Na głównym parkiecie warszawskiej giełdy notowanych jest sześć spółek gamingowych, a na NewConnect kolejnych jedenaście. Pod względem stóp zwrotu z akcji, niektóre z tych firm mogą konkurować z kryptowalutami. Może warto się nimi zainteresować?

Ostatni raport firmy Newzoo pokazał, że w 2017 r. przychody polskich producentów gier przekroczyły łącznie 500 mln dol. To 23 wynik na świecie. Wypadliśmy lepiej niż m.in. Belgia, Szwajcaria, Dania, Finlandia, Szwecja i Norwegia. Branża rozwija się bardzo dynamicznie, co widać najlepiej po liczbie firm obecnych na parkiecie warszawskiej giełdy. Na głównym rynku GPW notowanych jest sześć spółek:  CD Projekt, 11 bit studios, PlayWay, Vivid Games, Artifex Mundi oraz CI Games. Ich łączna kapitalizacja, czyli liczba wyemitowanych akcji pomnożona przez cenę akcji, wynosi obecnie 13,3 mld zł.

Na NewConnect mamy jedenastu przedstawicieli branży: Bloober Team, Cherrypick Games, Forever Entertainment, Huckleberry Games, iFun4all, Jujubee, QubicGames, Macro Games, The Farm 51, T-Bull i świeżo upieczony debiutant The Dust. Ich łączna kapitalizajca to 0,5 mld zł. Co więcej – w kolejce na debiut czekają kolejne firmy z tej branży – Ten Square Games i Aidem Media. Gracze mają więc w czym wybierać, podobnie jak giełdowi inwestorzy. Ci ostatni, zwłaszcza cierpliwi, mogli na akcjach spółek gamingowych wykręcić w ostatnich latach zawrotne stopy zwrotu. Zobaczcie sami…

Pokaźne zyski z akcji dużych graczy
Najpierw weźmy pod lupę spółki notowane na GPW, a więc większe i bardziej płynne. Średnia stopa zwrotu z ich akcji, licząc od zamknięcia sesji w dniu debiutu do środy 18 kwietnia, wynosi 1500 proc. Rekordzista – 11 bit studios dał zarobić aż 6380 proc., co oznacza, że z tysiaka zainwestowanego  niecałe osiem lat temu (spółka zadebiutowała w październiku 2010 r.) zrobiłyby się prawie 64 tysiaki. Ponad 1000 proc. dały zarobić także CD Projekt i Vivid Games, a PlayWay 110 proc. Dodać należy, że ten ostatni jest jeszcze młodziakiem, bo jego giełdowy staż to niecałe 2 lata. Z całej szóstki pod kreską są Artifex Mundi i CI Games, odpowiednio -64 proc. i 20 proc. Porównując straty do zysków, można  powiedzieć, że wymiar kary jest sporo mniejszy od nagrody. To chyba dlatego wielu analityków rynkowych już od dłuższego czasu mówi, że to bańka spekulacyjna, na wzór amerykańskich dot-comów z końca lat 90-tych. Jak na złość jednak, bańka nie chcę pęknąć.

Jak weźmiemy pod lupę tylko ostatnie 12 miesięcy, to okazuje się, że na sześciu analizowanych tutaj spółkach można było średnio zarobić 10,3 proc. Dla porównania – indeks WIG wzrósł w tym samym czasie tylko o 2,3 proc. Uczciwie trzeba przyznać, że w tym krótszym ujęciu czasowym trafność wynosiła już 50 proc., bowiem trzy spółki zarobiły w ciągu ostatniego roku, a trzy straciły (patrz wykres). To jednak dowód na to, że następuje pewna rotacja potencjału i nie mamy do czynienia z nieprzerwanym, spekulacyjnie napędzanym wzrostem.

Nie chcę tutaj oczywiście wychwalać spółek gamingowych pod niebiosa i „naganiać” na ich akcje. Zwracam tylko uwagę, że branża cały czas rośnie w siłę i może stanowić ciekawą alternatywę inwestycyjną. Zwłaszcza, jak ktoś gra w gry wymienianych tutaj producentów. Pisałem kiedyś na łamach HiCash.pl, że najlepiej inwestować w to co znamy i w co wierzymy. Jeśli więc ktoś regularnie kupuje gry jakiegoś producenta, jest ich entuzjastą i potrafi ocenić profesjonalizm i potencjał deweloperów, to z pewnością łatwiej będzie mu nabyć akcje danej spółki i przede wszystkim trzymać je w portfelu w oczekiwaniu, że jakość produktu przełoży się na wyniki operacyjne i długoterminowy rozwój biznesu.

Warto w tym miejscu dodać, że w spółki gamingowe wierzą inwestorzy instytucjonalni, czyli towarzystwa funduszy i fundusze emerytalne. Świadczy o tym fakt, że w  akcjonariacie każdej z sześciu analizowanych wyżej spółek są TFI lub OFE mające co najmniej 4,5 proc. udziałów. Wśród tych instytucji są m.in. Nationale-Nederlanden, TFI PZU czy OFE Aviva BZ WBK. Nie wiem, czy zarządzający grają w gry i dlatego kupują akcje tych spółek, ale znani amerykańscy inwestorzy, jak np. William O’Neil, zwykli mawiać, że obecność instytucjonalnego gracza w akcjonariacie spółki to po prostu dobry sygnał. Jeden z wielu, ale dobry.

Mniejszy parkiet, większe ryzyko
To, że ktoś produkuje gry komputerowe czy mobilne nie oznacza od razu, że jego akcje to łakomy kąsek. O ile stopy zwrotu szóstki z GPW robią wrażenie, to jedenastka z NewConnect już taka atrakcyjna się nie wydaje. Nie licząc poniedziałkowego debiutanta – The Dust, średnia stopa zwrotu z akcji dziesięciu firm gamingowych notowanych na małym parkiecie (licząc od zamknięcia w dniu debiutu do środy 18 kwietnia) wynosi tylko 51 proc. Na dziesięć spółek sześć jest pod kreską, ze średnią stratą 48 proc. W tym gronie jest Macro Games, którego papiery potaniały od IPO aż o 97 proc. To oznacza, że gdybyśmy to tutaj ulokowali tysiaka, a nie w akcjach 11 bit studios, to teraz mielibyśmy na koncie 30 zł. Za jeden walor tej firmy trzeba teraz płacić 4 gr, co oznacza, że zmiana kursu o 1 gr przekłada się na 25-proc. zmianę na zainwestowanym kapitale. A mawiają, że to kryptowaluty i forex są prawdziwą jazdą bez trzymanki…

Przykład Macro Games jest oczywiście skrajny, ale niech będzie przestrogą dla wszystkich czytelników. Po ponad 50 proc. od debiutu straciły też Qubic Games i Huckelberry Games. Z kolei iFun4all jest 38 proc. w plecy, pomimo faktu, że w jego akcjonariacie ponad 5-proc. udziały mają TFI Quercus i TFI Trigon. Warto pamiętać, że na NewConnect trafiają firmy mniejsze, na wcześniejszym etapie rozwoju i z reguły o relatywnie niższej płynności notowań. To łącznie sprawia, że wyższe jest ryzyko inwestycyjne i wyższa potencjalna zmienność notowań. Często może się zdarzyć, że liczba ofert kupna i sprzedaży będzie tak mała, że nie będziemy mogli nabyć lub zbyć interesującej nas liczby akcji, a nawet najmniejsza transakcja będzie mocno wpływać na poziom rynkowego kursu. Jeśli więc w ogóle do giełdy podchodzicie bardzo ostrożnie i selektywnie, to do NewConnect róbcie to z dwa razy większym natężeniem.

Nieuczciwym byłoby jednak demonizowanie małego parkietu. Wracając do branży gier, oprócz wymienionych wyżej słabeuszy są tu również mocniejsze podmioty. Przykładem The Farm 51, który w sześć lat dał zarobić akcjonariuszom 268 proc. i zdobył zaufanie inwestorów instytucjonalnych – mBank i TFI Skarbiec mają po 4,5 proc. udziału w akcjonariacie. Z kolei ubiegłoroczny debiutant – Cherrypick Games zyskał w pięć miesięcy 34 proc. i ponad 5-proc. jego walorów ma TFI Altus. Podobną stopą zwrotu za ostatnie miesiące może pochwalić się także Blobber Team. Jak widać, jest w czym wybierać także na małym parkiecie. Niebawem łącznie na GPW i NewConnect będzie 19 reprezentantów branży, a nieoficjalnie mówi się o kolejnych planach upublicznienia firm z tego sektora. Chyba nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że powoli gry stają się naszym flagowym towarem narodowym. Już nawet nie tylko w sensie samych produktów, ale chociażby patrząc przez pryzmat e-sportu – katowickiego turnieju Intel Extreme Masters i świetnych drużyn. Warszawska giełda zaczęła to chyba powoli zauważać. Późno, ale jednak.

Pozytywny i nieco symboliczny wydźwięk ma fakt, że kilka tygodni temu producent Wiedźmina wszedł do indeksu WIG20 (kosztem Asseco Poland). Wskaźnik ten ma swoich szeregach 20 najbardziej płynnych i największych spółek na GPW. To coś w rodzaju giełdowej loży vipów. Wejście w te szeregi CD Projektu to lekki ukłon w stronę całej branży. Ja się cieszę, bo WIG20 zdominowany jest przez banki oraz spółki węglowe i paliwowe, a więc taką trochę „inwestycyjną konserwę”. Może firma braci Kicińskich przetrze szlaki innym spółkom, będzie takim klinem w tej zabetonowanej loży blue chips. Zastanawiam się tylko dlaczego giełda nie stworzyła jeszcze osobnego indeksu dla branży. WIG-gry byłby dobrym narzędziem do analizy i oceny kondycji sektora. Ktoś powie, że sześć to za mało spółek na osobny, sektorowy indeks? WIG-chemia ma w portfelu tylko pięć podmiotów i działa… Chyba nawozy azotowe w niczym nie ustępują grom komputerowym.