Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Inflacja, czyli potwór który zjada nasze oszczędności

Dzisiaj postanowiłem napisać kilka słów o inflacji. Oczywiście zanim siadłem do tekstu, poszedłem
poczytać, jakich mądrych słów tym razem używali autorzy haseł i opracowań. I muszę powiedzieć,
że jestem pełen podziwu. Takiego stężenia nieprzyjaznych dla czytelnika sformułowań dawno nie
widziałem. Postaram się więc przetłumaczyć wam podstawowe kwestie na polski.

Gdy zapytamy tzw. przeciętnego Polaka o inflację, odpowie bez wahania „no, to jest wtedy, jak
wszystko drożeje”, a potem może doda „tylko te procenty się nie zgadzają, bo mówią, że jest 1,6
proc. inflacji a u mnie na osiedlu bułki zdrożały o 10 proc.”. Pierwszy człon wypowiedzi, to bardzo
dobra definicja inflacji, drugi wynika z niewiedzy, błędów poznawczych, rozpatrywania inflacji w
długim okresie, dostrzegania wyłącznie wzrostu cen i kilku innych czynników, o których później.

Na razie skoncentruję się na drugiej części wypowiedzi pana Kowalskiego, czyli na tym, jak GUS liczy
inflację. Zżymamy się często, gdy telewizja chwaląc dobre wyniki rządu, mówi że w tym roku inflacja
wynosi 1,2 proc. A przecież robiąc codziennie zakupy widzimy, że masło skoczyło o złotówkę, jajka o
10 groszy na sztuce, chleb lepszej jakości przekroczył pięć ziko a mięso to już w ogóle. I cała ta gadka
o inflacji na poziomie 1,2 proc. to zwykłe kłamstwo i zaklinanie rzeczywistości.

Trochę tak, ale trochę nie. GUS nie może liczyć inflacji tylko na podstawie artykułów spożywczych, bo
one najłatwiej poddają się wahaniom cen. I mogłoby się okazać, że oficjalnie inflacja wyniosła 8 proc.,
bo podrożały truskawki, nabiał i mięso. Dlatego statystycy z GUS-u stworzyli tzw. koszyk inflacyjny, do
którego wrzucili dużo więcej grup produktów. Od razu mówię – dokładnej listy towarów i usług
wchodzących do koszyka nie znamy, bo GUS nie podaje jej do publicznej wiadomości. Znamy
natomiast skład procentowy dużych kategorii.

Na pierwszym miejscu jest żywność i napoje bezalkoholowe, które stanowią 24,36 proc. zawartości
koszyka. Udział tej kategorii od sześciu lat praktycznie się nie zmienił. Następnie idą wydatki związane
z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii, które stanowią 20,35 proc. koszyka. 8,74 proc. to
nasz transport, 6,92 proc. to rekreacja i kultura, 6,19 proc. to koszt alkoholu i papierosów. Ogółem
dużych kategorii jest 12.

Koszyk inflacyjny zmienia się co roku, GUS bada budżety gospodarstw domowych i na tej podstawie
dostosowuje jego zawartość. Zmienia też samochody Daewoo na Skody, pralki Frania na Indesity i
Timexy na Ipady, czyli dostosowuje koszyk do tego, co za oknem mamy my, a nie nasi rodzice.
Gdy znamy wagi poszczególnych kategorii, urząd zaczyna mierzyć ceny 1400 produktów i usług. Bada
je w 35 tys. punktów w całej Polsce, począwszy od hipermarketów, na osiedlowych sklepikach i
kioskach skończywszy. Co miesiąc tworzy notowanie 260 tys. cen z 209-ciu rejonów. To jest
naprawdę tytaniczna praca. Po zebraniu danych, pozostaje już tylko ich odpowiednie zagregowanie,
ważenie i liczenie.

Wspomniałem wcześniej o tym, że w powszechnej opinii wskaźnik inflacji jest nieprawdziwy, bo może
i luksusowe jachty potaniały, ale żywność szybuje w górę. Teraz gdy wiemy, jak wygląda skład koszyka
inflacyjnego, możemy przestać powtarzać ten chwytliwy, ale zupełnie nieprawdziwy bon mot. Spadek
cen jachtów będzie miał znikomy wpływ na wskaźnik cen i poziom inflacji. Żywność z kolei będzie na
nie mocno wpływała, ale pamiętamy o tym, że stanowi ćwiartkę koszyka.

Zapamiętamy, że inflacja to wskaźnik o charakterze przeciętnym a pomiary dotyczą całego kraju, a
nie tylko naszego domu. Jesteśmy również bardziej wrażliwi na zmiany cen artykułów podstawowych
niż kupowanych okazjonalnie. Dlatego mniej nas ucieszy informacja, że potaniały używane Paski w
tedeiku niż to, że chleb nie kosztuje trójki tylko dwójkę.

No i pamiętajmy, jak działają nasze mózgi – jeżeli podrożeje chleb, nabiał, napoje gazowane, jajka, warzywa i wędliny, to nie zauważymy obniżki cen, nawet gdyby objęła większość dóbr w gospodarce, ciągnąc tym samym inflację w dół.

Inflacja to temat szeroki, dlatego wrócimy do niego w przyszłym tygodniu. Opowiem o przyczynach,
skutkach i rodzajach tego zjawiska.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Podaż

Fot. Unsplash

W dwóch poprzednich odcinkach rozmawialiśmy o popycie. Mówienie o popycie bez wspomnienia o podaży to jakbyśmy mówili o parówkach i nie wspomnieli o musztardzie. To jak jajko bez majonezu, samochód bez kierownicy czy rower bez łańcucha. Jak się już pewnie domyśliliście, te pojęcia są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie ma mowy o podaży bez popytu i na odwrót.

 

Dlatego dzisiaj opowiem o podaży, połączę ją z popytem, uzyskamy dzięki temu w miarę pełny obraz a przy okazji nauczymy się ekonomicznej łaciny.

Najkrócej mówiąc podaż to ilość jakiegoś dobra lub usługi, które producent chce wyprodukować po określonej cenie. Wzrost ceny prawie zawsze spowoduje wzrost ilości podaży towaru, bo producenci będą chcieli go zaoferować możliwie jak najwięcej. Spadek ceny spowoduje ruch w przeciwną stronę – ilość podaży spadnie, popyt wzrośnie.

Wyjaśnijmy sobie przy okazji delikatny niuans znaczeniowy, bo wszyscy krzyczą ‘podaż to, podaż tamto’ a mało kto mówi ‘podaż to jedno a ilość podaży to drugie’. Jeżeli chcecie być bardzo dokładni, rozróżniajcie te pojęcia. W języku ekonomistów podaż to związek między cenami a ilościami dóbr dostarczanych przy tych cenach. Będzie to krzywa podaży. Ilość podaży określa ile towaru zaproponują sprzedawcy za konkretną cenę. Będzie to punkt na krzywej podaży. Oczywiście w mediach się upraszcza i wszystko jest podażą – i ta krzywa, i punkty na niej, a czasami nawet obok niej, bo dziennikarze nie muszą się znać na wszystkim.

Wiedząc to wszystko, z łatwością możemy sformułować bardzo ważne prawo ekonomiczne, czyli prawo podaży. Brzmi ono tak: wyższa cena prowadzi do wyższej ilości podaży, niższa zaś do niższej ilości podaży.

Połączmy teraz popyt z podażą. Przy cenie 5 ziko za kajzerkę ilość podaży będzie wysoka a poziom popytu niski, najprawdopodobniej zerowy. Dlatego nikt nie próbuje sprzedawać kajzerki po piątaku. Z kolei przy cenie 5 groszy za sztukę, ilość podaży będzie niska (bo to jednak sprzedaż ze stratą) a poziom popytu bardzo wysoki (kajzerka za pięć groszy to okazja, której nie można przegapić).

Z drugiej strony nikt nie wyprodukuje kajzerki za pięć groszy, bo mu się to nie opłaci. Popyt przebiłby zaś sufit.
Jest jednak taki poziom ceny za kajzerkę, w której kupujący i sprzedający się spotykają i następuje przecięcie krzywych podaży i popytu. To chyba najbardziej znany wykres ekonomiczny świata.

Wszystko działa pięknie przy jednym założeniu. I będzie obiecana łacina. Mówi się, że popyt i podaż zależą od ceny, ceteris paribus.

Ceteris paribus dosłownie oznacza „inne takie samo”. W języku polskim przyjmuje się zwykle określenie „przy pozostałych warunkach równych/niezmiennych”. Jeżeli nie założymy sobie niezmienności czynników innych niż cena, nasze dywagacje dotyczące poziomów popytu i podaży mogą okazać się nieprawdą.

Na poziom podaży poza ceną wpływa na przykład postęp techniczny, koszty pracy, podatki, akcyza, ceny surowców, warunki naturalne sprzyjające produkcji i wiele innych. Jeżeli zechcemy uwzględnić je wszystkie, możemy zapomnieć o prostym modelu.

Powyższe rozważania podsumuję tak: producent chce sprzedać drogo, nabywca kupić tanio, czasami wolny rynek pozwala im na to, żeby się ze sobą spotkali i obaj dokonali transakcji na zadowalających obie strony warunkach.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI Fuck logic, czyli dlaczego kupujemy coś co jest drogie i niepotrzebne

W ubiegłym tygodniu powiedziałem kilka słów o popycie i czynnikach, które wpływają na jego poziom. Okazuje się jednak, że czasami popyt zachowuje się w sposób nieobliczalny, zdający się przeczyć zasadom logiki. Ekonomiści na wszystko znaleźli wytłumaczenie.

Zaczniemy od elastyczności popytu i żeby za bardzo nie mieszać pozostaniemy przy elastyczności cenowej. Wyobraźmy sobie, że odłożyliśmy pieniądze na nową komórkę. Niestety, w dniu premiery producent ogłosił, że w związku z wielkim zainteresowaniem ich nowym sprzętem, robi skok na kasę i podnosi cenę o 42 proc. Są możliwe dwa scenariusze.

Tak drastyczna podwyżka ceny powoduje, że dużo osób rezygnuje z zakupu telefonu i idzie do konkurencji. Wzrost ceny spowodował spadek popytu. O takim zachowaniu mówimy „popyt elastyczny”.  Czyli taki, w którym zmiana ceny powoduje zmianę poziomu popytu.

Może się również zdarzyć tak, że bardzo chcemy mieć nową komórkę. Podobnie jak miliony podobnych nam fanów produktu. Nie zważając na zwiększoną cenę, kupujemy telefon. Pomimo wzrostu ceny, popyt utrzymał się na takim samym poziomie, albo nawet wzrósł. O takim popycie mówimy, że jest nieelastyczny albo sztywny. Zmiana ceny nie wpłynęła na jego poziom.

Gdy znamy już podstawowe zachowania popytu, możemy przyjrzeć się pewnym paradoksom, zdającym się przeczyć logice. Wszystko w nich tłumaczy natura ludzka.

Bardzo lubię paradoks Veblena. Dotyczy dóbr luksusowych i klasy próżniaczej. Czasami bowiem okazuje się, że zwiększenie ceny na dany towar powoduje nie spadek a wzrost popytu na niego. Ale wyłącznie wśród najzamożniejszych grup społecznych. Taka konsumpcja na pokaz, w myśl zasady „stać mnie”. Jedyną przyczyną takiego zachowania jest chęć pokazania swojego statusu społecznego. Jak się nietrudno domyślić paradoks Veblena dotyczy dóbr bardzo drogich i może obejmować dzieła sztuki, biżuterię czy rzadkie samochody.

Na przeciwnym biegunie leży efekt Giffena. Ekonomiści do tej pory dyskutują, czy występuje on faktycznie w przypadku całych grup społecznych, my przyjmiemy sobie wygodne założenie, że na pewno dotyczy naszych indywidualnych wyborów. Dotyczy on dóbr podstawowych i konsumentów o niskich dochodach. Wzrost cen takich dóbr powoduje wzrost popytu. Giffen wniosek sformułował obserwując rynek po podwyżce cen chleba. Najbiedniejsi ludzie zwiększyli liczbę kupowanych bochenków, najprawdopodobniej bojąc się kolejnych podwyżek. No i trudno znaleźć podobny cenowo substytut chleba, który nieprzypadkowo jest naszym podstawowym pożywieniem.

Harvey Leibenstein opisał kolejne dwa dziwne zachowania, nazywając je odpowiednio efektem snoba i owczego pędu.

Efekt snoba obserwujemy gdy część grupy nabywców nie kupuje towaru, nawet jeżeli jego cena znacznie spada. Robią to nie dlatego, że znaleźli jeszcze tańszy substytut. Główną przesłanką jest tutaj chęć odcięcia się od plebsu. Tacy (nie)kupujący dążą do uzyskania statusu lepszego klienta i dlatego podejmują decyzje wbrew większości. Jak się nietrudno domyślić efekt snoba dotyczy produktów powszechnych, szeroko dostępnych i stosunkowo tanich.

Z kolei efekt owczego pędu mamy wtedy, gdy część konsumentów jest gotowa kupować produkt nawet po znacznie zawyżonych (z ich punktu widzenia) cenach tylko dlatego, że kupują go inni. Efekt dotyczy przede wszystkim szerokiej grupy towarów związanych z obowiązującą modą. Najlepszym przykładem jest tutaj Iphone. Dla części kupujących jest on zdecydowanie poza ich zdolnościami majątkowymi. Ale kupują go, chcąc uzyskać określony prestiż w grupie rówieśniczej.

W tym tygodniu to wszystko, kończymy z popytem i będziemy oglądać inne zjawiska.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Popyt

Mam wrażenie, że głównym powodem leżącej u nas edukacji ekonomicznej i finansowej jest to, że specjaliści używają do jej objaśniania skomplikowanych definicji, a populiści sięgają po chwytne hasełka typu „podatki to kradzież” albo „krzywa Laffera tłumaczy wszystko”. Brakuje natomiast narracji środka i języka, który w prosty, ale nie prostacki sposób tłumaczyłby pojęcia i procesy. Dam przykład.

Nominalna definicja popytu brzmi porywająco. Jest to bowiem funkcyjna zależność między ceną produktu a jego ilością, którą skłonni są zakupić nabywcy. Na tę skłonność składa się chęć, którą determinują nasze preferencje, oraz ekonomiczna możliwość, będąca pochodną naszej siły nabywczej. Zwróćmy uwagę na to, że popyt to funkcja. Natomiast wielkość popytu to konkretna ilość dobra, jaką konsumenci chcą kupić przy danej cenie. Na razie wszystko jest jasne, zrozumiałe i ogólnie tip top, prawda?

Popyt na dany produkt w ujęciu mikroekonomicznym jest funkcją ceny tego produktu i jest wyznaczany przy założeniu danych determinant…

Oszczędzę wam reszty tych wspaniałości. Jak pewnie zauważyliście, nawet w podejściu do tak prostego klocka ekonomii jakim jest popyt, króluje podejście akademickie. Pojęcie należy objaśnić w sposób maksymalnie uczony, żeby ktoś nie pomyślał, że trywializujemy. Efektem takiego działania jest to, że wszyscy zainteresowani poszerzeniem swojej wiedzy, odbijają się od ściany mądrych słów, składających się w dość bełkotliwą całość. Umówmy się – normalni ludzie tak nie mówią. Dlatego postanowiłem zostać głosem normalnych ludzi i przetłumaczyć to wszystko z mądrego na polski.

Zacznijmy od tego, że mówiąc o popycie, zazwyczaj używamy skrótu myślowego. O co chodzi? Zazwyczaj przez popyt rozumiemy ilość towaru, jaką chcemy kupić przy określonej cenie. Ta definicja nie określa popytu tylko wielkość popytu. Jeżeli ktoś zechce błysnąć w towarzystwie, może zapamiętać, że popyt to funkcja a wielkość popytu to ilość towaru. I wystarczy.

Zazwyczaj słyszymy, że popyt zależy od ceny. Co jest oczywiście prawdą, bo nie damy w sklepie 15 ziko za butelkę piwa koncernowego. Pamiętajmy jednak o innych czynnikach, które omówię poniżej.

Świetna okazja, uncja złota po 3000 złotych! Jest to oczywiście kapitalna okazja, ale wyłącznie dla ludzi, którzy dużo zarabiają. Popyt na złoto w grupie o niskich dochodach nie zmieni się, bogaci rzucą się na taką okazję jak wilki i popyt wzrośnie. Czyli pierwszą determinantą popytu poza ceną, są dochody nabywcy.

Świetna okazja, pióro Parkera za 200 złotych! No fajnie, ale za piątkę mogę kupić długopis BIC, który będzie mi służył dopóty, dopóki ktoś mi go nie podprowadzi. Popyt na pióra Parkera wzrośnie wyłącznie wśród ludzi, którzy chcą wydać 200 ziko na pióro Parkera, zamiast piątaka na BICa. Cena subsytutu to kolejny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, samochód osobowy za 5000 złotych! Biere za gotówkę, szykuj pan umowę. Problem jest jednak taki, że paliwo, które pozwoli przejechać nim 100 km, kosztuje 200 złotych. Kupujecie taki samochód? Paliwo to dobro komplementarne dla samochodu. Inaczej – uzupełniające. Jak nie zalejemy baku, to samochód będziemy pchać albo trzymać przed domem i się nim chwalić. Cena towarów uzupełniających jest następnym czynnikiem kształtującym popyt.

Świetna okazja, dobra kurtka zimowa za 200 złotych! Bo ja wiem? Na logikę, kurtki zimowe mogą jeszcze potanieć i nie ma się co napinać, kupię sobie w lipcu. Tutaj już zaczyna się lekkie wróżenie z fusów, bo nasze przewidywania dotyczące poziomu cen w przyszłości mogą być nietrafne, ale i tak są kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na popyt.

Świetna okazja, płaszcze przeciwdeszczowe dobrej jakości za 50 złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka, na pustyni Atacama moglibyśmy je przecenić do złotówki, a i tak pewnie nie byłoby chętnych. Czynniki geograficzne są bardzo ważne.

Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 30 tys. złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka. Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 100 tys. peso! W Meksyku nikt nie kupi samochodu o takiej nazwie, bo Pajero znaczy po hiszpańsku onanista. Czynniki społeczne i preferencje konsumentów to następny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, metr kwadratowy nowego mieszkania za 4000 złotych! W Warszawie odbyłaby się o nie pewnie walka, w strefie objętej wojną albo w Somalii taka oferta zostałaby odebrana jako kiepski żart. Dlatego w analizach dotyczących popytu musimy zawsze uwzględniać sytuację polityczną i gospodarczą.

Zostały mi jeszcze czynniki demograficzne, ale wymyśliłem wyłącznie tani depilator dla mężczyzn. Dlatego raczej obejdzie się bez przykładu.

Mam nadzieję, że dzięki brawurowym przykładom, zagadnienia dotyczące popytu stały się odrobinę bardziej zrozumiałe. W następnym odcinku opowiem o elastyczności i o sytuacjach, w których popyt zachowuje się, jak pijany nastolatek na domówce.