Categories

Tradycyjne banki przegrywają walkę o milenialsów

Finałowa scena filmu „Fight Club” od niemal dwudziestu lat rozgrzewa serca i cieszy wszystkich zadłużonych. Wizja zniszczenia banków, wyzerowania długów i dania ludziom drugiej szansy spodobała się widzom, a film stał się pozycją kultową. W roku 2018 jest wciąż za wcześnie, by puszczać marsz żałobny, jednak katastrofa tradycyjnej bankowości powoli staje się faktem. Do gry weszli bowiem milenialsi, sięgając do szerokiego wachlarza swoich wyrachowanych metod

Gdy dziesięć lat później bankierzy rozpętali kryzys, który wpędził miliony ludzi w nędzę, nastroje się zradykalizowały i podczas protestów na Wall Street mogliśmy dostrzec transparenty z hasłem „jump motherfuckers”. Malowali je młodzi ludzie, którzy nie byli zadowoleni z tego, co finansjera zrobiła z Ameryką i światem. Bankierzy powinni zadrżeć, ale tego nie zrobili. Nie mieli świadomości, że ich branża będzie kolejną, którą zabiją milenialsi.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale jeszcze 15-20 lat temu bankier to był zawód zaufania publicznego. Szedłem do siedziby banku i powierzałem kolesiowi po drugiej stronie stołu moje pieniądze, wierząc że mnie nie oszuka. I on mnie nie oszukiwał, nie wciskał stu fantastycznych produktów inwestycyjnych albo ryzykownych kredytów. Wszystko zmieniło się w roku 2007, gdy pracownicy banków zamienili się w naganiaczy kredytowych i brokerów narzędzi finansowych, których sami nie rozumieli. Po roku 2009 branża bankowa nie ma już czego u milenialsów szukać.

Oczywiście kontaktu z bankami całkowicie uniknąć się nie da, ale młodzi minimalizują go, jak tylko jest to możliwe. Według badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Business Insider, aż 38 proc. amerykańskich milenialsów nie odwiedza oddziału banku a 26 proc robi to rzadziej niż raz w miesiącu. Ledwie 38 proc młodych idzie do banku w celu innym niż wypłata z bankomatu. Połączmy to z faktem, że aktualnie milenialsi to najliczniejsza grupa demograficzna i jednocześnie największa grupa wśród ogółu zatrudnionych. Co mamy? Ano prosty patent na katastrofę bankowości w takiej formie, w jakiej znaliśmy ją przez dekady.

Jak wspomniałem w jednym z poprzednich tekstów, obecne pokolenie młodych Amerykanów jest obciążone największym długiem studenckim w historii. Co oznacza, że większość tradycyjnych produktów oferowanych przez banki ich nie interesuje. Ktoś, kto ma 25 tysięcy dolarów długu na starcie, nie dostanie przecież kredytu hipotecznego. Karta kredytowa, dzięki której będzie mógł zadłużyć się jeszcze bardziej też nie jest mu niezbędna do życia. Pożyczka na samochód? Może najpierw niech ktoś mu zaproponuje sensowny program wyjścia z długu. Niekoniecznie związany z koniecznością założenia konta bankowego i łupienia opłatami na kolejnych etapach refinansowania zadłużenia i jego spłaty.

Młodzi ludzie nie potrzebują bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Bardziej interesuje ich przyjazna bankowość, w której przelewy robi się jednym kliknięciem w komórce albo zbliżając dwa telefony do siebie. Płatność kartą? Po co, skoro możemy to zrobić komórką. Wypłata z bankomatu? Komórka. Inwestycje? Dostęp do naszego portfela akcji przez całą dobę dzięki komórce. Założenie lokaty? Zaznaczenie czterech pól (dane osobowe uzupełniają się automatycznie) i naciśnięcie „Wyślij” w komórce. Refinansowanie pożyczki studenckiej? Na pewno jest do tego jakaś apka.

Milenialsi chcą mieć swój hajs zawsze pod ręką.

Co oferują im tradycyjne banki? Przelew – przeklikaj się przez pięć ekranów a potem wpisz kod ze zdrapki albo tokena. Bankomat? Użyj karty i pamiętaj kolejny PIN. Inwestycje? Proszę wydrukować i wypełnić te wnioski. Pożyczka? A to już w ogóle grubsza sprawa i bez wizyty u konsultanta się nie obejdzie. Trzeba też będzie mieć zaświadczenie z księgowości o dochodach. Młodzi nie mają czasu na takie głupoty, kiedy wszystko inne mogą załatwić kilkoma kliknięciami w ekran smartfona.

Do tego te przeklęte startupy, które brużdżą bankom. W swojej pełnej ciepła i zwięzłości, liczącej 38 stron odezwie do udziałowców, prezes JPMorgan Chase Jamie Dimon powiedział „Krzemowa Dolina nadchodzi”. Setki startupów, tysiące mózgów i miliony monet pracują nad rozwiązaniami alternatywnymi dla tradycyjnej bankowości. Największy lęk wzbudza działka, w której banki operują najaktywniej – pożyczki. Klient może w ciągu kwadransa dostać pożyczkę, której udzielenie zajęłoby bankowi tydzień. Akapit o startupach fintechowych prezes kończy ślicznym zdaniem: And we also are completely comfortable with partnering where it makes sense. Słuchajcie, tak właśnie brzmiał XX wiek. Albo XIX.

W USA walkę o milenialsów tradycyjne banki przegrywają sromotnie. A co słychać u nas? Według danych z badania TGI prowadzonego przez firmę MillwardBrown, aż 3,5 mln osób z grupy wiekowej 15-35 lat nie ma konta bankowego. Tak się w Polsce definiuje wykluczenie finansowe. Przyczyny są częściowo zbadane, częściowo możemy je zgadywać. Młodzież nie chce powierzać bankom pieniędzy, bo im nie ufa. Leży u nas edukacja finansowa.

Według badania „Życie finansowe młodych Polaków”, aż 2/3 badanych nie wie co to jest RRSO a jednocześnie tylko 20 proc ocenia swoją wiedzę jako niedostateczną i ma świadomość braków. Rodzice są zarówno głównymi doradcami finansowymi, jak i źródłem pomocy w razie kłopotów finansowych. Młodzi trzymają się tradycyjnych wzorców postępowania, popełniając błędy poprzednich pokoleń. A w razie kompletnej padaki, zawsze zostaje chwilówka.

W Polsce nie była potrzebna żadna rewolucja, młodzi odwrócili się od banków sami z siebie. Te próbują kusić, oferując pieniądze za założenie konta, ale tak to można zachęcać jedynie łowców okazji a nie łowić lojalnych klientów. I tak to milenialsi powoli zabijają kolejną branżę. Aż strach głośniej odetchnąć.

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Pożyczki społecznościowe: poczuj się jak mały bank

Rozwój technologii internetowych sprawia, że wiele tradycyjnych usług przenosi się do sieci i funkcjonuje w niej w modelu ekonomii współdzielenia. To właśnie dzięki temu w Uberze możesz bez trudu wcielić się w rolę taksówkarza. Ale na tym nie koniec. Serwisy bazujące na blockchainie pozwalają każdemu zmienić się w kredytodawcę i zarabiać na tym pieniądze.

Mam takie wrażenie, że gdyby Karol Marks wrócił na chwilę do świata żywych, to miałby kilka powodów do zadowolenia. Dlaczego? Otóż sieć internetowa pozwala wcielać w życie jego ideę, w której każdy jest właścicielem środków produkcji. Skoro mogę zarejestrować się w takim serwisie jak Blablacar i z własnego auta zrobić małego busa, albo skorzystać z portalu Airbnb, by zamienić swoje mieszkanie w mały hotel, to faktycznie jestem mikroprzedsiębiorcą, kowalem własnego, biznesowego losu. Właściciele korporacji przewozowych i hotelarze pewnie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale na tym właśnie polega prawdziwa konkurencja. Oswoić się z tym powinni także szefowie wielkich korporacji bankowych. W sieci rozwijają się bowiem platformy do pożyczek społecznościowych, dzięki którym każdy może zostać kredytodawcą i każdy może o kredyt się ubiegać. Na razie obroty na tym rynku nie są zawrotne, zwłaszcza w porównaniu do gigantów typu Goldman Sachs czy Credit Suisse, ale technologia blockchain może to zmienić. Zwiększa bowiem zasięg tego typu usług, podnosząc jednocześnie ich efektywność i bezpieczeństwo. Czym są tytułowe pożyczki i jak można z nich korzystać?

Pożyczanie peer-to-peer

Na początek sucha teoria. Pożyczka społecznościowa, od ang. social lending albo Peer-2-Peer lending, to kojarzenie potencjalnych pożyczkodawców z pożyczkobiorcami przy wykorzystaniu platformy internetowej. Na platformie spotykają się ci, którzy mają nadmiar kapitału z tymi, którym doskwiera jego niedobór. Następnie dokonują transferu kapitału na ustalonych warunkach. W całym procesie pomijany jest bank. Jego rolę przejmuje platforma, która jest po prostu środowiskiem do zawierania transakcji. Pominięcie bankowego pośrednika sprawia, że proces jest szybszy, prostszy i daje uczestnikom lepsze i bardziej elastyczne warunki finansowe. Jak to działa w praktyce?

Załóżmy, że jestem świeżo upieczonym absolwentem stołecznego uniwersytetu, pracuję na umowie śmieciowej, nie mam żadnych oszczędności, ale mam pomysł na własny biznes związany z drukiem 3D. Aby go zrealizować potrzebuję 7 tys. zł, bowiem tyle kosztuje dobra drukarka renomowanej firmy. W tradycyjnym banku nie mam raczej szans na kredyt, a jeśli już to na drakońskich warunkach i z licznymi formalnościami. Z ogłoszeń widocznych na miejskich słupach też nie skorzystam, bo chcę mieć całe kolana. Znajomych i rodziny też obciążać nie będę, bo mają podobne problemy finansowe jak ja. W takiej sytuacji szansą może być platforma do pożyczek społecznościowych.

Rejestruję się więc w przeznaczonym do tego serwisie (np. BitBond.com), potwierdzam swoją tożsamość (np. poprzez skan dokumentów czy video-konwersację z przedstawicielem platformy), opisuję parametry potrzebnego kredytu (przeznaczenie, kwota, czas, itp.) i czekam na akceptację. Jeśli ją otrzymam, moja oferta będzie widoczna na platformie i potencjalni kredytodawcy będą mogli „zrzucić się” na moją pożyczkę. Tak jak użytkownicy platform typu Kickstarter „zrzucają się” na jakiś biznesowy pomysł, z tą różnicą, że kwoty są o wiele niższe.

Zostać  inwestorem za grosze

Jest też i druga strona tego medalu. Jeśli bowiem mam nadmiar kapitału, to mogę także zarejestrować się na takiej pożyczkowej platformie i udzielać pożyczek, być inwestorem. Tutaj wymogi weryfikacyjne są znacznie niższe, a ja mam pełną swobodę w wyborze swoich dłużników. Mogę przeglądać ich profile, zapoznawać się z pomysłami, na których finansowanie potrzebują pieniędzy i decydować z kim podzielić się swoimi aktywami. To co jest kluczowe to fakt, że kwota pożyczki dla jednego podmiotu ma bardzo niski dolny limit, np. 200 zł. Oznacza to w praktyce, że mając do dyspozycji 10 000 zł, mogę w sumie udzielić 50 mikropożyczek. Ta dywersyfikacja sprawia, że można zminimalizować ryzyko takiej inwestycji – cała kwota rozkłada się na wielu różnych dłużników.

W tym miejscu warto przytoczyć dane z platformy Fundingcircle. Pokazują one, że pożyczając przynajmniej 100 różnym odbiorcom i nie przekraczając wielkości 1 proc. środków na jedną pożyczkę, 98 proc. inwestorów zarabiało rocznie co najmniej 4 proc. Średnio zysk netto sięga natomiast 6,9 proc., przy zaledwie 4,2 proc. niespłaconych kredytów. Z kolei znacznie mniejsza – platforma Mintos – chwali się na swojej stronie, że średnia roczna stopa zwrotu sięga u nich 12 proc. To całkiem przyzwoite wyniki, zwłaszcza, jak porównamy je z marnie oprocentowanymi lokatami w bankach.

Scoring na miarę XXI wieku

Pamiętajmy, że pożyczki społecznościowe są całkiem młodą ideą. Pierwsza tego typu platforma – Zopa, powstała w Wielkiej Brytanii w 2005 r. Do Polski pomysł przywędrował trzy lata później i do dziś lokalnie działają takie firmy, jak Kokos.pl, Emonero czy Iwoca. Wydaje się jednak, że dopiero teraz, dzięki technologii blockchain, podobne inicjatywy mogą rozwinąć skrzydła. Łańcuch bloków idealnie bowiem pasuje do finansowych biznesów opartych na rozproszonej sieci użytkowników. Blockchain zapewnia bezpieczne szyfrowanie transakcji, umożliwia wysoką  przepustowość płatności i co najważniejsze – nie ma ograniczeń państwowych. Łańcuch działa globalnie, więc pozwala kojarzyć strony – pożyczkobiorców i inwestorów – z całego globu. To daje dostęp do potężnej bazy użytkowników. Przykładowo – na wspomnianym już BitBondzie, który korzysta z blockchaina, natknąłem się na profil rolnika z Kolumbii, który potrzebował kilku tysięcy dolarów na sfinansowanie systemu nawadniania swoich upraw.

Wszystko wygląda pięknie i perspektywicznie, ale trzeba pamiętać o ryzyku inwestycyjnym. Choć prawdopodobieństwo tego, że nikt spośród kilkudziesięciu naszych dłużników nie spłaci swojego zobowiązania jest niskie, to zawsze warto liczyć się faktem, że coś może pójść nie tak i nie odzyskamy części środków. Tak samo jak jadąc Blablacarem nigdy nie mam pewności, że klient nie okaże się czarnym charakterem rodem z kultowego filmu „Autostopowicz”. Bo w zasadzie to na jakiej podstawie mam ufać rolnikowi z drugiej części globu, którego w życiu na oczy nie widziałem? Właściciele platform pracują nad rozwiązaniami minimalizującymi ryzyko niespłacalności.

Część korzysta z tradycyjnych metod: sprawdzenie listy dłużników, weryfikacja numeru telefonu, konta bankowego i adresu zamieszkania, a także umowy z firmami zarządzającymi wierzytelnościami. Najciekawsze są jednak modele scoringowe, które nadają pożyczkobiorcom ratingi uwzględniając dodatkowo ich aktywność w sieci. Tutaj pod uwagę brane są profile na kontach społecznościowych (np. Facebook, Twitter, LinkedIn), a także aktywność w serwisach zakupowych, jak Amazon, Ebay czy Allegro. Oczywiście jeśli dany użytkownik ma już jakąś historię kredytową na platformie, to również jest ona brana pod uwagę przy ustalaniu ratingu (najczęściej jest system literowy od A do F, gdzie A to najwyższa ocena, a F najniższa). Okazuje się zatem, że nowe technologie zmieniają też podejście do naszej tożsamości. Nie liczy się już tylko dowód osobisty, ale także nasza reputacja i obecność w internecie.

Twórca polskiej platformy GetLine – Kacper Wikieł, powiedział w jednym z wywiadów, że dla millenialsów bardziej liczy się ta tożsamość sieciowa niż realna. Tym samym zdają sobie bardzo dobrze sprawę z tego, że nie spłacając pożyczki ryzykują, że zniszczą lub przynajmniej nadwyrężą swoją reputację wirtualną. Trzymając się już przykładu Blablacara można to porównać do sytuacji, w której kierowcy wystawiają pasażerowi złą ocenę, zmniejszając jego szanse na wykupienie kolejnego przejazdu.

Podejrzewam, że nie wszystkim spodoba się idea uspołeczniania środków produkcji, z jaką mamy niewątpliwie do czynienia w przypadków opisywanych tutaj pożyczek. Żyjemy jeszcze w czasach, gdy większość przyzwyczajona jest do scentralizowanych rozwiązań, w których jest pośrednik i to on bierze na siebie wszelkie ryzyka. Z drugiej strony atrakcyjne stopy zwrotu, możliwość pomagania tym wykluczonym z sektora finansowego i mimo wszystko rodzaj buntu przeciwko bankowym monopolom mogą być całkiem kuszące. Rosnąca skala tego biznesu pokazuje, że wielu już się skusiło. Na platformie Fundingcircle łączna kwota udzielonych pożyczek sięga już 3,2 mld funtów, na Mintos jest 0,5 mld euro i z roku na rok te wielkości się zwiększają.

 
Categories

Banki tracą właśnie monopol na zarządzanie naszymi kontami. To szansa dla wielu nowych biznesów!

“Sillicon Valley is coming” – napisał w 2015 roku do swoich inwestorów Jamie Dimon, szef największego amerykańskiego banku JP Morgan. Spodziewaliśmy się końca banków, które zostaną zastąpione przez innowacyjne startupy. W tym roku znaleźliśmy się bliżej tej rewolucji niż kiedykolwiek. I jedno wiemy na pewno: startupy bez banków nie pociągną, ale i tak na rynek usług finansowych wejdzie wielu nowych graczy. Kto zarobi?

13 stycznia zaczęła obowiązywać we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej dyrektywa PSD2 (nawet w Wielkiej Brytanii, pomimo Brexitu). Co to znaczy? Odtąd nie tylko banki będą miały dostęp do informacji o naszych kontach bankowych. Na rynku finansowym pojawia się miejsce dla nowych biznesów. Komisja Europejska liczy na to, że dzięki nowemu prawu rynek usług płatniczych będzie bardziej innowacyjny i przyjazny klientowi (przez większą konkurencję na rynku).

Z badania opublikowanego przez Accenture w styczniu 2017 roku wynika, że 40 proc. Amerykanów z pokolenia Y (osoby urodzone pomiędzy 1980 a 2000 rokiem) rozważyłoby korzystanie z usług bankowych amerykańskich gigantów technologicznych (mając zapewne na myśli Facebooka, Google’a i Amazona – przyp. red.). To pokazuje, że nadeszły czasy, gdy operacje płatnicze jesteśmy w stanie powierzyć nie tylko bankom.

Nowe prawo europejskie udostępnia informacje o historii naszych transakcji i umożliwia inicjowanie płatności grupie nowych podmiotów. Jakie biznesy na tym skorzystają?

  1. Nowe aplikacje z dostępem do wszystkich naszych kont

Banki nie mają już monopolu na informację o tym, kiedy i za co płacimy (do tej pory w regulaminach kont bankowych była zawarta informacja o tym, że użytkownik nie może udostępniać dostępów podmiotom trzecim). Banki, zgodnie z nowym prawem, będą musiały udostępnić te dane tzw. podmiotom trzecim przez API.  

To otwiera pole dla firm i startupów tworzących dwa typy usług:

  • zlecające płatności (AIS – account information services) np. z poziomu sklepu online,
  • pobierające i wykorzystujące informacje o naszych wszystkich kontach bankowych i transakcjach w jednym miejscu (AIS – account information services).

Dzięki nim nie będziemy musieli logować się oddzielnie w bankowości internetowej każdego banku, w którym mamy pieniądze za każdym razem, gdy będziemy chcieli sprawdzić stan naszych środków. Saldo zbiorcze i całą historię transakcji będziemy mogli przejrzeć też w jednym miejscu z poziomu aplikacji.

  1. Nowe funkcjonalności sklepów internetowych

Co ciekawe, podobne usługi teoretycznie może dla nas świadczyć na przykład sklep internetowy, który będzie mógł mieć dostęp do informacji o stanie naszego konta. Wyobraźmy sobie, że będzie nam podpowiadał tylko te produkty, na które nas stać. Przynajmniej nie będziemy się frustrować. Na pewno zmianą będzie fakt, że już nigdy nie trzeba będzie logować się do swojego konta bankowego, żeby zapłacić za wybrane w sklepie towary.

Tego, jakie warunki będą musiały spełnić firmy i instytucje, żeby móc uzyskać dostęp do danych bankowych, określą tzw. RTS-y i polskie przepisy implementujące unijną dyrektywę. Możemy spodziewać się jednak tego, że wiedzę o stanie naszego konta teoretycznie będzie mógł uzyskać nawet internetowy sklep z oponami, jeśli tylko się na to zgodzisz, a on wykaże, że jest w stanie twoje informacje odpowiednio zabezpieczyć.

  1.  Ekonomia API – morze możliwości dla nowych fintechowych graczy

To, że dane o naszych saldach i historii transakcji będą mogły wyjść poza banki otwiera morze możliwości dla nowych usług finansowych, które powstaną na bazie udostępnionych informacji – podobnie jak na bazie udostępnionych przez Google’a czy Facebooka danych powstało wiele innych usług: od geolokalizacji na podstawie google’owskich map po weryfikowanie klientów za pomocą aktywności w social mediach.

Tutaj otwiera się pole kreatywności dla startupów i firm technologicznych. Wyobraźmy sobie, że na Facebook’u dostępna jest usługa, dzięki której należność za bilety na koncert lub inne wydarzenie, do którego “dołączamy”, jest automatycznie ściągana z naszego konta. Albo możemy ściągnąć należności od naszych znajomych, którzy dołączyli do grupy, w której ustalamy wysokość składki na prezent dla przyjaciela – automatyczne ściąganie należności od potwierdzonych członków grupy na pewno doceniłby każdy, kto choć raz założył pieniądze za innych “chętnych”.

Wreszcie może powstanie sprytny system zarządzania opłatami stałymi: za prąd czy telefon. Naprawdę trudno ogarnąć umysłem, dlaczego w 2018 roku najlepszą usługą, jaką mamy w ramach rozliczeń z dostawcą prądu są przelewy zdefiniowane. Przydałaby się maszynka realizująca opłaty za prąd i telefon, a  przy okazji porównująca oferty – tak, żeby naprawdę łatwo można było zmienić operatora, gdy warunki stają się niekorzystne.

  1. Miejsce pośredników finansowych zajmą market place’y

Kończą się czasy, gdy po poradę kredytową czy inwestycyjną będziemy szli do pośrednika. Nowe regulacje uwalniające dane umożliwią powstawanie porównywarek ofert finansowych dostosowanych do tego, ile mamy pieniędzy, jak je wydajemy, ile zarabiamy i jakie mamy zobowiązania finansowe. Wreszcie ten rynek wejdzie na drogę otwartej konkurencji, a zarobią na nim ci, którzy zainwestują w technologię integrującą oferty finansowe  (nie tylko banków, ale też pożyczek społecznościowych i innych nowych form pozyskiwania środków) z API banków, przez które w łatwy sposób będzie można zobaczyć profil finansowy klienta.

W ogóle czeka nas rewolucja w możliwości tzw. profilowania klienta. Jeśli dodamy do wszystkich informacji, które mają o nas marketerzy, jeszcze te finansowe – zacznie brakować chyba już tylko danych medycznych i dotyczących naszego życia seksualnego.

  1. Zupełnie nowe usługi księgowe

Wreszcie będzie możliwa bezpośrednia integracja kont bankowych ze zautomatyzowanymi usługami księgowymi. Koniec wożenia papierów do księgowej? Nie od razu, ale na pewno regulowanie transakcji na podstawie zaksięgowanych już faktur będzie można całkowicie zautomatyzować.

  1. Tożsamość klienta potwierdzi układ żył?

Z jednej strony nowe prawo zwiększa liczbę firm i instytucji, które będą mogły mieć dostęp do danych naszych kont, ale z drugiej zwiększa wymagania dotyczące graczy rynku finansowego. Jednym z takich wymagań jest wprowadzenie tzw. silnego uwierzytelnienia transakcji, czyli każda firma, która będzie chciała w naszym imieniu zainicjować transakcję na naszym koncie będzie musiała dwa razy sprawdzić, czy my to my.

I jak zawsze – gdzie pojawia się nowa regulacja, tam pojawia się szansa dla biznesów. Na tym zapisie zyskają akurat startupy zajmujące się potwierdzaniem tożsamości użytkownika przez internet.

Przepisy unijne przewidują, że można to robić na trzy sposoby: 

  • na podstawie wiedzy użytkownika (coś co wie tylko użytkownik np. imię pierwszej miłości etc.),
  • na podstawie czegoś, co posiada wyłącznie użytkownik, np. nasz telefon (np. rozwiązanie polskiego startupu PHONEID),
  • na podstawie cechy użytkownika, która jest niepowtarzalna, a do takich cech należy m.in. nasz głos (do uwierzytelniania użytkownika wykorzystuje go m.in. startup VoicePIN, rysy twarzy (systemy rozpoznawania twarzy), odciski palca (rozwiązania takie jak TouchID), tęczówka oka czy nasze pismo (w stosowaniu go jako metody werfyfikacji świetnie sprawdza się poznański IC Solutions). Unikalny ma każdy z nas również układ żył – już dziś czytniki układu krwionośnego palca lub dłoni chronią dostępu na przykład do sejfów (np. AutoID). Unikalną mamy też postawę i sposób chodzenia, choć trudno wyobrazić sobie, żebyśmy wykorzystali te właśnie sposoby, aby zapłacić za kieckę w internetowym sklepie (chyba że przy okazji skanowania sylwetki, sklep dopasowałby odpowiedni rozmiar).

    Skoro na rynku robi się tyle miejsca dla nowych graczy, to dlaczego nie wierzę, że startupy zastąpią banki? Z dwóch powodów: banki mają coś, czego nie mają startupy: klientów. Może okazać się więc, że nowe usługi będą mogły rozwijać się wyłącznie we współpracy z bankami  (chyba że startupy tworzące nowe usługi spróbują zawrzeć biznesowe sojusze z innymi uczestnikami rynku, którzy mają klientów – ubezpieczycielami). Drugi powód może dotyczyć barier wejścia na rynek nowych podmiotów. Wymagania dotyczące zabezpieczenia danych i płatności internetowych mogą sprawić, że tylko duzi gracze będą mieli wystarczające środki na sfinansowanie odpowiedniej infrastruktury.
Konsultacja merytoryczna: Piotr Góralczyk, UnifiedAPI Technology Sandbox i FinTech Cluster.
 
Categories

FinTech w Polsce: Startupy chcą współpracować z państwem. To lepsze niż strach

Startup to nie jest kiosk, tylko firma działająca w warunkach skrajnej niepewności. A niektóre startupy są niepewne do kwadratu. Ci, którzy robią rozwiązania w obszarze FinTech (innowacje finansowe) pomimo działających biznesów i rzeszy klientów, często nie wiedzą, czy w ogóle działają legalnie. Ze strachem śledzą kolejne ruchy Komisji Nadzoru Finansowego. Ta wyciąga właśnie do nich rękę – od tego roku mogą zadać pytanie o legalność swoich działań w ramach programu Innovation Hub. START READING FinTech w Polsce: Startupy chcą współpracować z państwem. To lepsze niż strach