Categories

Blockchain otwiera giełdowe portfele kolejnych polskich inwestorów

Na warszawskiej giełdzie przybywa spółek, które deklarują zaangażowanie w tytułową technologię.W kilku przypadkach tego typu komunikat wywołał spektakularny wzrost kursu akcji. “Blokczejn” może być słowem kluczem na miarę “dotcom”, gamingu czy deweloperki, a jednocześnie… pułapką.

Najświeższym przykładem giełdowego “romansu” z technologią łańcucha bloków jest notowana na NewConnect spółka Merlin. Przedstawiciel branży e-commerce podpisał 6 lipca list intencyjny ze znanym inwestorem Rafałem Zaorskim, szefem Krypto Jam.

Strony zadeklarowały rozpoczęcie prac nad rozwojem technologii blockchain zmierzających do stworzenia innowacyjnego programu lojalnościowego dla klientów grupy opartego na tokenizacji lojalności klientów. Intencją stron jest umożliwienie korzystania z technologii innym podmiotom z rynku e-commerce w Polsce i Europie, a w konsekwencji osiągnięcie pozycji lidera tokenizacji lojalności w Europie – napisano w oficjalnym komunikacie. W dniu jego publikacji kurs akcji Merlina wzrósł o 65,5 proc., z 0,9 zł do 1,49 zł, a na kolejnej sesji cena rosła w porywach do 2,15 zł. Z kolei dzienny wolumen obrotu po raz pierwszy w giełdowej historii tej spółki przekraczał liczbę 750 tys. sztuk.

Zarobić ponad 100 proc. w ciągu dwóch dni i to na bardzo słabym ostatnio warszawskim rynku akcji, to bardzo dobry wynik. I to wszystko dzięki jednemu słowu. Tak jak kiedyś inwestorów elektryzowała końcówka “dotcom” albo wejście w deweloperkę czy branżę gier komputerowych, tak teraz nastał czas “blokczejna”. I tak jak zawsze – część firm faktycznie wykorzystuje nową technologię do rozwijania swojego biznesu, a część zdaje się tylko podłączać pod modę, by zrobić wokół siebie trochę szumu i podbić wyceny akcji.

Hype na blockchain
Pierwszą spółką na rodzimym rynku akcji, która zapowiedziała wejście w okołoblokczejnowe tematy była BitEvil, kierowana przez Marię Belkę, córkę byłego premiera. Na NewConnect firma debiutowała dokładnie rok temu i to ze sporą pompą. Ogłosiła bowiem, że zamierza wprowadzić polską kryptowalutę EraCoin. To wystarczyło, by w dniu debiutu cena akcji zyskała 43 proc. rosnąc z 2,49 zł do 3,56 zł. Co więcej – dwa miesiące później notowania ustanowiły do dziś niepobity historyczny szczyt 8,33 zł.

Można dyskutować, czy wpływ na wzrost kurs miała magia nazwiska szefowej, czy jednak zapowiedź nowego coina. Ja stawiam na to drugie. A żeby było śmiesznie – EraCoin wcale kryptowalutą nie jest, przynajmniej w takim znaczeniu jak bitcoin, litecoin czy dash. Nie jest bowiem oparta na łańcuchu bloków, a jej rzekome “kopanie” to nie rozwiązywanie kryptograficznych zagadek, a tylko poświęcony czas na interakcje z innymi użytkownikami aplikacji, która tego coina obsługuje. EraCoin to właściciwe coś w rodzaju punktów lojalnościowych, które znamy chociażby ze stacji benzynowych. Spółka sprytnie wykorzystała więc modę na kryptotematy, by z przytupem wejść na rodzimy parkiet. Aktualnie jej akcje kosztują 1,5 zł, a więc sporo poniżej ceny z debiutu.

Śladami BitEvil, ale nie tylko marketingowo, ale także realnie – poszły inne spółki giełdowe. MakoLab pracuje nad systemem do identyfikatorów cyfrowych o wysokim poziomie niezaprzeczalności i transparentności, dlatego blockchain wydaje się tutaj idealnym rozwiązaniem. – Cechy tej technologii zwróciły naszą uwagę w kontekście wykorzystania do zabezpieczenia przechowywania danych identyfikacyjnych, szczególnie tych, które są wrażliwe pod kątem zaufania i objęcia gwarancją autentyczności. Takich jak np. identyfikatory cyfrowe instytucji finansowych LEI (Legal Entity Identifier). W obrębie naszych prac wzbogacenie LEI o technologię blockchain to dopiero początek – czytamy na stronie spółki.

Projekt MakoLab ma wartość nieco ponad 2 mln zł, z czego 1,2 mln zł pochodzi z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Zakończenie projektu zaplanowano na grudzień 2018 r. Na wykresie kursu akcji spółki nastroje są raczej zmienne. O ile w drugim półroczu 2017 r. akcje podrożały o 70 proc., to w pierwszym półroczu tego roku ich cena spadła o blisko 30 proc. Być może inwestorzy czekają, aż system będzie gotowy i możliwy do zweryfikowania.

Całkiem niedawno eksperymenty z technologią blockchain zapowiedziała też warszawska giełda (GPW jest spółką akcyjną i jest notowana na główynm parkiecie). Otóż 27 czerwca spółka opublikowała zaktualizowaną strategię #GPW2022, w ramach której podjętych zostanie 14 inicjatyw. Jedną z nich jest platforma Private Market, dedykowana finansowaniu firm na wczesnym etapie rozwoju za pośrednictwem tzw. equitycrowdfundingu. Infrastruktura platformy ma bazować na technologii blockchain.

Rozproszony rejestr jest dla nas bardzo atrakcyjny. Szczególnie dużo sobie obiecujemy po tzw. smart contracts, dzięki którym do obrotu mogą trafić warunki udziału w zyskach danej firmy. Forma private blockchain jest w tym momencie optymalna. Chcemy w ten sposób przetestować jej działanie w środowisku giełdowym – mówił w wywiadzie dla Parkiet TV Marek Dietl, prezes GPW. Nasza giełda zaczęła więc robić to, co giełdy zagraniczne robią już od dawna. Rynek przyjął nowe pomysły całkiem entuzjastycznie. W dniu ogłoszenia #GPW2022 akcje podrożały o 3,6 proc. do 37,55 zł, a na początku lipca cena dochodziła do 38,95 zł.

Nie najlepsze intencje
Technologiczne trendy mają to do siebie, że przyciągają też firmy, które niekoniecznie chcą dać akcjonariuszom udział w innowacyjnym przedsięwzięciu, a raczej zrobić wokół siebie trochę pozytywnego PRu i przy okazji podbić kurs akcji. Być może pamiętacie scenę z “Wilka z Wall Street”, w której główny bohater – Jordan Belfort – wciska przez telefon klientowi akcje firmy z sektora IT, która ma być drugim gigantem na miarę Apple’a, a okazuje się za chwilę, że to zwykła szopa na środku podwórka, którą z IT łączy tylko napis na szyldzie nad wrotami. To są sceny z życia wzięte. To samo grozi nam teraz przy okazji boomu na blokczejn i różne coiny, dlatego warto mieć się na baczności za każdym razem, gdy jakiś giełdowy podmiot informuje, że angażuje się w tego typu projekty.

Lampki ostrzegawcze zapaliły się rynkowym obserwatorom na początku tego roku, gdy takie komunikaty wypuściły trzy spółki z NewConnect – Erne Ventures, Devoran i Novina ASI. Kontrolki nie zaświeciły się dlatego, że spółki te miały bardzo niską wycenę akcji (ok. 1 zł lub mniej), która zawsze sygnalizuje podwyższone ryzyko inwestycji, ale z nieco innych powodów. – Spółki te wiele dzieli, ale łączy m.in. osiąganie niewielkich przychodów, notowanie strat i skłonność do zmieniania nazw i emitowania akcji – pisał wówczas na łamach Pulsu Biznesu Marcel Zatoński. Oczywiście nie przekreślam szans tych firm na to, że wejście w nowe technologie będzie kołem zamachowym ich biznesów, ale niektóre z ich dotychczasowych dokonań, skakanie z jednego branżowego kwiatka na drugi i zachowanie kursu akcji sugerują przynajmniej zachowanie ostrożności.

Otóż Erne Ventures, fundusz inwestujący jak dotąd w przedsięwzięcia z branży gier komputerowych i motoryzacji, ogłosił w styczniu aktualizację swojej strategii, podając w niej plany większego zaangażowania w projekty zapowiadające wdrożenie własnych rozwiązań opartych o blockchain. Na stronie internetowej, w nazwie funduszu, obok dopiski „games“ pojawiło się „blockchains“. W pierwszym momencie cena akcji skoczyła o 22 proc., ale jeszcze na tej samej sesji kurs ustabilizował się zyskując ostatecznie zaledwie 2,7 proc. względem poprzedniej ceny zamknięcia. W tym przypadku magiczne słowo nie wywołało większego entuzjazmu wśród inwestorów. Być może dlatego, że ci ostatni zrazili się wcześniejszym zaangażowaniem funduszu w spółkę Arrinera, która od kilku lat obiecuje nam pierwszy polski samochód wyścigowy i jak dotąd taśmy produkcyjne nie ruszyły. Być może też dlatego, że po pierwszym kwartale w skonsolidowanych wynikach na poziomie zysku netto była strata sięgająca prawie 900 tys. zł. A być może dlatego, że w lutym spółka ogłosiła, że w ramach nowej strategii przejęła spółkę Revitum, czyli sieć placówek diagnostyki medycznej, i zamierza przekształcić ją w… giełdę kryptowalut. To intrygujący pomysł, nie tylko z uwagi na technologiczną transformację, ale także dlatego, że większość, o ile nie wszystkie giełdy kryptowalut wyprowadzają się z naszego kraju z powodu nieprzyjaznych regulacji.

Devoran również ma sporo dokonań na swoim koncie.  Gdy wchodził na NewConnect w 2007 r. nazywał się Viaguara i jego produktem była wódka z guaraną. Później zmienił się w Polsko-Amerykański Dom Inwestycyjny, aby w końcu wejść w deweloperkę i nazwać się Devoran. Na początku tego roku ogłosił z kolei, że angażuje się w nową technologię, m. in. tworzenie rozwiązań i planów marketingowych dla społeczności blockchain oraz budowę zaplecza koparek wykorzystywanych do pozyskiwania kryptowalut. Pojawił się też plan zmiany nazwy na Future Blockchain.

W styczniu kurs akcji spółki wzrósł o 145 proc. do 1,08 zł. Tymczasem od strony finansowej trudno o optymizm. W zeszłym roku skonsolidowany wynik netto wyniósł zaledwie 202 tys. zł. Ponadto spółka znalazła się w ubiegłym roku pod okiem nadzorcy. – W listopadzie rynkowy nadzorca poinformował, że podejrzewa manipulację kursem Devoranu. KNF szczegółowo opisywała podejrzane transakcje z września ubiegłego roku, gdy grupa powiązanych akcjonariuszy miała stosować m.in. takie techniki manipulacyjne, jak ukrywanie własności, sztuczny obrót i „pump & dump” (napompuj i opchnij), podbijając kapitalizację spółki – napisno w Pulsie Biznesu. Aktualnie papiery spółki wycenianie są na parkiecie na 0,11 zł. Czyżby inwestorzy nie wierzyli w kolejną przemianę?

Małą wiarę, przynajmniej patrząc przez pryzmat wykresu kursu akcji (ich cena to ok. 0,33 zł), widać też wśród akcjonariuszy funduszu pożyczkowego Novina. Podobnie jak poprzednik, ta spółka też ma na koncie kilka przeistoczeń. Na New Connect weszła w 2012 r. jako firma „Baby“ planująca budowę sieci kawiarni. Potem zajęła się działalnością inwestycyjną pod nazwą Goldwyn Capital, by w końcu stać się funduszem pożyczkowym, a w styczniu tego roku ogłosić, że zawiązuje nową spółkę „Blockchain Technology“. Przedmiotem działalności tej ostatniej mają być inwestycje wykorzystujące technologię blockchain, w pierwszej kolejności kopanie kryptowalut. To wystarczyło, by w styczniu podbić wyceną walorów o 62 proc. Mało tego, spółka opublikowała na początku roku prognozę, że po 12 miesiącach zarobi na czysto 2,2 mln zł. Ambitnie. Zwłaszcza, że rok ubiegły zamknęła  stratą rzędu 2,86 mln zł. Wygląda na to, że spółka naprawdę zamierza wykopać sporo bitcoinów…

Myślę, że w niedalekiej przyszłości kolejne spółki z NewConnect i GPW będą ogłaszać zaangażowanie w tytułową technologię. Zwłaszcza, że znajduje ona coraz więcej możliwości zastosowania, już nie tylko w systemach płatniczych, ale chociażby w energetyce, logistyce, zarządzaniu siecią sprzedaży itp. Jak pokazują powyższe przykłady, temat jest bardzo nośny i potrafi mocno podbić kurs przynajmniej w krótkim terminie. Nie ma się co dziwić.

Na naszym parkiecie panuje bessa, więc inwestorzy szukają innowacyjnych rozwiązań, które mogą dać wysoką stopę zwrotu. Giełdowa historia pokazuje, że każda hossa miała swojego przewodnika, np. spółki informatyczne lub spółki deweloperskie. Blockchain ma potencjał, by znów dać silny impuls wzrostowy, zwłaszcza, że niektórzy wieszczą tej technologii wywołanie rewolucji większej niż ta związana z powstaniem sieci internetowej. W tym kontekście należy pozytywnie oceniać eksperymenty rodzimych spółek z nową technologią. Liczę na to, że owe eksperymenty nie otworzą przysłowiowych sezamów tylko zarządom owych spółek, ale wszystkim akcjonariuszom i to w dłuższym niż miesięczny terminie.

 

 
Categories

Finansowi guru jadą po bitcoinie. „Trutka na szczury do kwadratu”

O cyfrowych pieniądzach bardzo chętnie wypowiadają się znane osobistości świata biznesu i ekonomii. Ich opinie są bardzo skrajne, w większości negatywne. Przewijają się porównania do baniek spekulacyjnych, czy wręcz globalnych oszustw. Tylko niektórzy widzą w bitcoinie początek monetarnej rewolucji, która uwolni nas od bankowych monopoli.

Tak to już jest, że jak nie mamy własnej opinii na dany temat, to lubimy wspierać się naszymi autorytetami. Słuchamy ich wypowiedzi i przyjmujemy lub nie ich punkt widzenia. W kwestii kryptowalut ten głos autorytetów cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem z kilku powodów.

Po pierwsze, mamy do czynienia z technologiczną nowością, która stanowi realną konkurencję dla pieniądza fiducjarnego. Po drugie, mało kto dobrze zna się na bazach danych i kryptografii, więc nie jest w stanie sam zweryfikować realnej użyteczności technologii blockchain, która za większością kryptowalut stoi. I w końcu po trzecie, kryptowaluty stały się aktywem spekulacyjnym, na którym wiele osób bardzo dużo zyskało i zastanawia się, czy zyska więcej, a jak wiadomo nic tak nie rozbudza emocji, jak możliwość szybkiego dorobienia się.

Znani ekonomiści, inwestorzy i menedżerowie wysokiego szczebla zaczęli więc coraz częściej dzielić się publicznie swoimi opiniami na temat cyfrowych pieniędzy. Z ich wypowiedzi nie wyłania się optymistyczna wizja przyszłości.

Sceptyczni bogacze
Od kilku lat swojej negatywnej opinii na temat bitcoina nie zmienia najbardziej znany inwestor giełdowy i jednocześnie trzeci najbogatszy człowiek na tej planecie – Warren Buffet. Jego zdaniem kryptowalutom bliżej do hazardu niż do inwestowania, a to dlatego, że nie mają one żadnej wewnętrznej wartości.

 – Jeśli kupujesz coś takiego jak bitcoin czy inna kryptowaluta, to tak naprawdę nie posiadasz czegokolwiek, co cokolwiek produkuje. Masz tylko nadzieję, że inny gość zapłaci za to więcej – tłumaczy Buffett.

Na tegorocznym spotkaniu akcjonariuszy jego wehikułu inwestycyjnego – Berkshire Hathaway – dolał oliwy do ognia mówiąc, że bitcoin jest jak „trutka na szczury do kwadratu”.  Jego zdaniem najbardziej popularna kryptowaluta źle skończy i zadeklarował, że jego fundusz nigdy nie zainwestował w tego typu aktywa i nie zamierza tego robić. Tych co znają styl inwestycyjny Buffetta nie dziwią te mocne opinie. Słynie on bowiem z tego, że inwestuje w wartość, a rynek giełdowy zawsze był dla niego miejscem, gdzie może kupić tanio coś wartościowego.

To coś zawsze miało być dla Buffetta weryfikowalne, dlatego znany jest z tego, że często sam posiada produkty spółek, których jest akcjonariuszem i chodzi na spotkania z zarządami, by osobiście sprawdzać kompetencje menedżerów. Jego zdaniem w przypadku bitcoina takich możliwości weryfikacji nie ma, co z automatu wyklucza kryptowalutę z kręgu jego inwestycyjnych zainteresowań.

O ile sceptycyzm Buffetta można poniekąd tłumaczyć jego wiekiem i deklarowaną niechęcią do nowych technologii, to większe zdziwienie budzą opinie jego przyjaciela Billa Gates’a, szefa Microsoftu. Choć kilka lat temu opisywał bitcoina przymiotnikiem „ekscytujący”, to w jednym z ostatnich wywiadów dla CNBC stwierdził, że chętnie zagrałby na bitcoinie na krótko, co oznacza, że spodziewa się spadku notowań.

Mało tego, w marcu tego roku w wywiadzie dla portalu Reddit.com Gates krytykował kryptowalutę za jej rzekomą anonimowość, dzięki której staje się ona świetnym narzędziem dla terrorystów i handlarzy narkotyków. Choć wielu zarzucało mu niedoinformowanie i brak wiedzy, to Gates swojego stanowiska nie zmienił i pozostaje sceptycznie nastawiony do bitcoina.

Inni panowie o zasobnych portfelach także w mocnych słowach wypowiadają się na temat cyfrowych pieniędzy. – Kryptowaluta jest oszustwem – powiedział wprost Jamie Dimon, prezes JP Morgan Chase,  na konferencji Delivering Alpha. Jego zdaniem bitcoin nie ma żadnej realnej wartości, jest gorszy od cebulki tulipana i skończy podobnie jak ona w XVII w.

Dla kontrastu warto dodać, że CEO Goldman Sachs Lloyd Blankfein przyznał niedawno, że bitcoin jest po prostu nie dla niego i nie posiada, żadnej kryptowaluty, ale dodał, że byłoby zbytnią arogancją mówienie, że bitcoin nie ma przyszłości. CEO Goldmana uważa, że skoro pieniądz fiducjarny istnieje na podstawie pewnej umowy społecznej na linii rząd – społeczeństwo, to dlaczego i kryptowaluty nie miałyby mieć swojego własnego konsensusu.

Takim „optymistą” nie jest Mark Cuban, miliarder, właściciel zespołu NBA Dallas Mavericks, który w wywiadzie dla Vanity Fair powiedział, że „jeżeli inwestujesz w bitcoina, to przygotuj się, że wszystko stracisz”. Co ciekawe – tych ostatnich słów nie do końca podziela chyba George Soros. Choć na tegorocznej konferencji w Davos mówił, że bitcoin to bańska spekulacyjna, która pęknie najszybciej ze wszystkich w historii, to w kwietniu dowiedzieliśmy się z Bloomberga, że jego rodzinna firma Soros Fund Management zamierza handlować kryptowalutami. Jak widać w finansach niekoniecznie liczy się to co myślisz, tylko to czy możesz na czymś zarobić…

Warto przywołać dość stonowane na tle powyższych stanowiska Marka Zuckerberga, szefa Facebooka i Jacka Dorsey’, szefa Twittera. Ten pierwszy widzi w technologiach szyfrowania i kryptografii narzędzia do transferu władzy od systemów scentralizowanych do zdecentralizowanych, czyli bezpośrednio do ludzi. Można więc się domyślać, że atrakcyjna wydaje mu się idea twórcy bitcoina – Satoshi Nakamoto – który stworzył swoją kryptowalutę, by uwolnić ludzi od finansowych pośredników.

Zuckerberg w swoich postanowieniach na 2018 r. umieścił m.in. obserwowanie nowych technologii związanych z cyfrowymi pieniędzmi, pod kątem wykorzystania ich w jego serwisach. Z kolei wspomniany Dorsey uważa wprost, że bitcoin to pieniądz internetu, a ten ostatni zasługuje na to, by mieć własną, odrębną walutę. Na tegorocznej konferencji Consensus w Nowym Yorku szef Twitter powiedział, że „ kryptowaluty to przyszłość legalnych środków płatniczych”. Nie jest tylko pewien, czy ta przyszłość należy właśnie do bitcoina, czy jednak do któregoś z jego konkurentów.

Podzieleni ekonomiści
Czy nam się to podoba, czy nie – kryptowaluty zdołały już całkiem nieźle zadomowić się w świecie finansów. Mają swoje odrębne platformy transakcyjne, bankomaty, fundusze w nie inwestujące, a także kontrakty terminowe notowane na tradycyjnych rynkach (CME, CBOE). Mało tego – wiele gigantów finansowych, jak Goldman Sachs, Fidelity czy Deustche Boerse, zamierza wprowadzić do swoich ofert produkty na kryptowalutach oparte.

Skoro więc cyfrowe pieniądze powoli wchodzą do mainstreamu, to tym bardziej ciekawe wydaje się zdanie ekonomistów na ich temat. Okazuje się, że i w tym środowisku cyfrowe pieniądze budzą sporo emocji.

Nouriel Roubini, który zasłynął tym, że po kilku nieudanych próbach w końcu przewidział kryzys (akurat ten duży, który zaczął się w 2007 r.), bardzo mocno skrytykował bitcoina podczas tegorocznej konferencji Milken Institute Global w Los Angeles. – Nie ma tutaj żadnej decentralizacji, to zwykły „bullshit”. A blockchain to tylko ulepszony arkusz kalkulacyjny – mówił podczas panelu pt. „Kryptowaluty: irracjonalny entuzjazm czy nowy wspaniały świat?”.

Ludzi, którzy bitcoina kupowali w szczycie notowań pod koniec 2017 r. , Roubini nazwał frajerami. Jego ostre słowa wywołały falę krytyki ze strony oponentów. – Przypomina mi to sprzedawcę koni, który twierdzi, że nie potrzebujemy silników spalinowych – odpowiadał Bill Barhydt, szef startupu ABRA, który stworzył jeden z portfeli kryptowalutowych.

Zdecydowanie bardziej wyważony, ale również krytyczny w temacie jest Robert Shiller, noblista, autor książki „Zwierzęce instynkty”. Jego zdaniem bitcoin będzie kolejnym nieudanym eksperymentem w dziedzinie finansów. – Praktycznie nikt poza działami informatyki nie potrafi wyjaśnić, jak dokładnie funkcjonują kryptowaluty. Ta tajemnica tworzy aurę ekskluzywności, nadaje zalet nowemu rodzajowi pieniądza i napełnia wielbicieli rewolucyjnym zapałem. Nie ma w tym nic nowego i podobnie jak w przypadku poprzednich innowacji monetarnych pozornie fascynująca historia może nie wystarczyć – powiedział w maju w wywiadzie dla CNBC. Kilka dni temu w rozmowie z dziennikarzami Bloomberga opisywał bitcoina w kategoriach bardziej behawioralnych, nazywając go społecznym ruchem, w którym panuje „epidemia entuzjazmu”. Swoją wypowiedź spuentował tym, że bitcoin to dla niego bańka spekulacyjna, jednak asekuracyjnie dodał, że nie oznacza to, że wartość tej kryptowaluty spadnie do zera.

Zdecydowanie bardziej wyważone i jednocześnie mniej emocjonalne, a bardziej merytoryczne jest stanowisko Christine Lagarde, szefowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Na łamach bloga WTF umieściła ona wpisy pokazujące zarówno pozytywne, jak i negatywne jej zdaniem strony kryptowalut (m. in. „An Even-handed Approach to Crypto-Assets”). W wywiadach podkreśla, że nierozsądnym byłoby odrzucenie kryptowalut. Ich popularność i rozwój technologii za nimi stojących skłaniają do głębszej analizy, zarówno pod kątem potencjalnych zalet i ryzyk.

Lagerde zwraca chociażby uwagę na szybkość i niskie koszty transakcji, z drugiej strony ostrzegając przed niestabilnością i wysoką zmiennością notowań. Co ciekawe, nie uważa ona, by rozwiązania z zakresu technologii blockchain wyeliminowały instytucję pośrednika z globalnego obiegu pieniądza. Raczej spodziewa się korzystnej dla wszystkich dywersyfikacji usług dzięki rozwojowi fintechów, a także adaptacji rozwiązań stosowanych w kryptowalutach do tradycyjnych systemów (co zresztą już się dzieje).

Stanowisko szefowej MFO to niewątpliwie ważny głos w całej globalnej dyskusji. Niektórzy komentatorzy uważają, że to jej pozytywny wpis na blogu wywołał kwietniowy skok notowań bitcoina do 8 tys. dol.  Niewykluczone. W końcu, jak widać powyżej, większość z największych „gadających głów” jest sceptycznie nastawiona do bitcoina, więc każdy liczący się, pozytywny głos w temacie stanowi jakiś promyk nadziei dla entuzjastów cyfrowych pieniędzy. Profilaktycznie ostrzegam tylko, by nie traktować każdej pozytywnej opinii jakiegoś guru, jako sygnał do kupna bitcoina.

 
Categories

10 krajów otwartych na blockchain i kryptowaluty. Dlaczego nie ma tam Polski?

W tytułowych technologiach coraz więcej mniejszych i biedniejszych państw dostrzega szanse na zrobienie cywilizacyjnego skoku. Świadczą o tym przyjazne regulacje i podatkowe zachęty dla branżowych biznesów. U nas trend jest zdecydowanie odwrotny…

 

Przy okazji konferencji BlockShow Europe 2018 organizator opublikował swój ranking europejskich krajów najbardziej przyjaznych tytułowym innowacjom. W badaniu przeanalizowano otoczenie polityczne, regulacyjne i biznesowe w 48 krajach Starego Kontynentu. Państwa oceniane były według kilku kryteriów: regulacje procesu ICO, klasyfikacja kryptowalut, jako środka płatniczego, opodatkowanie cyfrowych nośników wartości. W zestawieniu znalazły się m.in. małe państewka jak Malta i Gibraltar, a także nasz sąsiad… Białoruś. Niestety, Polski w zestawieniu nie ma, co chyba śmiało możemy zawdzięczać Ministerstwu Finansów, KNF i NBP.

Czołówka rankingu
Kilka słów o wynikach badania. Na pierwszym miejscu uplasowała się Szwajcaria. W podsumowaniu rankingu zwracano uwagę na pozytywne trendy regulacyjne w kantonie Zug, który często nazywany jest „Doliną Crypto”, bo to właśnie tam znajduje się siedziba takich projektów, jak Ethereum Foundation, Tezos, Dfinity, Bancor, czy ShapeShift. Twórcy badania podkreślają, że Szwajcaria posiada stabilny, przewidywalny i zdecentralizowany system polityczny, niskie podatki, przyjazne warunki prowadzenia działalności gospodarczej oraz przychylność nadzoru wobec startupów przeprowadzających ICO.

Na pudle znalazły się też Giblartar i Malta. Okazuje się, że te dwa małe państewka zauważyły szanse jakie stwarza technologia łańcucha bloków i kryptowaluty, i prężnie działają nad regulacjami. Przykładowo Komisja Usług Finansowych Gibraltaru już na początku tego roku zaproponowała ramy regulacyjne dla firm korzystających z blockchaina i pracujących z cyfrowymi walutami. Gibraltar chce się pozycjonować, jako bezpieczne miejsce dla tego typu biznesów, z klarownym ustawodawstwem.

Podobnie robi Malta, która właśnie opracowuje regulacje, dotyczące w szczególności handlu kryptowalutami. Będą one obejmować działalność brokerów, giełd i funduszy zaangażowanych w tego typu aktywa. Ponadto rząd pozwala zagranicznym firmom płacić podatek w wysokości tylko 5 proc. Nic więc dziwnego, że jedne z największych giełd na świecie przenoszą tu swoje siedziby, w tym polski BitBay. W najlepszej dziesiątce, na kolejnych miejscach znalazły się odpowiednio: Wielka Brytania, Dania, Niemcy, Portugalia, Holandia, Finlandia, a listę zamyka wspomniana Białoruś.

Skazani na podwykonawstwo
Obecność w zestawieniu naszego wschodniego sąsiada może dziwić najbardziej, bowiem w powszechnej świadomości nie jawi się on, jako innowacyjny kraj, a jego prezydenta prędzej widzielibyśmy w starej Wołdze niż w autonomicznej Tesli. Pozory, jak to często bywa, lubią mylić. Białoruś znalazła się w TOP 10 m. in. dzięki dekretowi “O rozwoju gospodarki cyfrowej” oraz licznym korzyściom dla firm kryptowalutowych zarejestrowanych w krajowym parku High-Tech.

Nie będę zaskoczony, gdy w kolejnej odsłonie rankingu znajdzie się Ukraina, która działa m. in. na polu wykorzystania blockchaina w służbie zdrowia i zapowiada wprowadzenie własnej kryptowaluty. Nie zdziwię się również, jeśli w tej czołowej dziesiątce wciąż nie będzie Polski. I proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie chodzi o to, że Białoruś czy Ukraina uchodzą w moim mniemaniu za gorsze kraje od naszego. Chodzi mi to, że ich rządy zauważają szanse na to, by z gospodarek podwykonawcy stać się gospodarkami dostawcy innowacyjnych rozwiązań. Takiego transferu można dokonać relatywnie szybko wtedy, gdy pojawia się rewolucyjna technologia związana bezpośrednio ze światem cyfrowym (patrz przykład Estoniil).

Tymczasem, czy nam się to podoba czy nie, Polska wciąż zamiast projektować i eksportować własne auta, składa auta zagranicznych koncernów lub tylko niektóre ich elementy. Jeśli ktoś nie wierzy, to odsyłam do raportu Fundacji Kaleckiego: “Kapitał zagraniczny w Polsce: czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?”.

Oczywiście nie ma gwarancji, że blockchain czy bitcoin to pewniaki do zrobienia cywilizacyjnego skoku. Szkopuł w tym, że my nawet nie dajemy sobie szansy, by sprawdzić, czy taki skok jest możliwy. Działania naszych regulatorów i nadzorców doprowadziły bowiem do tego, że firmy uciekają do bardziej przyjaznych krajów. Świetnie widać to na przykładzie wspomnianej już przez mnie giełdy BitBay.

Jak żyć, premierze?
Wyobraź sobie, że od sześciu lat prowadzisz w Polsce giełdę kryptowalut, czyli udostępniasz ludziom z całego świata platformę do wymiany jednych kryptowalut na inne kryptowaluty, a także walut fiducjarnych na kryptowaluty. Do tego niezbędne są rachunki bankowe, zarówno w walutach obcych (jak euro czy dolar), jak również w złotym, bowiem musisz gdzieś deponować pieniądze wpłacane na giełdowe konta. Tymczasem na początku roku banki zaczynają wypowiadać ci umowy, powołując się na argument, że działalność w zakresie obrotu walutami wirtualnymi uniemożliwia skuteczne monitorowanie aktywności klienta i ustalenie źródła pochodzenia środków na rachunkach (jakby gotówka zawsze na to pozwalała…). W ten sposób tracisz możliwość przyjmowania wpłat od klientów.

Okazuje się, że to nie do końca zła wola banków, bowiem w zasadzie w ich interesie jest utrzymywanie stale zasilanych niemałymi kwotami rachunków (zwłaszcza, że od kilku lat mają stałego klienta). To bardziej efekt ostrzeżeń KNF oraz podciągnięcia kryptowalut pod ustawę o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, w której po raz pierwszy wprowadzono definicję waluty wirtualnej, nazywając ją “cyfrowym odwzorowaniem wartości”.

Przypomnijmy też, że nadzorca razem z NBP zaaranżował akcje “Uważajnakryptowaluty” w ramach, której opłacono kilku znanych youtuberów, by zniechęcali do rynku krypto (teraz planowana jest kolejna tego typu kampania). Mało tego, patrząc już od strony klientów giełdy, kryptowaluty w sensie podatkowym zakwalifikowane zostały jako prawa majątkowe i podlegają opodatkowaniu PCC. Dla aktywnych spekulantów oznacza to konieczność odprowadzenia do fiskusa ogromnych kwot, często przekraczających te zainwestowane, oraz wypełnienie góry druczków. I w takich właśnie warunkach przyszło działać m. in. giełdzie BitBay.

Podczas Polskiego Kongresu Bitcoin, który odbył się dwa tygodnie temu w Warszawie, jej prezes – Sylwester Suszek, oficjalnie zapowiedział przenosiny na Maltę, deklarując, że jako jedyny z polskich przedstawicieli branży wstrzymywał się z przeprowadzką tak długo. Inni już dawno się przenieśli albo, jak np. Abucoins, nie zdążyli i ogłosili zakończenie działalności. Szkoda. Zwłaszcza, że żadna z tych firm nie domagała się specjalnego, preferencyjnego traktowania, a tylko klarownych i uczciwych reguł gry. A trudno grać, jeśli zasady są niejasne, asymetryczne i co chwile zmieniane.

Jeśli w przyszłości okaże się, że faktycznie bitcoin to piramida finansowa lub jedna wielka pralnia brudnych pieniędzy, to polski nadzór i regulatorzy będą światowymi autorytetami w dziedzinie wykrywania finansowych przekrętów związanych z branżą krypto. Jeśli jednak tak się nie okaże, to cóż – zmienią się tylko czasy, a ludzie w urzędach będą ci sami. A Polska, jak podwykonawcą jest, tak będzie nadal.

 
Categories

Na rynku kryptowalut jazda bez trzymanki. Ministerstwo straszy i uspokaja

W ciągu ostatniego tygodnia obracający kryptowalutami Polacy zmieniali się z dnia na dzień z krezusów w bankrutów. Wszystko za sprawą kolejnych komunikatów Ministerstwa Finansów dotyczących sposobu opodatkowania przychodów z kryptowalut. Blady strach padł na tych, którzy mieli na koncie dużo transakcji: nowy podatek w najlepszym wypadku oznaczałby dla nich kres marzeń o lamborghini.

Giełda kryptowalut Bitmarket24 ogłosiła w tym tygodniu, że została kupiona przez spółkę w Londynie. Kryptowalutowy biznes ucieka z kraju. Nic dziwnego, kolejne kroki naszego rządu pokazują, że Polska nie rozumie i boi się rynku kryptowalut. To, co Ministerstwo Finansów zaproponowało ostatnio jako interpretację przepisów podatkowych w kontekście obrotu kryptowalutami sprawiło, że wielu bitcoiniarzom życie stanęło przed oczami.

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd porywa się z motyką na słońce, a jedynymi, którzy na tym stracą będziemy my wszyscy, Polacy. Polska to “porodówka” świetnych programistów. Nie ulega wątpliwości, że technologia blockchain [na której opiera się obrót kryptowalutami – przyp.red.] to kolejna z rewolucji, którą ze spokojem można porównywać do tej przemysłowej lub do tej, którą dał nam internet. Postępowanie rządu RP to patrzenie krótkofalowe. Zacznijmy od tego, że Polska mogłaby być, biorąc pod uwagę nasz potencjał intelektualny, zagłębiem blockchaina porównywalnym z szwajcarskim Zug, co mogłoby w efekcie ściągnąć do Polski kapitał międzynarodowych korporacji, takich jak chociażby Microsoft, IBM czy Facebook – mówi Tomasz Limiszewski, który zbiera podpisy pod petycją do polskiego rządu na stopregulacjom.pl.

Nie bez przyczyny technologie rozwijają się tam, gdzie władze jak najmniej ingerują w innowacyjne obszary. Żeby eksperymentować i rozwijać nowoczesne technologie, trzeba mieć pole do eksperymentów. To dlatego Londyn stał się centrum nowoczesnej bankowości ze swoim liberalnym podejściem do technologicznych i biznesowych nowinek. Dalczego to ważne w kontekście kryptowalut? To właśnie ten obszar jest kuźnią talentów technologii, która już wkrótce może stanowić o konkurencyjnej  przewadze wielu branż, na czele z finansową – mowa oczywiście o blockchainie.

O CO CHODZI Z TYM BLOCKCHAINEM?
Zastanawialiście się, dlaczego w świecie, w którym jesteśmy w stanie przesyłać obraz na drugi koniec świata w czasie rzeczywistym, nasze przelewy dochodzą do odbiorcy często dopiero następnego dnia? Ponieważ każdy przelew musi zostać zaakceptowany przez bank. Wszystko dla bezpieczeństwa transakcji i samego pieniądza – każda transakcja internetowa musi być zaksięgowana, żeby nie zdarzyła się sytuacja, że ten sam pieniądz został zaksięgowany w dwóch miejscach. To niestety trwa. Odpowiedzią na to wyzwanie jest blockchain, który – w przeciwieństwie do tradycyjnego rejestru bankowego – jest zdecentralizowanym rejestrem danych. Dzięki blockchainowi Informacje o transakcji nie muszą być przesyłane do banku, tylko trafiają najkrótszą drogą do jednego z wielu komputerów pełniących rolę węzłów w blockchainowej sieci. Dublowaniu wartości zapobiega to, że każdy węzeł błyskawicznie przesyła dane do wszystkich innych węzłów w sieci. Zapis każdej kolejnej transakcji jest możliwy tylko w węźle, w którym historia transakcji pokrywa się z tym, co zapisane jest na wszystkich innych komputerach. Jeśli ktoś próbowałby zmienić zapis transakcji, na którymś z komputerów, sieć natychmiast wykryje modyfikację. Dzięki blockchainowi po raz pierwszy w historii mamy wreszcie szanse na bezpieczne i szybkie transakcje. Tak skonstruowany system może spowodować rewolucyjne zmiany nie tylko w obrocie pieniądzem, ale też na przykład w administracji publiczne, czy służbie zdrowia – wszędzie tam, gdzie mamy bardzo duże ilości danych, które muszą być szybko aktualizowane przez wielu użytkowników, niezmienialne,  łatwo dostępne i jednocześnie bardzo bezpieczne.

Wiele krajów na świecie, chcąc rozwijać tę technologię, tworzy preferencyjne warunki dla rozwoju kryptowalut, rozumiejąc, że świat krypto to zagłębie dobrze wyszkolonych ekspertów od blockchaina. A ci mogą się przydać.

Podatkami w kryptowaluty
Sposób, w jaki Polska zdecyduje się opodatkować kryptowaluty jest ważnym sygnałem tego, czy nasz rynek jest przyjazny rozwojowi krypto. Preferencyjne warunki dot. obrotu krytpowalutami w marcu wprowadziły nawet konserwatywne w kwestiach finansowych Niemcy – transakcje do 600 euro w ogóle nie są objęte podatkiem, a wszystkie ponad tę kwotę mogą być zwolnione z podatku, jeśli użytkownicy będą trzymać kryptowalutę dłużej niż rok.

Tymczasem u nas bałagan. Najpierw Ministerstwo Finansów twierdziło, że kryptowaluty należy rozliczać jak dochody z praw majątkowych. Potem sporządziło definicję “waluty cyfrowej”, do której ta forma rozliczenia nie pasuje. I wreszcie 4 kwietnia poinformowało, że nie tylko trzeba opodatkować transakcje kryptowalutami jak dochody z praw majątkowych, ale jeszcze do budżetu państwa musi trafić 1% z każdej transakcji sprzedaży i wymiany walut na giełdzie (to w ramach PCC – podatku od czynności cywilno-prawnych).  Gdy rozległ się lament, ministerstwo napisało na Twitterze:

Najgorszym sygnałem dla środowiska kryptowalut w pierwszym komunikacie Ministerstwa była informacja o tym, że trzeba będzie odprowadzić podatek od każdej transakcji:

– Dla traderów oznacza nic innego jak zamknięcie rynku. Bo jak inaczej nazwać konieczność zapłacenia 20 tysięcy złotych podatku z tytułu PCC, dla osoby, która wchodziła na rynek z kapitałem 10 tysięcy złotych i w ciągu miesiąca dokonuje 200 transakcji? A co z osobami, które mają podpięte pod API giełd boty, wyszukujące korzystnych par walutowych? Takie boty czasami generują po 1000 transakcji dziennie – mówi Tomasz Limiszewski.

Stawiało to wiele osób zarabiających na mikrotransakcjach w sytuacji, w której obracając na giełdach kwotą 15 tys. złotych mogliby zapłacić pół milion podatku. PCC płaciłoby się również wtedy, gdy transakcje nie przyniosłyby realnych zysków.

Ale opodatkowanie każdej transakcji to nie jedyny karkołomny pomysł, którym Ministerstwo Finansów postraszyło 4 kwietnia kryptowalutowców. Pod górkę mieliby też przedsiębiorcy prowadzący księgowość na podstawie księgi przychodów i rozchodów. “W wydanych obecnie zaleceniach resort finansów postanowił zrobić wszystko, aby wręcz uniemożliwić rozliczanie zysków z obrotami kryptowalutami. I – niestety – zrobił to w taki sposób, że zaszkodzi przede wszystkim sobie”- stwierdził ekspert portalu wGospodarce.pl Marek Siudaj.

W efekcie tej zadymy znów nie do końca wiadomo, jak wygląda kwestia opodatkowania przychodów z obrotu kryptowalutami. W oczekiwaniu na kolejną interpretację przepisów, na pewno można zacząć pisać czynny żal do urzędu skarbowego.

To już wojna?
Bardzo złym sygnałem dla środowiska rozwijającego kryptowaluty było odejście z rządu  w 2017 roku Anny Streżyńskiej, która w lipcu 2016 powołała przy Ministerstwie Cyfryzacji zespół ds. bitcoina i blockchaina. Eksperci i praktycy pracowali nad stworzeniem w Polsce rozsądnych warunków do rozwoju tej technologii, a nawet planowali specjalne kierunków studiów, które miały kształcić blockchainowych specjalistów.

Niedługo po feralnej dymisji gruchnęła wiadomość, że prężnie rozwijający technologię Polski Akcelerator Technologii blockchain pod egidą Instytutu Wiedzy i Innowacji stracił patronat Ministerstwa Cyfryzacji po tym jak ogłosił, że pracuje nad kryptozłotówką (nie oficjalną, ale tyle wystarczyło, żeby wywołać urzędniczą histerię). Ostatecznie oliwy do ognia dolał sam premier Mateusz Morawiecki, który podczas szczytu ekonomicznego w Davos porównał rynek kryptowalut do piramidy finansowej i zapowiedział regulacje. W świecie, w którym kraje takie jak Szwecja czy Estonia z własnej inicjatywy planują  tworzyć kryptowaluty, nerwowe ruchy naszego rządu dziwią.

Środowisko kryptowalutowe na ruchy administracji patrzy z uwagą. Rynek wciąż jest nowy, więc nie do końca wpasowuje się w istniejące przepisy. Można je więc interpretować i na korzyść, i na niekorzyść osób obracających kryptowalutami – ostatnia  interpretacja Ministerstwa Finansów zdecydowanie należała do tych drugich.

Głównym argumentem rządu przeciwko rynkowi kryptowalut jest ryzyko prania brudnych pieniędzy, jakie widzi w świecie krytpowalut. Jednak waluty cyfrowe to tylko 4 proc. wszystkich wypranych na świecie pieniędzy. Warto też dodać, że rejestr blockchainowy zdecydowanej większości krytpowalut umożliwia odtworzenie wszystkich transakcji, więc w wypadku podejrzenia popełnienia przestępstwa dojście do historii transakcji nie powinno stanowić problemu. Gorzej rzecz ma się z anonimowymi walutami typu Monero, w których nie da się przypisać transakcji do jej uczestników. Tym bardziej jednak nie da się nałożyć na taką transakcję podatku. Może jednak nie warto, walcząc z jednym zjawiskiem, ubijać całego rynku?

 
Categories

Twórca polskiego filmu o Bitcoinie: Nie mówimy, że zmienimy świat i zawiesimy tęczę. To merytoryczny głos w sprawie kryptowalut

Dziś w warszawskim kinie Luna premiera “Krypto” – pierwszego polskiego filmu dokumentalnego o polskiej scenie kryptowalut i technologii blockchain. Bohaterami filmu jest czołówka polskiego kryptobiznesu. O budżetach, pomyśle i branży rozmawiam z reżyserem Piotrem Pacewiczem.

Agata Kowalczyk, HiCash: W Twoim filmie wystąpiły same znane nazwiska polskiego świata blockchain i kryptowalut: Krzysztof Piech, Szczepan Bentyn, Lech Wilczyński… Jak to się stało, że w ogóle zetknąłeś się z tymi ludźmi?

Piotr Pacewicz, reżyser “Krypto”: Zafascynowałem się tym tematem, zacząłem go zgłębiać i tak trafiłem na Szczepana Bentyna, który wprowadził mnie w świat polskiego kryptobiznesu, zorganizował mi kontakty do wszystkich osób, które w tym świecie aktywnie działają. Również Arek Regiec z Beesfund  bardzo mi pomógł w temacie. Większość ludzi była bardzo chętna do współpracy, bo zależało im na tym, żeby promować swoją działalność.

Jaki obraz polskiej sceny krypto wyłania z tych rozmów?
Udało się pokazać poważną branżę, która prężnie  się  rozwija. To nie są dzieci, które siedzą w domach i coś tam kombinują, tylko poważni ludzie, którzy widzą przyszłość w tej branży.

Jak prowadzisz historię? Opowiadasz historie kryptoprzedsiębiorców?
Nie, moim zamysłem było zrealizowanie filmu, który będzie kompendium wiedzy, jeśli chodzi o Bitcoina i blockchain. W scenariuszu założyłem, że film będzie podzielony na działy, w których umieszczę wypowiedzi bohaterów. Jest więc dział Bitcoin, blockchain, mining, trading, ICO i przyszłość. O tradingu na przykład wypowiada się Sylwester Suszek z Bitbay.net i Łukasz Fijołek, który jest traderem;  w blockchainie rozmawiamy ze Szczepanem Bentynem, Krzysztofem Piechem i CEO Golema Julianem Zawistowskmi. Starałem się, żeby te działy były rozwinięte, jeżeli chodzi o merytorykę i ciekawe.

A Ty jak postrzegasz tę branżę?
To jest piramida [śmiech]! Jak patrzę na branżę z perspektywy czasu, to widzę ją jako przyszłość. Blockchain to jest coś, co  będzie się na pewno rozwijało – ja w to mocno wierzę. Wierzę też w  ludzi, którzy rozwijają tę technologię – to prekursorzy. Jestem pewien, że czekają nas w przyszłości fajne rzeczy. I nie mówię tu o zyskach z krypto czy technologii blockchain. W filmie poruszyłem też problem podejścia polskich władz do krypto i problemu z związanego z regulacjami. W skrócie wygląda to tak, że nikt nie chce się tym tematem za bardzo zająć, jest dla władz niewygodny i wszyscy spychają  go na boczne tory. Bohaterowie “Krypto” mówią w filmie, jak chcieliby, żeby wyglądały regulacje w sektorze i czego potrzeba branży, żeby się rozwijała. 

Masz poczucie, że dzisiaj w Polsce kyptobiznes wiąże się z podwyższonym ryzykiem? Czy Twoi rozmówcy boją się państwowych regulacji, które co prawda enigmatycznie, ale jednak zapowiadał w Davos premier Morawiecki?
Jeżeli chodzi o regulacje, to jest trochę strach o to, że rząd może zakazać różnych działań, co stłamsi w zarodku niektóre wartościowe projekty. Na pewno jest niepewność branży, bo w tej chwili regulacji nie ma i ja na przykład nie wierzę, że ten rząd to sensownie ureguluje. Odejście Minister Cyfryzacji Anny Streżyńskiej nie było dobrym znakiem, bo jej podejście było nadzieją na to, że coś pójdzie dalej. Z Ministerstwem Cyfryzacji współpracowało m.in. Polskie Stowarzyszenie Bitcoin. Wystarczy zajrzeć na stronę Ministerstwa Cyfryzacji, jakie dokumenty stworzyli w ramach tej współpracy – tam jest wszystko, czego potrzeba, żeby zapoznać się z tematem, a nie gadać jakieś głupoty w telewizji i dopuszczać do głosu jakichś pseudospecjalistów, którzy nazywają Bitcoina piramidą.

Chyba jako reżyser nie jesteś neutralnym obserwatorem… Masz dość jasno sprecyzowaną opinię w sprawie.
Rzeczywiście, w filmie “Krypto” nie przedstawiam dwóch stron medalu: nie przedstawiam stanowiska polskiego rządu. Ja przedstawiam stanowisko branży krypto. Film jest promocją środowiska blockchain i kryptowalut, ale jest w nim też sporo chłodnych wypowiedzi m.in. o zjawisku FOMO w kryptowalutach. Fajnie na ten temat wypowiada się w filmie Julian Zawistowski z Golema. Warto tego posłuchać, bo to wartościowe rzeczy, które mogą przestrzec ludzi przed zachłyśnięciem się FOMO, bo jak w każdej bańce, ludzie mogą stracić w takich sytuacjach pieniądze. Mówimy o tym, jak bezpiecznie funkcjonować w tej przestrzeni, więc w filmie jest dużo praktycznych porad. Nie prezentujemy wyłącznie euforii, że zmienimy świat i zawiesimy kolorowe tęcze. Uważam, że jest to wypośrodkowany głos.

Wśród partnerów masz samych reprezentantów branży Bitcoin…
Tak, budżet produkcji wyniósł milion złotych.

Yyy…Serio?
Nie no, żartuję (śmiech) To była zrzutka. Film robiliśmy po kosztach. Wierzyłem od początku w ten projekt. Moim celem nie było zarobienie na nim kasy, więc tak naprawdę budżet poszedł na pokrycie kosztów produkcji.

Dobra, to czekamy na dalsze wieści o tym, gdzie będzie można zobaczyć. “Krypto”. Dzięki za rozmowę!

Dzięki.

Piotr Pacewicz ma już na swoim reżyserskim koncie kilka produkcji dokumentalnych, głównie o sportach ekstremalnych m.in film dokumentujący Jungle Ultra Marathon – morderczym bieg na 230 km przez brazylijską dżunglę.

 
Categories

W poszukiwaniu perspektywicznych sektorów

Kolonizacja innych planet, rewolucja technologiczna spod znaku blockchaina, a może zielona energia? Globalne trendy powoli się klarują i rozkręcają. Niektóre z nich zmienią nasz świat, a przy okazji mogą zmienić stan naszego portfela. Trzeba tylko zaufać właściwej wizji i zaryzykować.

Wiesz, że gdybyś wrzucił tysiaka 10 lat temu w akcje CD Projektu, producenta gry Wiedźmin, to dziś miałbyś na koncie 114 tys zł, a gdybyś wrzucił 5 tysiaków, miałbyś ponad 0,5 mln zł, a gdybyś… Niewielka kwota i długi termin robią swoje. Szkopuł w tym, że dekadę temu mało kto wyrobrażał sobie, że gry komputerowe będą polskim towarem eksportowym na czele z produktem braci Kicińskich. Teraz też nie wiemy na 100 proc., jak będzie wyglądał świat za kolejnych 10, 20 lat. Co w 2040 r. będzie kołem zamachowym globalnej gospodarki? Jak będzie wówczas wyglądał człowiek, jego potrzeby, preferencje, sposoby spędzania wolnego czasu? Proponuję jednak, by na chwilę zamienić się w futurystę i nakreślić kilka możliwych scenariuszy. Oto moje propozycje perspektywicznych branż.

Fintechowa rewolujcja u bram

Ostatnio pisałem tutaj o bitcoinie, cyfrowym crowdfundingu i technologii blockchain, która jest z nimi bezpośrednio związana. O tej ostatniej w 2017 r. mówiło się wprawdzie mniej niż o bitcoinie (tak wynika z danych wyszukiwarki Google), ale tak na dobrą sprawę, to ona stanowi fundament najbardziej popularnej kryptowaluty i większości tych, które w ostatnich latach zostały wyemitowane.

Z technologią tą, nie bez powodu, “romansują” już największe banki na świecie. Widzą w niej bowiem możliwość ogromnych oszczędności i poprawy efektywności swoich systemów transakcyjnych. Jako zdecentralizowana i rozproszona baza danych świetnie nadaje się ona do projektów fintechowych, od tych tradycyjnych jak właśnie systemy bankowe, po bardziej rewolucyjne, jak możliwość dostarczenie kapitału do najbiedniejszych i wykluczonych finansowo rejonów świata (patrz projekt Humaniq), czy zarządzanie rozproszonymi źródłami energii odnawialnej (patrz SunContract).

Na tegorocznym forum ekonomicznym w Davos słowo blockchain było odmieniane przez wszystkie przypadki i to raczej w kontekście rewolucyjnych zmian, jakie może wywołać. Dlatego uważam, że warto śledzić postępy w wykorzystaniu tej technologii i interesować się najciekawszymi projektami, które będą szukać finansowania, czy przez ICO, emisję akcji, czy chociażby Kickstarter.

Natury nie oszukasz

Skoro już padła fraza “energia odnawialna” to od razu nadmienię, że przed tym tematem nasza planeta, w zasadzie jej właściciele, nie uciekną. Zmusi nas do tego prędzej czy później globalne ocieplenie, albo prędzej odgórne regulacje, jak chociażby porozumienie paryskie z 2015 roku.

“Ojca oszukasz, matkę oszukasz, ale…” natury nie oszukasz. Zasoby ropy, węgla, gazu są na wyczerpaniu, a patrząc na perspektywy demograficzne i rosnącą liczbę homo ekonomistów, energii będziemy potrzebować coraz więcej. Wątpię, by Elon Musk sprowadził ją z Marsa.

Raczej będziemy musieli korzystać ze słońca, wiatru, wody, biomasy itp. Ale produkcja energii to jedna strona medalu. Z drugiej trzeba będzie utemperować nasze energertyczne marnotrastwo. I tu otwiera się przestrzeń dla budownictwa zero lub plus energetycznego, inteligentnych systemów do zarządzania zużyciem, projektów termomodernizacyjnych czy chociażby elektromibilność.

Sektor energetyki odnawialnej i poprawy efeketywności energetycznej może więc w niedalekiej przyszłości stanowić bardzo istotne ogniwo naszej egzystencji. I nie mam tu na myśli tylko tak spektakularnych projektów jak Tesla wspomnianego już Muska, ale nawet najmniejsze inicjatywy, startupowe, jak coś w rodzaju projektu Olgi Malinkiewicz, czyli ogniw słonecznych na bazie perowskitów.

Nadciąga srebrne tsunami

Skoro już wspomniałem o demografii, to proponuję zapoznać się ze zjawiskiem zwanym “srebrne tsunami”. Jest to problem starzejących się społeczeństw widoczny głównie w krajach bogatszych. Pokolenia, która wchodzą lub niebawem wchodzić będą w etap życiowej jesieni i mają na kontach całkiem sporo gotówki, na pewno będą chciały zapewnić sobie na starość odpowiednio wysoki standard bytowania. To wygeneruje ogromny popyt na nowe usługi i produkty.

Mowa nie tylko o ekskluzywnych domach spokojnej starości, ale także o centrach rozrywki dla takich osób i wszelkich inicjatywach, które będą się do ich potrzeb dostosowywać. Trudne do wyobrażenia? To poczytajcie o projekcie “Dancing międzypokoleniowy” Pauliny Braun. Nie zdziwiłbym się, gdyby podobne inicjatywy przeobraziły się kiedyś w konsorcja i spółki giełdowe.

Gatunek międzyplanetarny

Skoro już dwukrotnie wspominałem Elona Muska, to wspominam go i trzeci raz. Tym razem w kontekście podróży kosmicznych. Może to zabrzmi trochę armageddonicznie, ale jeśli nie uda nam się powstrzymać globalnego ocieplenia, to by ćmoże kolonizacja innych planet i takie firmy jak Space-X będą dla nas jedynym ratunkiem. W wersji soft takie firmy będą zaspokajać ambicje naukowców, chcących badać inne obiekty kosmiczne albo zaspokajać turystyczne zapędy Ziemian. Może też być tak, że Ziemia nas po prostu nie pomieści i trzeba będzie szukać nieruchomości gdzie indziej. Tak czy siak, w dłuższej perspektywie człowiek stanie się gatunkiem międzyplanetarnym i czyjaś firma będzie musiała nam to ułatwić…

Automat zamiast człowieka

A skoro o ułatwieniach mowa, to nietrudno mi sobie wyobrazić, że firmy będę zastępować pracowników robotami. Kto nie spotkał się jeszcze w hipermarkecie z samoobsługową kasą, ten chyba nigdy w hipermarkecie nie był. Na HiCash.pl mogliście ostatnio dowiedzieć się o aplikacji, która w zasadzie rolę sklepowej kasy zminimalizuje tylko do postaci czytnika karty kredytowej.

Automatyzacja i robotyzacja postępują, bo zaawansowane języki programowania i zdobyczne nowych technologii razem wzięte pozwalają zastąpić wiele ludzkich czynności algorytmem sprawiając, że są one wykonywane bardziej efektywnie, taniej, a do tego algorytmy nie narzekają i nie zakładają związków zawodowych.

Na liście profesji, które są w tej chwili najbardziej zagrożone zastąpienie przez roboty wymienia się: recepcjonistów, kierowców taksówek, pracowników ochrony i sprzedawców w punktach z fast foodem. Zresztą koncerny samochodowe już chwalą się samochodami autonomicznymi. Na razie nie mogą ich wprowadzić, bo rozwiązania natury prawnej nie są dostosowane do nowych zdobyczy technologii, a w zasadzie do tego co owe zdobycze mogłyby nabroić…

Farmacja, Karol Marks i śmieci

Sporo futurystycznych wizji może przychodzić do głowy. Jeśli rozpatrujecie je w kontekście inwestycyjnym, to dobrze by było, gdybyście takiej wizji kibicowali, by była ona w jakimś sensie zgodna z waszą osobowością, z waszymi poglądami (np. ekoprojekty). Wtedy znacznie łatwiej lokować w niej kapitał. Jeśli wymieniona piątka, mnie najbardziej przekonująca, was nie przekonuje to proponuje na deser pomyśleć nad osiągnięciami medycyny i biotechnologii.

Wystarczy zwrócić uwagę, jakim hitem w ostatnich latach na warszawskiej giełdzie były spółki produkujące leki na nowotwory, jak Mabion, albo te budujące urządzenia do diagnostyki, jak Medicalgorithmics. Raczej nie zapowiada się, by ludzie zaczęli masowo prowadzić zdrowy tryb życia. Jeśli nie medycyna to może wszelkie inicjatywy oddające środki produkcji w ręce ludzi, czyli trochę tak jak chciał Karol Marks. Mam tu na myśli takie projekty jak BlaBlaCar czy Couchsurfing.

Sieć internetowa to dla takich inicjatyw istny raj, a patrząc na ludzi ze wzrokiem wlepionym w ekran smartfona nie spodziewam się, byśmy szybko z tego usieciowienia się wydostali. A jeśli nie sieć, to może coś bardziej przyziemnego, jak zarządzanie odpadami. Przeciętny Europejczyk produkuje 600 kg śmieci rocznie. Miejsca na składowanie nie przybywa, więc ciekawym kierunkiem inwestycyjnym mogą być firmy, które będą zajmować się utylizacją, recyklingiem, upcyklingiem czy po prostu segregacją. Kto przejeżdżał pod górą śmieciową w podwarszawskich Mościckach ten wie, że z tym syfem coś koniecznie trzeba zrobić.

Jak recytował szczeciński raper Łona “każdy problem ma rozwiązanie, jeśli nie ma rozwiązania, to nie ma problemu”. Myślę, że na wszystkie wymienione wyżej problemy ktoś znajdzie rozwiązanie. Trzeba teraz znaleźć tego kogoś i zastanowić się, czy nie powierzyć mu trochę kapitału.  A  nuż okaże się, że złowiliśmy złotą rybkę na miarę wspomnianego na początku CD Projektu.

 

 
Categories

Była minister cyfryzacji Anna Streżyńska będzie robić blockchain dla graczy

MC2 Solutions to nowa spółka za której sterami stanie Anna Streżyńska i część jej dawnego zespołu z ministerstwa. Nazwa nieprzypadkowa, bo MC2 ma być Ministerstwem Cyfryzacji do potęgi, czyli robić to, czego nie można było zza ministerialnych biurek: znajdować komercyjne zastosowania technologii blockchain. Zaczynają od branży gamingowej, pod rękę z e-sportową spółką Kinguin.

Streżyńska nie tylko będzie zawiadywała firmą MC2 Solutions, stanie się również członkiem Rady Nadzorczej Kinguina – firmy tworzącej platformę do sprzedaży cyfrowych wersji gier i zaangażowanej w e-sport.

Skąd ten dziwny tandem ministerialno-growy?
Anna Streżynska jako specjalistka IT wielokrotnie podkreślała, że dostrzega ogromny potencjał technologii rozproszonego rejestru blockchain.

– Blockchain przywraca demokratyczne zarządzanie internetem i władztwo ludzi w internecie bez podziału pomiędzy wielkie korporacje. Ta technologia odmienia sposób prowadzenia transakcji elektronicznych – mówiła Anna Streżyńska podczas konferencji inaugurującej współpracę z Kinguinem.

A trudno o większy rynek transakcyjny niż 16-milionowe grono polskich graczy, którzy bardzo chętnie odsprzedają pomiędzy sobą gry w ramach platform internetowych, na przykład takich jak Kinguin (firma od 2013 roku zebrała już grono 7,5 mln).

Anna Streżyńska do swojego zespołu w MC2 Solutions ściągnęła wiele osób z dowodzonego do niedawna przez siebie ministerstwa cyfryzacji. Na wspólników wybrała Arka Szczebiota – byłego szefa pionu IT w MR oraz Roberta Kolbarczyka, który objął funkcję Chief Strategy Officera. Firma chce docelowo być hubem dla inwestorów i zajmować się doradztwem dla biznesów w obszarze blockchain i technologii smart. Chce wskazywać szanse i pola do biznesowych zastosowań rozproszonych rejestrów.

 
Categories

Robot zamiast prawnika? Technologia zapukała do sądów i kancelarii

W tym roku po raz pierwszy podczas Eurowizji dla startupów (European Startup Awards) innowacyjne projekty powalczą również w kategorii LEGAL. Rozwój sztucznej inteligencji i technologii blockchain sprawia, że coraz więcej młodych firm próbuje zastąpić prawników sprytnymi algorytmami.

Temat automatyzacji jest hot, również w branży prawnej. Żeby być na bieżąco, warto zapamiętać dwa hasła: lawboty (które swój spryt zawdzięczają rozwojowi sztucznej inteligencji) i smart contracts (za którymi stoi technologia blockchain).

Boty skuteczne w sądzie, ale nieludzkie

Oczy na to, jak prosty dzięki technologii może stać się świat kodeksów, otworzył światu 19-letni Brytyjczyk Joshua Browder. Kilka lat temu stworzył DoNotPay – bota (aplikację, która wykonuje zapisane w kodzie czynności), dzięki której każdy ukarany mandatem mógł za pomocą smartfona w kilka minut wysłać do sądu reklamację. Do 2017 w ponad 375 tys. spraw DoNotPay ochronił mandatowiczów przed karami na łączną kwotę ponad 9 milionów dolarów.

Obecnie w DoNotPay pracuje ponad 100 botów wyspecjalizowanych w prostych sprawach administracyjnych. Na stronie głównej usługi widnieje pytanie, którym rozpoczyna się każde standardowe spotkanie z prawnikiem: “W jakiej sprawie mogę Ci pomóc?”.

W Polsce podobne uproszczenia próbuje wprowadzać m.in. sadinternetowy.pl, który zajmuje się windykacją długów. Jeśli ktoś wisi ci pieniądze, możesz wnioskować do sądu o wydanie nakazu zapłaty, wypełniając formularz na stronie. Można ze smartfona załatwić proste sprawy, w których sądy przewidują uproszczony tryb postępowania.

Algorytm zamiast prawnika?

Kreatywnego prawnika oferującego usługi szyte na miarę, potrafiącego budować relacje z klientem i dostosowywać się do jego potrzeb, a nawet emocji, nie zastąpi maszyna. Nie wyobrażam sobie również, by znalazło społeczną akceptację wyeliminowanie czynnika ludzkiego z procesu sądowego – ocenia Bohdan Pretkiel, który tematem automatyzacji prawa zajmuje się na Uniwersytecie Warszawskim.

Dodaje, że: w wielu przypadkach zastosowanie pełnej automatyzacji będzie nie tylko szkodliwe, ale i niebezpieczne:

Prawo współcześnie bywa postrzegane jako ważenie i realizacja wartości. Czy aby na pewno chcielibyśmy za sędziego czy prawodawcę mieć oprogramowanie?

Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji (AI) algorytmy powinny móc wykonywać coraz bardziej skomplikowane czynności procesowe. Ich inteligencja ma polegać na tym, że im więcej spraw przeanalizują, tym łatwiej i lepiej poradzą sobie z kolejnymi – Póki jednak sztuczna inteligencja używana w programach wykorzystywanych w celu ewaluacji argumentacji prawniczej nie będzie „sztuczną inteligencją” w pełnym tego słowa znaczeniu, to znaczy nie będzie w stanie na podstawie agregacji danych i zdobywanego doświadczenia samodzielnie uczyć się, stosować kolejne nowe wyjątki, reguły, oceniać względną siłę argumentów i rozumować w pełni niemonotonicznie, to pozostanie jedynie gadżetem wspomagającym rozumowanie albo znacznie ułatwiającym przeprowadzenie procesu rozumowania prawniczego – dodaje Pretkiel.

Smart Contracts – wystarczająco sprytne umowy?

Za ideą smart contraktów stoi technologia blockchain. Ta, na której stoi najsłynniejsza kryptowaluta świata – Bitcoin. To ona pokazała, że maszyny mogą prowadzić wiarygodne rejestry transakcji, bez nadzoru banku czy prawnika. Ten mechanizm próbuje się teraz wykorzystać do zautomatyzowania wykonalności umów.

Nie we wszystkich umowach da się oczywiście zastosować smart contrakty. Na dziś zaufałbym im w wypadku umów finansowych – mówi Olaf Tomalka, który pracuje nad technologią blockchain m.in. w spółce Boson.me.

Co ważne, zapisanych w kodzie smart contraktu ustaleń nie można zmienić. Ustalenia raz zapisane w ethereum (oparty na blockchainowym łańcuchu młodszy kuzyn Bitcoina), na zawsze pozostają wiążące. Jeśli więc babcia zapisała nam smart kontraktem spadek, to trudno będzie podstępnemu kuzynowi podrobić akt jej woli. Algorytm stojący na straży babcinej szczodrości na 100% przeleje nam odpowiednią sumę na konto w wyznaczonym
czasie. To, że ustaleń smart contraktu nie da się zmienić może być zaletą, ale nie zawsze tak jest.

Ciekawe jest to, co obecnie robi firma Aragon, która pozwala zakodować wszystkie reguły spółki: określić, na jakich zasadach działa, kto jest udziałowcem itd. Problem może pojawić się wtedy, gdy któryś z udziałowców będzie działał np.zgodnie ze smart kontraktem, ale niezgodnie z obowiązującym prawem. W świetle prawa
polskiego obowiązujące prawo jest ważniejsze niż statut firmy – mówi Tomalka.

Smart contracts rozgrzewają umysły świata finansów i technologii. Więcej barier widzą w technologii sami prawnicy, których martwi przede wszystkim fakt, że smart cntract jest realizowany nawet wtedy, gdy jego ustalenia przestaną być zgodne z obowiązującym prawem. Wyzwaniem dla technologii będzie zapewnienie sprytnym kontraktom równie sprytnych zastosowań.

Kolejnym gorącym tematem z pogranicza biznesu, prawa i technologii jest initial coin offering – ICO. Jeszcze w tym tygodniu więcej o ICO na HiCash.pl

Ciekawe? Przeczytaj Koniec świata prawników? Richarda Susskinda