Categories

Elon Musk zbawia ludzkość, czy po prostu potrzebuje urlopu?

Być może Elon Musk jest fanem chińskiego sci-fi, być może czytał bestsellerowy Ciemny Las Cixin Liu. Tego nie wiemy. Wiemy za to, że jego najnowszy pomysł podłączenia ludzkiego mózgu do komputera i umożliwienia ludzkości telepatii wygląda jak inspiracja kosmitami z tej bestsellerowej powieści. Musk to wizjoner czy bardzo zmęczony szef firmy z bardzo słabymi wynikami? Nad odpowiedzią muszą bardzo intensywnie zastanawiać się inwestorzy, którzy powierzyli mu sporą kasę.

Neuralink ma być nowym produktem Elona Muska. Zapowiedział go co prawda w wywiadzie, podczas którego sztachnął się raz blantem, ale świat technologiczny zbyt dobrze zna Muska, żeby wątpić w to, że prezes Tesli przejdzie od słów do czynów. O tym, że biznes to dla robienie rzeczy ważnych udowodnił m.in. uparcie próbując wysłać w kosmos własnej produkcji rakietę Falcon Heavy. Po nieudanych próbach i szemraniach niedowiarków, udało się ją wysłać poza ziemską orbite i szybuje ona właśnie gdzieś w okolicach Marsa. To otworzyło nowy rozdział w wymyślonym przez fantastyków, a wdrażanym przez Muska szalonym pomyśle przesiedlenia części ludzkości na inną planetę lub przynajmniej umożliwienia nam takiej wycieczki.

Baza na Marsie. Fotografia pochodzi z prezentacji Elona Muska podczas 68. Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego

Mało kto wie, że inne eakiety wyprodukowane przez SpaceX, kosmiczną firmę Muska, latają w kosmos niemal co miesiąc, świadcząc komercyjne usługi dla NASA oraz rządowych programów kosmicznych USA i Australii m.in. współtworząc nawigację satelitarną nowej generacji czy  ambitny plan zbierania i przekazywania na Ziemię  danych pogodowych niemal w czasie rzeczywistym. SpaceX ma więc – obok wdrażania  nieco wystrzelonego w kosmos pomysłu międzyplanetarnych podróży – również stronę biznesową. A przemysł kosmiczny to poważny i na pewno przyszłościowy biznes.

Musk wybiera projekty, których horyzont czasowy jest bardzo odległy. Mają szansę zwrócić się po wielu latach prób, badań i nieuniknionych porażek. Czy jego inwestorzy będą mieli wystarczająco dużo cierpliwości? Na pewno zastanawiają się, czy ich  pupil to genialny, dalekowzroczny wizjoner biznesu i czarny koń technologii przyszłości, czy zwykły marzyciel?

Naiwniak, wizjoner, wariat
Podstawowym projektem biznesowym Muska pozostaje Tesla produkująca elektryczne samochody.  I to właśnie ona budzi najwięcej wątpliwości. Gdy Tesla powstawała  w 2003 roku pomysł elektrycznego samochodu ładowanego w gniazdku wydawał się tak odległy, że Musk twierdzi, że dawał firmie tylko 10 proc. szans na sukces. Ale rynek uwierzył w opowiadaną przez niego – już jako CEO firmy historię o nowoczesnej sieci elektrycznej, która zrewolucjonizuje branżę motoryzacyjną. Wartość firmy rosła w oczach, a wielu analityków chętnie wskazywało Teslę jako dobrą opcję  inwestycyjną.

Czarne chmury nad Teslą zbierały się od jakiegoś czasu, ale to początek 2018 roku wzbudził najwięcej wątpliwości do przyszłości biznesu Muska. Przede wszystkim – wyniki finansowe. Musk nie dowiózł prognozowanej liczby modeli S Tesli – w tym roku miał zacząć sprzedawać 5 tys.  tygodniowo, a w pierwszych trzech miesiącach roku udało mu się sprzedać  9,8 tys. samochodów. W marcu okazało się, że 123 tys. sedanów modelu S ma wadliwy system wspomagania kierownicy i wracaj na taśmę. Ceny akcji Tesli w marcu po raz pierwszy od roku spadły poniżej 300 dolarów za sztukę. Bilans jest taki, że Tesla nie zarobiła jeszcze ani grosza, a wydaje – jak policzył Bloomberg – ponad 6 tys. dolarów na minutę i poprzedni rok zamknęła z długiem w wysokości 10 miliardów dolarów.

Co na to Musk? Obiecuje, że Tesla zacznie zarabiać już w trzecim kwartale tego roku. I wykonuje coraz bardziej nerwowe i niepokojące ruchy. – Jego zachowanie źle wpływa na wizerunek marki (…) Wierzymy, że Tesla zasługuje na lepsze przywództwo – skomentował w CNN sytuację w firmie Romit Shah, analityk rynku, który do niedawna rekomendował swoim klientom akcje Tesli, a w ten wtorek po raz pierwszy przy nazwie firmy napisał  “No Longer Investable”.

Bo problemy finansowe to niejedyne kłopoty Muska. Jeden z najbardziej znanych CEO na świecie tweetuje 15 razy dziennie. Zdarzają mu się niewybredne uwagi, jak ta, gdy jednego z nurków zaangażowanych w ewakuację drużyny chłopców z zatopionej na północy jaskini nazwał “pedo-guyem” tylko dlatego, że podważył on skutecznosć zaprojektowanej przez Muska łodzi, która miała uratować chłopców. To zaangażowanie Muska w coraz to nowe projekty zaczyna martwić i coraz bardziej wygląda na przykrywanie realnych problemów Tesli.

Człowiek konta maszyna
W gęstniejącej atmosferze pojawia się kolejny genialny (?) pomysł Muska: należąca do niego firma Neuralink ma w ciągu kilku miesięcy ogłosić produkt, który pomoże podłączyć człowieka do supermocy komputerów i sprawić, że jako superczłowiek będzie nie będzie musiał konkurować ze sztuczną inteligencją, a wykorzysta ją do swoich potrzeb. “Już teraz jesteśmy cyborgami” – stwierdził Elon Musk w podcaście “Joe Rogan Experience” i tłumaczył, że już dziś posiłkujemy się technologiami na przykład korzystając z wiedzy, do której dostęp dają nam na przykład nasze telefony. Musk chce po prostu skrócić drogę przesyłania danych z urządzeń do mózgu instalując w nim specjalne implanty. Implanty miałyby być odpowiednikiem wszystkich innych interfejsów (urządzeń, które pomagają połączyć ze sobą dwa inne urządzenia).

Takie bezpośrednie połączenie mogłoby, zgodnie z wizją Muska, odbywać się – niczym u pozaziemskich przybyszów z chińskiego sci-fi – pomiędzy mózgami poszczególnych osób. Nie musielibyśmy już ze sobą rozmawiać. Musk twierdzi, że stosowanie tej technologii stanie się możliwe w ciągu najbliższych 10 lat. Specjaliści od technologii  pod rękę ze specami od mózgu twierdzą jednak, że nie ma szans na tak szybkie wdrożenia. Wsadzenie w ludzki mózg implantu wymaga operacji medycznej, a urządzenia  lat testów i badań klinicznych zapewniających ich bezpieczeństwo (m.in. prób wykonywanych na zwierzętach).

Czy Musk po raz kolejny przestrzelił wyłącznie z terminem dowiezienia swojego superproduktu, czy kompletnie odkleił się od rzeczywistości i szybuje już po jakiejś kosmicznej orbicie? Dowiemy się jesienią 2028 roku. Do zobaczenia!

 
Categories

Grafen czeka na swojego Jobsa. Na razie jest fajna kurtka

Grafen miał być materiałem, który wywoła technologiczną rewolucją na miarę krzemu. Tymczasem ultracienki materiał o niesamowitych właściwościach wciąż czeka na tęgie mózgi, które znajdą dla niego rynkowe zastosowania. Właśnie wyprodukowano pierwszą kurtkę, która sprytnie wykorzystuje jego zalety. Czy przetrze szlaki kolejnym produktom?

Grafenowa kurtka wyprodukowana przez amerykańską firmę Vollebak kosztuje 695 dolarów i działa jak  supertermofor. To dlatego, że wzmocniony grafenem nylon potrafi nie tylko pobierać ciepło, ale również je magazynować. Doskonale je też przewodzi, czyli jest w stanie przesłać ciepło wytworzone w okolicach klatki piersiowej do bardziej wyziębionych części ciała, na przykład – jeśli założymy kaptur – ogrzeje nam głowę.

Kurtka Vollebak

Wystarczy przed wyprawą w góry położyć kurtkę na słońcu lub kaloryferze. Potem zakładamy ją tak, żeby grafenowa strona przylegała do ciała i materiał będzie stopniowo oddawał zgromadzone ciepło. Wystarczy wywrócić ją na drugą stronę, a zamiast grzać, zacznie nas chłodzić. Dodatkowym plusem kurtki jest to, że na grafenowej powierzchni nie mogą rozwinąć się bakterie.  Wiatrówka jest też lekka, wodoodporna i tworzona przy pomocy lasera, więc pozbawiona szwów. Tylko jedna z właściwości niezwykłego grafenu musiała w procesie produkcji zostać poskromiona: przewodzenie energii elektrycznej. Tym samym pomysłowy duet braci Tidball oszczędził swoim klientom  przypadkowych elektrowstrząsów.

Twórcy kurtki chcieliby za to, żeby ich produkt zainspirował innych do wymyślania kolejnych praktycznych zastosowań grafenu. To dlatego, że chociaż ulracienki materiał przewodzący energię ma niesamowity potencjał, wciąż jeszcze nie znalazł dla siebie miejsca wśród produktów codziennego użytku.

Bracia Tidball, twórcy outdoorowej marki Vollebak. Żródło: Vollebak.com

Polska Dolina Grafenowa?
W rozwój grafenu od 2010 roku zaangażowały się ośrodki badawcze z całego świata: również z Polski. Choć w naukowym wyścigu znajdowaliśmy się w peletonie i – dzięki pracy naukowców z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych i 65 mln dofinansowania – udało się opantentować metodę wytwarzania wysokiej jakości grafenu, to do tej pory nie zbudowaliśmy w Polsce z niego kompletnych produktów. Finansów wystarczyło jedynie na zamknięcie fazy badań. Kolejne 37,6 mln zł mają trafić do Centrum Grafenu i Innowacyjnych Nanotechnologii dopiero w tym roku.

To, co do tej pory udało się nam wprowadzić na rynek, to półprodukty – Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych sprzedaje na przykład arkusze grafenu o rozmiarach 50×50 cm. Bardziej zaawansowanych produktów, które przełożyłyby się na duże zyski, na razie brak. Przełomem może być zapowiedziana przez rodzimą firmę FreeVolt na ten rok premiera paneli słonecznych wykorzystujących grafen. Produkt – jak zapowiadają – ma zrewolucjonizować rynek energetyki słonecznej.

Nobel za taśmę klejącą
Historia grafenu zasługuje na znacznie lepsze zakończenie. Zaczęła się przecież fantastycznie: za odkrycie tego materiału w 2010 roku przyznano Nobla dwóm naukowcom z uniwersytetu w Manchesterze, którzy pozyskali grafen przy użyciu… taśmy klejącej.

Ten przyjęty z zachwytem materiał to nic innego jak znany nam z ołówków grafit, tylko w wersji slim: zbudowany tylko z jednej warstwy atomów. Długo naukowcy nie wierzyli w istnienie czegoś tak cienkiego, a jednocześnie zachowującego właściwości fizyko-chemiczne lepsze od królującego w przemyśle krzemu.

Tymczasem wystarczyło przykleić do grafitu taśmę klejącą, a następnie przykleić do niej kolejną taśmę i następną – tak żeby uzyskiwać na niej coraz cieńsze warstwy grafitu. I tak powstała wreszcie ultracienka powłoka, która nadal wykazywała właściwości przydatne do tworzenia maleńkich, ale bardzo wydajnych procesorów (nawet tysiąc razy wydajniejsze od krzemowych), do produkcji ekranów (grafen jest przezroczysty), w medycynie m.in. do produkcji sprężynek udrażniających żyły u pacjentów z miażdżycą oraz w wielu innych dziedzinach.

Teraz przed grafenem najtrudniejsza faza – komercjalizacji. Tak naprawdę to te firmy, które zbudują w oparciu o przełomowy materiał kompletne, gotowe do wejścia na rynek produkty, wygrają grafenową rewolucję. Apple nie wynalazło przecież ani dotykowego ekranu, ani bezprzewodowego internetu, a “jedynie” ubrało dostępne technologie w atrakcyjny produkt. Grafen wciąż czeka na swojego Jobsa.

 

 
Categories

Kotlety z in vitro jeszcze w tym roku

Do końca tego roku na sklepowe półki trafi mięso wyhodowane w laboratoriach. Naukowcy potrafią już na masową skalę tworzyć kotlety bez konieczności powoływania do życia całego zwierzęcia. Rolnictwo komórkowe przyspiesza i przewiduje się, że przewróci do góry nogami przemysł spożywczy tak jak robotyzacja przewraca fabryki.

 

Kilka mikroskopijnych komórek – tyle wystarczy, żeby stworzyć w laboratorium udko z kurczaka, antrykot czy rybie dzwonka. Warunek jest jeden: komórki muszą się błyskawicznie dzielić – tak, żeby w krótkim czasie móc stworzyć masę mięśniową, która trafi na talerze. I okazuje się, że przy obecnym stanie nauki wyizolowanie odpowiednich komórek z żywego zwierzęcia i stworzenie z nich gotowych fragmentów mięsa nie stanowi już problemu. Po raz pierwszy w historii jesteśmy naprawdę blisko zakończenia hodowania zwierząt na mięso.

W 1931 roku Winston Churchill wypowiedział prorocze zdanie: “Powinniśmy odejść od absurdalnego hodowania całego kurczaka na rzecz tworzenia w odpowiednich warunkach samej piersi czy skrzydła”. Poważnie prace nad wyprodukowaniem mięsa bez zwierząt ruszyły na początku tego stulecia. Prym wiedli holenderscy naukowcy ochoczo dotowani przez holenderski rząd. Inicjatywę wspierały od początku organizacje walczące o prawa zwierząt z PETA na czele, która w 2008 roku wyznaczyła nagrodę w wysokości miliona dolarów dla pierwszej firmy, która do 2012 roku wyprodukuje sztuczne mięso.

Cała nadzieja w startupach
Pierwszego burgera ze sztucznie wyhodowanego mięsa zjedzono w 2013 roku w Londynie. Mięso powstało w laboratoriach Uniwersytetu w Maastricht. Trzy pierwsze osoby, które go spróbowały uznały, że jest za suchy i brakuje mu smaku. Szef projektu dr Mark Post twierdził wówczas, że naukowcy potrzebują jeszcze około dekady, żeby sztuczne mięso udoskonalić i wprowadzić je do sklepów. Niedługo po tej deklaracji opuścił mury uczelni i założył startup Mosa Meat, w którym kontynuuje badania nad sztucznym mięsem. To dzięki udoskonalonym przez jego zespół metodom produkcji, laboratoryjne mięso będzie można sprzedawać w miarę przystępnych cenach – ma być jedynie dziesięciokrotnie droższe od tradycyjnego.

Szanse na nowopowstającym rynku wywęszyły też inne startupy – izraelski SuperMeat, który zebrał finansowanie na platformie crowdfundingowej oraz trzech graczy w Dolinie Krzemowej: Memphis Meats, które dotąd skupiało się głównie na pracach nad sztucznym drobiem, Finless Foods majstrujące przy rybach i JUST, Inc. najbardziej wszechstronne, najlepiej dokapitalizowane i prawdopodobnie pierwsze, które wprowadzi sztuczne mięso do sprzedaży komercyjnej – chce to zrobić do końca tego roku.

Również w tym roku spodziewamy się, zgodnie z zapowiedzią  firmy Perfect Day. wprowadzenia na rynek pierwszego mleka, które nigdy nie spotkało się z krową.

Pożegnanie z krowami
Idea komórkowego rolnictwa zdaje się łączyć wszystkich: od wegetarian przez wielbicieli zwierząt po zagorzałych mięsożernych. Nosem kręcą tylko przedstawiciele tradycyjnego przemysłu i… niektórzy kucharze. “Sztuczne mięso jest przeciwnością wszystkiego w co wierzę. Traktuję je jak wroga za każdym razem, gdy sprawia, że rozmawiamy o jedzeniu jak substancji odżywczej  bez uwzględnienia szczęścia, radości i magii jaką daje” – mówił Anthony Bourdain i dodawał, że zanim sięgniemy po sztuczne mięso powinniśmy zacząć mniej marnować tego, które hodujemy i wykorzystywać nie tylko wybrane kawałki zwierząt. Ale tej rewolucji nie da się już zatrzymać.

Rolnictwo komórkowe to przyszłość przemysłu spożywczego, za którym ostatecznym argumentem jest stale rosnąca konsumpcja mięsa, co przy nieefektywności jego wytwarzania (choćby pod względem przestrzeni potrzebnej do produkcji paszy zwierzęcej) i dramatycznych skutkach dla środowiska (produkcja zwierzęca odpowiada za emisję aż kilkunastu procent szkodliwych gazów cieplarnianych) wydaje się być jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

“Kochanie, nie zapomnij wstawić komórki”
Najtęższe biznesowe głowy ze Scottem Gallowayem (szef L2 i wykładowca-wizjoner biznesu na nowojorskim Stern)  na czele prognozują, że to właśnie “spożywka” będzie areną kolejnych rewolucyjnych zmian gospodarczych. Wystarczy spojrzeć, jak płyną ostatnio pieniądze w wielkim biznesie: Tyson Foods, jedna z największych na świecie firm przetwarzających mięso, uruchomiła w 2016 roku fundusz VC, który z zapałem inwestuje w mniejszych graczy zajmujących się laboratoryjną hodowlą mięsa. Od dwóch lat intensywnie na tym rynku inwestuje jedzeniowy gigant – fundusz New Crop Capital, którego portfolio wygląda dziś jak spis treści do tego, co będzie się działo z naszym jedzeniem w najbliższej przyszłości.

Nowe technologie niezwykle przyspieszyły prace nad pozyskiwaniem mięsa i białka zwierzęcego alternatywnymi metodami. Innowacje doczekały się nawet  własnej nazwy – FoodTech. Jaki będzie następny krok w tym szaleńczym wyścigu? Najpewniej jedzenie z komórek będziemy hodować sobie sami w domu. I choć brzmi to dziś  jak sci-fi, to jeszcze kilkanaście lat temu kosmosem wydawało się to, że będziemy badać swoje DNA przy pomocy szybkich testów z internetu.

Te zmiany oznaczają ogromne wyzwania dla polskiej gospodarki, w której tradycyjny przemysł spożywczy wytwarza dziś ok. 3 proc. PKB i tworzy miejsca pracy dla 15 proc. wszystkich pracujących Polaków (dane GUS).

 
Categories

Na testy genetyczne wydajemy już 88 mln zł rocznie. Płacimy, choć nie zawsze wiemy za co

Ze śliny wróżymy swoją przyszłość, na podstawie wymazu z policzka ustalamy, czy naszych przodków nie przywiało ze stepów Mongolii, a z plam na pościeli dowiadujemy się o zdradach partnerów. Okazuje się, że Polacy pokochali testy DNA. W ciągu dwóch lat wysokość wydatków na nie wzrosła u nas o 120 mln w skali roku! Brak regulacji sprawia jednak, że ten rynek to w Polsce prawdziwy Dziki Zachód.

“Podejrzewając swojego partnera lub partnerkę o niewierność, warto wykonać szybki test zdrady” – zachęca jedna z firm oferujących laboratoryjne badanie, które za niecały tysiąc złotych wykrywa, czy na przedmiotach (pościeli, bieliźnie) nie znajduje się przypadkiem sperma kochanka. Jest też w stanie sprawdzić, czy pochodzi ona od osoby, którą o bycie kochankiem podejrzewamy (to już na podstawie porównania z mikrośladami zostawionymi przez podejrzanego na niedopałku papierosa czy szklance). Choć oferta to kontrowersyjna, to jest tylko jedną z setek usług oferowanych w internecie przez polskie firmy i laboratoria zajmujące się analizą próbek DNA.

Okazuje się, że w Polsce rynek testów DNA kwitnie. W 2015 roku wydaliśmy na nie 80 mln złotych, a w 2017 już 200 mln (w tym 46 proc. wydatków pokrył NFZ). Nie odstajemy od światowego trendu: do 2020 roku globalny rynek testów genetycznych ma być wart 340 mln dolarów. Popyt rośnie, więc i pomysłów na komercyjne wykorzystanie genetyki jest coraz więcej.  

Zdrowie najważniejsze
Niemal połowa z około miliona wykonywanych w Polsce rocznie testów to profesjonalne badania pod egidą NFZ – refundowane są m.in. badania w kierunku raka piersi, jelita, autyzmu, niepłodności, mukowiscydozy, celiakii, nietolerancji laktozy czy głuchoty wrodzonej. Ale wielu – w tym najnowszych metod mikromacierzy aCGH, w koszyku świadczeń nie ma. Polacy chętnie szukają medycznych nowinek w Internecie i badają się na własną rękę.

Z własnej kieszeni kupujemy głównie testy,  które mówią nam, czy jesteśmy w grupie ryzyka zachorowań na niektóre nowotwory, sprawdzamy też nasze predyspozycje do występowania alergii. Wśród popularnych wyborów Polaków znajdziemy również bardzo pragmatyczne zastosowania genetyki: testy na ustalenie ojcostwa, wspomniane testy zdrady, czy testy genealogiczne, które powiedzą nam co nieco o pochodzeniu naszych przodków. Wydajemy na nie jednorazowo od 85 zł do 2800 zł.

Hitem stały się  kompleksowe przeglądy genetyczne. W odpowiedzi na przesłaną próbkę śliny dostaniemy za nieco ponad tysiąc złotych raport o naszych genach: dowiemy się, czego nie powinniśmy jeść, a czego naszemu organizmowi brakuje, czy mamy gen otyłości, wrodzoną empatię lub czy istnieje u nas ryzyko wystąpienia schizofrenii. Przez internet, łatwo i szybko.

Kolejny kierunek rozwoju komercyjnej genetyki to personalizowanie oferty pod DNA klienta. Najbardziej znanym jak dotąd przykładem jest vinome.com, które dobiera klientowi wina nie na podstawie prostackich referencji w stylu: wytrawne, półwytrawne, czerwone lub białe, a na podstawie informacji zawartych w próbce przesłanego przez nich DNA.

Polska – biała plama na mapie genetyki
Co zaskakujące, na dynamicznie rosnącym polskim rynku mamy bardzo mało specjalistów od wykonywania profesjonalnych badań genetycznych. Według Najwyższej Izby Kontroli w pięciuset laboratoriach (również sądowych) pracują w Polsce tylko 352 osoby ze specjalnością laboratoryjna genetyka kliniczna.

Taka mała liczba specjalistów każe bacznie przyglądać się ofertom i sprawdzać, czy placówki, które wykonują testy mają jakiekolwiek certyfikaty.

W Polsce brakuje też regulacji zapewniających jakość i bezpieczeństwo oferowanych na rynku badań.

W kwietniu br. w sprawie wolnej amerykanki na komercyjnym rynku usług badań genetycznych w Polsce i braku kontroli nad jakością oferowanych testów genetycznych zwrócił się do Ministra Zdrowia Rzecznik Praw Obywatelskich. Ale prace nad polską ustawą o badaniach biomedycznych i bankowaniu, która uporządkowałaby rynek, ślimaczą się od kilku lat. Tym razem Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że projekt ustawy trafi do Rady Ministrów do września tego roku.

O czym warto pamiętać kupując test DNA?

  • Nie tylko geny decydują o rozwoju choroby – w większości przypadków ogromny wpływ na ich rozwój ma nasz styl życia. Geny to nie wyrok.
  • Nie wszystkie choroby nowotworowe są dziedziczne – tylko 10 proc. rodzajów raka to choroby uwarunkowane genetycznie, o rozwoju znacznej większości decyduje nasz styl życia.
  • Standardowe testy wykrywają tylko najpopularniejsze mutacje genów – a wiele chorób rozwija się, gdy powstanie odpowiednia konfiguracja wielu sekwencji genotypu. Można więc sobie niepotrzebnie napędzić stracha.
  • Sprawdź, kto i w jaki sposób przechowuje dane o Twoim DNA – dane dotyczące predyspozycji do chorób zakodowane w Twoim DNA to najbardziej wrażliwe dane na świecie, które byłyby niezłym kąskiem, chociażby dla banków udzielających kredyty. Najważniejsze jest to, żeby dane były szyfrowane przez laboratoria wykonujące badania, a szyfrowanie potwierdzał odpowiedni certyfikat. Chodzi o to, żeby firma, u której zamawiamy badanie, w żadnym momencie nie mogła przypisać wyników do Twojego nazwiska lub adresu IP. Niestety, z raportu NIK wynika, że ochrona tych danych w Polsce wciąż kuleje.
  • Wyniki testów genealogicznych są uzależnione od tego, jak dużo i jakiego materiału genetycznego zostało przebadane wcześniej (jeśli nie ma w puli informacji na przykład o sekwencjach DNA osób z Hiszpanii, badanie nie wykaże nam iberyjskich korzeni). Warto sprawdzić geny, których populacji są możliwe do wykrycia w konkretnym badaniu.

 

 

 
Categories

7 polskich firm biotechnologicznych, które naprawdę zmieniają świat

Firma biotechnologiczna to nie jest łatwy biznes. Projekty potrafią latami toczyć się za zamkniętymi drzwiami laboratoriów. Zanim zobaczy się pierwsze zyski, trzeba naprawdę sporo zainwestować.  I – co często jest najtrudniejsze – trzeba  sprawić, żeby naukowcy dogadali się z ludźmi od biznesu. Jak już się dogadają, powstają niesamowite rzeczy. Poznajcie siedem naprawdę innowacyjnych polskich projektów biotechnologicznych.

  1. Płyn, który zastępuje ludzką krew> NanoSanguis
    Ta firma ma szansę zmienić świat, ale nie tak jak przeciętny startup zmieniający świat, tylko na serio. NanoSanguis opracowało płyn, który z powodzeniem może zastąpić ludzką krew i być sposobem na dłuższe niż dotychczas przechowywanie ludzkich organów. Firma jest związana z Laboratorium Inżynierii Biomedycznej Politechniki Warszawskiej.

Jakie problemy rozwiązuje NanoSanguis?
Na świecie jest zbyt mało krwi potrzebnej przede wszystkim do transfuzji i zabiegów chirurgicznych. Liczba dawców na świecie maleje i nie jest w stanie pokryć światowego zapotrzebowania na krew. Szacuje się, że przed 2030 rokiem będziemy mieć na świecie deficyt krwi w wysokości 30 mln jednostek.

Drugi problem, nad którego rozwiązaniem pracuje NanoSanguis, to krótki termin przechowywania organów. Teraz można je magazynować przez kilka godzin, NanoSanguis chce wydłużyć ten czas do kilku dni.

Agata Stefanek., IChIP laboratoria

Jak NanoSanguis rozwiązuje problem braku krwi na świecie?
Wytwarza płyn, który może zastąpić krew. Sztuczna krew, nad którą w fazie badań klinicznych pracuje NanoSanguis potrafi przede wszystkim transportować tlen – co jest główną funkcją krwi. Ma jeszcze kilka ważnych zalet: płyn się nie starzeje (można go długo przechowywać, podczas gdy krwinki czerwone pobrane od człowieka mają termin ważności 42 dni) i jest uniwersalny (pasuje do każdej grupy krwi). Sztuczna krew może też wydłużyć czas przechowywania organów do transplantacji – krew może zaopatrywać je w składniki odżywcze i tym samym przedłużać ich życie.

Projektem trzęsie Agata Stefanek

————————————————————————————————————————

2. Polski hit zmienia rynek energii słonecznej> FreeVolt
Polacy ponad siedem lat temu opracowali najlepszą na świecie technologię wytwarzania grafenu – supercienkiego materiału, który świetnie przewodzi prąd. Istniała obawa, że polski biznes nie zobaczy w tym odkryciu szansy na nowe produkty – komercjalizacja wynalazków nie jest naszą najmocniejszą stroną. Impas przełamała m.in. bydgoska firma FreeVolt, która wykorzystała potencjał tego materiału do wzmocnienia wydajności paneli fotowoltaicznych (tzw. paneli słonecznych). W tym roku bydgoska firma Freevolt planuje stworzyć linię produkcyjną dla swojego rozwiązania, która ma produkować 55 tys. paneli rocznie.

Jaki problem rozwiązuje FreeVolt?
FreeVolt chce zmniejszyć koszty pozyskiwania energii słonecznej o połowę  i sprawić, żeby była bardziej konkurencyjna.

Jak rozwiązuje problem?
Do produkcji paneli słonecznych (fotowoltaicznych) wykorzystuje krzem i. grafen – materiał, który sprawia, że panele są bardziej wydajne i odporne.

Projektem trzęsie Łukasz Nowiński

————————————————————————————————————————

3. Każdy rolnik zbada DNA swojej rośliny>NexBio
Grupa naukowców z Lubelskiego Uniwersytetu w Lublinie zasłynęła swoim rozwiązaniem, które ma sprawić, że rolnicy będą bardziej rozważnie stosować środki chemiczne, którymi “chronią” uprawy przed szkodnikami. Wymyślili rozwiązanie, dzięki któremu rolnicy sami będą mogli sprawdzać, jakie bakterie atakują ich rośliny.

Jaki problem rozwiązuje NexBio?
Duża zawartość pestycydów w produkowanej metodami tradycyjnymi żywności. Dziś najczęściej pestycydy, które mają chronić rośliny przed drobnoustrojami, stosowane są “na wszelki wypadek” w najwyższych dawkach. To odbija się na jakości żywności.

Jak problem rozwiązuje?
NexBio stworzyło test DNA, który pomaga wykryć choroby roślin spowodowane przez drobnoustroje na długo zanim będą widoczne. Rolnicy szybko dowiadują się, jakie mikroorganizmy zagrażają roślinom i stosować tylko te środki ochrony roślin, które działają konkretnie na te rośliny. Urządzeniem do badania roślin ma wielkość zwykłego telefonu, a badanie można wykonać bezpośrednio na polu.

Projektem trzęsie Adam Kuzdraliński

Adam Kuzdraliński, fot. Vitagenum/ materiały prasowe

————————————————————————————————————————

  1. Sok z żuka >HiProMine
    Ta polska firma biotechnologiczna zachwyciła samego Travisa Kalanica (byłego szefa Ubera). Firma wierzy, że owady są odpowiedzią na wiele żywieniowych problemów współczesnego świata. Na razie stworzyli w Robakowie pod Poznaniem w pełni zautomatyzowaną fabrykę owadów, z których pozyskują pełnowartościowe białko. Takie białko może być wykorzystane do produkcji żywności nie tylko dla zwierząt gospodarskich, ale również dla ludzi. HiProMine współpracuje z Europejską Agencją Kosmiczną nad programem żywienia w kosmosie.

Jaki problem rozwiązuje HiProMine?
Niewystarczająca ilość żywności – na razie głównie dla zwierząt, ale z potencjałem na zmniejszenie problemu głodu na świecie.Pozyskiwanie związków organicznych z owadów to kompromis pomiędzy produkcją zwierzęcą, dostarczającą wielu ważnych dla człowieka związków (ale niewydajną, emitującą dużo CO2 i odpadów), a wydajną produkcją roślin, która jednak nie dostarcza wszystkich niezbędnych białek .

Jak problem rozwiązuje?
Wykorzystują zdolność owadów do przetwarzania materii organicznej na substancje odżywcze, w tym pełnowartościowe białko. Owady produkują przy tym niewiele odpadów, wymagają małej przestrzeni do hodowli – ścisk lubią i jest on dla nich naturalnym środowiskiem życia). W ogóle nie są wybredne: żywią się odpadkami z produkcji spożywczej i rolnictwa.

Projektem trzęsą Jakub Urbański, Damian Józefiak i Jan Mazurkiewicz

————————————————————————————————————————

5. Siedzenia w tramwajach pokryte srebrem>Insignes Labs
Krakowska firma sprzedaje sprytną substancję, która można dodać do niemal każdego materiału – od plastiku w tramwajowych siedzeniach po lateks w rękawiczkach chirurgicznych. Dzięki temu przedmioty codziennego użytku są bardziej przyjazne dla człowieka, za to mniej dla zarazków, grzybów i bakterii.

Jaki problem rozwiązuje Insignes Labs?
70 proc. zakażeń powstaje przez kontakt rąk człowieka z przedmiotami. Zazwyczaj do stworzenia ochrony przed bakteriami, wirusami czy pleśnią producenci wykorzystują toksyczne biocydy.

Jak problem rozwiązuje?
Insignes Labs proponuje producentom sprzętów użytkowych dodatek ze związkami srebra, które są mniej toksyczne niż powszechnie stosowane preparaty, które mają zabijać bakterie na powierzchni przedmiotów.  Powodują też, że przedmioty są trwalsze.

Projektem trzęsie Anna Ogar

————————————————————————————————————————

  1. Antybiotyki z głową>Biolumo
    Firma pracuje nad szybkim testem, dzięki któremu lekarze w kilka godzin dowiedzą się, jaka bakteria wywołała chorobę u pacjenta.

Jaki problem rozwiązuje Biolumo?
Antybiotyki stają się coraz mniej skuteczne w walce z chorobami. To dlatego, że stosujemy je zbyt często, a lekarze nie chcąc czekać na wyniki badań (trwa to zwykle aż 48 godzin), przepisują najczęściej antybiotyki działające na dużą grupę drobnoustrojów. Takie leczenie jest skuteczne – zazwyczaj w dużej grupie bakterii, na które działa antybiotyk jest i ta, która rzeczywiście wywołała chorobę. Przy okazji dajemy całej reszcie okazję na przystosowanie się do działania antybiotyku, który z czasem przestaje na nie działać.

Jak problem rozwiązuje?
Biolumio sprawia, że testy wykrywające konkretne bakterie wywołujące chorobę są bardzo szybkie, więc lekarze powinni je częściej stosować.

Projektem trzęsie Olga Grudniak

————————————————————————————————————————

7. Świnki pod kontrolą>ThermoEye
Sprytni inżynierowie ze Smart Soft Solutions wymyślili system monitorujący zdrowie trzody w oparciu o kamery termowizyjne rejestrujące ciepło ciała.

Jaki problem rozwiązuje ThermoEye?
Podawanie zwierzętom hodowlanym dużej ilości antybiotyków “na wszelki wypadek”. Wątpliwa jakość mięsa, które trafia do klientów.

Jak ten problem rozwiązuje?
ThermoEye za pomocą kamer termowizyjnych śledzi zmiany temperatury każdego zwierzęcia w stadzie. Podwyższenie się temperatury jest pierwszym ważnym sygnałem rozwijającej się choroby. ThermoEye szybko wykrywa te zmiany, pozwala na bieżąco kontrolować zdrowie zwierząt, dzięki czemu zapobieganie chorobom w stadzie przez podawanie dużej ilości antybiotyków przestaje być jedyną skuteczną metodą dbania o zdrowie zwierząt i jakość mięsa.

Projektem trzęsie Łukasz Adamek