Categories

Wymiotujący wielbłąd kluczem do inwestycyjnego sukcesu?

Patrzycie czasem na chmury i wydaje wam się, że układają się w znajome kształty – twarze, przedmioty, rośliny etc.? Podobne rzeczy dzieją się na wykresach cen akcji. Analitycy dostrzegają na nich różne kształty, od tytułowego garbatego ssaka po porzucone dzieci. Owe kształty to tzw. formacje. Co najlepsze – niektóre z nich mają czasem moc prognostyczną.

Zanim opiszę kilka intrygujących formacji cenowych, chciałbym na wstępie wytłumaczyć skąd one się w ogóle wzięły. Otóż jedną z najbardziej popularnych metod analitycznych na rynkach finansowych jest analiza techniczna. Jest to narzędzie statystyczne, za pomocą którego interpretuje się zmiany cen na wykresach. Nie liczy się tutaj kondycja finansowa spółki, tylko to, jak zachowuje się kurs jej akcji. \=

Przykładowo, analizuje się zakres wahań kursu w danym okresie, czyli zmienność. Ta ostatnia jest często traktowana jako miara ryzyka, dzięki czemu można na jej podstawie ustawić zlecenia kupna i sprzedaży oraz dobrać optymalną wielkość kapitału do pojedynczej transakcji. W arsenale analizy technicznej jest cała masa wskaźników statystycznych, od prostych średnich kroczących (uśrednienie cen z danego okresu) po skomplikowane oscylatory uwzględniające zmiany cen i obrotu. Wśród techników są m. in. fani włoskiego matematyka – Fibonacciego, którzy patrzą na wykres cen przez pryzmat słynnych proporcji liczbowych. Są też jednak tacy, którzy wykresy analizują tylko na podstawie formacji, a więc tych dziwnych kształtów, w które układają się notowania.

W podejściu tym wychodzi się z założenia, że jeśli jakaś formacja poprzedzała w przeszłości określoną zmianę kursu akcji, to jej kolejne pojawienie się będzie zwiastunem takiego samego zachowania. To taka naczelna zasada techników, mówiąca po prostu, że historia lubi się powtarzać. I choć temu podejściu akurat najdalej do naukowego uzasadnienia, to właśnie ono jest najbardziej popularnym segmentem analizy technicznej. Sprzyja mu barwne nazewnictwo, łatwość stosowania i spory subiektywizm podczas identyfikacji kształtu. Ponadto poszukiwanie różnych schematów w mocno losowym zbiorze danych jest naszą głęboko zakorzenioną przypadłością.

– Poszukiwanie schematu w przypadkowych danych jest podstawową funkcją naszego mózgu – tak podstawową, że nie musielibyśmy się ograniczać do nazwy homo sapiens, czyli “człowiek rozumny”; bez obaw moglibyśmy nazwać się homo formapetens, czyli “człowiek poszukujący schematów”. Chociaż większość zwierząt wykazuje zdolność do identyfikacji schematów, człowiek jest pod tym względem wyjątkowo uparty i zdeterminowany – pisał w książce “Twój mózg, twoje pieniądze” Jason Zweig. W skrajnej postaci ten upór w porządkowaniu chaosu może skutkować rysowaniem tytułowych wielbłądów na wykresach giełdowych. Trudno ocenić jaka jest realna, prognostyczna wartość tego typu tworów, ale jedno jest pewne – mają one sporą wartość rozrywkową.

Ekwilibrystka analityka
Wymiotujący wielbłąd to formacja całkiem nowa i stworzona zupełnie dla jaj. Kilka lat temu taki żart zrobiła sobie dziennikarka Financial Times – Katie Martin. Rysowała na różnych wykresach wielbłądy i umieszczała je na swoim profilu na Twitterze. Formacja ta miała zwiastować spadki cen.

Drwinę wiele osób potraktowało poważnie – wielbłąd na wykresie złota był pokazywany w telewizji CNBC , a kilka miesięcy temu wielu fanów kryptowalut rozpoznało go na wykresie kursu bitcoina. Mało tego dziennikarka była w mediach podpisywana jako szefowa Vomiting Camel Asset Management. Żart trochę wymknął się spod kontroli, a jego twórczyni pisała w jednym z artykułów, że osobom stosującym wielbłąda w swoich inwestycyjnych poczynaniach życzy dużo szczęścia, bo na pewno będzie im potrzebne.

Podejrzewam, że wymiotujący wielbłąd pani Martin na długo wejdzie do kanonu analitycznych, giełdowych żartów i zajmie miejsce obok m. in. spadających noży, odbić zdechłego kota czy słynnych batmanów. Pierwszego określenia używa się w odniesieniu do mocno spadających cen akcji. Najlepiej zobaczyć taką sytuację na aktualnym wykresie firmy GetBack (na przykład tu ). Drugi zwrot odnosi się do gwałtownych, spekulacyjnych odbić notowań, występujących po równie gwałtownych zniżkach. Sprawcami takiego odbicia są zazwyczaj ci, którzy próbują łapać spadający nóż. Komiksowego bohatera natomiast rysuje się na wykresach wtedy, gdy lokalne szczyty cenowe układają się podobnie do kształtu jego maski, jak na przykład na wykresie firmy Alcoa.

Z ciekawostek tego typu przypominam sobie wesołą twórczość Jacka Borawskiego, analityka technicznego Domu Maklerskiego BPS, który kilka lat temu wykres producenta insuliny – Biotonu, przerobił na Dom Kultury „Bioton”. Takich analitycznych heheszków nie brakuje, ale raczej mało kto traktuje je poważnie. Obok nich istnieje jednak cała gama formacji, które wprawdzie mają dosyć wesołe i oryginalne nazwy, ale w praktyce są często uwzględniane w poważnych analizach, a wiele aplikacji analitycznych umożliwia ich automatyczną identyfikację. Najbogatszym arsenałem zdecydowanie dysponują Japończycy.

Świecowa poezja
Analiza techniczna w Kraju Kwitnącej Wiśni opiera się na wykresach świecowych, czyli zamiast tradycyjnej linii łączącej ceny zamknięcia, mamy małe prostokąty (tzw. korpusy), ciemne lub jasne, które u dołu i u góry mają wypustki. Wielkość korpusu pokazuje zakres wahań. Jasny kolor oznacza wzrost, ciemny spadek, górny knot to cena maksymalna, a dolny minimalna. Jedna świeca reprezentuje zazwyczaj jedną sesję. W zależności od tego, jak zachowuje się cena podczas sesji, świeca może przyjmować różne kształty. Dlatego też nadano im różne nazwy, w tym m. in. wisielec i młot (mały korpus, długi dolny knot), spadająca gwiazda (mały korpus, długi górny knot), nagrobek doji (cena zamknięcia równa cenie otwarcia, a więc świeca ma poziomą kreskę zamiast korpusu i długi górny knot). Najciekawsze są jednak nazwy układów kilku świec. Na przykład dwie świece z dużymi korpusami o różnych kolorach to zasłona ciemnej chmury, trzy białe lub trzy czarne świece z rzędu to biali żołnierze lub czarne kruki. Istnieje też formacja porzuconego dziecka, czyli mała świeczka, wyraźnie oddalona od dwóch sąsiednich.

Bogate i barwne nazewnictwo sprawia, że analityczne komentarze mają w sobie nutkę poezji, a giełdowy laik może doszukiwać się tam ukrytych znaczeń i drugich den. Wszystkie te formacje mają jednak swoje osobne, konkretne interpretacje i w zależności od tego, w jakiej fazie trendu się pojawią, zwiastują spadek lub wzrost ceny. Oprócz świec Japończycy bardzo chętnie korzystają ze wspomnianych wcześniej średnich kroczących i również mają bardzo oryginalne nazwy dla ich wzajemnych układów. Gdy średnia liczona dla mniejszej liczby sesji przecina od dołu tą liczoną dla większej liczby sesji, to mówimy o tzw. formacji złotego krzyża, która zapowiada zwyżki. Gdy przecięcie następuję w przeciwnym kierunku, to mówimy o krzyżu śmierci, który – jak łatwo się domyślić – zapowiada spadki.

Gdzie ta głowa i ramiona?
Zachodnia szkoła analizy technicznej także ma w swoim arsenale ciekawe formacje cenowe. Najpopularniejszą jest głowa z ramionami, czyli trzy sąsiadujące ze sobą szczyty, przy czym te po bokach (ramiona) są położone niżej od środkowego (głowa), a linia łącząca ich podstawy to tak zwana linia szyi. Taki człekokształt na wykresie to zwiastun spadków, a jego odwrócona wersja jest zapowiedzią zwyżek. Gdy zajrzycie do leksykonu formacji to dojdziecie pewnie do wniosku, że analitycy techniczni inspiracji szukali w przeróżnych dziedzinach i miejscach.

Występowanie na wykresach prostokątów, trójkątów i kwadratów to nie efekt zamiłowania do piosenek Dawida Podsiadły, ale zapożyczenia z geometrii płaskiej. Widać też inspiracje kuchenne, bowiem na wykresach giełdowych spotkamy spodki, filiżanki z uchem lub bez ucha, a czasem nawet fajki. Lista różnych schematów jest naprawdę długa, a próba ich usystematyzowania wymaga nie lada wysiłku. Podejmował go m.in. Thomas N. Bulkowski,  amerykański inwestor, autor książki „Analiza formacji na wykresach giełdowych”.

Warto w tym miejscu dodać, że i Polacy mają swój spory wkład w koloryt giełdowych technikaliów. Otóż w 2010 r. analityk Paweł Suchomski wydał książkę „Cykle planetarne na giełdzie”. Był to jedyny spec zajmujący się w naszym kraju astrologią finansową, czyli badaniem zależności między położeniem planet, a zmianami kursów akcji. Z jego analiz wynikało, że pojawianie się punktów zwrotnych na wykresach giełdowych indeksów jest mocno skorelowane na przykład z ułożeniem Jowisza i Słońca względem Ziemi.

Kto się śmieje, ten się śmieje
Opisywane wyżej analityczne formacje w pierwszej reakcji wywołują raczej szyderczy uśmiech niż naukową zadumę. Trzeba jednak pamiętać, że w strategii inwestycyjnej nie liczy się jej akademickie zaplecze, ale to, czy daje ona zarobić. Dlatego wielu inwestorów wykorzystuje te narzędzia w bardzo dochodowy sposób. Przeprowadzają bowiem badania statystyczne na danych historycznych i sprawdzają, jaka jest skuteczność poszczególnych sygnałów w danym okresie. Jeśli udaje się uzyskać statystyczną przewagę nad rynkiem (trafność i relacja zysku do straty dają dodatnią wartość oczekiwaną), to można z takich sygnałów zbudować strategię inwestycyjną. Tak robił chociażby znany amerykański analityk Richard Donchian, fan średnich kroczących.

– Użytkownicy systemu Donchiana osiągali regularnie znaczące zyski w latach siedemdziesiątych, ale ten sam system przynosił poważne straty w drugiej połowie następnej dekady, gdy trendy nie były już tak zdecydowane – pisze w książce „Komputerowa analiza rynków terminowych” Charles LeBeau. Z kolei wspomniany Bulkowski przeanalizował na potrzeby swojej publikacji setki wykresów i na tej podstawie opracował ranking skuteczności poszczególnych formacji.

Podobnie żmudną pracę wykonywał Suchomski – nie szukał powiązań przyczynowo skutkowych między ruchem planet a ruchem kursów, tylko korelacji między tymi zmiennymi. Gdy okazywały się one zadziwiająco wysokie, to mógł wykorzystywać to w swoich modelach inwestycyjnych.

Znalezienie takich statystycznych anomalii na wykresach to trochę tak, jakbyśmy w kasynie znaleźli wybrakowane koło ruletki, w którym kulka z większym prawdopodobieństwem wypada w jednym fragmencie koła. Dopóki właściciel nie naprawi mechanizmu, dopóty możliwe będzie skubanie kasyna na kasie. Podobnie jest na giełdzie. Jeśli tytułowy wielbłąd stanie się bardzo popularną formacją i wiele osób uwierzy w jego sprawczą moc, to stanie się on na jakiś czas samospełniającą się przepowiednią. Wtedy zamiast się śmiać, lepiej będzie zagrać pod garbatego ssaka i zarobić.

 
Categories

Amerykański koszmar. Milenialsi nie chcą własnego „m” (ani mieszkania, ani małżonka)

Jeżeli miałbym zdefiniować elementy składające się na „american dream”, byłoby to małżeństwo, dwójka dzieci, dobra praca, samochód i dom z ogrodem na przedmieściach. Plus oczywiście powrót do wieku niewinności, który Amerykanie utracili w wyniku wojny wietnamskiej, ale to się nie uda. Milenialsi dokonują brutalnego zamachu na wszystkie filary i godzą w podstawy amerykańskiego stylu życia. Wstyd!

W czwartym kwartale roku 2017 własne mieszkanie/dom posiadało 64,2 proc. Amerykanów. Jednocześnie wśród ludzi poniżej 35 r.ż. ten odsetek wyniósł zaledwie 36 proc. Dla odmiany wśród seniorów mających powyżej 65 lat jest to aż 79 proc.

Podaję te wszystkie nudne liczby, żeby łatwiej było zrozumieć co się dzieje. Starzy Amerykanie mają domy. Młodzi Amerykanie nie. Co robią młodzi? Kolejną rewolucję. Część z nich oczywiście wynajmuje własny kąt i odsetek wolnych lokali pod wynajem jest bardzo silnie skorelowany z odsetkiem ludzi posiadających domy. Ale jednocześnie dzieje się rzecz dziwna i wcześniej w takiej skali niespotykana – młodzi zaczęli wracać do gniazda. Niektórzy nawet go nie opuszczają.

Obecnie aż 32 proc. ludzi w wieku 18-34 żyje w domu rodzinnym. Ostatni raz podobna rzecz zdarzyła się w 1940 roku, gdy USA było w przededniu wojny. Jednocześnie odsetek osób żyjących ze współmałżonkiem lub partnerem jest najniższy w historii i wynosi 32 proc. Sytuacja jak we Włoszech lub Hiszpanii.

Milenialsi nie są przeciwni ani kupowaniu domów, ani instytucji małżeństwa. Na drodze do tych celów staje im jednak codzienność i brak pieniędzy. Miejsca pracy obsadzili ludzie z pokolenia 35+ wśród których bezrobocie wynosi około 3 proc., podczas gdy w grupie 25-34 lata jest to 4,2 proc.

Prawdziwa bomba kryje się w niepozornym wskaźniku, nazwanym underemployment. W USA oznacza on pracę, która nie wymaga ukończonych studiów, czyli taką w której ponad połowa osób nie ma przynajmniej licencjatu. Otóż taką pracę wykonuje w Stanach Zjednoczonych 43 proc. świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni.

Wisienką na tym torcie jest rekordowy poziom zobowiązań wynikających z kredytów studenckich, o czym kilkukrotnie w innych tekstach wspominałem. Młodzi ludzie wchodzą w życie zadłużeni, idą do niskopłatnej pracy, z której nie utrzymaliby się, gdyby nie wrócili do rodzinnego domu. Ameryka to rzeczywiście kraj wielkich możliwości.

Milenialsi mają oczywiście ambicje kupienia własnego domu, bo kto chciałby mieszkać w wieku 30 lat z rodzicami? Niestety, banki nie mają ofert dostosowanych do ich McPracy. Nawet gdyby miały, młodzi ludzie nie mają oszczędności wymaganych jako wkład własny przy zakupie mieszkania. Ostatnim gwoździem do trumny są rosnące ceny nieruchomości. Na przykład w 20 największych metropoliach Ameryki osiągnęły poziom niewiele niższy od tego sprzed kryzysu.

Ach, byłbym zapomniał. Jednocześnie w kosmos wystrzeliły ceny najmu, bo tak działa wolny rynek.

Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Nie ma pieniędzy, nie ma kredytu. Nie ma kredytu, nie ma mieszkania. Nie ma mieszkania, nie ma małżonka. Z amerykańskiego snu nie zostało nic, wszystkiemu winni milenialsi.

A co u nas?

Badania zlecają różne instytucje, wyniki nieco się różnią, ale nie aż tak, żeby nie dało stworzyć się syntetycznego portretu milenialsów. Ponad połowa mieszka nadal z rodzicami. Ponad 40 proc. rodziców przyznaje się do udzielania dorosłym dzieciom pomocy finansowej. Robota słaba, własny kąt drogi, bank nie da kredytu a wynajem to wyrzucanie pieniędzy w błoto. A zatem wprowadźmy się do rodziców!

I efekt jest taki, że w samodzielnym mieszkaniu żyje 35 proc. ludzi do 35 roku życia. Związki małżeńskie zawieramy w okolicach trzydziestki, o pięć lat później niż w latach 90-tych. Tym razem udało nam się Amerykę nie tylko dogonić, ale nawet trochę przegonić. Brawo my!

 

 
Categories

Wielcy mistrzowie vs. sztuka młodych. Czy stać nas na inwestowanie w sztukę?

Rynek sztuki ma się podobno coraz lepiej. Sprzedaż dzieł w Polsce w zeszłym roku wzrosła o 28%, padły też dwa rekordy. Pierwszym był obraz „Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego” (3,7 mln zł), kolejnym, pastel „Macierzyństwo” (4,3 mln zł). Świetnie mają się obrazy wielkich mistrzów. A co ze sztuką  młodych? Czy warto w nią inwestować?

Według raportu dóbr luksusowych za zeszły rok, 27% bogatych Polaków inwestuje w sztukę. Bogaty Polak jest jednak dość konserwatywny, bo 84% z tych inwestycji to obrazy, 4% rzeźba, grafika i rysunek, a 2% to fotografia i ceramika. Najchętniej kupuje sztukę dawną, polskiego pochodzenia i sprawdzonego nazwiska. Dlaczego? Bo to pewna inwestycja. Malczewskiego ani Matejki już raczej nie przybędzie, chyba, że ktoś odnajdzie go w zapomnianej piwnicy lub odzyska dzieło utracone w czasie wojny. Niezależnie od tego, ich wartość wciąż będzie rosła.

Coraz mocniej stoi też sztuka współczesna. W zeszłym roku w pierwszej dziesiątce transakcji aukcyjnych znalazły się dzieła Magdaleny Abakanowicz i Wojciecha Fangora. Warto przypomnieć, że sztukę współczesną datujemy od końca II Wojny Światowej, a wymienione prace to obrazy i rzeźby pochodzące z lat 50 i 70., więc trudno mówić o odważnych decyzjach inwestycyjnych.  

W zeszłym roku padł jeszcze jeden ważny rekord – aż 105 aukcji młodej sztuki. Używając określenia „młodej sztuki”, mówimy o dziełach studentów lub absolwentów szkół artystycznych bez dużego dorobku i „nazwiska”. Oprócz tradycyjnych technik częstymi środkami wyrazu młodych jest fotografia, grafika, wideo i performance. Dużą wartością ich sztuki jest zdolność do komentowania świata przy pomocy najbardziej aktualnych i naturalnych dla nas nośników. Jest więc duża szansa, że ją zrozumiemy. Jeśli nie należymy do bogaczy, warto wspomnieć o jeszcze jednej ogromnej zalecie – przystępnych cenach. Prace młodych artystów możemy kupić od kilkudziesięciu złotych do kilkudziesięciu tysięcy i to w miejscach innych niż tradycyjne domy aukcyjne.

Na rynku znajdziemy coraz więcej oddolnych akcji, takich jak Targowisko Sztuki, które od dziesięciu lat działa w Arkadach Kubickiego. Jak mówi jego organizatorka i artystka Dorota Godhlewska, „plusem i zarazem minusem miejsc takich jak Targowisko sztuki jest brak galerii. Nikt nie powie nam, czy to co chcemy kupić jest dobre, więc wybrać trzeba samemu. Ale galeria to też minimum stuprocentowy narzut. Omijając ją, więcej zarabia artysta, więcej też zostaje w kieszeni klienta”.

Czym więc kierować się wybierając sztukę młodych? Nawet jeśli o kupnie dzieła myślimy wyłącznie w kategoriach inwestycji, najlepiej kierować się intuicją i wybierać to, co nam się podoba. Dobrze jest też mieć też wiedzę na temat rynku sztuki, śledzić konkursy, galerie i wystawy, które się liczą. Wiedzieć w którą stronę idzie obecnie sztuka i jakie są trendy. Dobrym przykładem może tu być plakat, który w ostatnich latach staje się coraz bardziej modny. Dzięki temu od razu umiemy ocenić czy ktoś ma warsztat, czy ma swój określony styl i świeże spojrzenie” – wyjaśnia Godhlewska.

Jeśli mamy wyczucie, jest duża szansa, że artysta, którego prace kupiliśmy za niewielkie pieniądze, zyska uznanie, a ceny jego prac pójdą w górę. “Mam taki obraz, który kupiłam kiedyś na allegro, a teraz ta artystka stała się rozpoznawalna i jego wartość wzrosła. To duża satysfakcja” – wspomina organizatorka Targowiska Sztuki. Taki sposób inwestowania w sztukę jest coraz bardziej popularny wśród młodych, którzy się bogacą. Zakup dzieła często towarzyszy urządzaniu mieszkania, któremu chcą nadać indywidualny charakter.


Na tym tle sztuka wideo i performance wypada raczej blado. Zdaniem Godhlewskiej, tego typu nośniki to bardziej budowanie historii twórcy niż rynku. Sprzedają się rzeczy namacalne i tradycyjne. W przypadku wideo, bardzo ciężko jest zatrzymać oryginał dzieła. Kiedyś podobnie myślano o grafice, której nie uznawano sztukę, właśnie przez to, że można ją było powielać. W takich dziełach treścią jest wykonana praca. Sam nośnik nie ma żadnej wartości. A skoro go nie widać, trudno jest poczuć, że się go ma”.  

Choć trudno liczyć na zmianę w myśleniu o kolekcjonowaniu, coraz łatwiej jest znaleźć alternatywne miejsca i sposoby sprzedaży sztuki. Dorota Godhlewska przyznaje, że dla niektórych Targowisko jest jedynie miejscem rozdawania wizytówek i początku rozmowy o dziele, którego finalizacja dzieje się już w Internecie. Ludzie nie boją się kupić przedmiotu, który jest dobrze sfotografowany i opisany.  Duży potencjał w przeniesieniu transakcji do sieci to po raz kolejny szansa na ominięcie dużych narzutów galerii.

Ciekawym przykładem inwestycji w sztukę o niskim poziomie ryzyka może być internetowa galeria Maecenas”. Głównym celem nowej platformy jest stworzenie internetowego rynku, na którym miłośnicy sztuki mogą kupić udziały w słynnych obrazach. Wszystko odbywa się za pośrednictwem zdecentralizowanej platformy opartej na systemie blockchain. Taki sposób myślenia o sprzedaży dzieł po raz kolejny otwiera drogę dla małych inwestorów, którzy do tej pory byli wykluczeni z wielkiego rynku sztuki.

Rynek sztuki staje się więc coraz bardziej otwarty. Na młodych artystów, nowe formy sprzedaży i przede wszystkim – na nas.

 

 

 
Categories

Tylko dla szybkich i wściekłych. Na te inwestycje lepiej uważać

Na koniec mojej krótkiej serii zostawiłem inwestycje obarczone bardzo wysokim poziomem ryzyka. Niektóre z nich są właściwie gwarancją straty wszystkich pieniędzy, na innych stracisz połowę, w przypadku kolejnych będziesz mówił o szczęściu pod warunkiem, że utrzymasz kapitał. Na rynkach, o których za chwilę, wygrywają nieliczni. Liczyć na to, że będziemy w tej grupie jest oznaką dużego optymizmu i wiary we własne szczęście.

Inwestycje w nieruchomości, do jakich namawiają nas deweloperzy, są jakimś sposobem na zarobek, ale mają za dużo wad. Pomysł jest genialny – wykładamy gotówkę, kupujemy małe mieszkanie i wynajmujemy je. Firm oferujących takie rozwiązanie jest mnóstwo, kuszą potencjalnych klientów zyskami na poziomie 10 proc. rocznie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znajdują chętnych. Owszem, w idealnie kulistym świecie byłoby to do zrobienia. Natomiast w rzeczywistości nasz biznesplan inwestycyjny wykłada się w momencie, w którym nie możemy przez pół roku znaleźć chętnego do wynajmu albo musimy po niechlujnym lokatorze przeprowadzić duży remont.

Na dodatek wielu inwestorów zdaje się zapominać, że horyzont czasowy  inwestycji w nieruchomość to jakieś 20-30 lat. To nie lokata w banku, z której pieniądze wyjmiemy od ręki. Mówimy o mieszkaniu, w którym zamrażamy kapitał na bardzo długo. Według badań przeprowadzonych na początku roku 2017 przez brokerów Metrohouse S.A. średni czas oczekiwania na sprzedaż mieszkania to 137 dni. I nie mamy gwarancji, że znajdziemy chętnego na zakup po cenie, która nas satysfakcjonuje.

Na tej inwestycji nie stracimy wkładu, bo nawet jeżeli wynajem nie wypali, zostajemy z mieszkaniem. Natomiast w przypadku skrajnie niekorzystnego splotu okoliczności, możemy być w plecy solidne kilkanaście a nawet kilkadziesiąt procent. Inwestujący w nieruchomości pod wynajem zdają się czasami nie pamiętać, że utrzymanie mieszkania kosztuje a pustostan z jakichś tajemniczych powodów niszczeje szybciej, niż lokal zamieszkały przez lokatorów. Raczej odradzam.

Jest wcale spora grupa drobnych inwestorów, którzy wierzą w to, że to akurat im wyjdzie na giełdzie. Przeczytałem dziesiątki historii polskich graczy, którzy startowali z takim przekonaniem. U każdego jak mantra powtarza się hasło „pierwszy portfel wyzerowałem”. Owszem, możemy wrzucić pieniądze w akcje spółek wchodzących w skład WIG20 i liczyć na to, że nie uderzy kolejny kryzys, ale ponadprzeciętnych zysków raczej się nie spodziewajmy.

Liczenie na to, że akurat nam uda się trafić na giełdzie fuksa, po którym będziemy pławić się w dostatku, jest naiwne. Żeby grać na giełdzie bardziej agresywnie i oczekiwać wyższych zysków, trzeba się znać na rzeczach. Nie do wszystkich to dociera i potem jest płacz, szok i niedowierzanie. Ludzie stosują przeróżne taktyki, niektóre nawet by się nadawały, gdyby tylko dotyczyły szansownych spółek. We wspomnieniach amatorów (tych, którzy zgodzili się opowiedzieć o swoich porażkach) bardzo często przewija się motyw grania na niskie kursy akcji. Ale nie granie na spadek, tylko kupowanie akcji firmy w momencie, w którym ta znajduje się w historycznie najniższym kursie.

Ludzie wierzą, że skoro jest najtaniej i kurs akcji ustabilizował się na tych minimach, teraz musi się odbić. Otóż wcale nie musi, tak samo, jak szesnastokrotne wypadnięcie na rulecie koloru czarnego nie oznacza, że następnym razem już koniecznie musi paść na czerwone. Takie myślenie najlepiej podsumował Dostojewski w „Graczu”: Rozumie się, wszyscy natychmiast porzucają czerwone już po dziesięciu razach, i prawie nikt nie decyduje się na nie stawiać. (…) Doświadczony gracz wie, co znaczy ten „upór przypadku”. Na przykład zdawałoby się, że po szesnastu razach czerwonego, siedemnaste uderzenie wypadnie z pewnością na czarne. Tłumnie rzucają się na to nowicjusze, podwajając i potrajając stawki, i strasznie się zgrywają.”

Przyjmijmy, że jesteśmy nowicjuszami a giełda to taka ruletka, wtedy łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że na fuksa nie ma co liczyć. Zamiast tego trzeba siąść do uczenia się giełdy. Wtedy jest szansa, że po roku zacznie bardziej ona przypominać szachy lub brydża, gdzie liczy się nie tylko przypadek.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie szatański wynalazek.

Od kilku lat falami uderzają w nas reklamy opcji binarnych, stuprocentowo pewnych i sprawdzonych platform i aplikacji tradingowych albo niebywałych okazji zarobkowych na największej giełdzie świata. Pewnie znacie Krzyśka, kierowcę taksówki, który odkrył cudowny sposób, dzięki któremu zarabia 800 euro dziennie, poświęcając na to godzinę. Pod tymi chwytnymi hasłami kryje się Forex, czyli giełda walutowa. Mógłbym pisać długo i namiętnie o ryzyku związanym zarówno z samą grą na Forexie, jak i z pokusą wykorzystania dźwigni, dzięki której nasze zyski poszybują w kosmos. Zamiast tego zdradzę wam tajemnicę.

Jeżeli nie jesteście doświadczonym zawodnikiem, który Forexowi poświęca cały wolny czas, to jedyną skuteczniejszą metodą stracenia kasy od gry na tej giełdzie, jest wrzucenie pieniędzy do ogniska. Na Forexie wygrywają jedynie rekiny.

O inwestycjach w niepewne biznesy mówiłem i powtórzę to jeszcze raz. Jeżeli ktoś obiecuje wam szybki i wysoki zysk, oznacza to, że albo was oszuka albo oszwabi. Trzeciego wyjścia nie ma. Dlatego ostrzegam po raz kolejny przed napalaniem się na geniuszy rynków, którzy obiecują inwestycje w złoto, platynę, diamenty, odpady (tak, są też tacy) czy dzieła sztuki. Nie liczmy na to, że po pół roku będziemy się wachlować pieniędzmi, zostaną nam co najwyżej bezwartościowe „certyfikaty udziału”.

 
Categories

Teraz od internautów dostaniesz nawet 4 mln zł na biznes

Finansowanie społecznościowe, czyli crowdfunding, przestaje być na polskim rynku metodą na zebranie małej sumy na niewielkie projekty. Od 21 lipca od internetowego tłumu będzie można zebrać w Polsce już nie 100 tys. euro (ok. 429 tys. zł), a 1 mln euro. Planowane jest też dalsze zwiększenie limitu – aż do 5 mln euro. To nowa szansa dla startujących biznesów i nowych platform crowdfundingowych, które już szykują się do wejścia na polski rynek.

Dla osób poszukujących pieniędzy na ruszenie z własnym biznesem crowdfunding stał się realną alternatywą dla kredytów bankowych czy wsparcia inwestorów. To, co w 2009 roku wydawało się ciekawym internetowym eksperymentem, dziś ma status jednej z najważniejszych zmian na globalnym rynku kapitałowym. Polska nowym prawem próbuje dogonić czołówkę świata nowych finansów. Tym bardziej, że zachwiana Brexitem pozycja lidera, jakim na rynku alternatywnych finansów była do tej pory Wielka Brytania, tworzy ciekawą szansę dla Warszawy.

Polska prawie no limits
W Polsce rynek zbiórek społecznościowych rozwija się od 2011 roku i do teraz można było w ramach zbiórek społecznościowych pozyskać maksymalnie 100 tys. euro (ok. 420 tys. zł – taki limit ustanowiło polskie Ministerstwo Finansów, przyjmując najmniejszy z możliwych limitów przewidzianych w unijnej dyrektywie z 2003 roku). W 2017 Unia uchwaliła nowe prawo, więc Polska ma teraz kolejną okazję na nowo ustalić limity zbiórek. I planuje wykonać prawdziwy żabi skok – zwiększa limit aż dziesięciokrotnie.

Co oznacza zwiększenie limitu? Więcej pieniędzy będzie można zebrać na realizację swoich pomysłów od internetowej społeczności w ramach tzw. crowdfundingu udziałowego. Udziałowy to ten, w którym osoba wpłacająca pieniądze dostaje nie tylko drobny upominek czy obietnicę pierwszeństwa w zakupie produktu (to tzw. crowdfunding nagrodowy) – w crowdfundingu udziałowym dostaje ona realne udziały w przyszłym sukcesie projektu. Prawie jak na giełdzie: pieniądze za akcje.

Czym różni się taka akcja crowdfundingowa od emisji akcji na giełdzie? Sam mechanizm jest bardzo podobny, ale do tej pory polskie prawo uznawało, że jeśli pozyskujemy kwoty mniejsze niż 420 tys. zł, to nie podlegamy tak szczegółowemu nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego jak spółki notowane na giełdzie.

–  W tej chwili wejście na platformę crowdfundingową to koszt 8 tys. złotych ze wsparciem z przygotowaniem strony, statutu, zgłoszenia do KNF, promocji wśród inwestorów, potem zamknięcie kampanii z sukcesem to kolejne 4 tys. zł. Do tego dochodzi 6,9 proc. success fee dla platformy.  W crowdfundingu też zawsze trzeba coś włożyć, żeby wyjąć – tłumaczy Bartosz Filip Malinowski, strateg i konsultant w WeTheCrowd, autor książki “Crowdfunding udziałowy dla startupów”.  Ale dla wielu nowych biznesów platformy to i tak o niebo tańsze rozwiązanie niż giełda, gdzie samo przygotowanie głównej dokumentacji – prospektu emisyjnego kosztuje od 50 tys. zł w górę.

Kto zarobi na zmianach?
Na pewno zwiększenie do 4 mln zł limitu kwot, które można pozyskać w sieci sprawi, że oprócz młodych firemek i niszowych projektów gier czy książek, po pieniądze do platform crowdfundingowych zwrócą się firmy, dla których zbiórka stanie się alternatywą na przykład dla kredytu bankowego To, co kilka lat temu wydawało się zabawą internautów, właśnie staje się bardzo ważnym źródłem kapitału dla firm.Taki kapitał ma jeszcze jedną zaletę: buduje wokół firmy od razu zaangażowaną społeczność, która może stać się zarówno gronem klientów, jak i dobrym kanałem promocji produktu.

Na zmianach zarobią oczywiście platformy organizujące zbiórki: dla nich, podniesienie limitów zbiórek z 420 tys. zł do 4 mln zł to obietnica większych zysków z prowizji. Na razie na polskim rynku działa jedna prawdziwa platforma crowdfudingu udziałowego. – Beesfund, która do tej pory zebrała w ramach zbiórek społecznościowych ponad 6 mln zł..  – W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy platformy crowdfundingowe będą wyrastały jak grzyby po deszczu – prognozuje wzrost konkurencji na rodzimym rynku Bartosz Filip Malinowski.Swoją platformę udziałową szykuje m.in. polskie Wspieram.to, a drogę na polski rynek toruje sobie szwedzki gigant crowdu – FundedByMe.

Życie inwestycyjne Polaków
Na platformie crowdfundingowej inwestorem może zostać każdy. Wystarczy wpłacić kilkadziesiąt złotych. Mimo to, finansowanie społecznościowe w zamian za udziały rozwija się znacznie wolniej niż crowdfunding nieudziałowy. Polacy chętniej wpłacą 50 zł na projekt filmu w zamian za kubek niż za udziały. Rozwija się teraz wiele serwisów tematycznych: na zagramw.to można wesprzeć powstanie gry planszowej; na fans4club.pl kibice zbierają na transfer zawodnika do swojej ulubionej drużyny, a artystom możemy sypnąć groszem na wspieram-kulture.pl.

Rozwój crowdfundingu udziałowego to szansa dla Kowalskiego na ulokowanie pieniędzy w coś, co ma potencjał zysku. Dla wielu z nas to może być początek przygody z rynkiem inwestycyjnym.- Na ile rynek inwestorów prywatnych w Polsce drgnie? Nie ma w Polsce jakiejś specjalnie rozwiniętej kultury inwestycyjnej. Do tej pory firmy były wspierane przez profesjonalnych inwestorów zrzeszonych w sieci crowdfundingowej albo oddaną społeczność spółki, która już istnieje np. browar Inne Beczki czy jakaś cydrownia. Na pewno na polskim rynku crowdfundingu udziałowego przydałaby się dobra historia zwrotu z inwestycji mówi Malinowski.

 

 
Categories

Inwestuj w to, co znasz

Tydzień temu rozmawialiśmy o nieszczęściu, jakie spotkało znane i nieznane osoby, które skuszone obietnicą wysokich zysków, zainwestowały w dzieła sztuki i się na tej inwestycji bardzo przejechały. Uwierzyli, że osiągną bezpieczne zyski, które da się wypracować praktycznie wyłącznie ryzykując kapitałem. Prawie wyłącznie, bo jest bezpieczna metoda na zysk, którą wam sprzedam na końcu.

Zanim uzbrojeni w bon moty i porady Warrena Buffeta, ruszymy na podbój giełd, proponuję coś lżejszego. Fundusze inwestycyjne nie wymagają od nas specjalistycznej wiedzy, a pozwalają wyciągnąć z inwestycji trochę więcej pieniędzy niż z lokat czy oszczędzania na ROR-ze.

Wpiszcie w przeglądarce „tfi”, wyszukajcie jakiś agregat, który grupuje towarzystwa funduszy inwestycyjnych i sobie poklikajcie. Fundusze to instytucje, którym płacimy za to, że wyręczają nas w lokowaniu naszych pieniędzy. TFI muszą posiadać licencję na prowadzenie działalności i są kontrolowane przez KNF. Nie ma więc ryzyka, że zawiną się w nocy z naszym hajsem.

Do nas należy wybór strategii inwestycyjnej. Możemy włożyć nasze pieniądze w fundusze stabilnego wzrostu, które raczej nie dadzą rady pomnożyć bardzo naszych pieniędzy, ale stracimy na nich tylko wtedy, gdy świat dopadnie kolejny kryzys. Możemy wybrać fundusze akcyjne i zdecydować się, jaki poziom agresywności zarządzających funduszem preferujemy. Czy gramy na WIG 20, czy na akcje małych i średnich przedsiębiorstw. Musimy przeanalizować historyczne wyniki funduszu i założyć sobie, jaki poziom straty ewentualnie akceptujemy. Bo, jak pisałem na wstępie, w przypadku takich inwestycji stracić można. Ponadto za przywilej obracania naszymi pieniędzmi, fundusze pobierają opłaty.

Dlatego jeżeli zdecydujemy się na ten sposób inwestowania, nie planujmy szybkiego skoku na kasę. Potraktujmy te pieniądze jako inwestycję długoterminową i myślmy o niej w perspektywie 5-10 lat a nie roku. Owszem, może się zdarzyć, że fundusz wypracuje roczną stopę zwrotu na poziomie 40 proc. i postanowimy szybko skonsumować zyski, ale równie dobrze nasz fundusz może sobie rok po roku śmigać na poziomie 10 proc. Odliczając opłaty, będziemy sobie budować zysk powyżej inflacji i podatku Belki (pisałem o tym w poprzedniej części). Założenie sobie z góry, że wrzucamy pieniądze na 10 lat niesie ze sobą jeszcze jeden plus. Nie drzemy szat za każdym razem, gdy fundusz się nam obsunie i wykaże po kwartale ujemną stopę zwrotu (czyli dla nas stratę). W dłuższej perspektywie nawet -20 proc. może okazać się tylko małym ruchem na wykresie, który nie podnosi nam ciśnienia.

Na koniec mam dla was obiecaną metodę na dość bezpieczne inwestowanie, które może przynieść ponadprzeciętne zyski. Polega na tym, że inwestujecie w to, na czym się znacie. Ale nie mam na myśli wiedzy wyczytanej w kilku notkach w internecie. Mówię tu o rzeczach, które stanowią wasze hobby, którymi się jaracie, macie przeorane we wszystkie strony i wiecie o co w tym chodzi. Najlepiej będzie się nam rozmawiało na przykładzie.

Jeżeli siedzimy w literaturze, jesteśmy w stanie podać przykłady rzeczy wydanych w małych nakładach. Mamy wiedzę dotyczącą różnic między wydaniami, które dyskwalifikują jedno a premiują drugie. Wiemy, że są na świecie ludzie, którzy chcą mieć tylko pierwsze wydanie, bo w następnych autor naniósł po latach poprawki i to już nie to samo.  

25 lat temu Władysław Pasikowski wydał książkę „Ja, Gelerth”. Stała się ona przedmiotem kultu wśród fanów fantastyki. Problem polega na tym, że Pasikowski wstydzi się napisania takiej historii i powieści nie pozwala wznowić. W obrocie jest tylko wydanie pierwsze, przez co książka jest białym krukiem. Na allegro są teraz dwie aukcje, na obu kosztuje 150 zł. Z doświadczenia wiem, że trafiają się ludzie, którzy wezmą ją za takie pieniądze, częściej cena transakcyjna oscyluje w granicach 100 zł. Jak możemy tu zarobić?

Musimy kupić tę książkę taniej. Jest to trudne ale możliwe. Można polować na wyprzedaże całych biblioteczek albo czyszczenie zbiorów bibliotecznych. Łatwo trafić dużo dobrych rzeczy za niewielkie pieniądze. Szukać można w antykwariatach, ale tam raczej wiedzą ile co jest warte.

O okazję łatwiej będzie na targu staroci czy u sprzedawcy naręcznego. Kupiłem kiedyś za piątaka wydany w niewielkim nakładzie debiut znanego autora. Niemalże od ręki mogłem dostać za nią 30 złotych. Jestem raczej kolekcjonerem niż handlarzem, więc to wydanie leży do tej pory u mnie na półce. Aktualnie na allegro licytacja dobija do 50 złotych, mam potencjalnie dziesięciokrotne przebicie.

Oczywiście na pojedynczym egzemplarzu nie zrobimy majątku. Ale pomyślmy, że inwestujemy dwie godziny tygodniowo i co miesiąc trafiamy na 5 pozycji, które możemy sprzedać z kilkusetprocentowym zyskiem. Opłaca się? Wystarczy tylko dobra znajomość tematu i odrobina szczęścia.

 
Categories

Inwestowanie for dummies

Kolejni sympatyczni celebryci stracili swoje z trudem uskładane oszczędności. Twarzą tej bolesnej historii stała się Jolanta Fraszyńska, która jako jedyna wystąpiła przed obiektywy i powiedziała o niezbyt fortunnej inwestycji w dzieła sztuki. Znowu okazało się, że w Polsce nie istnieje praktycznie żadna edukacja finansowa i ludzie łapią się po raz kolejny na tę samą sztuczkę.

Galleri New Form ze Szwecji oferowała inwestorom zakup dzieła sztuki. Przy czym z tego, co zrozumiałem, klienci kupowali nie tyle samo dzieło sztuki ile certyfikat na nie. Jolanta Fraszyńska straciła pieniądze, które zbierała na mieszkanie córki. Dlaczego (zdawałoby się) myślący i radzący sobie w wielu aspektach życia człowiek nagle dostaje ataku pomroczności i inwestuje pieniądze w szemrany biznes? Ciągle i ciągle z tego samego powodu.

Oszuści proponują zysk większy niż na rachunku oszczędnościowym czy lokacie, ale nie na tyle wysoki, żeby wzbudzić podejrzenia. Tutaj obiecywali 15-18 proc., niektórym klientom oferowano ponoć 30 proc. Nikt nie zadał sobie pytania skąd będą się brały te zyski. Jeżeli ktoś się spytał, dostawał informację, że po określonym czasie GNF odkupi od nich ich dzieło sztuki. Dlaczego mieliby je odkupić drożej? Nie mam pojęcia. Skąd mieliby wziąć na to pieniądze? Nie wiem. Dlaczego mieliby robić inwestorom prezent, no bo przecież takie odkupienie po cenie wyższej o 20 proc. to nic innego jak prezent? Nie wiem. I wreszcie nikt nie zadał sobie trudu, żeby wejść na stronę https://www.knf.gov.pl/dla_konsumenta/ostrzezenia_publiczne, na której można sprawdzić, czy przypadkiem Komisja Nadzoru Finansowego nie ostrzega przed inwestowaniem w dany biznes. Galleri New Form sąsiaduje tam z takimi firmami, jak Finroyal czy Amber Gold.

Ostateczna kwota przekrętu nie jest znana, mówi się o 300 mln złotych. Sprawa Amber Gold ciągle się toczy, ale niczego nie nauczyła niedzielnych inwestorów. Uwierzyli w wysoki zysk, pewnie bez ryzyka i stracili wszystko. Jak można tego uniknąć? Nie wierzyć w oferty zbyt dobre, by mogły być prawdziwe lub legalne.  

Wysoki zarobek jest oczywiście możliwy, ale to już wyższa szkoła jazdy. Dzisiaj chciałbym napisać kilka zdań o tym, jak można zacząć inwestować bez ryzyka. No dobra, inwestycja to duże słowo, ale od czegoś trzeba zacząć. Na przykład od małych kroków, właściwych wiekowi dziecięcemu. Bo tak się na początku naszej przygody inwestorskiej powinniśmy traktować – jak dzieci, które się uczą.

Inwestowanie w rachunek oszczędnościowy czy nisko oprocentowane lokaty to nie inwestycja – to oszczędzanie, które na dodatek często przynosi nam straty. Już tłumaczę dlaczego. Na stronie http://bdm.stat.gov.pl/ rozwijamy górne menu i wybieramy opcję „Wskaźnik cen”. Patrzymy w ostatnią kolumnę w pierwszym wierszu i dla roku 2017 odczytujemy wynik 102,0. Ponieważ skalą odniesienia do tego pomiaru jest rok poprzedni, oznacza to, że na koniec roku 2017 średnio ceny wzrosły o 2 proc. w stosunku do roku 2016. Co za tym idzie, za to samo 100 złotych możemy teraz kupić odrobinę mniej. Spadła siła nabywcza naszych pieniędzy.

Co to dla nas oznacza w kontekście lokaty bankowej albo oszczędzania na ROR-ze? Ano to, że jeżeli oprocentowanie tych instrumentów finansowych było mniejsze lub równe 2 proc., nasze pieniądze na koniec roku 2017 były warte mniej niż wtedy, gdy je inwestowaliśmy. Straciliśmy, ale przynajmniej nasza lokata była bezpieczna.

Żeby nie tracić, musimy szukać ofert powyżej 2 proc. w skali roku. No, prawie. Musimy pamiętać, że od dochodów kapitałowych płacimy tak zwany podatek Belki, który obecnie wynosi 19 proc. Co oznacza, że jeżeli chcemy przytulić jakiekolwiek zyski, dla aktualnego poziomu inflacji lokata musi być oprocentowana przynajmniej na poziomie 2,5 proc. Do tej wysokości, nasze potencjalne zyski ponad inflację zabierze nam fiskus. Ale przynajmniej wyjmiemy tyle, ile włożyliśmy. Powyżej 2,5 proc. będziemy cieszyć się zyskiem.

Pamiętajmy, że banki lubią oferować nam depozyty kwartalne albo półroczne, ale podają oprocentowanie w skali roku. I atrakcyjne 4 proc. dla lokaty na 3 miesiące nie jest już takie fajne. Warto zwracać uwagę na takie detale i mały druk.

Czyli co? Nie da się sensownie i bezpiecznie inwestować tak, by nie tracić? Jest rozwiązanie i są to obligacje skarbu państwa. Inwestycja pewna, bo gwarantowana przez państwo, jedyna sytuacja, w której nie zobaczymy naszych pieniędzy możliwa jest wyłącznie wtedy, gdy Polska zbankrutuje jako kraj. Ten scenariusz chyba nam na razie nie grozi.

Jeżeli chcemy zainwestować pieniądze na dłuższy okres i nie martwić się o straty, warto przyjrzeć się obligacjom indeksowanym inflacją. Taką formę oferują papiery długoterminowe. W pierwszym rocznym okresie odsetkowym mamy stałe oprocentowanie, w następnych wskaźnik inflacji powiększany jest o określoną marżę, na przykład dla obligacji czteroletnich jest to 1,25 proc. Tak skonstruowana oferta pozwala nam na generowanie stałych, choć niewielkich zysków.

W tej chwili najdłuższy program inwestycji możemy realizować na obligacjach dziesięcioletnich, które mają jeszcze jedną dodatkową zaletę. Jest nią roczna kapitalizacja odsetek. Kapitalizacja oznacza, że nasze zyski nie są nam wypłacane co roku, tylko dopisuje się je do kapitału początkowego. I jedziemy na procencie składanym. Albert Einstein rzekł kiedyś, że procent składany to największe odkrycie wszechczasów w dziedzinie matematyki. Wiedział, co mówi.

Na koniec rozważmy przykład, w którym inwestujemy 100 zł. Ustalmy stały poziom inflacji rocznej 2 proc., marżę 1,5 proc. oraz oprocentowanie w pierwszym roku na poziomie 2,7 proc.

W pierwszym roku pracuje dla nas 100 złotych. W drugim ta stówka plus odsetki naliczone za pierwszy rok i pomniejszone o podatek Belki, czyli 102,2 zł. W trzecim jest to 105,1 zł. W dziesiątym roku na nasze konto pracuje już 127,8 zł. I nasz końcowy zysk będzie naliczony od tej kwoty a nie od startowej stówki. Gdybyśmy wyciągali nasz zysk co roku i przez 10 lat pracowałoby tylko 100 zł, na całej tej operacji zarobilibyśmy o połowę mniej. Policzcie sami.

 
Categories

Z warszawskiej giełdy uchodzi powietrze

W lutym na warszawskiej Wall Street wyraźnie spadła aktywność inwestorów. Z rynku wycofują się nie tylko ci ostatni, ale też i spółki, o czym świadczy rosnąca liczba wezwań do sprzedaży akcji. W dużej mierze winne są roszady w zarządzie, której trwają od kilku lat. A giełda to nie jakiś klub Ekstraklasy, gdzie trenera można sobie wymieniać co sezon.

W 2017 r. z parkietu warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych wycofano rekordową liczbę spółek – 20, a nowych przybyło tylko 15 i to pomimo całkiem dobrej koniunktury. Z kolei w połowie minionego miesiąca przytrafiły się na GPW dwie sesje, podczas których łączna wartość akcji, które zmieniły właściciela nie przekroczyła nawet 400 mln zł (w całym 2017 r. średnia wyniosła 940 mln zł na sesję). Ten ujemny bilans i mizerne obroty to, przynajmniej na razie, raczej wyjątek niż reguła. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że ich pojawienie się nie jest do końca przypadkowe. Jest to jeden z wielu objawów rozległego schorzenia, które trapi polski rynek akcji od kilku lat.

Na razie objawy pojawiają się sporadycznie i jeszcze są niegroźne, ale jak zostaną zbagatelizowane, to w przyszłości giełda przestanie być ważnym elementem naszego gospodarczego ekosystemu. A byłaby to spora strata. Piszę to jako człowiek od wielu lat komentujący wydarzenia na tym rynku i analizujący zachowanie poszczególnych spółek. Uważam, że nieodpowiedzialne jest zachowanie Skarbu Państwa, który ma pakiet kontrolny akcji GPW i w ostatnich latach dokonuje zmian na czołowych stanowiskach zarządu średnio raz na rok. W takich warunkach nie da się opracować i wdrożyć skutecznej strategii, która sprosta wyzwaniem lokalnego i globalnego świata finansów.

Gdzie się podziali polscy inwestorzy?

Zacznijmy od niepokojących objawów postępującej marginalizacji warszawskiego parkietu. W zasadzie od dołka bessy z 2009 r. roczna wartość obrotów na GPW jest relatywnie stabilna i waha się w przedziale 166-236 mld zł. Dla porównania – podczas hossy 2002-2007 wartość ta wzrosła z 24 do 231 mld zł. Relatywnej stabilizacji ulega też liczba transakcji na sesję. W latach 2009-2017 wzrosła tyko o 57 proc., a w okresie 2002-2007 o niemal 500 proc. Z kolei liczba rachunków inwestycyjnych osiągnęła swoje apogeum – 1,5 mln – w 2012 r. i od tamtej poru oscyluje przy wielkości o 100 tys. niższej. Od czterech lat straty na działalności podstawowej, czyli pośrednictwie w handlu, notują też domy maklerskie. Tylko w zeszłym roku dołożyły do interesu 115 mln zł i gdyby nie inne segmenty działalności (dystrybucja funduszy, rynek forex, itp.) to stałyby się nierentowne.  Dane te sugerują, że od kilku lat nie przybywa nam GPW inwestorów. A bez nich ten giełdowy parkiet raczej życiem tętnił nie będzie.

Z punktu widzenia inwestora indywidualnego nie podoba mi się to, że od ciężko zarobionych na giełdzie pieniędzy muszę jeszcze odprowadzać 19-proc. podatek Belki. Wierzcie mi, ale inwestowanie na rynku akcji to ciężka harówka, porównywalna z prowadzeniem biznesu. Zwłaszcza gdy, tak jak w ostatnich latach, nie ma na tym rynku wyraźnego, długoterminowego trendu wzrostowego, a pojawiające się od czasu do czasu przypływy optymizmu nie „podnoszą wszystkich łodzi jednakowo”. Znaleźć dobrą spółkę, zainwestować w nią kapitał i trzymać go bez względu na wahania kursowe to nie lada wyzwanie. A jak się uda, to skarbówka zabierze ci z zysku jedną piątą. Mało tego, biuro maklerskie przy zakupie akcji pobierze kilkuprocentową prowizję, a jak chcesz mieć lepszy dostęp do notowań to jeszcze musisz dokupić dodatkowy abonament. Już na starcie ręce opadają. A przecież to wszystko dzieje się w czasach, gdy dzięki sieciom internetowym mamy dostęp do coraz tańszych metod inwestowania, jak chociażby opisywane przeze mnie na łamach HiCash.pl pożyczki społecznościowe, czy inwestycje w cyfrowe środki płatnicze, a być może niebawem pojawią się zdecentralizowane rynki, bazujące na technologiach rozproszonych rejestrów, które zupełnie wyeliminuję koszty pośredników.

Gdybym natomiast miał się postawić w roli zagranicznego inwestora, który zazwyczaj interesuje się dużymi spółkami z GPW (te z indeksu WIG20), to też nie miałbym powodów do entuzjazmu. Tak się składa, że duża część tych największych firm jest kontrolowana przez Skarbu Państwa. Mowa głównie o spółkach z branży energetycznej (np. PGE), paliwowej (np. PKN Orlen) czy finansowej (np. PZU). To oznacza, że polityka często wkrada się do tych spółek. Gdyby jeszcze wkradała się tam w celu realizacji obiecujących planów rozwoju to nie miałbym nic przeciwko. Szkopuł w tym, że coraz częściej chodzi o partykularne interesy i obsadzanie obiecanych kiedyś, komuś stołków. Zagranica chce stabilności i perspektyw zysku, a otrzymuje roszady kadrowe i perspektywę jeszcze większej niepewności.

Po stronie inwestorów jest jeszcze jeden istotny problem – reforma emerytalna przeprowadzona przez poprzedni rząd. W jej wyniku, jak to niektórzy mają w zwyczaju mówić, „zaorane” zostały Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), które z naszych składek generowały spory popyt na akcji notowane na GPW (czy nam się to podobało, czy nie). Abstrahując już od tego, czy OFE w ogóle powinny w Polsce zostać wprowadzone, faktycznie były one solidnym dostawcą regularnej płynności na rodzimy parkiet. A im wyższa płynność, tym lepsze możliwości kupowania i sprzedawania dużych pakietów akcji po atrakcyjnych cenach.

Znikające spółki

Zanik popytu to jedna strona opisywanego tutaj schorzenia. Druga to wycofywanie spółek z obrotu. Cóż z tego, że będą chętni na zakup akcji danej firmy, skoro nie będzie jej na parkiecie? A zeszły rok, o czym wspominałem na początku, był rekordowy pod względem liczby wycofań – było ich 20. Głośno było chociażby o decyzji Michała Sołowowa, jednego z najbogatszych Polaków, o ściągnięciu z giełdy Synthosu, który ma kapitalizację 6,5 mld zł i jest notowany na GPW od grudnia 2004 r. Co gorsza na ten rok też szykuje się sporo wezwań, a w ciągu dwóch ostatnich miesięcy żadna spółka nie weszła na parkiet.

Jako główne przyczyny wyprowadzki z parkietu spółki podają wysokie koszty utrzymywania na rynku oraz restrykcyjne obowiązki informacyjne, w tym unijne rozporządzenie MAR, określane przez niektórych jako „koszMAR”. Z kolei brak nowych debiutów wiąże się m.in. z wysokimi kosztami całej operacji przygotowania emisji akcji, z długim procesem oczekiwania na zgody regulatorów, a przez to długim czekaniem na dofinansowanie. Ponadto, a może przede wszystkim, rynek kapitałowy ewoluuje i rynki akcji to nie jedyne miejsca, w których można pozyskać duży kapitał na rozwój swojej firmy. I nie mam tu wcale na myśli tylko ICO, ale chociażby platformy equitycrowdfundingowe, dotacje unijne, fundusze PE/VC, aniołów biznesu, a także relatywnie tani kredyt w dobie niskich stóp procentowych.

Jak widać, warszawski rynek akcji ma poważne problemy. Nie jest w tym odosobniony. Szkopuł w tym, że w ostatnich latach niewiele zostało zrobione, by tym problemom zapobiegać. W mojej opinii jest to efekt roszad w zarządzie, których od 2013 r. było po prostu za dużo.

Gdzie jest zarząd?

Wiesław Rozłucki tworzył i rozwijał warszawska giełdę od 1991 do 2006 r. W ciągu 15 lat zbudował nie tylko jeden z największych parkietów Europy Środkowo-Wschodniej, ale przede wszystkim instytucję zaufania publicznego, kojarzoną z transparentnością i nowoczesnością. Jego następca – Ludwik Sobolewski, pełnił funkcję prezesa od 2006 r. do 2013 r. i w tym czasie także zdołał wprowadzić kilka istotnych zmian, jak chociażby otwarcie małego parkietu, czyli NewConnect i przygotowanie do wprowadzenie nowego systemu transakcyjnego UTP. Kolejni prezesi byli już wymieniani tak szybko jak trenerzy klubów ekstraklasy. Adam Maciejewski, Paweł Tamborski i Małgorzata Zaleska nie zagrzali miejsca nawet na dwa lata, nie mówiąc już o Jarosławie Grzywińskim, który był p. o. prezesa przez kilka miesięcy 2017 r. Nawet gdyby wszyscy oni chcieli wprowadzić na GPW systemowe zmiany, to najzwyczajniej nie mieli by na to czasu. W efekcie kończyło się to projektami raczej kosmetycznymi niż strukturalnymi, jak wprowadzanie nowych indeksów i instrumentów, udostępnienie usługi kolokacji (możliwość instalowania swoich serwerów blisko serwerów giełdy), uruchomienie akceleratora dla startupów, czy serie road shows po głównych miastach Polski w celu zachęcania firm do wchodzenia na warszawski parkiet. A w otoczeniu rosnącej konkurencji potrzebne są zmiany, które czymś nas wyróżnią na globalnym rynku i przyciągną zarówno emitentów, jak i inwestorów.

W 2017 r., gdy zagraniczne giełdy wprowadzały eksperymentalne platformy obrotu bazujące na technologii blockchain, my zastanawialiśmy się kogo na stanowisko prezesa wytypuje Skarb Państwa. Kiedy zagraniczne giełdy wprowadzały kontrakty na bitcoina, my wycofywaliśmy się z pomysłu na polską kryptowalutę, a Ministrą Cyfryzacji przestała być Anna Streżyńska. W takich warunkach trudno o skuteczne zarządzanie instytucją, która dla zachowania konkurencyjności musi mieć stabilne władze, długoterminową strategię i przede wszystkim być otwartą na nowe technologie. I nie jest to przecież nic odkrywczego. Mam nadzieje, że Skarb Państwa przejrzy w końcu na oczy, dostrzeże potencjał tkwiący na warszawskiej Wall Street i podejmie odpowiedzialne decyzje.