To miał być lekki tekst pod tytułem „W Wordzie nie będzie można pisać brzydkich wyrazów”, ale gdy zacząłem się wgłębiać w temat okazało się, że sprawa jest poważna. Dotyczy bowiem walki z handlarzami żywym towarem, prowadzącej do poważnej cenzury Internetu. Politycy są wszędzie tacy sami. Chcą nam zrobić dobrze, nie interesując się tym, co mamy w temacie robienia nam dobrze do powiedzenia. I bardzo często mówią jedno, gdy chodzi im o coś zupełnie innego. W efekcie przepychają złe prawo. Tak właśnie stało się w przypadku aktu SESTA/FOSTA.

 

Stop Enabling Sex Traffickers Act oraz Fight Online Sex Trafficiking Act to ustawa, którą Donald Trump podpisał w celu przeciwdziałania handlowi żywym towarem w Internecie. Ustawodawcy twierdzą, że chcą dobrze i będą walczyć z niewolnictwem seksualnym. Oczywiście albo są głupi, albo cyniczni. Bo uchwalili prawo, które będzie walczyć ze wszystkim, tylko nie z tym, z czym walczyć miało. Wszystko wskazuje na to, że ich jedynym celem jest walka z prostytucją, której boją się jak diabeł święconej wody. No i przy okazji kolejna cenzura Internetu zawsze smaczna i zdrowa.

Żeby zrozumieć co złego się stało, cofniemy się na chwilę do prehistorii internetu. W 1996 roku uchwalony został Communications Decency Act. Jego sekcja 230 położyła podwaliny pod rozwój Internetu i jest uznawana za jeden z najważniejszych kawałków prawa, jaki kiedykolwiek w odniesieniu do sieci uchwalono. Sekcja 230 stanowi, że żaden dostawca ani użytkownik interaktywnej usługi komputerowej nie będzie traktowany jako wydawca ani autor jakiejkolwiek informacji dostarczonej przez innego dostawcę treści. W skrócie oznacza to zdjęcie z administratorów stron i dostawców usług internetowych odpowiedzialności za treści tworzone przez użytkowników.

Ten drobny z pozoru zapis pozwolił stworzyć Internet w takiej formie, w jakiej go dzisiaj znamy. Akt FOSTA/CESTA tworzy w Sekcji 230 wyłom, orzekając że administratorzy i twórcy stron będą odpowiedzialni, jeżeli na ich stronach znajdą się reklamy albo ogłoszenia dotyczące prostytucji, nawet tej dobrowolnej, odbywającej się za zgodą obu stron. Miała być walka z handlarzami żywym towarem, mamy walkę z prostytucją jako taką. I cenzurę obyczajową.
Jak widać, pierwszą ofiarą nowego prawa została wolność słowa. Walka z seksem w purytańskiej Ameryce przyjmuje karykaturalne wymiary, jak choćby Facebook banujący za brodawkę sutkową, ale ignorujący zgłoszenia stron, na których króluje przemoc. Taka logika stała za poczynaniami osadników z Mayflower, i taka logika rządzi kilkaset lat później. Teraz dzięki nowej ustawie, łatwiej będzie rugować treści seksualne z sieci. O skutkach tego wspomnę później.

Drugą, równie poważną ofiarą tej ustawy stali się pracownicy seksualni. Można stać na rogu ulicy i wsiadać do podjeżdżającego samochodu po to, żeby uprawiać seks za pieniądze. Można również ustawić się z klientem w sieci, sprawdzić go, zobaczyć czy nam odpowiada i dopiero wtedy spotkać się w kontrolowanych warunkach. Jasne, w takim przypadku też istnieje niebezpieczeństwo trafienia na psychopatę, ale jest ono nieporównanie mniejsze niż to, jakie towarzyszy pracy bezpośrednio na ulicy. Teraz wszyscy wyjdą na ulicę albo zejdą do sieciowego podziemia.

No dobra, wolność słowa wielokrotnie zawieszaliśmy, pracownicy seksualni w oczach moralnego społeczeństwa zawsze byli postrzegani jako pariasi, skoncentrujmy się więc może na tym handlu ludźmi. Czy ustawa coś zmieni?

Według słów organizacji, które zajmują się walką z tym procederem, ustawa sprawę pogorszy i utrudni pomoc ofiarom handlu ludźmi. Doprawdy, spore zaskoczenie. Okazuje się, że do tej pory przestępcy się nie musieli aż tak bardzo krygować, dzięki czemu tych najgłupszych można było łatwo zinfiltrować, namierzyć i rozbić siatki handlu żywym towarem. Teraz wszyscy zejdą do podziemia, gdzie służbom będzie trudniej kontrolować ten proceder i z nim walczyć.
Jeżeli przeciwko wprowadzaniu takiego prawa protestują takie organizacje jak American Civil Liberties Union czy Departament Sprawiedliwości, to wiedz, że coś robisz źle. Jeżeli tłum profesorów prawa i liczne organizacje walczące z handlem żywym towarem wysyłają do Kongresu listy, wskazujące na uchybienia dotyczące legalnej strony stanowionego prawa, jego konstytucyjności i potencjalnego łamania praw ludzkich, wiedz że przepchnąłeś fatalną ustawę.

A co to oznacza dla użytkowników sieci niezwiązanych z rynkiem usług seksualnych? Weźmy kilka przykładów z kilkunastu dni po uchwaleniu nowego prawa.

PayPal zablokował pieniądze, jakie powinni dostać pracownicy seksualni od stron, na których działają, i dzięki którym zarabiają. Rozumiecie? PayPal się wystraszył i zablokował legalnie zarobione środki tylko dlatego, że gdzieś tam na stronie ludzie rozmawiali o umawianiu się na seks albo korzystali z seks-kamerek.

Facebook kasuje grupy o tematyce seksualnej.

WordPress usuwa posty i zdjęcia o tematyce seksualnej.

DropBox i Google Drive usuwają pliki o tematyce seksualnej.

Sekcja Personals na stronie Craiglist została wyłączona.

Reddit zamyka subredity związane z tematyką seksualną i pracownikami tej branży.

Google Play zmienia swoją politykę i kasuje zdjęcia ukazujące zabawki seksualne albo aplikacje kojarzące pary na seks.

Microsoft zmienił również warunki użytkowania. Od teraz używanie obraźliwego języka i wrzucanie niewłaściwej zawartości, jak na przykład nagości, skutkuje zawieszeniem lub banem. Te obostrzenia dotyczą Skype’a, Xboxa i co najzabawniejsze, programów z pakietu Office.

Amerykańscy purytańscy deputowani chcieli walczyć z handlem ludźmi. Wyszło im tak, jak wychodzi wszystkim innym politykom na świecie. Na razie przepisy te nie obowiązują w Europie, ale nie ma pewności, czy duże firmy z centralami w USA zechcą załatwić nas wszystkich za jednym zamachem. Pytanie co zrobi z tym Unia pozostaje otwarte.