Start-upowcy nie polubili procedowanej dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym – boją się, że przy okazji ochrony praw twórców prawodawca ograniczy przedsiębiorczość w sieci i rozwój badań naukowych. Ci ostatni liczą na to, że długo oczekiwane przepisy wreszcie nie pozwolą na kradzież w Internecie. Chodzi przecież o to, żeby utrudnić życie wykorzystującym swój monopol medialnym gigantom.

Edit: Z uwagi na kontrowersje jakie wzbudzała dyrektywa – szczególnie 11 i 13 artykuł – Europarlamentarzyści w głosowaniu przeprowadzonym 5 lipca 2018 r. opowiedzieli się za odrzuceniem poprawek przedłożonych przez parlamentarną komisję prawną (318 głosów za odrzuceniem, 278 za przyjęciem, a 31 wstrzymało się od głosu). Na debatę w tej sprawie w PE trzeba będzie poczekać do września.

Zmiany w prawie mają na celu ochronę twórców i wydawców, z których pracy i inwestycji czerpią zyski nieuczciwi przedsiębiorcy, szczególnie giganci medialni. Prawo powinno zagwarantować, aby autorzy i podmioty praw otrzymali należną cześć wartości generowanej przez korzystanie z ich utworów i innych przedmiotów objętych ochroną. Dlatego wprowadza się m.in. zasadę, że zarządzający serwisami powinni zabezpieczyć je przed pojawieniem się w nich bez zgody twórców treści chronionych prawem autorskim, nie jak do tej pory, usuwać naruszenia gdy się o nich dowiedzą. Wydawcy zyskali natomiast prawo pokrewne, z którego korzystają już producenci filmowi, muzyczni, audiowizualni, producenci gier i programów komputerowych.

Pomimo słusznych przesłanek – za czyjąś pracę trzeba płacić, należy ograniczyć monopolistów, nieuczciwi przedsiębiorcy nie mogą czerpać z cudzych inwestycji, propozycje PE znalazły szeroką rzeszę oponentów wśród użytkowników Internetu, m.in. drobnych przedsiębiorców chcących inwestować w technologie. Zrobił się szum. Protestujący twierdzą, że nowe regulacje ograniczą wolność internautów, wprowadzą cenzurę oraz przy okazji walki ze złodziejami zmniejszą możliwości rozwoju legalnym inicjatywom – biznesowym lub naukowym. Prawodawca tłumaczy – bardziej restrykcyjne przepisy skierowane są w stronę tych, którzy w celach komercyjnych wykorzystują cudzy wkład intelektualny, a nie zwykłych śmiertelników, korzystających z dozwolonego użytku, w celach prywatnych.

Nie wszyscy chcą słuchać tej argumentacji. Wikipedia w proteście przeciw „ACTA II” zamknęła dostęp do swoich treści, w ten sposób tłumacząc swój ruch: „5 lipca posłowe do Parlamentu Europejskiego zagłosują nad nową dyrektywą o prawach autorskich i pokrewnych. Proponowane zmiany zagrażają otwartemu internetowi, którego częścią jest Wikipedia. Macie czas działać i włączyć się do debaty. Dziękujemy!”

Co na to start-upy?

– Ostatnio ciągle słyszę o „level playing field”, a tu zamiast wyrównywania szans wprowadza się przepisy powodujące, że małe i średnie firmy będą miały pod górę, przecież nie stać ich na drogie algorytmy i zabezpieczenia. Natomiast nie będzie to stanowić żadnego problemu dla Facebooka, Google czy YouTube – mówi Julia Krzysztofiak-Szopa, CEO w Startup Poland. Zwraca też uwagę na wprowadzaną prewencyjną kontrolę treści.

– Wcześniej, gdy ktoś samowolnie wrzucił na stronę chroniony prawem autorskim utwór, twórca serwisu musiał po zgłoszeniu naruszenia praw taki wpis skasować, teraz może spaść na niego obowiązek, by troszczyć się o to, żeby tego typu materiały w to miejsce w ogóle nie trafiły.

Mali, początkujący przedsiębiorcy boją się, że nie upilnują przypadkowych użytkowników ich serwisów przed wrzuceniem czegoś chronionego prawem autorskim. Wystraszyli się kar oraz tego, że mimo braku złych intencji, zostaną zaliczeni do piranii, gotowych rzucić się na artystów czy dziennikarzy i obgryźć ich do kości, byleby tylko do kieszeni płynął hajs. Konieczność wprowadzanie technicznych zabezpieczeń może ich przerosnąć. Poza tym bezrefleksyjne roboty mogą arbitralnie wycinać również kontent zgodny z prawem, np. zaatakować zdjęcia prac zamieszczonych w sieci prze PR-owców promujących wystawę w galerii przez którą zostali zatrudnieni. Zwolennicy dyrektywy odpowiadają na to, że zostanie wprowadzony system szybkiego zgłaszania i usuwania naruszeń.

– Algorytmy nie są problemem choćby dla YouTuba, który już obecnie posługuje się podobnymi rozwiązaniami. Nowe przepisy mogą doprowadzić do tego, że z sieci znikną ambitne i różnorodne materiały. Zostanie tylko to co się opłaca dużym graczom, którzy będą woleli na wszelki wypadek wyciąć utwór, niekoniecznie chroniony prawem, byleby nie narazić się na ewentualne kary i wydatki na prawników. Ciekawe, jaki stanie się po wprowadzeniu nowych przepisów Facebook czy Twitter? Czy będzie się w nich pojawiać coś poza filmikami, zdjęciami i wpisami samych użytkowników – zastanawia się Julia Krzysztofiak-Szopa. – Z drugiej strony mogą powstawać start-upy oferujące rozwiązania techniczne służące kontroli treści – zauważa.

Jej zdaniem dużym problem polskich start-upów, które z sukcesem specjalizują się w pracy na dużych bazach danych może być ograniczenie dostępu do przeszukiwania zgromadzonych w Internecie treści. Czy nowe regulacje nie podetną im skrzydeł? Konieczność wykupu licencji to nie tylko problem finansowy, ale również logistyczny – przedsiębiorcy narzekają, że zamiast pracować nad realizacją pomysłu na biznes, trzeba będzie tracić czas na sprawy administracyjne. Julia Krzysztofiak-Szopa jako przykład podaje star-up walczący z przemocą słowną wobec dzieci w Internecie. Czy będzie w stanie wyłapać potencjalne zagrożenia bez otwartego dostępu do danych? Dyrektywa UE wprowadza co prawda ustępstwa dla prac naukowych, ale to jak zostaną zastosowane okaże się w praktyce.

Szefowa Startup Poland zastanawia się też nad konkurencyjnością europejskich rozwiązań w zderzeniu z internetowym biznesem w Stanach Zjednoczonych. Czy będziemy w stanie zmierzyć się z Chinami, w których co prawda ogranicza się wolność internautów, ale przed biznesem nie stawia zbytnich barier. – To nie znaczy, że popieram chińskie rozwiązania, ale takie są realia – podkreśla.

Mierzmy każdego jego miarką

Na szczęście parlamentarna komisja zauważyła, że mogą pojawić się kłopoty i dopisała wzmiankę o zasadzie proporcjonalności. Pozwalającą inaczej oceniać małych przedsiębiorców, a inaczej duże portale, serwisy społecznościowe i wyszukiwarki.

– Należy ocenić pozytywnie planowane zmiany, mające na celu między innymi wyrównanie dysproporcji między wynagrodzeniem twórców i producentów a zyskiem komercyjnych platform internetowych, udostępniających ich utwory. Dzięki w szczególności planowanemu wprowadzeniu umów licencyjnych, twórcy uzyskaliby szanse na godziwe wynagrodzenie – tłumaczy Magdalena Głowacka-Dziedzic radca prawny w Krzysztof Rożko i Wspólnicy Kancelaria Prawna.

– Jak wynika z postulatów głoszonych przez wydawców i twórców – projekt nowej regulacji dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym – miałby między innymi gwarantować sprawiedliwe wynagrodzenie artystów i dziennikarzy. Podkreślają, że jej celem jest naprawa istniejącej luki poprzez wprowadzenie takich rozwiązań prawnych, na podstawie których portale internetowe podzieliłyby się zyskiem uzyskanym w związku z korzystaniem przez nich z pracy twórców, w tym wydawcami i dziennikarzami. Należy podzielić ten pogląd na sprawę – dodaje.

W praktyce chodzi o to, by wielkie platformy udostępniania treści, takie jak np. Facebook czy Twitter, zapewniły użytkownikom większą przejrzystość działania. Gdyby udostępnianie przez nie plików naruszało czyjeś prawa autorskie lub prawa pokrewne, uruchamiane zostałyby rozwiązania umożliwiające większą ich ochronę. Właściciele praw zyskaliby natomiast wzmocnioną pozycję przy negocjowaniu wynagrodzenia za korzystanie z ich treści na takich platformach – podkreśla Magdalena Głowacka-Dziedzic.

Twórcy od lat czekają na takie rozwiązania i już dawno stracili cierpliwość. Wokalistka i reżyserka Maria Sadowska, na konferencji prasowej zorganizowanej przez Kreatywną Polskę, pytała jak to jest, że bez problemu płacimy za worek kartofli, a o wynagradzaniu za twórczość intelektualną nie pamiętamy. Na brak ochrony twórców przed sieciowymi złodziejami oburzali się również przewodnicząca Gildii Reżyserów Polskich Joanna Kos-Krauze i Mieczysław Jurecki – kiedyś z Budki Suflera. Wszyscy zgodnie podkreślali, że nie chodzi o zwykłych śmiertelników – użytkowników, a o tych, którzy na ciężkiej pracy twórców zarabiają i nie chcą się sprawiedliwie dzielić. Najazd na Brukselę z podobnymi postulatami zapowiedziały światowe gwiazdy pop. Wojnę o sprawiedliwy podział dóbr zaczęli m.in. Taylor Swift, Ed Sheeran i Katy Perry.

Jak tu się nie wściekać, kiedy jak podaje „The Guardian” w Wielkiej Brytanii artyści i wytwórnie zarobili w zeszłym roku dwukrotnie więcej na 4,1 milionach winyli, niż na 25 miliardach obejrzanych wideoklipów na YouTube. Wspomniana showbiznesowa trójka światowych gwiazd do biednych nie należy, ale w Polsce przymierający głodem twórcy są w większości. Co ich obchodzi płaca minimalna, kiedy im nikt umowy o pracę nie da?

Dziennikarze też o niej dawno zapomnieli, teraz pomstują na ciągle przycinane wierszówki. Coraz częściej zarobku szukają w innych branżach, a swój wymarzony zawód traktują jako hobby. Efekt – zmęczenie i spadek jakości. Która redakcja zapłaci obecnie za wyjazd zagraniczny na antypody, gdy w kilka minut można przejrzeć newsy z całego świata? Kto zainwestuje w dziennikarza śledczego, skoro informacja o odkrytej aferze błyskawicznie rozejdzie się w eterze? Jaki procent jej odbiorców odnotuje, że pierwsza była ta a nie inna gazeta? Nie ma co się czarować, dziennikarzy krew zalewa, gdy widzą setki odsłon zajawek ich tekstów w agregatorach treści, kilka razy więcej niż na redakcyjnej stronie.

Dziennikarstwo umiera w biedzie. Dlatego wydawcy wywalczyli sobie prawa pokrewne i obiecali, że będą dzielić się z dziennikarzami dochodem z tego tytułu po połowie. Wprowadzone regulacje mają zmusić, wykorzystujących kreowane przez redakcje treści do zawierania umów licencyjnych.

Ważne jest, by w tym wszystkim zachować umiar – zbyt rygorystyczne ograniczenie prawa do cytatu może być mieczem obosiecznym. Wykasowywanie linków opatrzonych zdjęciami i zajawkami z portali społecznościowych znacznie ograniczyłoby promocję redakcyjnych treści – większość mediów ma przecież teraz stronę na FB, wrzuca fotki na Insta lub nakłania swoich redaktorów do twittowania. Tworzenie wydarzeń facebookowych jest świetną formą promocji imprez kulturalnych – bez fotosów z filmów czy fragmentów muzyki – trudniej będzie zachęcić do obejrzenia najnowszych produkcji i wyjścia na koncert.

Jak informuje Kreatywna Polska z opracowanego na jej rzecz przez Deloitte rok temu raportu, wynika że Polacy płacili średnio kilkanaście złotych miesięcznie za dostęp do nielegalnych serwisów internetowych, po podsumowaniu – aż 900 mln zł rocznie. Aż się prosi, żeby zamknąć przed nimi drzwi. No ale, Internet miał być otwarty. W tej sytuacji PE najlepiej by zrobił, gdyby wykorzystał fakt, że w sieci można śledzić każdy krok i wprowadził proste rozwiązanie – automatyczne opłaty proporcjonalnie i zależne od dochodu firm, które zarabiają na konkretnych dziełach, kierowane bezpośrednio do autorów tych prac oraz podmiotów, które w powstaniu utworu pomagały (proporcje ustalałaby umowa pomiędzy nimi a twórcami, zliczane byłyby odtworzenia). Giganci płaciliby więcej, maluchy mniej. A! Część z tego powinna być odkładana na sztukę wyższą, jak wiadomo mniej rozchwytywaną.