prezydenckim tokenem opisywali jego twórcy na swojej stronie internetowej (obecnie trudną ją odpalić). Sam gospodarz Kremla, choć znany jest z różnych nietypowych hobby, raczej za tym projektem nie stał, a przynajmniej nigdy go nie skomentował. Emitentom tego tokena nie przeszkodziło to jednak, by wykorzystać wizerunek prezydenta, który zdobi wirtualną monetę.

Mało tego, na YouTubie umieścili też swój rapsong dotyczący putincoina. Trzeba przyznać, że poziom żartu jest tutaj naprawdę wysublimowany. Zastanawiam się tylko, kto i dlaczego kupował te tokeny. Jak można zobaczyć na stronie coinmarketcap.com putinowy token notowany jest od lipca 2016 r. Wyemitowano go w ilości 2 mld sztuk, a na początku jego cena wynosiła 0,000142 dol. W szczytowym momencie w 2017 r. notowania skoczyły do 0,0432 dol. dając kapitalizację na poziomie 8,7 mln dol. Obecnie cena i kapitalizacja wynoszą odpowiednio: 0,01197 dol. i 4,7 mln dol.

Jak można się domyślać – skoro Rosja ma swojego putincoina, to Stany Zjednoczone muszą mieć swojego trumpcoina. Ten ostatni, jak czytamy na jego stronie, powstał by wspierać obecnego gospodarza Białego Domu i pomóc mu sprawić, by Ameryka znów stała się wielka. Grupą docelową tego tokena są amerykańscy patrioci. Na YouTubie ma nawet własny kanał, który subskrybuje 347 osób, a trzy filmiki, które są na tym kanale obejrzano łącznie 83 tys. razy. Trumpcoin ma już dwa lata, ale jest troche mniej popularny niż konkurent zza dawnej, żelaznej kurtyny. W obrocie jest go mniej (6,6 mln dol.) i kapitalizacja wynosi tylko 0,75 mln dol.

Z ciekawości sprawdziłem, czy ktoś zdecydował się na projket “dudacoin”. Niestety w sieci brak informacji o kryptowalucie gospodarza Belwederu. No cóż – Polska zawsze miała problem z nadążaniem za nowymi technologiami.

Seksualne konotacje
Na liście “heheszkowych” tokenów sporo jest takich, które odwołują się do tematów seksu i cielesności. Wspomniany sexcoin to nic w porównaniu z analcoinem, fuckcoinem czy chociażby fellatiocoinem. Apropo tego ostatniego – na forum bitcointalk.org można znaleźć stare linki do jego white paper (dokument informujący o parametrach i celach emisji tokenów). Cała wymieniona trójka już nie istnieje, ale są takie, które przetrwały i bywa o nich głośno. Mowa na przykład o titcoinach. Ta kryptowaluta powstała ponad trzy lata temu po to, by umożliwić osobom korzystającym z usług dla dorosłych płacenie za nie w anonimowy sposób. Titcoin ma nawet swoją stronę na Wikipedii, gdzie dowiadujemy się m. in. że w 2015 r. otrzymał dwie nominacje do nagród XBIZ, które wyróżniają firmy odgrywające istotną rolę w branży rozrywki dla dorosłych. Titcoin ma na Twitterze 4090 obserwujących. Jego notowania, podobnie jak innych omawianych wyżej tokenów, przypominają wykres EKG z licznymi zawałami. Na początku wyceniany był na tysięczne części dolarów, ale w styczniu tego roku cena skoczyła w porywach do ponad 0,5 centa. W obrocie jest obecnie prawie 50 mln titcoinów, a ich kapitalizacja sięga 700 tys. dol. Przy okazji branży erotycznej warto wspomnieć o ostatnim newsie portalu bitcoin.com, według którego striptizerki w Las Vegas przyjmują płatności w bitcoinach. Robią to poprzez wytatuowany na ciele kod QR, w którym zakodowany jest oczywiście adres bitcoinowego portfela.

Absurd goni absurd
Wśród shitcoinowych projektów nie brakuje też mocnych kontrowersji. Rok temu w San Franciso został wyemitowany ponzicon informując potencjalnych nabywców, że “jest to pierwszy na świecie legalny schemat Ponziego”. Ktoś wcisnął ludziom dla żartu potencjalną piramidę finansową, a oni i tak się skusili. Twórca wycofał się potem z projektu twierdząc, że “żart wymknął się spod kontroli”.

Podejrzewam, że w Polsce nie przeszedł by jesuscoin, satyryczna kryptowaluta, która obiecuje ludzion “outsourcing grzechów” i “decentralizację Jezusa Chrystusa”. Na świecie się jednak całkiem nieźle przyjął. Ruszył w lutym tego roku. Choć nie ma żadnej fundamentalnej wartości to ludzie i tak go nabywają, jako zupełną nowość i zapewne przez końcówkę “coin” w nazwie (jak kiedyś wystarczyło, że spółka miała w nazwie “.com” i inwestorzy pchali się na giełdę po jej akcje drzwiami i oknami). Tylko w pierwszym dniu notowań tych tokenów ich cena skoczyła z 0,000086 dol. do 0,0014 dol., a więc 15-krotnie. W obrocie jest obecnie 15,4 mld jesuscoinów o łącznej wartości 3,3 mln dol. Twórca tego projektu tak bardzo wczuł się w rolę, albo ma tak specyficzne poczucie humoru, że niczym ewangelista napisał na stronie “I byłaby kryptowaluta i byłoby to piękne, a Pan powiedziałby do ciebie – kupuj jesuscoina…”.

Gdzie ziarno, gdzie plewa
Historie shitcoinów powodują niewątpliwie uśmiech, ale z drugiej strony zalewanie rynku takimi fejkami jest dla niego bardzo szkodliwe. To trochę, jak spamowanie skrzynki mailowej, przez które nie można dokopać się do istotnych wiadomości. Efekt z jednej strony jest taki, że ci, którzy mogli pozyskać kapitał na fajną działalność, nie pozyskali go, bo znikęli w gąszczu shitów. Takie ryzyko grozi na przykład bananacoinom, za którymi stać może całkiem ciekawy biznes. Jak czytamy na stronie tego projektu jest to plantacja w Laosie, której celem jest rozszerzenie produkcji organicznych bananów Lady Finger. Każdy bananacoin reprezentuje cenę eksportową za kilogram bananów z tego gospodarstwa. Nigdy nie ma pewności, że to wypali, ale brzmi na pewno bardziej realnie i obiecująco niż „outsourcing grzechów”.

W środowisku kryptowalut istnieje wprawdzie długa lista tzw. martwych coinów. W 2017 r. było na niej blisko 150 różnych projektów. Szkopuł w tym, że duża ich część przeżywa, co stanowi zagrożenie dla inwestorów. – Czasami dobry marketing, komunikacja oraz zaangażowanie społeczności wokół danego projektu pozwala tym tworom istnieć zdecydowanie dłużej, niż mogłoby się wydawać – pisze w książce „Kryptowaluty” Szczepan Bentyn, youtuber specjalizujący się w tej tematyce. Jeśli więc ktoś planuje wejść na ten rynek, to niech pamięta, że często dochodzi tam do „ataku shitów” i nie zawsze łatwo się przed nim obronić.

 

 
Categories

Twórca polskiego filmu o Bitcoinie: Nie mówimy, że zmienimy świat i zawiesimy tęczę. To merytoryczny głos w sprawie kryptowalut

Dziś w warszawskim kinie Luna premiera “Krypto” – pierwszego polskiego filmu dokumentalnego o polskiej scenie kryptowalut i technologii blockchain. Bohaterami filmu jest czołówka polskiego kryptobiznesu. O budżetach, pomyśle i branży rozmawiam z reżyserem Piotrem Pacewiczem.

Agata Kowalczyk, HiCash: W Twoim filmie wystąpiły same znane nazwiska polskiego świata blockchain i kryptowalut: Krzysztof Piech, Szczepan Bentyn, Lech Wilczyński… Jak to się stało, że w ogóle zetknąłeś się z tymi ludźmi?

Piotr Pacewicz, reżyser “Krypto”: Zafascynowałem się tym tematem, zacząłem go zgłębiać i tak trafiłem na Szczepana Bentyna, który wprowadził mnie w świat polskiego kryptobiznesu, zorganizował mi kontakty do wszystkich osób, które w tym świecie aktywnie działają. Również Arek Regiec z Beesfund  bardzo mi pomógł w temacie. Większość ludzi była bardzo chętna do współpracy, bo zależało im na tym, żeby promować swoją działalność.

Jaki obraz polskiej sceny krypto wyłania z tych rozmów?
Udało się pokazać poważną branżę, która prężnie  się  rozwija. To nie są dzieci, które siedzą w domach i coś tam kombinują, tylko poważni ludzie, którzy widzą przyszłość w tej branży.

Jak prowadzisz historię? Opowiadasz historie kryptoprzedsiębiorców?
Nie, moim zamysłem było zrealizowanie filmu, który będzie kompendium wiedzy, jeśli chodzi o Bitcoina i blockchain. W scenariuszu założyłem, że film będzie podzielony na działy, w których umieszczę wypowiedzi bohaterów. Jest więc dział Bitcoin, blockchain, mining, trading, ICO i przyszłość. O tradingu na przykład wypowiada się Sylwester Suszek z Bitbay.net i Łukasz Fijołek, który jest traderem;  w blockchainie rozmawiamy ze Szczepanem Bentynem, Krzysztofem Piechem i CEO Golema Julianem Zawistowskmi. Starałem się, żeby te działy były rozwinięte, jeżeli chodzi o merytorykę i ciekawe.

A Ty jak postrzegasz tę branżę?
To jest piramida [śmiech]! Jak patrzę na branżę z perspektywy czasu, to widzę ją jako przyszłość. Blockchain to jest coś, co  będzie się na pewno rozwijało – ja w to mocno wierzę. Wierzę też w  ludzi, którzy rozwijają tę technologię – to prekursorzy. Jestem pewien, że czekają nas w przyszłości fajne rzeczy. I nie mówię tu o zyskach z krypto czy technologii blockchain. W filmie poruszyłem też problem podejścia polskich władz do krypto i problemu z związanego z regulacjami. W skrócie wygląda to tak, że nikt nie chce się tym tematem za bardzo zająć, jest dla władz niewygodny i wszyscy spychają  go na boczne tory. Bohaterowie “Krypto” mówią w filmie, jak chcieliby, żeby wyglądały regulacje w sektorze i czego potrzeba branży, żeby się rozwijała. 

Masz poczucie, że dzisiaj w Polsce kyptobiznes wiąże się z podwyższonym ryzykiem? Czy Twoi rozmówcy boją się państwowych regulacji, które co prawda enigmatycznie, ale jednak zapowiadał w Davos premier Morawiecki?
Jeżeli chodzi o regulacje, to jest trochę strach o to, że rząd może zakazać różnych działań, co stłamsi w zarodku niektóre wartościowe projekty. Na pewno jest niepewność branży, bo w tej chwili regulacji nie ma i ja na przykład nie wierzę, że ten rząd to sensownie ureguluje. Odejście Minister Cyfryzacji Anny Streżyńskiej nie było dobrym znakiem, bo jej podejście było nadzieją na to, że coś pójdzie dalej. Z Ministerstwem Cyfryzacji współpracowało m.in. Polskie Stowarzyszenie Bitcoin. Wystarczy zajrzeć na stronę Ministerstwa Cyfryzacji, jakie dokumenty stworzyli w ramach tej współpracy – tam jest wszystko, czego potrzeba, żeby zapoznać się z tematem, a nie gadać jakieś głupoty w telewizji i dopuszczać do głosu jakichś pseudospecjalistów, którzy nazywają Bitcoina piramidą.

Chyba jako reżyser nie jesteś neutralnym obserwatorem… Masz dość jasno sprecyzowaną opinię w sprawie.
Rzeczywiście, w filmie “Krypto” nie przedstawiam dwóch stron medalu: nie przedstawiam stanowiska polskiego rządu. Ja przedstawiam stanowisko branży krypto. Film jest promocją środowiska blockchain i kryptowalut, ale jest w nim też sporo chłodnych wypowiedzi m.in. o zjawisku FOMO w kryptowalutach. Fajnie na ten temat wypowiada się w filmie Julian Zawistowski z Golema. Warto tego posłuchać, bo to wartościowe rzeczy, które mogą przestrzec ludzi przed zachłyśnięciem się FOMO, bo jak w każdej bańce, ludzie mogą stracić w takich sytuacjach pieniądze. Mówimy o tym, jak bezpiecznie funkcjonować w tej przestrzeni, więc w filmie jest dużo praktycznych porad. Nie prezentujemy wyłącznie euforii, że zmienimy świat i zawiesimy kolorowe tęcze. Uważam, że jest to wypośrodkowany głos.

Wśród partnerów masz samych reprezentantów branży Bitcoin…
Tak, budżet produkcji wyniósł milion złotych.

Yyy…Serio?
Nie no, żartuję (śmiech) To była zrzutka. Film robiliśmy po kosztach. Wierzyłem od początku w ten projekt. Moim celem nie było zarobienie na nim kasy, więc tak naprawdę budżet poszedł na pokrycie kosztów produkcji.

Dobra, to czekamy na dalsze wieści o tym, gdzie będzie można zobaczyć. “Krypto”. Dzięki za rozmowę!

Dzięki.

Piotr Pacewicz ma już na swoim reżyserskim koncie kilka produkcji dokumentalnych, głównie o sportach ekstremalnych m.in film dokumentujący Jungle Ultra Marathon – morderczym bieg na 230 km przez brazylijską dżunglę.