Patrzycie czasem na chmury i wydaje wam się, że układają się w znajome kształty – twarze, przedmioty, rośliny etc.? Podobne rzeczy dzieją się na wykresach cen akcji. Analitycy dostrzegają na nich różne kształty, od tytułowego garbatego ssaka po porzucone dzieci. Owe kształty to tzw. formacje. Co najlepsze – niektóre z nich mają czasem moc prognostyczną.

Zanim opiszę kilka intrygujących formacji cenowych, chciałbym na wstępie wytłumaczyć skąd one się w ogóle wzięły. Otóż jedną z najbardziej popularnych metod analitycznych na rynkach finansowych jest analiza techniczna. Jest to narzędzie statystyczne, za pomocą którego interpretuje się zmiany cen na wykresach. Nie liczy się tutaj kondycja finansowa spółki, tylko to, jak zachowuje się kurs jej akcji. \=

Przykładowo, analizuje się zakres wahań kursu w danym okresie, czyli zmienność. Ta ostatnia jest często traktowana jako miara ryzyka, dzięki czemu można na jej podstawie ustawić zlecenia kupna i sprzedaży oraz dobrać optymalną wielkość kapitału do pojedynczej transakcji. W arsenale analizy technicznej jest cała masa wskaźników statystycznych, od prostych średnich kroczących (uśrednienie cen z danego okresu) po skomplikowane oscylatory uwzględniające zmiany cen i obrotu. Wśród techników są m. in. fani włoskiego matematyka – Fibonacciego, którzy patrzą na wykres cen przez pryzmat słynnych proporcji liczbowych. Są też jednak tacy, którzy wykresy analizują tylko na podstawie formacji, a więc tych dziwnych kształtów, w które układają się notowania.

W podejściu tym wychodzi się z założenia, że jeśli jakaś formacja poprzedzała w przeszłości określoną zmianę kursu akcji, to jej kolejne pojawienie się będzie zwiastunem takiego samego zachowania. To taka naczelna zasada techników, mówiąca po prostu, że historia lubi się powtarzać. I choć temu podejściu akurat najdalej do naukowego uzasadnienia, to właśnie ono jest najbardziej popularnym segmentem analizy technicznej. Sprzyja mu barwne nazewnictwo, łatwość stosowania i spory subiektywizm podczas identyfikacji kształtu. Ponadto poszukiwanie różnych schematów w mocno losowym zbiorze danych jest naszą głęboko zakorzenioną przypadłością.

– Poszukiwanie schematu w przypadkowych danych jest podstawową funkcją naszego mózgu – tak podstawową, że nie musielibyśmy się ograniczać do nazwy homo sapiens, czyli “człowiek rozumny”; bez obaw moglibyśmy nazwać się homo formapetens, czyli “człowiek poszukujący schematów”. Chociaż większość zwierząt wykazuje zdolność do identyfikacji schematów, człowiek jest pod tym względem wyjątkowo uparty i zdeterminowany – pisał w książce “Twój mózg, twoje pieniądze” Jason Zweig. W skrajnej postaci ten upór w porządkowaniu chaosu może skutkować rysowaniem tytułowych wielbłądów na wykresach giełdowych. Trudno ocenić jaka jest realna, prognostyczna wartość tego typu tworów, ale jedno jest pewne – mają one sporą wartość rozrywkową.

Ekwilibrystka analityka
Wymiotujący wielbłąd to formacja całkiem nowa i stworzona zupełnie dla jaj. Kilka lat temu taki żart zrobiła sobie dziennikarka Financial Times – Katie Martin. Rysowała na różnych wykresach wielbłądy i umieszczała je na swoim profilu na Twitterze. Formacja ta miała zwiastować spadki cen.

Drwinę wiele osób potraktowało poważnie – wielbłąd na wykresie złota był pokazywany w telewizji CNBC , a kilka miesięcy temu wielu fanów kryptowalut rozpoznało go na wykresie kursu bitcoina. Mało tego dziennikarka była w mediach podpisywana jako szefowa Vomiting Camel Asset Management. Żart trochę wymknął się spod kontroli, a jego twórczyni pisała w jednym z artykułów, że osobom stosującym wielbłąda w swoich inwestycyjnych poczynaniach życzy dużo szczęścia, bo na pewno będzie im potrzebne.

Podejrzewam, że wymiotujący wielbłąd pani Martin na długo wejdzie do kanonu analitycznych, giełdowych żartów i zajmie miejsce obok m. in. spadających noży, odbić zdechłego kota czy słynnych batmanów. Pierwszego określenia używa się w odniesieniu do mocno spadających cen akcji. Najlepiej zobaczyć taką sytuację na aktualnym wykresie firmy GetBack (na przykład tu ). Drugi zwrot odnosi się do gwałtownych, spekulacyjnych odbić notowań, występujących po równie gwałtownych zniżkach. Sprawcami takiego odbicia są zazwyczaj ci, którzy próbują łapać spadający nóż. Komiksowego bohatera natomiast rysuje się na wykresach wtedy, gdy lokalne szczyty cenowe układają się podobnie do kształtu jego maski, jak na przykład na wykresie firmy Alcoa.

Z ciekawostek tego typu przypominam sobie wesołą twórczość Jacka Borawskiego, analityka technicznego Domu Maklerskiego BPS, który kilka lat temu wykres producenta insuliny – Biotonu, przerobił na Dom Kultury „Bioton”. Takich analitycznych heheszków nie brakuje, ale raczej mało kto traktuje je poważnie. Obok nich istnieje jednak cała gama formacji, które wprawdzie mają dosyć wesołe i oryginalne nazwy, ale w praktyce są często uwzględniane w poważnych analizach, a wiele aplikacji analitycznych umożliwia ich automatyczną identyfikację. Najbogatszym arsenałem zdecydowanie dysponują Japończycy.

Świecowa poezja
Analiza techniczna w Kraju Kwitnącej Wiśni opiera się na wykresach świecowych, czyli zamiast tradycyjnej linii łączącej ceny zamknięcia, mamy małe prostokąty (tzw. korpusy), ciemne lub jasne, które u dołu i u góry mają wypustki. Wielkość korpusu pokazuje zakres wahań. Jasny kolor oznacza wzrost, ciemny spadek, górny knot to cena maksymalna, a dolny minimalna. Jedna świeca reprezentuje zazwyczaj jedną sesję. W zależności od tego, jak zachowuje się cena podczas sesji, świeca może przyjmować różne kształty. Dlatego też nadano im różne nazwy, w tym m. in. wisielec i młot (mały korpus, długi dolny knot), spadająca gwiazda (mały korpus, długi górny knot), nagrobek doji (cena zamknięcia równa cenie otwarcia, a więc świeca ma poziomą kreskę zamiast korpusu i długi górny knot). Najciekawsze są jednak nazwy układów kilku świec. Na przykład dwie świece z dużymi korpusami o różnych kolorach to zasłona ciemnej chmury, trzy białe lub trzy czarne świece z rzędu to biali żołnierze lub czarne kruki. Istnieje też formacja porzuconego dziecka, czyli mała świeczka, wyraźnie oddalona od dwóch sąsiednich.

Bogate i barwne nazewnictwo sprawia, że analityczne komentarze mają w sobie nutkę poezji, a giełdowy laik może doszukiwać się tam ukrytych znaczeń i drugich den. Wszystkie te formacje mają jednak swoje osobne, konkretne interpretacje i w zależności od tego, w jakiej fazie trendu się pojawią, zwiastują spadek lub wzrost ceny. Oprócz świec Japończycy bardzo chętnie korzystają ze wspomnianych wcześniej średnich kroczących i również mają bardzo oryginalne nazwy dla ich wzajemnych układów. Gdy średnia liczona dla mniejszej liczby sesji przecina od dołu tą liczoną dla większej liczby sesji, to mówimy o tzw. formacji złotego krzyża, która zapowiada zwyżki. Gdy przecięcie następuję w przeciwnym kierunku, to mówimy o krzyżu śmierci, który – jak łatwo się domyślić – zapowiada spadki.

Gdzie ta głowa i ramiona?
Zachodnia szkoła analizy technicznej także ma w swoim arsenale ciekawe formacje cenowe. Najpopularniejszą jest głowa z ramionami, czyli trzy sąsiadujące ze sobą szczyty, przy czym te po bokach (ramiona) są położone niżej od środkowego (głowa), a linia łącząca ich podstawy to tak zwana linia szyi. Taki człekokształt na wykresie to zwiastun spadków, a jego odwrócona wersja jest zapowiedzią zwyżek. Gdy zajrzycie do leksykonu formacji to dojdziecie pewnie do wniosku, że analitycy techniczni inspiracji szukali w przeróżnych dziedzinach i miejscach.

Występowanie na wykresach prostokątów, trójkątów i kwadratów to nie efekt zamiłowania do piosenek Dawida Podsiadły, ale zapożyczenia z geometrii płaskiej. Widać też inspiracje kuchenne, bowiem na wykresach giełdowych spotkamy spodki, filiżanki z uchem lub bez ucha, a czasem nawet fajki. Lista różnych schematów jest naprawdę długa, a próba ich usystematyzowania wymaga nie lada wysiłku. Podejmował go m.in. Thomas N. Bulkowski,  amerykański inwestor, autor książki „Analiza formacji na wykresach giełdowych”.

Warto w tym miejscu dodać, że i Polacy mają swój spory wkład w koloryt giełdowych technikaliów. Otóż w 2010 r. analityk Paweł Suchomski wydał książkę „Cykle planetarne na giełdzie”. Był to jedyny spec zajmujący się w naszym kraju astrologią finansową, czyli badaniem zależności między położeniem planet, a zmianami kursów akcji. Z jego analiz wynikało, że pojawianie się punktów zwrotnych na wykresach giełdowych indeksów jest mocno skorelowane na przykład z ułożeniem Jowisza i Słońca względem Ziemi.

Kto się śmieje, ten się śmieje
Opisywane wyżej analityczne formacje w pierwszej reakcji wywołują raczej szyderczy uśmiech niż naukową zadumę. Trzeba jednak pamiętać, że w strategii inwestycyjnej nie liczy się jej akademickie zaplecze, ale to, czy daje ona zarobić. Dlatego wielu inwestorów wykorzystuje te narzędzia w bardzo dochodowy sposób. Przeprowadzają bowiem badania statystyczne na danych historycznych i sprawdzają, jaka jest skuteczność poszczególnych sygnałów w danym okresie. Jeśli udaje się uzyskać statystyczną przewagę nad rynkiem (trafność i relacja zysku do straty dają dodatnią wartość oczekiwaną), to można z takich sygnałów zbudować strategię inwestycyjną. Tak robił chociażby znany amerykański analityk Richard Donchian, fan średnich kroczących.

– Użytkownicy systemu Donchiana osiągali regularnie znaczące zyski w latach siedemdziesiątych, ale ten sam system przynosił poważne straty w drugiej połowie następnej dekady, gdy trendy nie były już tak zdecydowane – pisze w książce „Komputerowa analiza rynków terminowych” Charles LeBeau. Z kolei wspomniany Bulkowski przeanalizował na potrzeby swojej publikacji setki wykresów i na tej podstawie opracował ranking skuteczności poszczególnych formacji.

Podobnie żmudną pracę wykonywał Suchomski – nie szukał powiązań przyczynowo skutkowych między ruchem planet a ruchem kursów, tylko korelacji między tymi zmiennymi. Gdy okazywały się one zadziwiająco wysokie, to mógł wykorzystywać to w swoich modelach inwestycyjnych.

Znalezienie takich statystycznych anomalii na wykresach to trochę tak, jakbyśmy w kasynie znaleźli wybrakowane koło ruletki, w którym kulka z większym prawdopodobieństwem wypada w jednym fragmencie koła. Dopóki właściciel nie naprawi mechanizmu, dopóty możliwe będzie skubanie kasyna na kasie. Podobnie jest na giełdzie. Jeśli tytułowy wielbłąd stanie się bardzo popularną formacją i wiele osób uwierzy w jego sprawczą moc, to stanie się on na jakiś czas samospełniającą się przepowiednią. Wtedy zamiast się śmiać, lepiej będzie zagrać pod garbatego ssaka i zarobić.