Sezon koncertowo-festiwalowy w pełni. Jak co roku, stajemy przed takim wyborem, że żałujemy dwóch rzeczy: braku pieniędzy na wszystkie wydarzenia, które chcielibyśmy zobaczyć i braku umiejętności bilokacji, która pozwoliłaby nam znaleźć się w dwóch miejscach o jednym czasie. Oczywiście po to, żeby zobaczyć wszystkie wydarzenia, które nas interesują.

I jak co roku zadaję sobie to samo pytanie. Czy organizatorów nie poniósł nadmierny entuzjazm, i czy nie mamy tego dobra za dużo? Czy to już ten moment, że dostajemy więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść i zaczynamy się dławić? A może wręcz przeciwnie, jest miejsce na kolejne duże festiwale? Popatrzmy jak to wygląda.

Policzyłem imprezy, które odbędą się do końca roku. W sumie organizatorzy zaplanowali 75 koncertów i festiwali. Lista jest dalece niepełna, gdyż wybrałem tylko duże wydarzenia i koncerty w miarę popularnych zespołów. Maksymalne natężenie wydarzeń jest w lipcu, w którym mamy do wyboru 34 imprezy na terenie całego kraju. W sierpniu zwalniamy i organizatorzy proponują nam 15 wydarzeń, od września do grudnia kolejne 26.

Załóżmy, że interesujemy się różnorodną muzyką, jesteśmy magikami i damy radę odwiedzić wszystkie. W lipcu oznacza to dla nas 7700 złotych na same karnety i bilety. Nie liczę kosztów transportu, pobytu na miejscu i jakiegoś skromnego jedzenia, bo w takim przypadku trzeba tę kwotę co najmniej podwoić.

Rzecz jasna nikt poza dziennikarzami muzycznymi nie jeździ na wszystkie imprezy, ale w sezonie letnim, hardkorowy fan imprez musi liczyć się ze sporymi wydatkami. Ceny biletów na lipcowe koncerty i festiwale wahają się od 70 złotych za najtańszy bilet na koncert zespołu Tremonti, do 750 złotych na trzydniowy festiwal muzyki tanecznej Sunrise. Cieszący się niezasłużoną opinią najdroższej imprezy w Polsce Open’er przestaje być taki drogi, gdy skojarzymy, że trwa 4 dni i najtańszy karnet za 579 złotych to koszt dwóch-trzech koncertów dużych gwiazd. A gdy zestawimy go z jednodniowym Młyn Jazz Festiwal, kosztującym w najtańszej wersji 559 złotych, wypada całkiem tanio. Jednak nie na tyle tanio, żeby nie wyrwać w naszych portfelach sporej dziury.

Oczywiście zbrodnią byłoby narzekać, że w końcu możemy w kraju oglądać zespoły światowego formatu, ale w lipcu i sierpniu dochodzi do absurdalnych sytuacji. Podczas Open’era odbywa się pięć innych festiwali i dwa koncerty. Jeżeli ktoś ma siłę, to może przeskoczyć z Gdyni do Warszawy na Rolling Stonesów, bo grają na zakładkę. Między 10 a 17 lipca odbywa się pięć festiwali i trzy koncerty. 27 lipca z kolei zaczynają się 3 festiwale a w Krakowie gra Iron Maiden.

Na początku sierpnia Przystanek Woodstock skleja się z OFF-em, w połowie spotykają się dwie fajne imprezy rockowe: Cieszanów Rock Festival i Czad Festival plus Kraków Live Festival. A przez cały miesiąc mamy co drugi dzień jakąś imprezę.

Tutaj zrobię mały wtręt – majątek zbije ktoś, kto zrobi aplikację, która będzie agregowała te wszystkie imprezy, podliczała automatycznie koszty karnetu, biletu, noclegów oraz wybierała optymalne połączenia między miastami, w których coś się dzieje. W tej chwili nawigowanie między nimi wymaga sporego arkusza excelowego.

Mamy więc z jednej strony fana, który tłucze się z jednego koncertu na drugi i jedzie z jednego festiwalu na kolejny. Z drugiej strony stoją organizatorzy, którzy widzą, że wakacyjna rozrywka to świetny biznes.
Praktycznie żaden z organizatorów nie podaje bilansu imprezy, ale wnioskując po kolejnych edycjach można zakładać, że się to opłaca. I tu pojawia się dość ciekawy wątek sponsorów tytularnych i bardzo ciekawy wątek współpracy organizatorów z miastami.

Sponsorzy są na takich imprezach rzeczą tak oczywistą, że praktycznie przestajemy rejestrować ich obecność a zaczynamy reagować na kolory. Pomarańczowy Orange Festival. Do niedawna zielony Heineken Open’er. Fioletowy i pomarańczowy Woodstock, który co prawda nie ma w tytule nazwy żadnego sponsora, ale widać na nim pomarańczowy balon Allegro i fioletowe barwy Playa.

Ciekawą sprawą jest wpływ festiwalu na miasto i miasta na festiwal. Zwłaszcza interesująca jest ta druga kwestia. Festiwale mogą budować tożsamość miasta, no bo z czym nam przede wszystkim kojarzy się nam Opole? Na kilka dni w roku angażują mieszkańców, o czym łatwo było przekonać się w zamierzchłych czasach choćby w Jarocinie. Budują markę miasta bo kto oprócz żeglarzy mazurskich słyszał o Mrągowie, gdy jeszcze nie odbywał się w nim Piknik Country?

Lista korzyści jest jeszcze dłuższa. Miasto na festiwalu najczęściej zarabia, promuje się, aktywizuje mieszkańców, daje im święto w okresie pozaświątecznym. Często możemy spotkać się ze sformułowaniem „miasto tętni życiem”. I jest to fajne. Podczas festiwalu na wsparcie mogą liczyć rodzimi artyści. Impreza daje miastu i jego mieszkańcom impuls do dalszych działań w obszarach pozornie z festiwalem niezwiązanych.

No i bardzo często dzięki festiwalowi mieszkańcy dostają jak najbardziej namacalne pamiątki po nim. Miasto Busko-Zdrój zyskało szkołę muzyczną im. Krzysztofa Pendereckiego. Po imprezach pozostają instalacje, rzeźby, murale, książki wydane specjalnie na festiwal. Oraz oczywiście polepsza się miejska infrastruktura, bo włodarze naszych miast, jak chyba wszyscy Polacy, mają tę miłą cechę, że zastaw się a postaw się. Więc w parku pojawi się ławka i fontanna, festiwalowy amfiteatr zyskuje drugą młodość a fronty kamieniczek na rynku dostają nowy tynk.
Myślę, że takie imprezy jak Gouadupa w Baligrodzie, Cieszanów Rock Festiwal czy Rock na Bagnie w Goniądzu wzięły się właśnie z takiego dobrego myślenia gospodarzy małych miast, którzy zrozumieli, że dobrze jest mieć swój festiwal. Czy ktoś 10 lat temu kojarzył co to Strzelinko i Dolina Charlotty? Teraz gdy widzimy te nazwy, od razu wiemy, że zagra tam gwiazda światowego formatu.

Możemy więc trochę sobie ponarzekać, że za dużo i za drogo, ale to będzie narzekanie na zasadzie „za dużo w jednym terminie” i „drogo, ale za tyle fajnych gwiazd, to jak darmo”. Dlatego już w najbliższą środę pakuję mandżur i jadę na Open’era. Potem szybki powrót do Warszawy na Stonesów, żal po Body Count, których musiałem odpuścić, ukoję lipcowym koncertem Combichrist. A w sierpniu widzimy się na Pol’and’Rocku poprzednio znanym jako Woodstock. Do zobaczenia na trasie.