Categories

Blockchain otwiera giełdowe portfele kolejnych polskich inwestorów

Na warszawskiej giełdzie przybywa spółek, które deklarują zaangażowanie w tytułową technologię.W kilku przypadkach tego typu komunikat wywołał spektakularny wzrost kursu akcji. “Blokczejn” może być słowem kluczem na miarę “dotcom”, gamingu czy deweloperki, a jednocześnie… pułapką.

Najświeższym przykładem giełdowego “romansu” z technologią łańcucha bloków jest notowana na NewConnect spółka Merlin. Przedstawiciel branży e-commerce podpisał 6 lipca list intencyjny ze znanym inwestorem Rafałem Zaorskim, szefem Krypto Jam.

Strony zadeklarowały rozpoczęcie prac nad rozwojem technologii blockchain zmierzających do stworzenia innowacyjnego programu lojalnościowego dla klientów grupy opartego na tokenizacji lojalności klientów. Intencją stron jest umożliwienie korzystania z technologii innym podmiotom z rynku e-commerce w Polsce i Europie, a w konsekwencji osiągnięcie pozycji lidera tokenizacji lojalności w Europie – napisano w oficjalnym komunikacie. W dniu jego publikacji kurs akcji Merlina wzrósł o 65,5 proc., z 0,9 zł do 1,49 zł, a na kolejnej sesji cena rosła w porywach do 2,15 zł. Z kolei dzienny wolumen obrotu po raz pierwszy w giełdowej historii tej spółki przekraczał liczbę 750 tys. sztuk.

Zarobić ponad 100 proc. w ciągu dwóch dni i to na bardzo słabym ostatnio warszawskim rynku akcji, to bardzo dobry wynik. I to wszystko dzięki jednemu słowu. Tak jak kiedyś inwestorów elektryzowała końcówka “dotcom” albo wejście w deweloperkę czy branżę gier komputerowych, tak teraz nastał czas “blokczejna”. I tak jak zawsze – część firm faktycznie wykorzystuje nową technologię do rozwijania swojego biznesu, a część zdaje się tylko podłączać pod modę, by zrobić wokół siebie trochę szumu i podbić wyceny akcji.

Hype na blockchain
Pierwszą spółką na rodzimym rynku akcji, która zapowiedziała wejście w okołoblokczejnowe tematy była BitEvil, kierowana przez Marię Belkę, córkę byłego premiera. Na NewConnect firma debiutowała dokładnie rok temu i to ze sporą pompą. Ogłosiła bowiem, że zamierza wprowadzić polską kryptowalutę EraCoin. To wystarczyło, by w dniu debiutu cena akcji zyskała 43 proc. rosnąc z 2,49 zł do 3,56 zł. Co więcej – dwa miesiące później notowania ustanowiły do dziś niepobity historyczny szczyt 8,33 zł.

Można dyskutować, czy wpływ na wzrost kurs miała magia nazwiska szefowej, czy jednak zapowiedź nowego coina. Ja stawiam na to drugie. A żeby było śmiesznie – EraCoin wcale kryptowalutą nie jest, przynajmniej w takim znaczeniu jak bitcoin, litecoin czy dash. Nie jest bowiem oparta na łańcuchu bloków, a jej rzekome “kopanie” to nie rozwiązywanie kryptograficznych zagadek, a tylko poświęcony czas na interakcje z innymi użytkownikami aplikacji, która tego coina obsługuje. EraCoin to właściciwe coś w rodzaju punktów lojalnościowych, które znamy chociażby ze stacji benzynowych. Spółka sprytnie wykorzystała więc modę na kryptotematy, by z przytupem wejść na rodzimy parkiet. Aktualnie jej akcje kosztują 1,5 zł, a więc sporo poniżej ceny z debiutu.

Śladami BitEvil, ale nie tylko marketingowo, ale także realnie – poszły inne spółki giełdowe. MakoLab pracuje nad systemem do identyfikatorów cyfrowych o wysokim poziomie niezaprzeczalności i transparentności, dlatego blockchain wydaje się tutaj idealnym rozwiązaniem. – Cechy tej technologii zwróciły naszą uwagę w kontekście wykorzystania do zabezpieczenia przechowywania danych identyfikacyjnych, szczególnie tych, które są wrażliwe pod kątem zaufania i objęcia gwarancją autentyczności. Takich jak np. identyfikatory cyfrowe instytucji finansowych LEI (Legal Entity Identifier). W obrębie naszych prac wzbogacenie LEI o technologię blockchain to dopiero początek – czytamy na stronie spółki.

Projekt MakoLab ma wartość nieco ponad 2 mln zł, z czego 1,2 mln zł pochodzi z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Zakończenie projektu zaplanowano na grudzień 2018 r. Na wykresie kursu akcji spółki nastroje są raczej zmienne. O ile w drugim półroczu 2017 r. akcje podrożały o 70 proc., to w pierwszym półroczu tego roku ich cena spadła o blisko 30 proc. Być może inwestorzy czekają, aż system będzie gotowy i możliwy do zweryfikowania.

Całkiem niedawno eksperymenty z technologią blockchain zapowiedziała też warszawska giełda (GPW jest spółką akcyjną i jest notowana na główynm parkiecie). Otóż 27 czerwca spółka opublikowała zaktualizowaną strategię #GPW2022, w ramach której podjętych zostanie 14 inicjatyw. Jedną z nich jest platforma Private Market, dedykowana finansowaniu firm na wczesnym etapie rozwoju za pośrednictwem tzw. equitycrowdfundingu. Infrastruktura platformy ma bazować na technologii blockchain.

Rozproszony rejestr jest dla nas bardzo atrakcyjny. Szczególnie dużo sobie obiecujemy po tzw. smart contracts, dzięki którym do obrotu mogą trafić warunki udziału w zyskach danej firmy. Forma private blockchain jest w tym momencie optymalna. Chcemy w ten sposób przetestować jej działanie w środowisku giełdowym – mówił w wywiadzie dla Parkiet TV Marek Dietl, prezes GPW. Nasza giełda zaczęła więc robić to, co giełdy zagraniczne robią już od dawna. Rynek przyjął nowe pomysły całkiem entuzjastycznie. W dniu ogłoszenia #GPW2022 akcje podrożały o 3,6 proc. do 37,55 zł, a na początku lipca cena dochodziła do 38,95 zł.

Nie najlepsze intencje
Technologiczne trendy mają to do siebie, że przyciągają też firmy, które niekoniecznie chcą dać akcjonariuszom udział w innowacyjnym przedsięwzięciu, a raczej zrobić wokół siebie trochę pozytywnego PRu i przy okazji podbić kurs akcji. Być może pamiętacie scenę z “Wilka z Wall Street”, w której główny bohater – Jordan Belfort – wciska przez telefon klientowi akcje firmy z sektora IT, która ma być drugim gigantem na miarę Apple’a, a okazuje się za chwilę, że to zwykła szopa na środku podwórka, którą z IT łączy tylko napis na szyldzie nad wrotami. To są sceny z życia wzięte. To samo grozi nam teraz przy okazji boomu na blokczejn i różne coiny, dlatego warto mieć się na baczności za każdym razem, gdy jakiś giełdowy podmiot informuje, że angażuje się w tego typu projekty.

Lampki ostrzegawcze zapaliły się rynkowym obserwatorom na początku tego roku, gdy takie komunikaty wypuściły trzy spółki z NewConnect – Erne Ventures, Devoran i Novina ASI. Kontrolki nie zaświeciły się dlatego, że spółki te miały bardzo niską wycenę akcji (ok. 1 zł lub mniej), która zawsze sygnalizuje podwyższone ryzyko inwestycji, ale z nieco innych powodów. – Spółki te wiele dzieli, ale łączy m.in. osiąganie niewielkich przychodów, notowanie strat i skłonność do zmieniania nazw i emitowania akcji – pisał wówczas na łamach Pulsu Biznesu Marcel Zatoński. Oczywiście nie przekreślam szans tych firm na to, że wejście w nowe technologie będzie kołem zamachowym ich biznesów, ale niektóre z ich dotychczasowych dokonań, skakanie z jednego branżowego kwiatka na drugi i zachowanie kursu akcji sugerują przynajmniej zachowanie ostrożności.

Otóż Erne Ventures, fundusz inwestujący jak dotąd w przedsięwzięcia z branży gier komputerowych i motoryzacji, ogłosił w styczniu aktualizację swojej strategii, podając w niej plany większego zaangażowania w projekty zapowiadające wdrożenie własnych rozwiązań opartych o blockchain. Na stronie internetowej, w nazwie funduszu, obok dopiski „games“ pojawiło się „blockchains“. W pierwszym momencie cena akcji skoczyła o 22 proc., ale jeszcze na tej samej sesji kurs ustabilizował się zyskując ostatecznie zaledwie 2,7 proc. względem poprzedniej ceny zamknięcia. W tym przypadku magiczne słowo nie wywołało większego entuzjazmu wśród inwestorów. Być może dlatego, że ci ostatni zrazili się wcześniejszym zaangażowaniem funduszu w spółkę Arrinera, która od kilku lat obiecuje nam pierwszy polski samochód wyścigowy i jak dotąd taśmy produkcyjne nie ruszyły. Być może też dlatego, że po pierwszym kwartale w skonsolidowanych wynikach na poziomie zysku netto była strata sięgająca prawie 900 tys. zł. A być może dlatego, że w lutym spółka ogłosiła, że w ramach nowej strategii przejęła spółkę Revitum, czyli sieć placówek diagnostyki medycznej, i zamierza przekształcić ją w… giełdę kryptowalut. To intrygujący pomysł, nie tylko z uwagi na technologiczną transformację, ale także dlatego, że większość, o ile nie wszystkie giełdy kryptowalut wyprowadzają się z naszego kraju z powodu nieprzyjaznych regulacji.

Devoran również ma sporo dokonań na swoim koncie.  Gdy wchodził na NewConnect w 2007 r. nazywał się Viaguara i jego produktem była wódka z guaraną. Później zmienił się w Polsko-Amerykański Dom Inwestycyjny, aby w końcu wejść w deweloperkę i nazwać się Devoran. Na początku tego roku ogłosił z kolei, że angażuje się w nową technologię, m. in. tworzenie rozwiązań i planów marketingowych dla społeczności blockchain oraz budowę zaplecza koparek wykorzystywanych do pozyskiwania kryptowalut. Pojawił się też plan zmiany nazwy na Future Blockchain.

W styczniu kurs akcji spółki wzrósł o 145 proc. do 1,08 zł. Tymczasem od strony finansowej trudno o optymizm. W zeszłym roku skonsolidowany wynik netto wyniósł zaledwie 202 tys. zł. Ponadto spółka znalazła się w ubiegłym roku pod okiem nadzorcy. – W listopadzie rynkowy nadzorca poinformował, że podejrzewa manipulację kursem Devoranu. KNF szczegółowo opisywała podejrzane transakcje z września ubiegłego roku, gdy grupa powiązanych akcjonariuszy miała stosować m.in. takie techniki manipulacyjne, jak ukrywanie własności, sztuczny obrót i „pump & dump” (napompuj i opchnij), podbijając kapitalizację spółki – napisno w Pulsie Biznesu. Aktualnie papiery spółki wycenianie są na parkiecie na 0,11 zł. Czyżby inwestorzy nie wierzyli w kolejną przemianę?

Małą wiarę, przynajmniej patrząc przez pryzmat wykresu kursu akcji (ich cena to ok. 0,33 zł), widać też wśród akcjonariuszy funduszu pożyczkowego Novina. Podobnie jak poprzednik, ta spółka też ma na koncie kilka przeistoczeń. Na New Connect weszła w 2012 r. jako firma „Baby“ planująca budowę sieci kawiarni. Potem zajęła się działalnością inwestycyjną pod nazwą Goldwyn Capital, by w końcu stać się funduszem pożyczkowym, a w styczniu tego roku ogłosić, że zawiązuje nową spółkę „Blockchain Technology“. Przedmiotem działalności tej ostatniej mają być inwestycje wykorzystujące technologię blockchain, w pierwszej kolejności kopanie kryptowalut. To wystarczyło, by w styczniu podbić wyceną walorów o 62 proc. Mało tego, spółka opublikowała na początku roku prognozę, że po 12 miesiącach zarobi na czysto 2,2 mln zł. Ambitnie. Zwłaszcza, że rok ubiegły zamknęła  stratą rzędu 2,86 mln zł. Wygląda na to, że spółka naprawdę zamierza wykopać sporo bitcoinów…

Myślę, że w niedalekiej przyszłości kolejne spółki z NewConnect i GPW będą ogłaszać zaangażowanie w tytułową technologię. Zwłaszcza, że znajduje ona coraz więcej możliwości zastosowania, już nie tylko w systemach płatniczych, ale chociażby w energetyce, logistyce, zarządzaniu siecią sprzedaży itp. Jak pokazują powyższe przykłady, temat jest bardzo nośny i potrafi mocno podbić kurs przynajmniej w krótkim terminie. Nie ma się co dziwić.

Na naszym parkiecie panuje bessa, więc inwestorzy szukają innowacyjnych rozwiązań, które mogą dać wysoką stopę zwrotu. Giełdowa historia pokazuje, że każda hossa miała swojego przewodnika, np. spółki informatyczne lub spółki deweloperskie. Blockchain ma potencjał, by znów dać silny impuls wzrostowy, zwłaszcza, że niektórzy wieszczą tej technologii wywołanie rewolucji większej niż ta związana z powstaniem sieci internetowej. W tym kontekście należy pozytywnie oceniać eksperymenty rodzimych spółek z nową technologią. Liczę na to, że owe eksperymenty nie otworzą przysłowiowych sezamów tylko zarządom owych spółek, ale wszystkim akcjonariuszom i to w dłuższym niż miesięczny terminie.

 

 
Categories

GetBack, czyli misseling, manipulacja informacjami i spadające noże w jednym

Ponad 9 tys. Kowalskich może posiadać obligacje tytułowej spółki o łącznej wartości sięgającej 2,59 mld zł. Część z nich od kilku tygodni raczej się nie wysypia, bo są powody, by sądzić, że spółka swoich długów nie odda. O sprawie robi się coraz głośniej i pojawiają się coraz to nowe wątki. Niewykluczone, że na naszych oczach znów wyrasta coś na kształt “bursztynowego złota”.

 

Zanim przejdziemy do wałów, misselingu, manipulacji informacjami i spadających noży, pozwólcie, że krótko opiszę czym zajmuje się GetBack i jak to się stało, że jeszcze kilka miesięcy temu był gwiazdą na parkiecie GPW, a teraz wszyscy uczestnicy polskiego rynku kapitałowego woleliby, żeby to był tylko zły sen. Otóż GetBack to spółka windykacyjna, czyli w uproszczeniu – kupuje cudze długi za określoną część ich nominalnej wartości, a potem sama próbuje je odzyskać. Od razu zaznaczmy, że to już nie są czasy, gdy odzyskiwanie oznaczało nachodzenie, pogróżki, a czasem coś gorszego, tylko raczej są to metody mediacyjne lub droga sądowa. Większość wierzytelności w portfelach GetBacku pochodzi z sektora bankowego. Na drugim miejscu są roszczenia ze spółek telekomunikacyjnych, a wierzytelności od firm pożyczkowych, czyli prawdopodobnie najgorszy sort długu, to ułamek biznesu. Firma działa od 2012 r. i trzeba przyznać, że rosła jak na drożdżach.

W latach 2014-2016 roczny przychód wzrósł z 107,5 mln zł do 422,7 mln zł, a zysk netto z 44,3 mln zł do 200,3 mln zł. Spółka dynamicznie zwiększała zakres swojej działalności o czym najlepiej świadczy fakt, że nominalna wartość zakupionych przez nią długów wynosiła w 2014 r. 5,3 mld zł, a trzy lata później już 19 mld zł. Co istotne, by mieć pieniądze na kupowanie obcych długów GetBack sam emitował dług w postaci obligacji. Brzmi to trochę dziwnie, ale to całkiem normalne, że na potrzeby prowadzonego biznesu, jaki by on nie był, trzeba się zadłużać. Zgodnie z danymi KNF łączna wartość obligacji GetBacku, zarówno z ofert publicznych jak i prywatnych, sięga 2,59 mld zł. Dodajmy, że w międzyczasie, spółka zadebiutowała na warszawskiej giełdzie, emitując 20 mln  nowych akcji, za które dostała 370 mln zł od 4 tys. inwestorów. Jak widać, grube pieniądze przelewały się przez windykacyjną spółkę. I to wszystko do niedawna wydawało się działać niemal jak szwajcarski zegarek. Według ostatniego dostępnego raportu na stronie GetBack (za 3 kwartał 2017 r.), spółka zarobiła na czysto od stycznia do września 2017 r. 181 mln zł, a więc była blisko poprawy rocznego wyniku z 2016 r.

Piękniej być nie może
Swoim urokiem GetBack uwiódł wszystkich. W kwietniu 2017 r. spółka złożyła prospekt emisyjny w KNF, w połowie czerwca był już zatwierdzony (średnio trwa to 118 dni), a w lipcu firma była już na parkiecie. Analitycy biur maklerskich od razu zabrali się za wydawanie pozytywnych rekomendacji. Przykładowo: Vestor DM dawał “akumuluj”, a Haitong Bank i DM mBanku “kupuj”. W ciągu dwóch miesięcy od IPO papiery podrożały o 50 proc. W akcje spółki zapakowali się nie tylko drobni inwestorzy, ale także sporo instytucji. Nie licząc głównego udziałowca – funduszu Abris, są w akcjonariacie m. in. OFE Nationale-Nederlanden, JP Morgan Asset Management, a także OFE MetLife. Pozytywne oceny wystawiały też spółce agencje raitingowe. Jeszcze w lutym tego roku S&P Global Ratings podwyższyła perspektywę ratingu GetBack do “pozytywnej” ze “stabilnej”.

Jak świeże bułeczki rozchodziły się także obligacje GetBacku. Sprzedawały je duże instytucje finansowe. Sporą aktywność na tym polu wykazywały m. in. Lion’s Bank, Idea Bank, Bank Handlowy i Alior. Papiery oferowały też m.in. DM PKO BP, Haitong Bank, Polski Dom Maklerski i Michael/Ström.

Oferta wydawała się atrakcyjna – oprocentowanie średnio 5 proc. lub wyższe w zależności od parametrów obligacji, a emitent to spółka giełdowa, nadzorowana przez KNF, z pozytywnymi rekomendacjami biur maklerskich i agencji ratingowych. W porównaniu z lokatą na 2 proc. taka oferta naprawdę mogła wydawać się atrakcyjna. W tym kontekście nie dziwi fakt, że opchnięto tych papierów łącznie za prawie 2,6 mld zł. Mało kto na całym rynku wyrażał zaniepokojenie, że firma nadmiernie się zadłuża w relacji do skali swojej działalności. Być może kojąco działał fakt, że lider rynku Kruk od lat działa bardzo dobrze, a na jego akcjach inwestorzy zarabiali krocie (w sześć lat walory podrożały z 40 zł do 350 zł). Albo gorsza wersja – wizja łatwego i niemałego zysku z  papierów dłużnych skutecznie uśpiła analityczną czujność. Trudno jednoznacznie ocenić. Problem w tym, że działający bardzo efektywnie, a może raczej efektownie mechanizm nagle się zaciął, a być może wręcz zatarł..

A miało być tak pięknie
Pierwszy poważny zgrzyt pojawił się na początku marca 2018 r., gdy GetBack podał informację, że zamierza przeprowadzić kolejną emisję akcji (w dwóch transzach, 20 mln i 50 mln akcji) i zebrać z rynku aż 1 mld zł. Pieniądze te miały zostać przeznaczone na obniżenie wskaźników zadłużenia oraz na inwestycje w nowe portfele wierzytelności. Zapotrzebowanie na tak ogromną kwotę musiało wywołać niepokój inwestorów, czego najlepszym odzwierciedleniem był spadek kursu akcji spółki. Tylko w marcu przecena wyniosła 53 proc., a wykres zaczął przypominać “spadający nóż”.

– Jesteśmy jedyną firmą z branży, która ma międzynarodowe ratingi. One mówią wprost: jesteśmy najlepszą firmą, jeżeli chodzi o płynność. Dzisiaj mamy kolejkę inwestorów, którzy chcą nam pożyczać pieniądze. Nie ma żadnego problemu z płynnością. To, co musimy zrobić, to strategicznie firmę ustabilizować, aby jej akcje kosztowały nie 12, 18 czy 20 zł, ale by były warte ponad 40 zł – zapewniał wówczas w mediach prezes spółki Konrad Kąkolewski. Zainteresowanie kupnem tych akcji wyraziły ponoć m. in. trzy firmy inwestycyjne z Izraela, a także dotychczasowy, główny udziałowiec Abris. Te informacje trochę tonowały nastroje i sprawiały, że notowania akcji chwilowo zwyżkowały. Optymizm był jednak krótkotrwały. Na marcowym walnym zgromadzeniu akcjonariuszy okazało się, że jeden z potencjalnych inwestorów zagranicznych przerwał rozmowy z GetBackiem i przegłosowano, że na razie dojdzie tylko do emisji pierwszej transzy (głosowanie nad drugą transzą zostało przełożone). Co ciekawe, mimo całej tej burzy agencje ratingowe cały czas utrzymywały relatywnie dobre oceny dla spółki, pozytywnie oceniając plany nowej emisji akcji.

Na początku kwietnia pojawia się jednak kolejny, niepokojący zgrzyt. Notowane na GPW Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Quercus, które miało w swoich funduszach obligacje GetBacku za 80,5 mln zł, postanowiło je wykupić – w połowie za pieniądze spółki, w połowie za własne pieniędze szefa Sebastiana Buczka, zdejmując tym samym ryzyko z klientów funduszy i przerzucając je na akcjonariuszy. Buczek to jeden z autorytetów na polskim rynku kapitałowym, więc jego ruch musiał wzbudzać kolejne wątpliwości dotyczące kondycji spółki. Zwłaszcza, że na łamach Pulsu Biznesu sugerował, że spółka potrzebuje 200 mln zł szybkiego dofinansowania i powinna obniżyć oprocentowanie swoich obligacji.

– Jego porady odbieram trochę jako końskie zaloty, abyśmy objęli współpracą również Quercus TFI. Jestem otwarty na te zaloty, tylko niech Sebastian Buczek zmieni metody. Dajemy mu bardzo dobre warunki na obligacjach i są one wykupowane w terminie – ripostował Kąkolewski podczas spotkania z dziennikarzami. Podkreślano cały czas, że model działania firmy jest właściwy i dementowano informacje, że potrzeba natychmiastowego zastrzyku gotówki. Chyba coraz więcej osób nabierało wątpliwości, bo krajowe domy maklerskie rakiem zaczęły wycofywać się ze swoich pozytywnych rekomendacji i wysokich cen docelowych dla papierów windykacyjnej firmy. Wydawanie rekomendacji zawiesił m. in. Vestor DM.

Kolejna petarda pojawia się w poniedziałek rano 16 kwietnia. GetBack podał oficjalny komunikat, w którym twierdził, że wynegocjował z Polskim Funduszem Rozwoju i bankiem PKO BP finansowanie o charakterze kredytowo-inwestycyjnym w wysokości 250 mln zł. Kilka dni wcześniej nie były potrzebne żadne pieniądze, a nagle pojawia się informacja, że polskie instytucje wyłożą kasę na stół. Szkopuł w tym, że kilka godzin później i PFR i PKO BP zdementowały te informacje. Mało tego PFR poinformował, że zawiadomi niezwłocznie Komisję Nadzoru Finansowego o potencjalnym ryzyku manipulacji kursem akcji GetBack poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji na temat udziału PFR w negocjacjach. Do tego bonus – Quercus TFI poinformował w tym samym czasie, że zarząd GetBack zwrócił się z prośbą do firmy o przesunięcie terminu wykupu obligacji z 13 na 18 kwietnia (chodziło o papiery o wartości 10 mln zł).

Notowaniami akcji na GPW i obligacji na Catalyst bujało tak mocno, że giełda zawiesiła obrót i do dziś nie odwiesiła.

Po rewelacjach z PFR i PKO BP rada nadzorcza odwołała Kąkolewskiego ze stanowiska prezesa, a jej przewodniczący – Kenneth William Maynard z rozbrajającą szczerością stwierdził, że potrzebuje kilku tygodni, by zapoznać się z sytuacją spółki. Pod koniec kwietnia, z komunikatu KNF dowiadujemy się, że łączna wartość nominalna niewykupionych w terminie obligacji GetBacku (stan na 25 kwietnia) wynosi 88,26 mln zł. Ponadto łączna wartość niewypłaconych w terminie odsetek sięgała 3,32 mln zł. W relacji do całej wartości wyemitowanych obligacji (prawie 2,6 mld zł) to wciąż niewiele, ale po takiej burzy, jaka przeszła przez te spółkę słuszne są obawy, że może dojść do upadłości, a obligatariusze nie odzyskają swoich pieniędzy.

Kowalskiemu zawsze wiatr w oczy
Jest maj 2018 r., notowania akcji i obligacji GetBack wciąż są zawieszone, w prokuraturze trwa postępowanie, spółka przesunęła publikacje raportu rocznego, a Kąkolewski i Abris grożą sobie nawzajem sądem. W międzyczasie okazuje się, że spółka zataiła fakt, że część emitowanych przez nią obligacji miała opcję wcześniejszego wykupu, tzn. obligatariusz mógł przed terminem zapadalności zwrócić się do firmy o zwrot pieniędzy. To oznacza, że zadłużenie raportowane jako długoterminowe wcale długotermionwym nie było. A im krótsza realna zapadalność, tym trudniej obsługiwać taki dług.

Nie wiadomo ile takich trupów jeszcze wypadnie z tej szafy, ale 9000 Kowalskich na pewno nie jest do śmiechu. Z ich relacji na forach i w mediach dowiadujemy się, że obligacje były im sprzedawane, jako bezpieczne aktywa, pewne tak, jak bankowy depozyt. Z niektórych wpisów wynika, że sprzedawcy wciskali Kowalskim papiery zapewniając ich o bezpieczeństwie inwestycji, zupełnie nie zważając na stan wiedzy nabywcy i jego profil ryzyka.

Nie wiem, jak wam, ale mnie to przypomina scenę z filmu “Big Short”, jak dwóch nażelowanych gugusiów przechwala się głównemu bohaterowi, ilu to osobom wcisnęli hipoteki. Za sprzedaż obligacji sprzedawca dostawał zapewne niemałą prowizję, więc zależało mu na wolumenie. Jeśli kwestie missellingu zostaną niektórym instytucjom udowodnione, to można się spodziewać zbiorowych pozwów. Przypominam bowiem, że nie mówimy tutaj o milionach, ale o miliardach.

Kluczowe pozostaje pytanie, kto jest winny całej tej finansowej farsie? Oczywiście, w sieci pojawiły się już teorie spiskowe, że wszystko było zaplanowane i jest to klasyczna piramida finansowa. Trudno mi sobie to wyobrazić, by ktoś skoordynował tak duży wał i wciągnął w to ogromną część uczestników polskiego rynku kapitałowego, od banków, przez domy maklerskie, po inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych.

Poszedłbym raczej innym tropem. – W 2017 r. spółka kupiła portfele wierzytelności warte 1,9 mld zł i finansowała to głównie poprzez emisje obligacji. Koszt tych ostatnich można szacować nawet na około 10 proc. To była więc zbyt agresywna strategia rozwoju. Mało która firma wytrzymałaby taki model działania – wyjaśniał niedawno w Parkiet TV Buczek. Zarząd chyba po prostu za bardzo uwierzył w swoją strategię, myślał może, że wynalazł finansowe perpetum mobile. Ignorując jednak sygnały ostrzegawcze dotyczące możliwej utraty płynności, uruchomił lawinę długu, która przybrała gigantyczne rozmiary.

Kąkolewski nadal twierdzi, że w 30 dni jest w stanie uzdrowić spółkę. Nie wiem czy ktoś mu uwierzy, ale to pokazuje, jako mocno był i jest przekonany o swojej skuteczności. Trudno w tym momencie przewidzieć finał tej sprawy i jej ostateczne konsekwencje. W majówkę dowiedzieliśmy się, że zarząd GetBacku złożył wniosek o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Bez względu jednak na to, czy uda się uratować spółkę czy nie, powinna to być ważna lekcja dla polskiego rynku kapitałowego. I nie chodzi mi tylko o postępowanie zarządu. Sprawa namnożyła i jeszcze namnoży wiele pytań… Dlaczego nikt wcześniej nie zareagował? Skąd tyle pozytywnych rekomendacji i ratingów? Dlaczego KNF zajął się sprawą tak późno? Jak to jest, że przewodniczący rady nadzorczej nie wie, co się dzieje w firmie, której niejako przewodniczy? Dlaczego ludzie wciąż dają sobie wmówić, że można dobrze zarobić bez ponoszenia ryzyka? Dlaczego, dlaczego, dlaczego…

 
Categories

Wymiotujący wielbłąd kluczem do inwestycyjnego sukcesu?

Patrzycie czasem na chmury i wydaje wam się, że układają się w znajome kształty – twarze, przedmioty, rośliny etc.? Podobne rzeczy dzieją się na wykresach cen akcji. Analitycy dostrzegają na nich różne kształty, od tytułowego garbatego ssaka po porzucone dzieci. Owe kształty to tzw. formacje. Co najlepsze – niektóre z nich mają czasem moc prognostyczną.

Zanim opiszę kilka intrygujących formacji cenowych, chciałbym na wstępie wytłumaczyć skąd one się w ogóle wzięły. Otóż jedną z najbardziej popularnych metod analitycznych na rynkach finansowych jest analiza techniczna. Jest to narzędzie statystyczne, za pomocą którego interpretuje się zmiany cen na wykresach. Nie liczy się tutaj kondycja finansowa spółki, tylko to, jak zachowuje się kurs jej akcji. \=

Przykładowo, analizuje się zakres wahań kursu w danym okresie, czyli zmienność. Ta ostatnia jest często traktowana jako miara ryzyka, dzięki czemu można na jej podstawie ustawić zlecenia kupna i sprzedaży oraz dobrać optymalną wielkość kapitału do pojedynczej transakcji. W arsenale analizy technicznej jest cała masa wskaźników statystycznych, od prostych średnich kroczących (uśrednienie cen z danego okresu) po skomplikowane oscylatory uwzględniające zmiany cen i obrotu. Wśród techników są m. in. fani włoskiego matematyka – Fibonacciego, którzy patrzą na wykres cen przez pryzmat słynnych proporcji liczbowych. Są też jednak tacy, którzy wykresy analizują tylko na podstawie formacji, a więc tych dziwnych kształtów, w które układają się notowania.

W podejściu tym wychodzi się z założenia, że jeśli jakaś formacja poprzedzała w przeszłości określoną zmianę kursu akcji, to jej kolejne pojawienie się będzie zwiastunem takiego samego zachowania. To taka naczelna zasada techników, mówiąca po prostu, że historia lubi się powtarzać. I choć temu podejściu akurat najdalej do naukowego uzasadnienia, to właśnie ono jest najbardziej popularnym segmentem analizy technicznej. Sprzyja mu barwne nazewnictwo, łatwość stosowania i spory subiektywizm podczas identyfikacji kształtu. Ponadto poszukiwanie różnych schematów w mocno losowym zbiorze danych jest naszą głęboko zakorzenioną przypadłością.

– Poszukiwanie schematu w przypadkowych danych jest podstawową funkcją naszego mózgu – tak podstawową, że nie musielibyśmy się ograniczać do nazwy homo sapiens, czyli “człowiek rozumny”; bez obaw moglibyśmy nazwać się homo formapetens, czyli “człowiek poszukujący schematów”. Chociaż większość zwierząt wykazuje zdolność do identyfikacji schematów, człowiek jest pod tym względem wyjątkowo uparty i zdeterminowany – pisał w książce “Twój mózg, twoje pieniądze” Jason Zweig. W skrajnej postaci ten upór w porządkowaniu chaosu może skutkować rysowaniem tytułowych wielbłądów na wykresach giełdowych. Trudno ocenić jaka jest realna, prognostyczna wartość tego typu tworów, ale jedno jest pewne – mają one sporą wartość rozrywkową.

Ekwilibrystka analityka
Wymiotujący wielbłąd to formacja całkiem nowa i stworzona zupełnie dla jaj. Kilka lat temu taki żart zrobiła sobie dziennikarka Financial Times – Katie Martin. Rysowała na różnych wykresach wielbłądy i umieszczała je na swoim profilu na Twitterze. Formacja ta miała zwiastować spadki cen.

Drwinę wiele osób potraktowało poważnie – wielbłąd na wykresie złota był pokazywany w telewizji CNBC , a kilka miesięcy temu wielu fanów kryptowalut rozpoznało go na wykresie kursu bitcoina. Mało tego dziennikarka była w mediach podpisywana jako szefowa Vomiting Camel Asset Management. Żart trochę wymknął się spod kontroli, a jego twórczyni pisała w jednym z artykułów, że osobom stosującym wielbłąda w swoich inwestycyjnych poczynaniach życzy dużo szczęścia, bo na pewno będzie im potrzebne.

Podejrzewam, że wymiotujący wielbłąd pani Martin na długo wejdzie do kanonu analitycznych, giełdowych żartów i zajmie miejsce obok m. in. spadających noży, odbić zdechłego kota czy słynnych batmanów. Pierwszego określenia używa się w odniesieniu do mocno spadających cen akcji. Najlepiej zobaczyć taką sytuację na aktualnym wykresie firmy GetBack (na przykład tu ). Drugi zwrot odnosi się do gwałtownych, spekulacyjnych odbić notowań, występujących po równie gwałtownych zniżkach. Sprawcami takiego odbicia są zazwyczaj ci, którzy próbują łapać spadający nóż. Komiksowego bohatera natomiast rysuje się na wykresach wtedy, gdy lokalne szczyty cenowe układają się podobnie do kształtu jego maski, jak na przykład na wykresie firmy Alcoa.

Z ciekawostek tego typu przypominam sobie wesołą twórczość Jacka Borawskiego, analityka technicznego Domu Maklerskiego BPS, który kilka lat temu wykres producenta insuliny – Biotonu, przerobił na Dom Kultury „Bioton”. Takich analitycznych heheszków nie brakuje, ale raczej mało kto traktuje je poważnie. Obok nich istnieje jednak cała gama formacji, które wprawdzie mają dosyć wesołe i oryginalne nazwy, ale w praktyce są często uwzględniane w poważnych analizach, a wiele aplikacji analitycznych umożliwia ich automatyczną identyfikację. Najbogatszym arsenałem zdecydowanie dysponują Japończycy.

Świecowa poezja
Analiza techniczna w Kraju Kwitnącej Wiśni opiera się na wykresach świecowych, czyli zamiast tradycyjnej linii łączącej ceny zamknięcia, mamy małe prostokąty (tzw. korpusy), ciemne lub jasne, które u dołu i u góry mają wypustki. Wielkość korpusu pokazuje zakres wahań. Jasny kolor oznacza wzrost, ciemny spadek, górny knot to cena maksymalna, a dolny minimalna. Jedna świeca reprezentuje zazwyczaj jedną sesję. W zależności od tego, jak zachowuje się cena podczas sesji, świeca może przyjmować różne kształty. Dlatego też nadano im różne nazwy, w tym m. in. wisielec i młot (mały korpus, długi dolny knot), spadająca gwiazda (mały korpus, długi górny knot), nagrobek doji (cena zamknięcia równa cenie otwarcia, a więc świeca ma poziomą kreskę zamiast korpusu i długi górny knot). Najciekawsze są jednak nazwy układów kilku świec. Na przykład dwie świece z dużymi korpusami o różnych kolorach to zasłona ciemnej chmury, trzy białe lub trzy czarne świece z rzędu to biali żołnierze lub czarne kruki. Istnieje też formacja porzuconego dziecka, czyli mała świeczka, wyraźnie oddalona od dwóch sąsiednich.

Bogate i barwne nazewnictwo sprawia, że analityczne komentarze mają w sobie nutkę poezji, a giełdowy laik może doszukiwać się tam ukrytych znaczeń i drugich den. Wszystkie te formacje mają jednak swoje osobne, konkretne interpretacje i w zależności od tego, w jakiej fazie trendu się pojawią, zwiastują spadek lub wzrost ceny. Oprócz świec Japończycy bardzo chętnie korzystają ze wspomnianych wcześniej średnich kroczących i również mają bardzo oryginalne nazwy dla ich wzajemnych układów. Gdy średnia liczona dla mniejszej liczby sesji przecina od dołu tą liczoną dla większej liczby sesji, to mówimy o tzw. formacji złotego krzyża, która zapowiada zwyżki. Gdy przecięcie następuję w przeciwnym kierunku, to mówimy o krzyżu śmierci, który – jak łatwo się domyślić – zapowiada spadki.

Gdzie ta głowa i ramiona?
Zachodnia szkoła analizy technicznej także ma w swoim arsenale ciekawe formacje cenowe. Najpopularniejszą jest głowa z ramionami, czyli trzy sąsiadujące ze sobą szczyty, przy czym te po bokach (ramiona) są położone niżej od środkowego (głowa), a linia łącząca ich podstawy to tak zwana linia szyi. Taki człekokształt na wykresie to zwiastun spadków, a jego odwrócona wersja jest zapowiedzią zwyżek. Gdy zajrzycie do leksykonu formacji to dojdziecie pewnie do wniosku, że analitycy techniczni inspiracji szukali w przeróżnych dziedzinach i miejscach.

Występowanie na wykresach prostokątów, trójkątów i kwadratów to nie efekt zamiłowania do piosenek Dawida Podsiadły, ale zapożyczenia z geometrii płaskiej. Widać też inspiracje kuchenne, bowiem na wykresach giełdowych spotkamy spodki, filiżanki z uchem lub bez ucha, a czasem nawet fajki. Lista różnych schematów jest naprawdę długa, a próba ich usystematyzowania wymaga nie lada wysiłku. Podejmował go m.in. Thomas N. Bulkowski,  amerykański inwestor, autor książki „Analiza formacji na wykresach giełdowych”.

Warto w tym miejscu dodać, że i Polacy mają swój spory wkład w koloryt giełdowych technikaliów. Otóż w 2010 r. analityk Paweł Suchomski wydał książkę „Cykle planetarne na giełdzie”. Był to jedyny spec zajmujący się w naszym kraju astrologią finansową, czyli badaniem zależności między położeniem planet, a zmianami kursów akcji. Z jego analiz wynikało, że pojawianie się punktów zwrotnych na wykresach giełdowych indeksów jest mocno skorelowane na przykład z ułożeniem Jowisza i Słońca względem Ziemi.

Kto się śmieje, ten się śmieje
Opisywane wyżej analityczne formacje w pierwszej reakcji wywołują raczej szyderczy uśmiech niż naukową zadumę. Trzeba jednak pamiętać, że w strategii inwestycyjnej nie liczy się jej akademickie zaplecze, ale to, czy daje ona zarobić. Dlatego wielu inwestorów wykorzystuje te narzędzia w bardzo dochodowy sposób. Przeprowadzają bowiem badania statystyczne na danych historycznych i sprawdzają, jaka jest skuteczność poszczególnych sygnałów w danym okresie. Jeśli udaje się uzyskać statystyczną przewagę nad rynkiem (trafność i relacja zysku do straty dają dodatnią wartość oczekiwaną), to można z takich sygnałów zbudować strategię inwestycyjną. Tak robił chociażby znany amerykański analityk Richard Donchian, fan średnich kroczących.

– Użytkownicy systemu Donchiana osiągali regularnie znaczące zyski w latach siedemdziesiątych, ale ten sam system przynosił poważne straty w drugiej połowie następnej dekady, gdy trendy nie były już tak zdecydowane – pisze w książce „Komputerowa analiza rynków terminowych” Charles LeBeau. Z kolei wspomniany Bulkowski przeanalizował na potrzeby swojej publikacji setki wykresów i na tej podstawie opracował ranking skuteczności poszczególnych formacji.

Podobnie żmudną pracę wykonywał Suchomski – nie szukał powiązań przyczynowo skutkowych między ruchem planet a ruchem kursów, tylko korelacji między tymi zmiennymi. Gdy okazywały się one zadziwiająco wysokie, to mógł wykorzystywać to w swoich modelach inwestycyjnych.

Znalezienie takich statystycznych anomalii na wykresach to trochę tak, jakbyśmy w kasynie znaleźli wybrakowane koło ruletki, w którym kulka z większym prawdopodobieństwem wypada w jednym fragmencie koła. Dopóki właściciel nie naprawi mechanizmu, dopóty możliwe będzie skubanie kasyna na kasie. Podobnie jest na giełdzie. Jeśli tytułowy wielbłąd stanie się bardzo popularną formacją i wiele osób uwierzy w jego sprawczą moc, to stanie się on na jakiś czas samospełniającą się przepowiednią. Wtedy zamiast się śmiać, lepiej będzie zagrać pod garbatego ssaka i zarobić.