Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI! Wszystko, czego nie wiesz o obrocie akcjami

W ubiegłym tygodniu pisałem o akcjach. Dobrze poszło, w krótkim tekście dałem radę zmieścić ich definicję, prawa i obowiązki wynikające z ich posiadania. Podałem przyczyny emitowania akcji, wyliczyłem ich rodzaje, dużo wiedzy naraz. Zabrakło jednak informacji, co się właściwie z tymi akcjami robi i czy to bezpieczne.

 

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta, handluje się nimi. Zakładamy sobie konto w domu lub biurze maklerskim. Gdy jesteśmy naprawdę początkujący, dopiero się uczymy i nie zamierzamy inwestować dziesiątek tysięcy złotych, warto wybrać konto prowadzone bezpłatnie i z niskimi prowizjami od transakcji i darmowymi przelewami z konta do innych banków. Ponadto warto zdecydować się na takie, które pozwala na śledzenie kursów i wykonywanie transakcji w czasie rzeczywistym oraz oferujące analizy i opinie ekspertów.  

Wybieramy, zakładamy i zaczynamy kupować. A potem sprzedawać. W założeniu dobrze byłoby sprzedać drożej niż się kupiło. Do tego dokładamy dywidendę wypłacaną przez niektóre firmy i po roku możemy być jak Wilk z Wall Street. No tyle, że niekoniecznie.

Zwróćcie uwagę, że inwestowanie na giełdzie niektórzy nazywają graniem na giełdzie. Dobrze, gdy jest to gra w brydża. Gorzej, gdy giełda zaczyna przypominać ruletkę. Popatrzmy na plusy i minusy zabawy akcjami.

Niewątpliwą zaletą inwestowania w akcje jest szansa na ponadprzeciętne zyski, jakich nie da nam lokata czy rachunek oszczędnościowy. Trzeba jednak cały czas pamiętać, że jest to szansa. Czyli nic pewnego. Dlatego hodowanie wewnętrznego przekonania, że na giełdzie tylko zyskamy, może skończyć się sporym zawodem.

Niektóre spółki wypłacają dywidendy swoim akcjonariuszom. Jeżeli mamy akcje takich firm, możemy cieszyć się dodatkowym przychodem.

Duża różnorodność branż, w których działają spółki akcyjne pozwala nam na inwestowanie w rzeczy, na których się znamy. Każdy znajdzie coś pod siebie, coś w czym czuje się mocny. Oczywiście znajomość branży nie musi przełożyć się na nasz sukces inwestycyjny, ale zwiększajmy swoje szanse grając na tym boisku, na którym czujemy się pewnie.

Rzecz, o której wiele osób zapomina – emocje. Mogą być przyjemne, mogą być negatywne, ale grając na giełdzie możemy poczuć to coś, co czujemy, gdy postawiliśmy resztkę kasy na czarną siedemnastkę a krupier kręcąc kołem, puszcza kulę w ruch. Pamiętamy jednocześnie o tym, że emocje nie powinny być naszym doradcą. Do tego wątku wrócę jeszcze na końcu.

Same plusy?
No dobra, a gdzie wady? Bo na razie ta giełda wydaje się całkiem fajną sprawą: są pieniądze, są dodatkowe pieniądze z dywidendy, są emocje, z czasem pojawi się jacht, czerwony dywan i gorące modelki. Co może pójść nie tak?

Według mnie największą trudnością w obrocie akcjami jest konieczność ciągłego uczenia się giełdy. Jasne, spadki kursów potrafią dać w kość a patrzenie, jak kurczy się wartość naszego portfela jest doznaniem bolesnym. Jednak dla niektórych inwestorów przeszkodą nie do przeskoczenia może być wymóg ciągłego poszerzania swojej wiedzy. Bez tego nie ma mowy o sensownym inwestowaniu.

Jak wspomniałem przed chwilą, straty bolą. Z tego powodu gra na giełdzie nie jest wskazana dla ludzi o małej odporności psychicznej. Wpadamy wtedy w panikę, słuchamy podszeptów gadziej części mózgu, która mówi „uciekaj”. W tej zabawie bez zimnej krwi daleko nie zajedziemy.

W przypadku inwestycji giełdowych możemy zapomnieć o gwarancji regularnych zysków. Wiem, że to banał, ale niektórzy zdają się nie pamiętać o tym, że kursy akcji mogą się zmieniać w dwóch kierunkach.

Trend is your friend. NOT
Giełda raczej nie jest wskazana dla ludzi ze skłonnościami do zachowań ryzykownych, nałogów i hazardu. Uzależnienie od giełdy jest tematem trudno poddającym się badaniu, bo opierałoby się na deklaracjach samych zainteresowanych. Można natomiast wskazać zachowania, które sugerują uzależnienie. Są to lęki, niepokoje i problemy ze snem. Ludzie uzależnieni nie potrafią wyobrazić siebie w roli innej niż inwestor. Uporczywie myślą o sprawach finansowych, co przekłada się na nieumiejętność wypoczywania, odprężenia. No i obniża się tolerancja na przeżywanie złości. Gdy inwestor, który do niedawna był stoikiem, zaczyna toczyć pianę z byle powodu, oznacza to, że źle się dzieje.

Jak pokazują badania psychologów behawioralnych, jednym z najsilniejszych nałogów są nieregularne wzmocnienia. Mogą to być kary (strata), jak i nagrody (zyski). Inwestor nie wie kiedy i jakie wzmocnienie dostanie.

No i na koniec najważniejsza wada. Od zysków na giełdzie musimy zapłacić 19 proc. podatku.

Moja sugestia jest więc taka. Dużo czytać i analizować, korzystać ze szkoleń, uczyć się rzeczy bardziej skomplikowanych niż standardowe formułki typu „trend is your friend” czy „kupuj, gdy leje się krew”.

Początkującym inwestorom polecam trening na wirtualnej giełdzie. To chyba najlepszy sposób na sprawdzenie siebie w sytuacjach krytycznych, ocenę własnych możliwości, nabycie doświadczenia i naukę, bez ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka. Kilka miesięcy grania wirtualnymi pieniędzmi może nam tylko pomóc w staniu się w miarę przytomnym inwestorem.

Szerokości!

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Akcje spółki. A na co to komu?

W poprzednim odcinku opisałem pokrótce obligacje, dzisiaj zajmiemy się bardzo podobnymi (ale jednak różnymi) papierami wartościowymi. Akcje, bo o nich mowa, rozpalają wyobraźnię początkujących inwestorów, którzy wierzą, że to właśnie im uda się strzał życia, zainwestują w dołku, wyjdą na szczycie i będą mogli wachlować się plikami Sobieskich.


Definicja akcji jest porywająca niczym instrukcja obsługi pralki po węgiersku, więc przetłumaczę wam ją na polski. Akcja to papier wartościowy, dzięki któremu zyskujemy jako akcjonariusz uczestnictwo w spółce. Nabywamy też prawa i obowiązki akcjonariusza. Pojedziemy po kolei, najpierw prawa majątkowe, jakie daje nam posiadanie akcji.

Dzięki nim mamy prawo do dywidendy. Jest to udział w tej części zysku spółki, który został przeznaczony do podziału między akcjonariuszy. Oczywiście może się zdarzyć, że spółka zysk reinwestuje i dywidendy nie będzie. Mamy też prawo do udziału w podziale majątku spółki w przypadku jej likwidacji. Te dwa prawa nie mogą nam zostać odebrane ani przez statut, ani uchwałę akcjonariuszy.

Kupując akcję zyskujemy też prawo do poboru akcji w przypadku nowej emisji. To prawo może już zostać ograniczone lub wyłączone, jeżeli leży to w interesie spółki. To były prawa majątkowe, teraz szybko przelecimy przez prawa niemajątkowe, dzięki którym dostajemy bierne prawo głosu. Oznacza to, że możemy zostać wybrani do zarządu albo rady nadzorczej.

Mamy również prawo uczestniczyć w walnym zgromadzeniu. Jednocześnie dostajemy prawo do zaskarżania uchwał zgromadzenia. Skarżyć możemy uchwały niezgodne z prawem, sprzeczne ze statutem, godzące w interes spółki, służące pokrzywdzeniu akcjonariuszy czy sprzeczne z dobrymi obyczajami.

Możemy żądać udzielenia informacji na walnym zgromadzeniu lub poza nim. I najciekawsze według mnie prawo niemajątkowe, czyli możliwość wystąpienia z powództwem o naprawieniem szkody wyrządzonej spółce, w sytuacji gdy spółka takiego powództwa nie wytoczy.

Jak widać posiadanie akcji daje nam mnóstwo praw. A jakie mamy obowiązki? Musimy za akcje zapłacić, a w przypadku gdy akcja nakłada na nas obowiązek świadczenia niepieniężnego, musimy je zrealizować.

Może nam się wydawać, że akcja jest akcja. Otóż niekoniecznie, prawo polskie wyróżnia aż osiem ich rodzajów, z których omówię najciekawsze. Akcje imienne i na okaziciela. Te pierwsze dają uprawnienia tylko tej osobie, która jest wskazana na akcji z imienia, nazwiska bądź nazwy firmy. Akcje na okaziciela to te, które wszyscy kojarzymy jako akcje. Czyli wszelkie prawa wynikające z ich posiadania przysługują temu, kto trzyma je w portfelu. A właściwie w systemie komputerowym, bo aktualnie akcje mają zazwyczaj postać zdematerializowaną.

Mamy też akcje uprzywilejowane, które są przy okazji akcjami imiennymi. Jak sama nazwa wskazuje, dają nam przywileje dotyczące wybranych albo wszystkich praw wynikających z akcji. Może to być na przykład wyższy udział w dywidendzie albo więcej głosów na walnym.

I na koniec akcje nieme, które nie dają nam prawa głosu na walnym, ale w zamian za to dostajemy przywilej wyższej dywidendy i pierwszeństwo w jej wypłacie. Czyli mamy ograniczone prawa niemajątkowe a uprzywilejowane majątkowe.

Akcje gotówkowe, aportowe, założycielskie i takie, do których przypisany jest obowiązek powtarzających się świadczeń niepieniężnych wymieniam dla porządku, bo one nas interesować nie będą.

Po co spółki emitują akcje? Ano po to, żeby pozyskać środki na inwestycje i dalszy rozwój. To samo ma miejsce w przypadku obligacji, ale jak pamiętamy z poprzedniej części, obligacje nie dają nam tak szerokich praw majątkowych, jak akcje.

Historycznie rzecz biorąc, akcje to leciwy papier. Prekursorem była pierwsza międzynarodowa korporacja, czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, która wyemitowała akcje ponad 400 lat temu. Zebrane pieniądze dyrektorzy zainwestowali mądrze, czyniąc ze swojej korporacji prawdziwą potęgę, konkurującą bez kompleksów z Wielką Brytanią i ich Brytyjską Kompanią Wschodnioindyjską. O skali ich działania niech świadczą liczby: mieli 150 statków handlowych, 40 okrętów, 50 tys. pracowników i dziesięciotysięczną armię.

Dzięki akcjom prywatna firma mogła w końcu pozwolić sobie na wydatki, na które do tej pory było stać jedynie państwo.

W kolejnym odcinku opowiem o tym, gdzie kupować akcje i że ich posiadanie daje nam tyle samo szans co ryzyk.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Obligacje. Bezpieczne inwestycje, na których możemy dużo stracić

Ponieważ od kilku tygodni głośno o firmie GetBack, dzisiaj napiszę kilka zdań o obligacjach. Niektórzy cały czas myślą, że jeżeli papier nazywa się „obligacja” to jest bezpieczny i można go kupować w ciemno. Jak uczy przykład niefortunnie inwestujących w GetBack, nie zawsze i nie do końca.

Najkrócej mówiąc, obligacje są formą pożyczania pieniędzy z rynku w formie innej niż pożyczka, kredyt czy emisja akcji. Trudno ocenić, czy wyemitowanie obligacji jest łatwiejsze od pozyskania kredytu komercyjnego, na pewno są one tańsze.

Co do definicji, obligacja jest papierem wartościowym, w którym strona emitująca stwierdza, że jest dłużnikiem nabywcy, zwanego elegancko obligatariuszem. Emitent zobowiązuje się do spełnienia określonego świadczenia, najczęściej pieniężnego. Co oznacza, że po określonym terminie wykupi od nas taką obligację, płacąc nam jej cenę i dodatkową premię. Ta premia to zysk kupującego.

Obligacje ze świadczeniem niepieniężnym mogą dotyczyć na przykład przeznaczenia obligacji komunalnej na wykup mieszkania od gminy i uzyskania zniżki w cenie.

Obligacje możemy sobie dzielić w zależności od tego, jaki mają okres wykupu, na ich wartość sprzedaży, dodatkowe opcje, poziom ryzyka inwestycyjnego i emitenta. Skoncentruję się na tych dwóch ostatnich.

W powszechnej świadomości pokutuje przekonanie, że obligacje emituje Skarb Państwa i z tego powodu są to papiery bezpieczne. O tym, jak bezpieczne były kwity wyemitowane przez Grecję czy ostatnio Argentynę i Wenezuelę, możemy się przekonać, patrząc na to co się tam działo lub aktualnie dzieje. Ale zasadniczo to prawda, że obligacje państwowe są bezpieczne, gdyż całe kraje stają się niewypłacalne bardzo rzadko.

Jednak obligacje może emitować również samorząd terytorialny, a o bankructwo gminy już łatwiej. Najciekawszym i potencjalnie najbardziej zyskownym papierem spośród obligacji są obligacje korporacyjne, emitowane przez przedsiębiorstwa. Na nich można zarobić najwięcej, ale też najłatwiej stracić. Nawet duża, stabilna firma może popaść w kłopoty i się wyłożyć, o czym świadczy choćby przykład firmy GetBack.

Jak wspomniałem, obligacje można też podzielić ze względu na poziom ryzyka inwestycyjnego. Tutaj na pomoc przychodzą nam agencje ratingowe, które oceniają firmy i instrumenty finansowe właśnie ze względu na ryzyko. Zaufanie do agencji zostało podkopane podczas kryzysu finansowego w roku 2008, gdy przyznawały najwyższe oceny papierom ryzykownym a nawet śmieciowym. Niestety, na razie nie wymyślono niczego lepszego, więc bazujemy na ich ratingach.

I tak z jednej strony mamy obligacje wolne od ryzyka albo oceniane bardzo wysoko, których emitentami są rządy państw i organizacje ponadnarodowe. Na przeciwnym biegunie są tzw. obligacje śmieciowe. Inwestycje w nie są niebywale ryzykowne, ale jednocześnie mogą przynieść ponadprzeciętny zysk. I od naszej strategii inwestycyjnej zależy na jaki sposób zarabiania się zdecydujemy – bezpiecznie ale z niewielką premią, czy raczej duże ryzyko z nadzieją na duże pieniądze.

Czym się różnią obligacje od akcji?
No dobra, mówimy o tych obligacjach, a czym niby one się różnią od akcji? Jedno i drugie to papier wartościowy, możemy w nie inwestować, gdzie różnice?

Obligacje nie dają posiadaczowi żadnych uprawnień względem emitenta, dotyczących współwłasności firmy, wypłacanej dywidendy czy możliwości uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Kupując obligacje nie zyskujemy ani władzy, ani wpływu, ani prawa do wypłaty dywidend. Jak wspomniałem na wstępie, emisja obligacji jest jednym z wielu sposobów finansowania i stanowi alternatywę dla kredytu albo pożyczki.

Jaki pożytek ma z tego emitent? Pozyskuje pieniądze taniej i łatwiej niż z kredytu. Ma możliwość ustalenia oprocentowania, częstotliwości wypłaty odsetek czy możliwości wcześniejszej częściowej lub całkowitej spłaty obligacji. Dla kupującego z kolei obligacja to możliwość uzyskania odsetek wyższych od tych z lokat bankowych.

Inwestowanie w obligacje jest dość bezpieczną grą, ale miejmy świadomość, że na niej też możemy stracić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy namawia nas na nie „doradca” inwestycyjny, który zapomina wspomnieć, że nasze pieniądze pożyczymy nie państwu a firmie. Pamiętajcie – zawsze dopytujcie o szczegóły, drobny druk czytajcie przynajmniej trzy razy a lista ostrzeżeń publicznych KNF waszym najlepszym przyjacielem.

 
Categories

7 najgorszych inwestycji świata. Bańki, chore wizje i głupota snobów

Kto bogatemu zabroni? Nikt. Jeśli rozliczyliście właśnie PIT i macie lekki niesmak, że jednak trzeba będzie dopłacić, sprawdźcie znacznie gorsze inwestycje.

 

Inwestycje w pierwsze waluty cyfrowe

Timing jest najważniejszy – powtarzają doświadczeni inwestorzy. Zdecydowanie z zegarkiem rozjechali się inwestorzy, którzy w 1999 roku, w którym pękała bańka pierwszych biznesów internetowych, wieszczyli sukces waluty cyfrowej flooz.com. Nie pomógł nawet fakt, że można było nią płacić w Starbucksie. Inwestorzy VC wtopili w projeky ok. 50 milionów dolarów. Część kasy poszła na bardzo złą kampanię banerową z Whoopi Goldberg. A potem nadszedł Bitcoin. 

Tulipanowa ściema
Skoro już jesteśmy przy bańkach – nie gorsza od dot-comów była nadmuchana wartość tulipanów. “Tulipo mania” osiągnęła apogeum (dzięki intensywnej pracy spekulantów)  w 1630 roku, gdy Holendrzy snobowali się na zakup bulw za ponad tysiąc dolarów.

Prostokąty w oleju
Niemal 44 mln dolarów wydał kolekcjoner na obraz nowojorskiego artysty Barnetta Newmana. Nie mnie oceniać, ale jedno wiem na pewno: są to dwa niebieskie prostokąty.


FIFA 2022 w Katarze: najsmutniejsze święto piłki
200 miliardów dolarów wyda Katar na święto piłki nożnej w 2022- dyscypliny, z którą niewiele ma wspólnego. Kasy mają jak lodu, więc nie ma może co żałować. Czeka nas niesamowite widowisko. Przerażające są jednak jego kulisy: media alarmują, że warunki pracy robotników budujących infrastrukturę przypominają obozy pracy, w których umierają tysiące emigrantów pracujących przy budowie stadionów i obiektów hotelowych. Skalę inwestycji oddaje też fakt, że gdyby kasę wydaną na imprezę dostali mieszkańcy Kataru, każdy z nich miałby w kieszeni 720 tys. dolarów więcej.

Maszt w Duszanbe
W stolicy Tadżykistanu władze postawiły wart ponad 10 mln dolarów maszt flagowy. Sęk w tym, że w Duszanbe prawie nie wieje. Flaga na drogocennym maszcie przypomina zwiędłą kotarę. Nastrojów patriotycznych nie wzbudza, ale frustrację mieszkańców – niezmiennie.

Turkmeńskie Las Vegas
Zazwyczaj inwestycje od czapy są ideą fix ekstrawaganckich polityków. W głowie jednego z nich zrodził się pomysł na świątynię kiczu w Awaza, która ma się stać superatrakcją Turkmenistanu. Realizuje go konsekwentnie od 2012 roku, ku oburzeniu krajan i zdziwieniu świata. Nad Morzem Kaspijskim wyrósł prawdziwy marmurowo-neonowy gargamel resortów: trochę Dubaj, trochę Las Vegas, w porywach aspirujący do Monte Carlo. Już dziś jest największym centrum konferencyjnym świata. Może pomysł na kolejną firmową imprezkę, hm?

Yaba, daba, doo!
Zachcianki to podobno potrzeby szlachty. Jedną z nich postanowili spełnić przyjaciele malezyjskiego sułtana, którzy ufundowali mu replikę pojazdu Freda Flinestone’a z “Jaskiniowców”, jego ulubionej bajki. Trochę szkoda, że pojazd ma silnk i nie będzie napędzany siłą sułtańskich nóg.

 
Categories

Polacy pokochali gry komputerowe i akcje ich producentów

Na głównym parkiecie warszawskiej giełdy notowanych jest sześć spółek gamingowych, a na NewConnect kolejnych jedenaście. Pod względem stóp zwrotu z akcji, niektóre z tych firm mogą konkurować z kryptowalutami. Może warto się nimi zainteresować?

Ostatni raport firmy Newzoo pokazał, że w 2017 r. przychody polskich producentów gier przekroczyły łącznie 500 mln dol. To 23 wynik na świecie. Wypadliśmy lepiej niż m.in. Belgia, Szwajcaria, Dania, Finlandia, Szwecja i Norwegia. Branża rozwija się bardzo dynamicznie, co widać najlepiej po liczbie firm obecnych na parkiecie warszawskiej giełdy. Na głównym rynku GPW notowanych jest sześć spółek:  CD Projekt, 11 bit studios, PlayWay, Vivid Games, Artifex Mundi oraz CI Games. Ich łączna kapitalizacja, czyli liczba wyemitowanych akcji pomnożona przez cenę akcji, wynosi obecnie 13,3 mld zł.

Na NewConnect mamy jedenastu przedstawicieli branży: Bloober Team, Cherrypick Games, Forever Entertainment, Huckleberry Games, iFun4all, Jujubee, QubicGames, Macro Games, The Farm 51, T-Bull i świeżo upieczony debiutant The Dust. Ich łączna kapitalizajca to 0,5 mld zł. Co więcej – w kolejce na debiut czekają kolejne firmy z tej branży – Ten Square Games i Aidem Media. Gracze mają więc w czym wybierać, podobnie jak giełdowi inwestorzy. Ci ostatni, zwłaszcza cierpliwi, mogli na akcjach spółek gamingowych wykręcić w ostatnich latach zawrotne stopy zwrotu. Zobaczcie sami…

Pokaźne zyski z akcji dużych graczy
Najpierw weźmy pod lupę spółki notowane na GPW, a więc większe i bardziej płynne. Średnia stopa zwrotu z ich akcji, licząc od zamknięcia sesji w dniu debiutu do środy 18 kwietnia, wynosi 1500 proc. Rekordzista – 11 bit studios dał zarobić aż 6380 proc., co oznacza, że z tysiaka zainwestowanego  niecałe osiem lat temu (spółka zadebiutowała w październiku 2010 r.) zrobiłyby się prawie 64 tysiaki. Ponad 1000 proc. dały zarobić także CD Projekt i Vivid Games, a PlayWay 110 proc. Dodać należy, że ten ostatni jest jeszcze młodziakiem, bo jego giełdowy staż to niecałe 2 lata. Z całej szóstki pod kreską są Artifex Mundi i CI Games, odpowiednio -64 proc. i 20 proc. Porównując straty do zysków, można  powiedzieć, że wymiar kary jest sporo mniejszy od nagrody. To chyba dlatego wielu analityków rynkowych już od dłuższego czasu mówi, że to bańka spekulacyjna, na wzór amerykańskich dot-comów z końca lat 90-tych. Jak na złość jednak, bańka nie chcę pęknąć.

Jak weźmiemy pod lupę tylko ostatnie 12 miesięcy, to okazuje się, że na sześciu analizowanych tutaj spółkach można było średnio zarobić 10,3 proc. Dla porównania – indeks WIG wzrósł w tym samym czasie tylko o 2,3 proc. Uczciwie trzeba przyznać, że w tym krótszym ujęciu czasowym trafność wynosiła już 50 proc., bowiem trzy spółki zarobiły w ciągu ostatniego roku, a trzy straciły (patrz wykres). To jednak dowód na to, że następuje pewna rotacja potencjału i nie mamy do czynienia z nieprzerwanym, spekulacyjnie napędzanym wzrostem.

Nie chcę tutaj oczywiście wychwalać spółek gamingowych pod niebiosa i „naganiać” na ich akcje. Zwracam tylko uwagę, że branża cały czas rośnie w siłę i może stanowić ciekawą alternatywę inwestycyjną. Zwłaszcza, jak ktoś gra w gry wymienianych tutaj producentów. Pisałem kiedyś na łamach HiCash.pl, że najlepiej inwestować w to co znamy i w co wierzymy. Jeśli więc ktoś regularnie kupuje gry jakiegoś producenta, jest ich entuzjastą i potrafi ocenić profesjonalizm i potencjał deweloperów, to z pewnością łatwiej będzie mu nabyć akcje danej spółki i przede wszystkim trzymać je w portfelu w oczekiwaniu, że jakość produktu przełoży się na wyniki operacyjne i długoterminowy rozwój biznesu.

Warto w tym miejscu dodać, że w spółki gamingowe wierzą inwestorzy instytucjonalni, czyli towarzystwa funduszy i fundusze emerytalne. Świadczy o tym fakt, że w  akcjonariacie każdej z sześciu analizowanych wyżej spółek są TFI lub OFE mające co najmniej 4,5 proc. udziałów. Wśród tych instytucji są m.in. Nationale-Nederlanden, TFI PZU czy OFE Aviva BZ WBK. Nie wiem, czy zarządzający grają w gry i dlatego kupują akcje tych spółek, ale znani amerykańscy inwestorzy, jak np. William O’Neil, zwykli mawiać, że obecność instytucjonalnego gracza w akcjonariacie spółki to po prostu dobry sygnał. Jeden z wielu, ale dobry.

Mniejszy parkiet, większe ryzyko
To, że ktoś produkuje gry komputerowe czy mobilne nie oznacza od razu, że jego akcje to łakomy kąsek. O ile stopy zwrotu szóstki z GPW robią wrażenie, to jedenastka z NewConnect już taka atrakcyjna się nie wydaje. Nie licząc poniedziałkowego debiutanta – The Dust, średnia stopa zwrotu z akcji dziesięciu firm gamingowych notowanych na małym parkiecie (licząc od zamknięcia w dniu debiutu do środy 18 kwietnia) wynosi tylko 51 proc. Na dziesięć spółek sześć jest pod kreską, ze średnią stratą 48 proc. W tym gronie jest Macro Games, którego papiery potaniały od IPO aż o 97 proc. To oznacza, że gdybyśmy to tutaj ulokowali tysiaka, a nie w akcjach 11 bit studios, to teraz mielibyśmy na koncie 30 zł. Za jeden walor tej firmy trzeba teraz płacić 4 gr, co oznacza, że zmiana kursu o 1 gr przekłada się na 25-proc. zmianę na zainwestowanym kapitale. A mawiają, że to kryptowaluty i forex są prawdziwą jazdą bez trzymanki…

Przykład Macro Games jest oczywiście skrajny, ale niech będzie przestrogą dla wszystkich czytelników. Po ponad 50 proc. od debiutu straciły też Qubic Games i Huckelberry Games. Z kolei iFun4all jest 38 proc. w plecy, pomimo faktu, że w jego akcjonariacie ponad 5-proc. udziały mają TFI Quercus i TFI Trigon. Warto pamiętać, że na NewConnect trafiają firmy mniejsze, na wcześniejszym etapie rozwoju i z reguły o relatywnie niższej płynności notowań. To łącznie sprawia, że wyższe jest ryzyko inwestycyjne i wyższa potencjalna zmienność notowań. Często może się zdarzyć, że liczba ofert kupna i sprzedaży będzie tak mała, że nie będziemy mogli nabyć lub zbyć interesującej nas liczby akcji, a nawet najmniejsza transakcja będzie mocno wpływać na poziom rynkowego kursu. Jeśli więc w ogóle do giełdy podchodzicie bardzo ostrożnie i selektywnie, to do NewConnect róbcie to z dwa razy większym natężeniem.

Nieuczciwym byłoby jednak demonizowanie małego parkietu. Wracając do branży gier, oprócz wymienionych wyżej słabeuszy są tu również mocniejsze podmioty. Przykładem The Farm 51, który w sześć lat dał zarobić akcjonariuszom 268 proc. i zdobył zaufanie inwestorów instytucjonalnych – mBank i TFI Skarbiec mają po 4,5 proc. udziału w akcjonariacie. Z kolei ubiegłoroczny debiutant – Cherrypick Games zyskał w pięć miesięcy 34 proc. i ponad 5-proc. jego walorów ma TFI Altus. Podobną stopą zwrotu za ostatnie miesiące może pochwalić się także Blobber Team. Jak widać, jest w czym wybierać także na małym parkiecie. Niebawem łącznie na GPW i NewConnect będzie 19 reprezentantów branży, a nieoficjalnie mówi się o kolejnych planach upublicznienia firm z tego sektora. Chyba nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że powoli gry stają się naszym flagowym towarem narodowym. Już nawet nie tylko w sensie samych produktów, ale chociażby patrząc przez pryzmat e-sportu – katowickiego turnieju Intel Extreme Masters i świetnych drużyn. Warszawska giełda zaczęła to chyba powoli zauważać. Późno, ale jednak.

Pozytywny i nieco symboliczny wydźwięk ma fakt, że kilka tygodni temu producent Wiedźmina wszedł do indeksu WIG20 (kosztem Asseco Poland). Wskaźnik ten ma swoich szeregach 20 najbardziej płynnych i największych spółek na GPW. To coś w rodzaju giełdowej loży vipów. Wejście w te szeregi CD Projektu to lekki ukłon w stronę całej branży. Ja się cieszę, bo WIG20 zdominowany jest przez banki oraz spółki węglowe i paliwowe, a więc taką trochę „inwestycyjną konserwę”. Może firma braci Kicińskich przetrze szlaki innym spółkom, będzie takim klinem w tej zabetonowanej loży blue chips. Zastanawiam się tylko dlaczego giełda nie stworzyła jeszcze osobnego indeksu dla branży. WIG-gry byłby dobrym narzędziem do analizy i oceny kondycji sektora. Ktoś powie, że sześć to za mało spółek na osobny, sektorowy indeks? WIG-chemia ma w portfelu tylko pięć podmiotów i działa… Chyba nawozy azotowe w niczym nie ustępują grom komputerowym.

 
Categories

Tylko dla szybkich i wściekłych. Na te inwestycje lepiej uważać

Na koniec mojej krótkiej serii zostawiłem inwestycje obarczone bardzo wysokim poziomem ryzyka. Niektóre z nich są właściwie gwarancją straty wszystkich pieniędzy, na innych stracisz połowę, w przypadku kolejnych będziesz mówił o szczęściu pod warunkiem, że utrzymasz kapitał. Na rynkach, o których za chwilę, wygrywają nieliczni. Liczyć na to, że będziemy w tej grupie jest oznaką dużego optymizmu i wiary we własne szczęście.

Inwestycje w nieruchomości, do jakich namawiają nas deweloperzy, są jakimś sposobem na zarobek, ale mają za dużo wad. Pomysł jest genialny – wykładamy gotówkę, kupujemy małe mieszkanie i wynajmujemy je. Firm oferujących takie rozwiązanie jest mnóstwo, kuszą potencjalnych klientów zyskami na poziomie 10 proc. rocznie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znajdują chętnych. Owszem, w idealnie kulistym świecie byłoby to do zrobienia. Natomiast w rzeczywistości nasz biznesplan inwestycyjny wykłada się w momencie, w którym nie możemy przez pół roku znaleźć chętnego do wynajmu albo musimy po niechlujnym lokatorze przeprowadzić duży remont.

Na dodatek wielu inwestorów zdaje się zapominać, że horyzont czasowy  inwestycji w nieruchomość to jakieś 20-30 lat. To nie lokata w banku, z której pieniądze wyjmiemy od ręki. Mówimy o mieszkaniu, w którym zamrażamy kapitał na bardzo długo. Według badań przeprowadzonych na początku roku 2017 przez brokerów Metrohouse S.A. średni czas oczekiwania na sprzedaż mieszkania to 137 dni. I nie mamy gwarancji, że znajdziemy chętnego na zakup po cenie, która nas satysfakcjonuje.

Na tej inwestycji nie stracimy wkładu, bo nawet jeżeli wynajem nie wypali, zostajemy z mieszkaniem. Natomiast w przypadku skrajnie niekorzystnego splotu okoliczności, możemy być w plecy solidne kilkanaście a nawet kilkadziesiąt procent. Inwestujący w nieruchomości pod wynajem zdają się czasami nie pamiętać, że utrzymanie mieszkania kosztuje a pustostan z jakichś tajemniczych powodów niszczeje szybciej, niż lokal zamieszkały przez lokatorów. Raczej odradzam.

Jest wcale spora grupa drobnych inwestorów, którzy wierzą w to, że to akurat im wyjdzie na giełdzie. Przeczytałem dziesiątki historii polskich graczy, którzy startowali z takim przekonaniem. U każdego jak mantra powtarza się hasło „pierwszy portfel wyzerowałem”. Owszem, możemy wrzucić pieniądze w akcje spółek wchodzących w skład WIG20 i liczyć na to, że nie uderzy kolejny kryzys, ale ponadprzeciętnych zysków raczej się nie spodziewajmy.

Liczenie na to, że akurat nam uda się trafić na giełdzie fuksa, po którym będziemy pławić się w dostatku, jest naiwne. Żeby grać na giełdzie bardziej agresywnie i oczekiwać wyższych zysków, trzeba się znać na rzeczach. Nie do wszystkich to dociera i potem jest płacz, szok i niedowierzanie. Ludzie stosują przeróżne taktyki, niektóre nawet by się nadawały, gdyby tylko dotyczyły szansownych spółek. We wspomnieniach amatorów (tych, którzy zgodzili się opowiedzieć o swoich porażkach) bardzo często przewija się motyw grania na niskie kursy akcji. Ale nie granie na spadek, tylko kupowanie akcji firmy w momencie, w którym ta znajduje się w historycznie najniższym kursie.

Ludzie wierzą, że skoro jest najtaniej i kurs akcji ustabilizował się na tych minimach, teraz musi się odbić. Otóż wcale nie musi, tak samo, jak szesnastokrotne wypadnięcie na rulecie koloru czarnego nie oznacza, że następnym razem już koniecznie musi paść na czerwone. Takie myślenie najlepiej podsumował Dostojewski w „Graczu”: Rozumie się, wszyscy natychmiast porzucają czerwone już po dziesięciu razach, i prawie nikt nie decyduje się na nie stawiać. (…) Doświadczony gracz wie, co znaczy ten „upór przypadku”. Na przykład zdawałoby się, że po szesnastu razach czerwonego, siedemnaste uderzenie wypadnie z pewnością na czarne. Tłumnie rzucają się na to nowicjusze, podwajając i potrajając stawki, i strasznie się zgrywają.”

Przyjmijmy, że jesteśmy nowicjuszami a giełda to taka ruletka, wtedy łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że na fuksa nie ma co liczyć. Zamiast tego trzeba siąść do uczenia się giełdy. Wtedy jest szansa, że po roku zacznie bardziej ona przypominać szachy lub brydża, gdzie liczy się nie tylko przypadek.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie szatański wynalazek.

Od kilku lat falami uderzają w nas reklamy opcji binarnych, stuprocentowo pewnych i sprawdzonych platform i aplikacji tradingowych albo niebywałych okazji zarobkowych na największej giełdzie świata. Pewnie znacie Krzyśka, kierowcę taksówki, który odkrył cudowny sposób, dzięki któremu zarabia 800 euro dziennie, poświęcając na to godzinę. Pod tymi chwytnymi hasłami kryje się Forex, czyli giełda walutowa. Mógłbym pisać długo i namiętnie o ryzyku związanym zarówno z samą grą na Forexie, jak i z pokusą wykorzystania dźwigni, dzięki której nasze zyski poszybują w kosmos. Zamiast tego zdradzę wam tajemnicę.

Jeżeli nie jesteście doświadczonym zawodnikiem, który Forexowi poświęca cały wolny czas, to jedyną skuteczniejszą metodą stracenia kasy od gry na tej giełdzie, jest wrzucenie pieniędzy do ogniska. Na Forexie wygrywają jedynie rekiny.

O inwestycjach w niepewne biznesy mówiłem i powtórzę to jeszcze raz. Jeżeli ktoś obiecuje wam szybki i wysoki zysk, oznacza to, że albo was oszuka albo oszwabi. Trzeciego wyjścia nie ma. Dlatego ostrzegam po raz kolejny przed napalaniem się na geniuszy rynków, którzy obiecują inwestycje w złoto, platynę, diamenty, odpady (tak, są też tacy) czy dzieła sztuki. Nie liczmy na to, że po pół roku będziemy się wachlować pieniędzmi, zostaną nam co najwyżej bezwartościowe „certyfikaty udziału”.

 
Categories

Dom za 1 euro w słonecznej Hiszpanii, zamek we Włoszech? Oferty za jeden uśmiech. Szczerbaty

Czy chcielibyście kupić posiadłość w Hiszpanii za 1 euro? A może zabytkowy, kamienny dom na Sardynii? Coś bliżej? Półtorej godziny jazdy samochodem od Rzymu wystarczy? W ostateczności coś w północnej Francji, na dalekich przedmieściach Lille. Dla ludzi działających z rozmachem, jest do wzięcia ponad 200 włoskich zamków. Marzenia na wyciągnięcie ręki, będzie tylko drożeć, kto teraz nie kupi, będzie żałował. Zmień swoje życie za jedno euro – tyle mówi reklama. A jak jest naprawdę? Sprawdzam.

Jeżeli oferta jest zbyt piękna, by mogła być prawdziwa, jest prawdopodobnie oszustwem. W tym przypadku oszustwo to zbyt mocne słowo, bo kwota jednego euro ma przyciągnąć uwagę ludzi. Gdy to się uda, pojawiają się warunki dodatkowe i pewne niedogodności, o czym za chwilę.

Dom za euro? Jest kilka “ale”
Niektóre rejony Europy Zachodniej borykają się z narastającym problemem wyludniania się wsi i mniejszych miast. Młodych nic w takich miejscach nie trzyma, wolą szukać pracy w mieście. Starsi wymierają. Nie ma komu mieszkać w pustostanach, dlatego władze kilku włoskich miast m.in. Ollolai, Patrica, Carrega Ligure czy Gangi, postanowiły zaoferować nabywcom domy za 1 euro. W ślad za nimi poszli Francuzi i Hiszpanie. Jednak we wszystkich ofertach jest haczyk. A właściwie cały kłąb haczyków.

Wspomniane we wstępie dalekie przedmieścia Lille to w rzeczywistości miasto Roubaix, borykające się ostatnimi laty z biedą, wyludnieniem, bezrobociem, narkotykami i przestępczością. Domy za euro są mocno zniszczone, więc w remont trzeba zainwestować około 100 tys. złotych i trzeba go skończyć przed upływem roku. W trakcie prac w domu nie można mieszkać, potem trzeba w nim pozostać przez kilka lat, koniecznie z rodziną. A na koniec okazuje się, że dużo taniej wychodzi kupić sobie w tym miejscu mieszkanie, które nie jest w ofercie jednoeurowej, ale nie wymaga kosztownej renowacji.

Pozostałe propozycje obwarowane są podobnymi klauzulami. W każdym przypadku trzeba ponieść koszty renowacji, restauracji, remontu a czasami wręcz odbudowy domu. Biorąc pod uwagę konieczność walki z nieznaną nam formą biurokracji, od razu musimy powiększyć budżet o miejscowego prawnika. Będzie nam też potrzebny dobry tłumacz, który objaśni nam wszelkie umowy. Sam remont to koszt od osiemdziesięciu tysięcy złotych wzwyż. Wszystko to w miejscach, które niekoniecznie są lokalizacjami naszych marzeń, a ich jedyną zaletą jest to, że leżą poza granicami Polski.

Jasne, jeżeli trafimy na interesującą miejscówkę w zabytkowym mieście albo znajdziemy coś nietypowego, po zainwestowaniu możemy nawet potroić wartość nieruchomości. Tylko nie jestem do końca przekonany że odrestaurowany dom na hiszpańskim zadupiu będzie aż tak atrakcyjny dla potencjalnego nabywcy, że tę trzykrotność zobaczymy na oczy. Zresztą podpisując umowę, z reguły deklarujemy, że przez kilka lat będziemy w danym miejscu mieszkać. Ergo – nasze potencjalnie inwestycyjne domy są przez chwilę niesprzedawalne.

No dobra, to kto w końcu inwestuje w te domy? Bo ktoś jednak się na nie decyduje, w Ollolai wyprzedały się do połowy lutego b.r.  Według mnie są to albo mieszkańcy sąsiednich większych miast, którzy w takich domach mogą sobie zrobić letniskową daczę (i tak pewnie nikt nie będzie sprawdzał, czy faktycznie w tym domu mieszkają), albo milionerzy, którzy inwestują duże pieniądze w przebudowę i otwierają w takich miejscach luksusowe hotele, spa i miejsca wypoczynku. Taka inwestycja to żyła złota dla całego miasta. Dlatego pewnie nikt nie będzie zbyt restrykcyjnie egzekwował regulaminów.

Co więc zostaje dla nas, biednych Polaków? Na przykład program „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia – Turystyka”. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju dało pieniądze, przewidziany budżet wynosi 200 mln złotych. BGK realizujący wspomniany projekt, rozda je mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom, działającym w branży turystycznej i okołoturystycznej. Teraz najlepsze – wsparcie udzielane będzie na obszarze makroregionu, w skład którego wchodzą województwa tzw. Ściany wschodniej. Dzięki temu wszyscy mamy szanse na realizację marzenia, któremu każdemu pracownikowi korporacji przynajmniej raz w życiu przemknęło przez głowę.

Może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Teraz możecie to zrobić za pieniądze państwa.