Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Czego państwo szuka w gospodarce?

Statystyczny Kowalski zapytany o funkcje państwa w gospodarce, ma zazwyczaj do powiedzenia dużo ciepłych słów na temat tego, jakie to są funkcje (przeszkadzanie uczciwemu obywatelowi żyć) i jak są przez państwo realizowane (oględnie mówiąc, realizowane są słabo). No dobra, to jakie właściwie, oprócz przeszkadzania uczciwemu człowiekowi, funkcje sprawuje państwo w gospodarce?

W idealnie kulistym wszechświecie, podstawowym celem polityki gospodarczej państwa jest zwiększenie efektywności ekonomicznej rynku. Państwo musi to robić, bo efektywność podlega wahaniom. Czasami spowodowane są przez recesję, innymi razy przez praktyki monopolistyczne, jeszcze kiedy indziej przez cokolwiek, co ma wpływ na ład i porządek gospodarczy.

Alokacja

Zaczniemy od funkcji alokacyjnej. W tym przypadku rolą państwa jest optymalne rozdysponowanie zasobów w sytuacji, w której mechanizmy rynku doprowadziłyby do ich gorszej alokacji. Odbywa się to przez rozbudowę infrastruktury, tak ekonomicznej, jak i społecznej, odpowiednio prowadzoną politykę strukturalną, politykę prewencyjną (ochrona środowiska).

Teoria głosi, że wolny rynek reguluje się sam a własność prywatna jest najlepsza i prowadzi do optymalnego alokowania zasobów. Nie podejmę się tutaj dyskusji z tym poglądem, bo jako model może i się sprawdza, natomiast w życiu nie chce być tak prosto. Dlatego czasami państwo zauważa, że interes jednostki stoi w jawnej sprzeczności z interesem społeczności lub społeczeństwa i wchodzi z regulacjami. Do zadań państwa należy zatem wybór adekwatnych form własności. Sprywatyzowanie wodociągów i sieci CO grozi drastycznymi podwyżkami cen.

Najważniejszym zadaniem jest wspieranie konkurencji. W sytuacji modelowej państwo powinno dążyć do osiągnięcia stanu konkurencji doskonałej. Może się to odbywać przez zwalczanie praktyk monopolistycznych czy eliminowanie barier wejścia na rynek.

Stabilizacja

Kolejną funkcją jest stabilizacja. Obejmuje ona najważniejsze cele makroekonomiczne, jakie stawia przed sobą państwo. Czyli obniżenie lub wyeliminowanie inflacji i bezrobocia, osiągnięcie i utrzymanie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego oraz zachowanie równowagi rynkowej.

Gdy mechanizmy rynkowe nie są w stanie doprowadzić do stanu równowagi, wkracza państwo ze swoją polityką. Do najważniejszych zadań każdego sensownego rządu zalicza się walka z inflacją i bezrobociem oraz ograniczanie recesji. Narzędzia, jakie ma do dyspozycji państwo to polityka fiskalna i monetarna.

Ta pierwsza, zwana również polityką budżetową, służy zaspokojenie popytu państwa na pieniądz i realizację wydatków budżetowych. Do realizacji tych zadań państwo ma bardzo szerokie instrumentarium, do którego zaliczają się podatki, cła, subwencje, obligacje czy poręczenia i gwarancje rządowe.

Polityka monetarna, zwana pieniężną jest najczęściej realizowana przez Bank Centralny i polega na oddziaływaniu na poziom podaży pieniądza oraz kursy walutowe. W tym przypadku państwo korzysta z regulacji oficjalnej stopy procentowej (redyskontowej), sprzedaż lub skup papierów wartościowych i kontrola poziomu rezerw obowiązkowych, czyli rezerw obowiązkowo gromadzonych przez banki.

Do instrumentów pośrednich możemy zaliczyć związane z faktem, że bank centralny kontroluje system bankowy w danym kraju. Oraz perswazję. Tak, bank centralny i rząd mogą formułować nieformalne zalecenia w stronę banków komercyjnych w celu wymuszenia określonych działań.

Redystrybucja

Ostatnią funkcją państwa w gospodarce jest redystrybucja. Obejmuje ona działania mające na celu zmniejszenie nierówności majątkowych i dochodowych, przyczyniające się do wyrównania poziomu życia w społeczeństwie.
Redystrybucji państwo dokonuje przy pomocy następujących narzędzi:

– system podatkowy
– wydatki budżetowe
– składki na ubezpieczenia społeczne

Wydatki najczęściej dotyczą grup społecznych o najniższych dochodach. Poprzez odpowiednie sterowanie strumieniami pieniędzy, państwo może niwelować nierówności, modelować strukturę konsumpcji i oddziaływać na dostęp do takich rzeczy jak oświata, kultura, służba zdrowia, szkolnictwo wyższe czy mieszkania. Redystrybucję realizuje się również przez interwencję w poziom cen kształtujących się na rynku. Może to być kontrola poziomu czynszów czy gwarantowane ceny dla rolników.

Oczywiście głównymi formami pomocy ze strony państwa są różne świadczenia pieniężne. Zaliczymy do nich emerytury, renty, zasiłki chorobowe, inwalidzkie, dla bezrobotnych, dla osób o niskich dochodach, dla niepełnosprawnych i wszelkiego rodzaju dodatki rodzinne i mieszkaniowe.

Spotkałem się z opinią, ze redystrybucyjna funkcja państwa wzbudza mniejsze kontrowersje niż pozostałe dwie. Wydaje mi się, że od momentu wprowadzenia programu 500+ nie jest to prawda.

Niektórzy wymieniają jeszcze czwartą funkcję państwa, ale według mnie kreowanie porządku prawnego jest dużo szersze i stosuje się nie tylko do funkcji gospodarczych. Tym niemniej pamiętajmy, że bez sprawnej legislacji państwo działać nie będzie a prawo reguluje wszystkie aspekty naszego życia.

A za tydzień chyba już czas na bardzo bolesny temat podatków.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Bezlitosne bezrobocie cz.2

Gdy słyszymy o pozytywnych skutkach bezrobocia, mogą się przydarzyć dwie rzeczy. Gdy mamy pracę, słuchamy z uwagą, kiwamy głową, zgadzamy się lub wchodzimy w spór, jest ciekawie. Gdy jesteśmy bezrobotni, mamy ochotę palić opony i parlament. Też jest ciekawie. Przyjrzyjmy się skutkom bezrobocia, może uda się je przegadać bez udziału butelek z benzyną.

Ale zanim powiem o skutkach, w trzech zdaniach omówię psychologiczne fazy bezrobocia. Na początku pojawia się obawa utraty pracy. Ot, na przykład w firmie pojawiają się plotki o zwolnieniach grupowych. Czujemy się pobudzeni, mamy huśtawki nastrojów i skrajne zmiany stanów emocjonalnych. Z jednej strony szykujemy się na najgorsze, z drugiej myślimy „jestem dobry, zwolnią kogoś innego”.

A potem szef wzywa nas na rozmowę i jest po zawodach. Po utracie pracy przeżywamy szok. Mamy poczucie klęski i krzywdy. Czujemy się bezwartościowi, upokorzeni i przygnębieni. Prawie natychmiast pojawia się lęk przed przyszłością, a przede wszystkim w oczy zagląda widmo konieczności spłaty odsetek frankowego kredytu hipotecznego.

Po kilkunastu dniach rozgaszczamy się w bezrobociu, pojawia się ostrożny optymizm, chwilową przerwę w pracy traktujemy jako tymczasową niedogodność. I robimy sobie urlop od wszystkiego. Gdy go kończymy, wchodzimy aktywnie i z wiarą w sukces, w poszukiwanie odpowiedniej dla nas pracy.

Gdy ją znajdziemy, temat przestaje nas interesować. Gdy poszukiwania pracy się przeciągają, pojawia się pesymizm, rezygnacja, poczucie beznadziei. Tracimy wiarę w siebie, wpadamy w kłopoty finansowe, podupadamy na zdrowiu.

Ostatnia faza to zadomowienie i dopasowanie się do bezrobocia. Towarzyszą temu apatia, izolujemy się od znajomych i społeczeństwa, redukujemy oczekiwania życiowe, zaczynamy realizować program minimum bytowego. Przestają nas interesować jakiekolwiek rzeczy oprócz przeżycia i poszukiwania coraz mniej ambitnej pracy. Bardzo często pojawia się depresja.

Jaki z tego wniosek? Najlepiej nie być bezrobotnym a o pozytywnych skutkach bezrobocia możemy mówić wyłącznie w kategoriach gospodarki lub pracodawcy a nie jednostki. Dla jednostki, poza krótkim urlopem od obowiązków, bezrobocie nie niesie niczego dobrego.

Przepraszam, pomyliłem się. Jest jeden pozytyw dla pracowników. Jeżeli w życiu wypełnionym lękiem, znajdą motywację do samorozwoju, szybko zaczynają się uczyć nowych rzeczy, które pozwolą im utrzymać się w pracy, albo pomogą w poszukiwaniu nowej.

Niewątpliwie rośnie konkurencyjność na rynku pracy. Osoby bezrobotne muszą się rozwijać i kształcić nowe umiejętności. Niestety, ekonomiści zapominają, że osoba apatyczna i bez środków do życia, raczej nie ma sił na głęboki samorozwój.

Kolejnym pozytywnym skutkiem bezrobocia jest możliwość realokacji ludzi z zawodów nieefektywnych i nieopłacalnych do nowoczesnych i efektywnych. Do tego jednak potrzebne są również głębokie przemiany strukturalne gospodarki. Widzieliśmy to u nas po 1989 roku, gdy polikwidowano mnóstwo zawodów fizycznych, a w ich miejsce pojawili się specjaliści do spraw marketingu, przedstawiciele handlowi i PR-owcy.

Bezrobocie oznacza osłabienie pozycji pracowników i związków zawodowych. Maleje presja na wzrost płac. Zmniejsza się popyt na towary i usługi. Wszystko to pomaga walczyć z inflacją.

Gdy rośnie bezrobocie, pracownikom wzrasta motywacja do bardziej efektywnej i solidnej pracy. To prawda, nic tak nie motywuje pracownika do wytężonego wysiłku, jak wiszący nad głową bat.

No i oczywiście gdy widmo bezrobocia zajrzy nam w oczy, jesteśmy bardziej skłonni zainteresować się elastycznymi formami pracy, takimi jak wolontariat, darmowe staże czy zlecenia. Jak mówiłem – pozytywy leżą wyłącznie po stronie pracodawców i gospodarki.

Do negatywnych skutków bezrobocia możemy zaliczyć utratę statusu majątkowego i społecznego, problemy rodzinne, zdrowotne i psychiczne, obniżenie samooceny a w skrajnych przypadkach bezdomność. Jak widać, wszystkie negatywy bierze na siebie pracownik.

Dla porządku warto wspomnieć o rodzajach bezrobocia. Ze względu na czas jego trwania wyróżniamy bezrobocie krótko, średnio i długookresowe, oraz bezrobocie chroniczne. To ostatnie oznacza osoby pozostające bez pracy powyżej roku.

Ze względu na ewidencję, wyróżniamy bezrobocie jawne, czyli tych, którzy rejestrują się w Urzędach Pracy, i bezrobocie ukryte, pozostające poza ewidencją. Nie wszystkim chce się chodzić na niewnoszące niczego wizyty w UP.

Ze względu na stan gospodarki możemy wskazać bezrobocie cykliczne, które jest związane z fazami cyklu koniunkturalnego. Natomiast bezrobocie sezonowe wiąże się zazwyczaj z porą roku i występuje w budownictwie czy rolnictwie. Trudno w zimie zbierać truskawki czy wylewać fundamenty.

Bezrobocie związane ze zmianami technologicznymi i ewolucją procesów produkcyjnych nazywamy bezrobociem strukturalnym. W Polsce w okresie przemian dotknęło ono pracowników górnictwa, hutnictwa, przemysłu włókienniczego i ludzi z PGR-ów. Bezrobocie strukturalne może dotknąć ludzi również z powodu zmian w gustach konsumentów. Dzisiaj aparaty Polaroida kupują już nieliczni.

Bezrobocie technologiczne najkrócej charakteryzuje hasło „zabrali nam pracę”, przy czym nie jest to związane z imigracją ekonomiczną, a z automatyzacją i robotyzacją. Może mieć ono charakter tymczasowy, jeżeli uda się przesunąć ludzi do nowych zajęć, albo stały, jeżeli zrobotyzowaniu uległa cała gałąź gospodarki. Popatrzmy choćby na montownie samochodów, gdzie ludzie są potrzebni wyłącznie do nadzorowania pracy robotów.

W każdym kraju znajdziemy bezrobotnych z wyboru. Niektórym po prostu opłaca się korzystać ze wszystkich dostępnych form pomocy społecznej i jednocześnie pracować na czarno. W przesłanki stojące za takim postępowaniem nie wnikamy, ale mogą się wiązać z niechęcią do nadmiernego wysiłku.

No i na koniec najzdrowszy rodzaj bezrobocia, czyli bezrobocie frykcyjne. Występuje podczas poszukiwania nowej pracy lub zmiany miejsca zamieszkania.

W następnym odcinku poruszymy już przyjemniejsze tematy. 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: To straszne bezrobocie

Bezrobocie jest wtedy, gdy człowiek w wieku produkcyjnym, zdolny, gotowy i chętny do pracy, oraz aktywnie jej poszukujący, nie jest w stanie jej znaleźć. I tutaj niektórzy pewnie zakrzykną: no ale przecież wszędzie szukają chętnych do pracy, widziałem kartkę na drzwiach w pobliskiej Biedronce, że dają etat, socjal i benefit. To jak w ogóle może być bezrobocie?

O tym za chwilę. Dla jednych bezrobocie to koszmar, pesymizm, fatalizm, rezygnacja i apatia. Dla innych to jedynie powód do wzruszenia ramion. Dzisiaj przyjrzymy się jego naukowej definicji, przełożymy ją sobie na polski i porozmawiamy o jego przyczynach. Ale najpierw wyjaśnimy pułapki rozumowania zasygnalizowane w poprzednim akapicie.

Gdybyśmy żyli w gospodarce centralnie planowanej i ręcznie sterowanej, w której człowieka bezrobotnego kieruje się do pracy na front, na którym akurat pracowników brakuje, bezrobocia faktycznie by nie było. Przyszło nam jednak żyć w gospodarce w miarę wolnorynkowej, w której bezrobotny ma wybór, czy pozostać bez pracy, czy podjąć taką, która mu nie odpowiada.

Przyczyn nieodpowiadania pracy może być dużo. Wyobraźmy sobie sytuację, w której namawiamy korporacyjnego pracownika niskiego szczebla do zajęcia miejsca za kasą w supermarkecie. Jeżeli nie będzie miał noża na gardle, prawdopodobnie nie przystanie na naszą propozycję. Jego decyzję mogą warunkować na przykład czynniki finansowe – suma miesięcznych wydatków stałych, z których nie może zejść, jest wyższa niż maksymalna pensja kasjera. Taki człowiek będzie szukał pracy, w której zarobi na te koszty stałe a nie takiej, dzięki której przeżyje, ale wpadnie w spiralę zadłużenia.

Na przeszkodzie mogą stać również czynniki psychologiczne. Ktoś, kto skończył studia, pracował na stanowisku wymagających specjalnych umiejętności i wiedzy, cieszył się jakimś prestiżem, nieprędko zdecyduje się na pracę, która według jego standardów, będzie niewymagająca, zbyt prosta a nawet urągająca poziomowi jego kompetencji.

Dlatego często ludzie decydują się nie podejmować gorzej płatnej czy mniej prestiżowej pracy i nie ma w tym żadnego paradoksu. Co więcej, w każdej gospodarce, nawet centralnie planowanej, istnieje tak zwana naturalna stopa bezrobocia większa od zera. Wliczymy do niego zarówno tych, którzy nie chcą wykonywać pracy poniżej swoich umiejętności, jak również osoby o niskich kwalifikacjach, które wykonują monotonne, nieciekawe zajęcia. Dla nich czasowa przerwa w pracy może być sposobem na przeczekanie i ucieczkę od nudy i zamułki.

Gdy już sobie wyjaśniliśmy na czym polega błąd mądrości wygłaszanych przez wujka Janka na rodzinnej imprezie, możemy przejść do przyczyn bezrobocia. Jest ich wiele, wybierzemy te najważniejsze.

Wysokie koszty pracy pracodawców mogą powodować likwidację miejsc pracy albo zahamowanie tworzenia nowych. To odwieczny problem, który jest regularnie rozgrywany przez polityków. Podobne problemy może tworzyć nieelastyczne i opresyjne dla pracodawców prawo pracy. Tu jest duże pole do popisu dla aktualnego prawodawcy.

Niedopasowanie popytu i podaży na określony rodzaj pracy, czyli tak zwane bezrobocie strukturalne. W Polsce okresu przełomu politycznego mieliśmy wielu robotników nisko wykwalifikowanych i rolników. Gdy zaczęły padać duże zakłady pracy, PGR-y i małe gospodarstwa rolne, na rynku pracy pojawiła się duża grupa rolników i robotników, przy znacznie zmniejszonym zapotrzebowaniu na te zawody.

Czasami praca nie widzi się z pracownikami z powodów geograficznych. Bo co z tego, że możemy dostać pracę na platformie wiertniczej na Morzu Północnym, jeżeli oznacza to długą rozłąkę z bliskimi. W tym przypadku powodem bezrobocia jest ograniczona mobilność potencjalnych pracowników.

Reglamentacja pracy, czyli system państwowych i korporacyjnych pozwoleń oraz licencji na pracę. W tym przypadku tworzy się bariery wejścia, które zmniejszają liczbę pracowników mogących wykonywać dany zawód. Powoduje to oczywiście wzrost bezrobocia wśród tych zawodów i spadek konkurencyjności w dotkniętej takimi regulacjami branży. Prawnik po studiach potrzebuje aplikacji a lekarz musi zrobić specjalizację.

Brak równowagi między kierunkami kształcenia a zapotrzebowaniem na określony zawód. Pamiętacie wysyp magistrów marketingu i zarządzania? Dzisiaj mamy ich tak wielu, że rynek nie jest w stanie ich wchłonąć. Aktualnie rośnie nadprodukcja absolwentów kierunków informatycznych. Kto wie, za kolejne dziesięć lat możemy mieć nadprodukcję lekarzy.

Automatyzacja i restrukturyzacja przyczyniają się do likwidacji miejsc pracy wymagających niższych albo bardzo wąska wyspecjalizowanych kwalifikacji. Mówi się, że nie ma się co bać robotów zabierających pracę w montowniach, bo dzięki nim wszyscy w końcu będziemy dostawać pieniądze tylko za to, że jesteśmy.

Sezonowe lub stałe ograniczenie produkcji określonych towarów lub wykonywania usług z powodu braku zainteresowania ze strony konsumentów. Sezonowość dotyka na przykład pracujących w rolnictwie. Permanentność zniszczyła prawie całkowicie walkmany, winyle i wideo.

Na dzisiaj tyle, w następnym odcinku opowiem o rodzajach bezrobocia i jego skutkach.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Cykle koniunkturalne

Gospodarka zmienną jest. Widzimy to na każdym kroku: zmienia się bezrobocie, kurs złotego czy inflacja. Czasami stopa życiowa nam rośnie, częściej spada. Dzisiaj przyjrzymy się temu, jak gospodarka się waha.

A waha się cały czas. Zmienna dynamika w obu kierunkach (bo może rosnąć, ale i spadać) przekłada się na wahania koniunkturalne. Gdy weźmiemy wahania koniunkturalne i skleimy je z grubsza chronologicznie, otrzymamy cykl koniunkturalny, o którym wam dzisiaj opowiem.

Zmiany cyklu mierzymy przy użyciu najważniejszych mierników gospodarczych. O niektórych pisałem w poprzednich tekstach, więc będzie trochę łatwiej. Te mierniki to inflacja (znacie), indeksy giełdowe (trochę znacie), bezrobocie (mam nadzieję, że nie zaznaliście), PKB, inwestycje, zmiany cen, wielkość eksportu i importu, zyski przedsiębiorstw i poziom zamożności społeczeństwa.

Wahania koniunkturalne dotyczą wszystkich otwartych gospodarek, przy czym warto pamiętać o tym, że nie muszą odbijać się w równym stopniu na wszystkich dziedzinach gospodarki. Kryzys, który uderzył w nas w 2009 roku spowodował na przykład rozkwit firm oferujących szybkie pożyczki, bez pytania o dochody i wnikania w historię kredytową. Chwilówki przeżyły prawdziwy boom, podczas gdy nasza gospodarka doznała nokautu.

Cykl, jak sama nazwa wskazuje, ma fazy.

Kryzys/recesja – pojawia się nadwyżka podaży, związana z likwidacją zapasów. Jednocześnie maleją inwestycje przedsiębiorstw. Powoduje to spadek zapotrzebowania na pracę. Rośnie bezrobocie, spada wynagrodzenie i ceny. Maleje produkcja i popyt, obniżają się zyski przedsiębiorstw, spada zapotrzebowanie na kredyt. Spadają ceny akcji, hamuje inflacja.

Depresja – kończy się ruch wskaźników w niekorzystnych kierunkach, ale pozostają one na niekorzystnych gospodarczo poziomach. Pamiętajmy, żeby nie mówić „kończą się spadki” w sytuacji, w której bezrobocie rosło.

Ożywienie – zaczyna się ruch w dobrym kierunku, gospodarka rozwija się. Jest to najczęściej związane ze spadkiem bezrobocia i wzrostem popytu, produkcji, inwestycji i płac.

Rozkwit – wzrost wyhamowuje, mierniki gospodarcze osiągają maksima (bądź minima, jak bezrobocie) i utrzymują się na korzystnym poziomie. Oczywiście nieuniknione i jak najbardziej naturalne są drobne zmiany, gospodarka to, jak już wiemy, dynamiczny twór.

Wymienione powyżej fazy dotyczą cyklu klasycznego. Współczesne cykle koniunkturalne upraszcza się do dwóch faz: kryzysu/recesji i ożywienia. Ich charakterystyki pozostają takie same, jak w przypadku cyklu klasycznego.

Cykle mają różną długość trwania. Naukowcy obserwowali je od lat i stworzyli ogólną charakterystykę.

Najkrótszym znanym cyklem gospodarczym jest cykl tygodniowy i znany jest jako „efekt poniedziałku”. Występuje na giełdach papierów wartościowych. Dla dużej ich części, w poniedziałek notuje się ujemne stopy zwrotu. Niektórzy badacze uważają, że występuje jeszcze krótszy cykl dzienny, i motywują to tym, że kursy rosną na pół godziny przed zakończeniem sesji.

Dłuższy jest 28-dniowy cykl handlowy, odkryty w latach 30. ubiegłego wieku na rynku pszenicy. Obserwuje się go na różnych rynkach, w tym giełdach. Najwyższe miesięczne stopy zwrotu obserwuje się w ciągu 3-4 pierwszych dni cyklu.

Następny cykl jest również cyklem krótkim i nosi nazwę cyklu Kitchina. Trwa od 3 do 4 lat, może dotyczyć zmian cen surowców, zapasów, cen hurtowych czy krótkookresowych stóp procentowych.

Dwa następne cykle, to cykle średnie.

Cykl Juglara trwa, w zależności od cytowanych źródeł od 6 do 11 lat. Jest związany z dekoniunkturą na rynku bankowym, zmianami inflacji, bezrobocia, inwestycji i PKB.

Cykl Kuznetsa, trwający od 15 do 23 lat, związany jest z segmentem budownictwa, wahaniami stopy wzrostu ludności oraz procesami migracyjnymi, determinowanymi przez zjawiska gospodarcze. Cykl ten nazywany jest czasami cyklem reinwestycyjnym.

Nieco dłuższe są cykle Kondratiewa. Trwają od 45 do 60 lat, ich głównymi przyczynami są innowacje, nowe odkrycia naukowe i techniczne, ale też wojny, rewolucje, wielkie migracje i spowodowane nimi zmiany demograficzne.

Ekonomia wyróżnia też cykle naprawdę długotrwałe.

Cykl Wagemana trwa ok. 150 lat i jest związany z kształtowaniem stóp procentowych. Najdłuższy cykl Wheelera, trwający ok. 500 lat ma związek z narodzinami i upadkami światowych imperiów.

Cykle możemy też podzielić z punktu widzenia zasięgu geograficznego. W takim ujęciu powiemy o cyklu światowym, regionalnym (UE, NAFTA) i krajowym.

Na koniec warto wspomnieć, że cykle o różnych długościach trwania mogą się na siebie nakładać. Fajnie jest, gdy kumulują się efekty ożywienia. Gdy jednak nałożą się na siebie kryzysy, wszyscy mamy problem.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Bańka spekulacyjna czyli kiedy pęknie?

W prasie Bitcoin, w radio Bitcoin, w telewizji Bitcoin. Jeżeli stare media zainteresowały się Bitcoinem, sprawa jest poważna. Niektórzy nawet twierdzą, że sprawa jest poważna na tyle, że czas na korektę kursu. Określają to mniej grzecznie, jako „golenie baranów” a nie korektę, co oznacza, że akcję na Bitcoinie uznali za bańkę spekulacyjną. Wyjaśnimy ten fenomen.

 

Od razu mówię, że nie zadeklaruję się po żadnej ze stron, chociaż coraz bardziej przychylam się do opcji „Bitcoin jako bańka”. Pochylmy się nad zagadnieniem.

Bańka spekulacyjna nie powstaje w jeden dzień, to trwający jakiś czas proces wzrostu lub spadku cen określonego towaru albo akcji. Proces charakteryzuje się tym, że jest niezrównoważony. Nic nie uzasadnia gwałtownego drożenia Bitcoina, a jednak drożeje. Proces jest również samonapędzający się. To bardzo ważne i działa następująco.

Inwestor dowiaduje się o Bitcoinie. Kursy przebijają dach, ale wszyscy mówią, że będzie drożeć i jak ktoś nie wsiądzie teraz do tego wagonika, będzie żałował. Rynek oczekuje dalszego wzrostu wartości kryptowaluty, co przyciąga kolejnych inwestorów, którzy są bardzo zainteresowani zyskami. Które niewątpliwie uzyskają inwestując wwłaśnie Bitcoiny. Przecież one już kosztowały kiedyś ponad 18 tys. dolarów za sztukę, na pewno jeszcze zdrożeją! O rany, dzisiaj kosztują niecałe 7 tys. dolarów, warto wejść, gdyby miały ponownie osiągnąć historyczne maksima.

W przypadku bańki spekulacyjnej, wzrostu cen nie uzasadniają czynniki ekonomiczne czy finansowe. Stoi za nimi wyłącznie aspekt psychologiczny. Wzrost cen jest generowany w naszych głowach. Zakładamy, że będzie drożej, wkładamy w to pieniądze i voila – jest drożej! I dopóki będą pojawiać się nowi inwestorzy, będzie drożało. A potem duży zawodnik zaczyna realizować zyski, rzuca towar na rynek i zaczyna się panika oraz duże korekty cen.

To odróżnia bańkę od hossy. W przypadku tej pierwszej po dużych wzrostach następuje pęknięcie bańki, obydwie te rzeczy następują jedna po drugiej. Stan bańki jest tymczasowy, w kategoriach procesów gospodarczych nie trwa długo i kończy się płaczem i bankructwami. Gdy bańka pęka, sytuacja wraca do normalnego stanu wartości danego aktywu czy towaru. W przypadku hossy i prawidłowego wzrostu, wartość danego towaru czy aktywu zmienia się fundamentalnie i odzwierciedla jego faktyczną wartość a nie wyobrażenia inwestorów.

Retrobańki
Przejdźmy do ciekawszej części, w której pokażę kilka klasycznych i znanych baniek spekulacyjnych. Za najstarszą uznaje się tulipomanię. Tulipany trafiły do Europy w XVI wieku. Szczególną popularność osiągnęły w Zjednoczonych Prowincjach Niderlandzkich, zresztą Holandia kojarzona jest z tymi kwiatami do dziś. Elity zaczęły konkurować między sobą, chwałę i sławę zdobywali posiadacze najrzadszych odmian tulipanów. Tulipany rozwijają się dość wolno, więc ceny ruszyły w górę. Cebulki najrzadszych odmian trafiały na licytacje, ludzi ogarnęło szaleństwo.

Na dodatek holenderskie tulipany zaatakowała choroba, która powodowała, że płatki przybierały fantastyczne kształty i kolory, odcienie, pofałdowania, wystrzępienia na krawędziach płatków. Hodowcy i kolekcjonerzy podejrzewali, że choroba rozprzestrzenia się nie przez nasiona a przez cebulki, co wywindowało dodatkowo ich cenę, upodabniając zakupy do loterii. Mogłeś dostać cebulkę, z której wyrósł w miarę normalny kwiat, mogłeś również trafić taką, która dała ci unikalnego tulipana. Ludzie oszaleli jeszcze bardziej.

Kwiaty stały się tak modne i pożądane przez kupujących, że cena cebulek potrafiła wzrosnąć nawet o 2000 proc. w miesiąc. Ludzie inwestowali oszczędności, zaciągali kredyty, w skrajnych przypadkach wyprzedawali majątek tylko po to, żeby móc kupić tulipany i odkuć się z przyszłych zysków. Niektórzy twierdzą, że to gorączce tulipanowej zawdzięczamy pojawienie się kontraktów terminowych i opcji.

Bańka „wystartowała” pod koniec roku 1634, zakończyła się efektownym załamaniem na początku roku 1637. Szczyt przypadł na rok 1636, w którym ktoś kupił cebulkę gatunku Semper Augustus za 6 tys. guldenów. Żeby to osadzić w kontekście, stanowiło to równowartość ok. 40 średnich rocznych zarobków, które wtedy wynosiły 150 guldenów. Pęknięcie pogrążyło gospodarkę Niderlandów w kryzysie na długie lata. Wszystko z powodu kwiatków.

Bańki, które dotknęły Kompanię Mórz Południowych i Kompanię Missisipi miały podobne podłoże – obie spółki emitowały akcje i kusiły inwestorów wizją niebywałych zysków w przyszłości. Zyski miały pochodzić z zamorskiego handlu, w pierwszym przypadku z Ameryką Południową, w drugim głównie z Luizjaną. W obu przypadkach inwestorzy sztucznie napompowali popyt, po czym nastąpiło urealnienie – żadna z Kampanii nie zrealizowała zakładanych zysków i kurs akcji załamał się prawie z dnia na dzień. Efektem były bankructwa tych, którzy nie zdążyli pozbyć się akcji w odpowiednim momencie.

Bańka lat 20-tych zakończyła się Czarnym Czwartkiem 24 października 1929 roku. Wepchnęła gospodarkę Stanów Zjednoczonych w Wielki Kryzys i zniszczyła ją niemalże z dnia na dzień. Kupowanie wszystkiego, łącznie z akcjami na kredyt, zemściło się na Amerykanach wyjątkowo brutalnie.

Klęska dot-comów
Bańkę internetową aka dot-comową starsi z nas oglądali na żywo. Napędził ją rozwój technologii wykorzystujących internet. Spółki inwestujące w rozwiązania oparte o sieć, stały się bardzo szybko przedmiotem zainteresowania inwestorów. Swoją cegiełkę dołożyły fundusze venture capital, które rozrzucały pieniądze na lewo i prawo i oferowały je firmom, które nie miały doświadczenia w branży. Niektórzy śmiali się, że wystarczy w nazwie mieć człon com albo net, żeby dostać kasę. Zdarzały się inwestycje w sam pomysł, bez żadnej wspierającej go infrastruktury.

Za początek bańki uznaje się rok 1995, gdy pojawiła się pierwsza wersja przeglądarki Netscape. W tym roku liczbę użytkowników Internetu oceniało się na 18 mln. Wraz z pojawieniem się Netscape zaczęła lawinowo rosnąć, czyniąc sieć miejscem bardzo perspektywicznym i potencjalnie bardzo intratnym. Na zainteresowanie się kapitału nową technologią wpłynęły również niskie stopy procentowe. Lęk przed „pluskwą milenijną” zmusił użytkowników do wymiany sprzętu i oprogramowania, dodatkowo pompując kurs akcji takich firm jak IBM, Cisco czy Microsoft.

Co więcej, nowopowstające dot-comy oferowały swoim pracownikom absurdalnie wysokie pensje i akcje. Programiści z dnia na dzień zostawali milionerami, bo przecież kurs akcji szybował. Pieniądze reinwestowali w kolejne akcje, pomnażając swój majątek. Przynajmniej na papierze. Gdy w 2000 roku inwestorzy w końcu stracili cierpliwość i powiedzieli „sprawdzamy”, cały ten domek z kart runął z hukiem. Dot-comy bankrutowały w takim tempie, że nie nadążaliśmy sprawdzać, kogo już nie ma na rynku. Niektóre serwisy, działające jeszcze rano, wieczorem się zamykały.

Najlepszym chyba przykładem tego szaleństwa jest firma Think Tools, która osiągnęła wycenę rynkową na poziomie 2,5 mld dolarów, pomimo braku perspektyw na stworzenie jakiegokolwiek działającego produktu.

Natomiast bańkę hipoteczną zakończoną światowym kryzysem pamiętamy wszyscy, zwłaszcza posiadacze kredytów mieszkaniowych we frankach.

Kapitał spekulacyjny gigantycznej wartości krąży po świecie, szukając okazji do zarobku. Kolejna gigantyczna bańka jest kwestią czasu. Niczego się nie uczymy, przez co skazani jesteśmy na powtarzanie ciągle tych samych błędów. Dlatego trzymam się zasady „jeżeli okazja jest zbyt dobra, ktoś prawdopodobnie chce mnie oszukać”. Nie namawiam do zarzucenia inwestowania i wyjazdu w Bieszczady. Sugeruję tylko podążanie za rozsądkiem, a nie za tłumem.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Inflacja, czyli potwór który zjada nasze oszczędności

Dzisiaj postanowiłem napisać kilka słów o inflacji. Oczywiście zanim siadłem do tekstu, poszedłem
poczytać, jakich mądrych słów tym razem używali autorzy haseł i opracowań. I muszę powiedzieć,
że jestem pełen podziwu. Takiego stężenia nieprzyjaznych dla czytelnika sformułowań dawno nie
widziałem. Postaram się więc przetłumaczyć wam podstawowe kwestie na polski.

Gdy zapytamy tzw. przeciętnego Polaka o inflację, odpowie bez wahania „no, to jest wtedy, jak
wszystko drożeje”, a potem może doda „tylko te procenty się nie zgadzają, bo mówią, że jest 1,6
proc. inflacji a u mnie na osiedlu bułki zdrożały o 10 proc.”. Pierwszy człon wypowiedzi, to bardzo
dobra definicja inflacji, drugi wynika z niewiedzy, błędów poznawczych, rozpatrywania inflacji w
długim okresie, dostrzegania wyłącznie wzrostu cen i kilku innych czynników, o których później.

Na razie skoncentruję się na drugiej części wypowiedzi pana Kowalskiego, czyli na tym, jak GUS liczy
inflację. Zżymamy się często, gdy telewizja chwaląc dobre wyniki rządu, mówi że w tym roku inflacja
wynosi 1,2 proc. A przecież robiąc codziennie zakupy widzimy, że masło skoczyło o złotówkę, jajka o
10 groszy na sztuce, chleb lepszej jakości przekroczył pięć ziko a mięso to już w ogóle. I cała ta gadka
o inflacji na poziomie 1,2 proc. to zwykłe kłamstwo i zaklinanie rzeczywistości.

Trochę tak, ale trochę nie. GUS nie może liczyć inflacji tylko na podstawie artykułów spożywczych, bo
one najłatwiej poddają się wahaniom cen. I mogłoby się okazać, że oficjalnie inflacja wyniosła 8 proc.,
bo podrożały truskawki, nabiał i mięso. Dlatego statystycy z GUS-u stworzyli tzw. koszyk inflacyjny, do
którego wrzucili dużo więcej grup produktów. Od razu mówię – dokładnej listy towarów i usług
wchodzących do koszyka nie znamy, bo GUS nie podaje jej do publicznej wiadomości. Znamy
natomiast skład procentowy dużych kategorii.

Na pierwszym miejscu jest żywność i napoje bezalkoholowe, które stanowią 24,36 proc. zawartości
koszyka. Udział tej kategorii od sześciu lat praktycznie się nie zmienił. Następnie idą wydatki związane
z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii, które stanowią 20,35 proc. koszyka. 8,74 proc. to
nasz transport, 6,92 proc. to rekreacja i kultura, 6,19 proc. to koszt alkoholu i papierosów. Ogółem
dużych kategorii jest 12.

Koszyk inflacyjny zmienia się co roku, GUS bada budżety gospodarstw domowych i na tej podstawie
dostosowuje jego zawartość. Zmienia też samochody Daewoo na Skody, pralki Frania na Indesity i
Timexy na Ipady, czyli dostosowuje koszyk do tego, co za oknem mamy my, a nie nasi rodzice.
Gdy znamy wagi poszczególnych kategorii, urząd zaczyna mierzyć ceny 1400 produktów i usług. Bada
je w 35 tys. punktów w całej Polsce, począwszy od hipermarketów, na osiedlowych sklepikach i
kioskach skończywszy. Co miesiąc tworzy notowanie 260 tys. cen z 209-ciu rejonów. To jest
naprawdę tytaniczna praca. Po zebraniu danych, pozostaje już tylko ich odpowiednie zagregowanie,
ważenie i liczenie.

Wspomniałem wcześniej o tym, że w powszechnej opinii wskaźnik inflacji jest nieprawdziwy, bo może
i luksusowe jachty potaniały, ale żywność szybuje w górę. Teraz gdy wiemy, jak wygląda skład koszyka
inflacyjnego, możemy przestać powtarzać ten chwytliwy, ale zupełnie nieprawdziwy bon mot. Spadek
cen jachtów będzie miał znikomy wpływ na wskaźnik cen i poziom inflacji. Żywność z kolei będzie na
nie mocno wpływała, ale pamiętamy o tym, że stanowi ćwiartkę koszyka.

Zapamiętamy, że inflacja to wskaźnik o charakterze przeciętnym a pomiary dotyczą całego kraju, a
nie tylko naszego domu. Jesteśmy również bardziej wrażliwi na zmiany cen artykułów podstawowych
niż kupowanych okazjonalnie. Dlatego mniej nas ucieszy informacja, że potaniały używane Paski w
tedeiku niż to, że chleb nie kosztuje trójki tylko dwójkę.

No i pamiętajmy, jak działają nasze mózgi – jeżeli podrożeje chleb, nabiał, napoje gazowane, jajka, warzywa i wędliny, to nie zauważymy obniżki cen, nawet gdyby objęła większość dóbr w gospodarce, ciągnąc tym samym inflację w dół.

Inflacja to temat szeroki, dlatego wrócimy do niego w przyszłym tygodniu. Opowiem o przyczynach,
skutkach i rodzajach tego zjawiska.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Podaż

Fot. Unsplash

W dwóch poprzednich odcinkach rozmawialiśmy o popycie. Mówienie o popycie bez wspomnienia o podaży to jakbyśmy mówili o parówkach i nie wspomnieli o musztardzie. To jak jajko bez majonezu, samochód bez kierownicy czy rower bez łańcucha. Jak się już pewnie domyśliliście, te pojęcia są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie ma mowy o podaży bez popytu i na odwrót.

 

Dlatego dzisiaj opowiem o podaży, połączę ją z popytem, uzyskamy dzięki temu w miarę pełny obraz a przy okazji nauczymy się ekonomicznej łaciny.

Najkrócej mówiąc podaż to ilość jakiegoś dobra lub usługi, które producent chce wyprodukować po określonej cenie. Wzrost ceny prawie zawsze spowoduje wzrost ilości podaży towaru, bo producenci będą chcieli go zaoferować możliwie jak najwięcej. Spadek ceny spowoduje ruch w przeciwną stronę – ilość podaży spadnie, popyt wzrośnie.

Wyjaśnijmy sobie przy okazji delikatny niuans znaczeniowy, bo wszyscy krzyczą ‘podaż to, podaż tamto’ a mało kto mówi ‘podaż to jedno a ilość podaży to drugie’. Jeżeli chcecie być bardzo dokładni, rozróżniajcie te pojęcia. W języku ekonomistów podaż to związek między cenami a ilościami dóbr dostarczanych przy tych cenach. Będzie to krzywa podaży. Ilość podaży określa ile towaru zaproponują sprzedawcy za konkretną cenę. Będzie to punkt na krzywej podaży. Oczywiście w mediach się upraszcza i wszystko jest podażą – i ta krzywa, i punkty na niej, a czasami nawet obok niej, bo dziennikarze nie muszą się znać na wszystkim.

Wiedząc to wszystko, z łatwością możemy sformułować bardzo ważne prawo ekonomiczne, czyli prawo podaży. Brzmi ono tak: wyższa cena prowadzi do wyższej ilości podaży, niższa zaś do niższej ilości podaży.

Połączmy teraz popyt z podażą. Przy cenie 5 ziko za kajzerkę ilość podaży będzie wysoka a poziom popytu niski, najprawdopodobniej zerowy. Dlatego nikt nie próbuje sprzedawać kajzerki po piątaku. Z kolei przy cenie 5 groszy za sztukę, ilość podaży będzie niska (bo to jednak sprzedaż ze stratą) a poziom popytu bardzo wysoki (kajzerka za pięć groszy to okazja, której nie można przegapić).

Z drugiej strony nikt nie wyprodukuje kajzerki za pięć groszy, bo mu się to nie opłaci. Popyt przebiłby zaś sufit.
Jest jednak taki poziom ceny za kajzerkę, w której kupujący i sprzedający się spotykają i następuje przecięcie krzywych podaży i popytu. To chyba najbardziej znany wykres ekonomiczny świata.

Wszystko działa pięknie przy jednym założeniu. I będzie obiecana łacina. Mówi się, że popyt i podaż zależą od ceny, ceteris paribus.

Ceteris paribus dosłownie oznacza „inne takie samo”. W języku polskim przyjmuje się zwykle określenie „przy pozostałych warunkach równych/niezmiennych”. Jeżeli nie założymy sobie niezmienności czynników innych niż cena, nasze dywagacje dotyczące poziomów popytu i podaży mogą okazać się nieprawdą.

Na poziom podaży poza ceną wpływa na przykład postęp techniczny, koszty pracy, podatki, akcyza, ceny surowców, warunki naturalne sprzyjające produkcji i wiele innych. Jeżeli zechcemy uwzględnić je wszystkie, możemy zapomnieć o prostym modelu.

Powyższe rozważania podsumuję tak: producent chce sprzedać drogo, nabywca kupić tanio, czasami wolny rynek pozwala im na to, żeby się ze sobą spotkali i obaj dokonali transakcji na zadowalających obie strony warunkach.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI Fuck logic, czyli dlaczego kupujemy coś co jest drogie i niepotrzebne

W ubiegłym tygodniu powiedziałem kilka słów o popycie i czynnikach, które wpływają na jego poziom. Okazuje się jednak, że czasami popyt zachowuje się w sposób nieobliczalny, zdający się przeczyć zasadom logiki. Ekonomiści na wszystko znaleźli wytłumaczenie.

Zaczniemy od elastyczności popytu i żeby za bardzo nie mieszać pozostaniemy przy elastyczności cenowej. Wyobraźmy sobie, że odłożyliśmy pieniądze na nową komórkę. Niestety, w dniu premiery producent ogłosił, że w związku z wielkim zainteresowaniem ich nowym sprzętem, robi skok na kasę i podnosi cenę o 42 proc. Są możliwe dwa scenariusze.

Tak drastyczna podwyżka ceny powoduje, że dużo osób rezygnuje z zakupu telefonu i idzie do konkurencji. Wzrost ceny spowodował spadek popytu. O takim zachowaniu mówimy „popyt elastyczny”.  Czyli taki, w którym zmiana ceny powoduje zmianę poziomu popytu.

Może się również zdarzyć tak, że bardzo chcemy mieć nową komórkę. Podobnie jak miliony podobnych nam fanów produktu. Nie zważając na zwiększoną cenę, kupujemy telefon. Pomimo wzrostu ceny, popyt utrzymał się na takim samym poziomie, albo nawet wzrósł. O takim popycie mówimy, że jest nieelastyczny albo sztywny. Zmiana ceny nie wpłynęła na jego poziom.

Gdy znamy już podstawowe zachowania popytu, możemy przyjrzeć się pewnym paradoksom, zdającym się przeczyć logice. Wszystko w nich tłumaczy natura ludzka.

Bardzo lubię paradoks Veblena. Dotyczy dóbr luksusowych i klasy próżniaczej. Czasami bowiem okazuje się, że zwiększenie ceny na dany towar powoduje nie spadek a wzrost popytu na niego. Ale wyłącznie wśród najzamożniejszych grup społecznych. Taka konsumpcja na pokaz, w myśl zasady „stać mnie”. Jedyną przyczyną takiego zachowania jest chęć pokazania swojego statusu społecznego. Jak się nietrudno domyślić paradoks Veblena dotyczy dóbr bardzo drogich i może obejmować dzieła sztuki, biżuterię czy rzadkie samochody.

Na przeciwnym biegunie leży efekt Giffena. Ekonomiści do tej pory dyskutują, czy występuje on faktycznie w przypadku całych grup społecznych, my przyjmiemy sobie wygodne założenie, że na pewno dotyczy naszych indywidualnych wyborów. Dotyczy on dóbr podstawowych i konsumentów o niskich dochodach. Wzrost cen takich dóbr powoduje wzrost popytu. Giffen wniosek sformułował obserwując rynek po podwyżce cen chleba. Najbiedniejsi ludzie zwiększyli liczbę kupowanych bochenków, najprawdopodobniej bojąc się kolejnych podwyżek. No i trudno znaleźć podobny cenowo substytut chleba, który nieprzypadkowo jest naszym podstawowym pożywieniem.

Harvey Leibenstein opisał kolejne dwa dziwne zachowania, nazywając je odpowiednio efektem snoba i owczego pędu.

Efekt snoba obserwujemy gdy część grupy nabywców nie kupuje towaru, nawet jeżeli jego cena znacznie spada. Robią to nie dlatego, że znaleźli jeszcze tańszy substytut. Główną przesłanką jest tutaj chęć odcięcia się od plebsu. Tacy (nie)kupujący dążą do uzyskania statusu lepszego klienta i dlatego podejmują decyzje wbrew większości. Jak się nietrudno domyślić efekt snoba dotyczy produktów powszechnych, szeroko dostępnych i stosunkowo tanich.

Z kolei efekt owczego pędu mamy wtedy, gdy część konsumentów jest gotowa kupować produkt nawet po znacznie zawyżonych (z ich punktu widzenia) cenach tylko dlatego, że kupują go inni. Efekt dotyczy przede wszystkim szerokiej grupy towarów związanych z obowiązującą modą. Najlepszym przykładem jest tutaj Iphone. Dla części kupujących jest on zdecydowanie poza ich zdolnościami majątkowymi. Ale kupują go, chcąc uzyskać określony prestiż w grupie rówieśniczej.

W tym tygodniu to wszystko, kończymy z popytem i będziemy oglądać inne zjawiska.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Popyt

Mam wrażenie, że głównym powodem leżącej u nas edukacji ekonomicznej i finansowej jest to, że specjaliści używają do jej objaśniania skomplikowanych definicji, a populiści sięgają po chwytne hasełka typu „podatki to kradzież” albo „krzywa Laffera tłumaczy wszystko”. Brakuje natomiast narracji środka i języka, który w prosty, ale nie prostacki sposób tłumaczyłby pojęcia i procesy. Dam przykład.

Nominalna definicja popytu brzmi porywająco. Jest to bowiem funkcyjna zależność między ceną produktu a jego ilością, którą skłonni są zakupić nabywcy. Na tę skłonność składa się chęć, którą determinują nasze preferencje, oraz ekonomiczna możliwość, będąca pochodną naszej siły nabywczej. Zwróćmy uwagę na to, że popyt to funkcja. Natomiast wielkość popytu to konkretna ilość dobra, jaką konsumenci chcą kupić przy danej cenie. Na razie wszystko jest jasne, zrozumiałe i ogólnie tip top, prawda?

Popyt na dany produkt w ujęciu mikroekonomicznym jest funkcją ceny tego produktu i jest wyznaczany przy założeniu danych determinant…

Oszczędzę wam reszty tych wspaniałości. Jak pewnie zauważyliście, nawet w podejściu do tak prostego klocka ekonomii jakim jest popyt, króluje podejście akademickie. Pojęcie należy objaśnić w sposób maksymalnie uczony, żeby ktoś nie pomyślał, że trywializujemy. Efektem takiego działania jest to, że wszyscy zainteresowani poszerzeniem swojej wiedzy, odbijają się od ściany mądrych słów, składających się w dość bełkotliwą całość. Umówmy się – normalni ludzie tak nie mówią. Dlatego postanowiłem zostać głosem normalnych ludzi i przetłumaczyć to wszystko z mądrego na polski.

Zacznijmy od tego, że mówiąc o popycie, zazwyczaj używamy skrótu myślowego. O co chodzi? Zazwyczaj przez popyt rozumiemy ilość towaru, jaką chcemy kupić przy określonej cenie. Ta definicja nie określa popytu tylko wielkość popytu. Jeżeli ktoś zechce błysnąć w towarzystwie, może zapamiętać, że popyt to funkcja a wielkość popytu to ilość towaru. I wystarczy.

Zazwyczaj słyszymy, że popyt zależy od ceny. Co jest oczywiście prawdą, bo nie damy w sklepie 15 ziko za butelkę piwa koncernowego. Pamiętajmy jednak o innych czynnikach, które omówię poniżej.

Świetna okazja, uncja złota po 3000 złotych! Jest to oczywiście kapitalna okazja, ale wyłącznie dla ludzi, którzy dużo zarabiają. Popyt na złoto w grupie o niskich dochodach nie zmieni się, bogaci rzucą się na taką okazję jak wilki i popyt wzrośnie. Czyli pierwszą determinantą popytu poza ceną, są dochody nabywcy.

Świetna okazja, pióro Parkera za 200 złotych! No fajnie, ale za piątkę mogę kupić długopis BIC, który będzie mi służył dopóty, dopóki ktoś mi go nie podprowadzi. Popyt na pióra Parkera wzrośnie wyłącznie wśród ludzi, którzy chcą wydać 200 ziko na pióro Parkera, zamiast piątaka na BICa. Cena subsytutu to kolejny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, samochód osobowy za 5000 złotych! Biere za gotówkę, szykuj pan umowę. Problem jest jednak taki, że paliwo, które pozwoli przejechać nim 100 km, kosztuje 200 złotych. Kupujecie taki samochód? Paliwo to dobro komplementarne dla samochodu. Inaczej – uzupełniające. Jak nie zalejemy baku, to samochód będziemy pchać albo trzymać przed domem i się nim chwalić. Cena towarów uzupełniających jest następnym czynnikiem kształtującym popyt.

Świetna okazja, dobra kurtka zimowa za 200 złotych! Bo ja wiem? Na logikę, kurtki zimowe mogą jeszcze potanieć i nie ma się co napinać, kupię sobie w lipcu. Tutaj już zaczyna się lekkie wróżenie z fusów, bo nasze przewidywania dotyczące poziomu cen w przyszłości mogą być nietrafne, ale i tak są kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na popyt.

Świetna okazja, płaszcze przeciwdeszczowe dobrej jakości za 50 złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka, na pustyni Atacama moglibyśmy je przecenić do złotówki, a i tak pewnie nie byłoby chętnych. Czynniki geograficzne są bardzo ważne.

Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 30 tys. złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka. Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 100 tys. peso! W Meksyku nikt nie kupi samochodu o takiej nazwie, bo Pajero znaczy po hiszpańsku onanista. Czynniki społeczne i preferencje konsumentów to następny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, metr kwadratowy nowego mieszkania za 4000 złotych! W Warszawie odbyłaby się o nie pewnie walka, w strefie objętej wojną albo w Somalii taka oferta zostałaby odebrana jako kiepski żart. Dlatego w analizach dotyczących popytu musimy zawsze uwzględniać sytuację polityczną i gospodarczą.

Zostały mi jeszcze czynniki demograficzne, ale wymyśliłem wyłącznie tani depilator dla mężczyzn. Dlatego raczej obejdzie się bez przykładu.

Mam nadzieję, że dzięki brawurowym przykładom, zagadnienia dotyczące popytu stały się odrobinę bardziej zrozumiałe. W następnym odcinku opowiem o elastyczności i o sytuacjach, w których popyt zachowuje się, jak pijany nastolatek na domówce.