Categories

Boty nasze wyborcze

Zaczęło się. Kampania do wyborów samorządowych nabiera tempa. I po raz kolejny w historii polskich elekcji do walki o głosy wyborców stają fałszywe konta, które w serwisach społecznościowych z zaskakującym zaangażowaniem rozsiewają polityczne treści. O prowokację łatwo jak nigdy, o sens coraz trudniej.

Specjalistka od wizerunku w sieci Anna Mierzyńska przeprowadziła analizę ilościową kont, które rozpowszechniały na Twitterze treści związane z najważniejszymi kandydatami na włodarzy stolicy w zbliżających się wyborach samorządowych (o stanowisko obok Jakiego z PiS walczy Trzaskowski reprezentujący PO). Następnie sprawdziła najaktywniejszych internautów opowiadających się po każdej ze stron. Okazało się, że sześć spośród dziesięciu najbardziej zaangażowanych po stronie Jakiego użytkowników to zautomatyzowane boty. Najbardziej aktywny z nich produkował 45 tweetów dziennie.

Po “akcji warszawskiej” temat botów w polityce (tzw. polibotów) nie czekał długo na odgrzanie, bo nie minęło kilka dni, a “Gazeta Polska” doniosła, że zautomatyzowane, zarządzane z jednego miejsca przekazy pochodzące z fałszywych kont wspierają na Twitterze przemysł futrzarski. Część z nich została założona w listopadzie ub. roku czyli właśnie wtedy, gdy do Sejmu trafił projekt zakazu hodowli zwierząt na futra.

To nie jest początek przygody polskiej polityki ze światem sztucznych kont w mediach społecznościowych – to na kampanii z 2015 roku uczyliśmy się, że algorytm w internecie może podszywać się pod osoby. Od tamtego czasu sporo wody upłynęło w Wiśle i w Potomaku, a spece od marketingu politycznego dostali kilka ważnych lekcji tego, jak się robi  współczesną kampanię przy wsparciu botów, trolli i fake newsów – z ostatnią kampanią prezydencką w Stanach na czele. Szykujmy się na najgorsze,

Prowokacja? Bardzo proszę
Jest jedna bardzo ważna cecha botów. O ile łatwo wyśledzić sieć sztucznych, głoszących jedną ideę i wspierających się wzajemnie kont, to bardzo trudno wskazać ich źródło. Do tej pory politycy wykorzystywali tę słabość w kampaniach w mało wysublimowany sposób: rozprzestrzeniali pochwały na swój temat i szykany na temat politycznych przeciwników. Ale  w miarę jak społeczeństwo staje się bardziej wyedukowane w temacie, schemat działania również będzie się zmieniał, i aż kusi użycie botów jako narzędzia prowokacji.

Wystarczy kupić skromną, wartą kilka tysięcy złotych kampanię przeprowadzoną przez boty na korzyść swojego oponenta. Najlepiej, żeby była kwadratowa w przekazie i na kilometr zalatywała podpuchą. Potem temat sztucznych kont wystarczy umiejętnie podsunąć i wykorzystać fakt, że o źródle kampanii realizowanych przez boty wnioskujemy tylko po treści przekazu. Jeśli będzie wychwalała naszego przeciwnika, wykrycie podstępu stanie się praktycznie niemożliwe – tak przynajmniej twierdzą spece z Oksfordu, którzy nad propagandą w sieci pracują w specjalnie powołanym do tego zespole.

Facebook chce zapobiegać takim praktykom m.in. przez konieczność wskazywania zlecającego kampanie reklamowe o treściach politycznych. Wprowadzenie zmian technologiczny gigant zapowiadał już w styczniu, ale sprawdziliśmy to – w polskiej wersji serwisu jeszcze nie działa. No i zmiana dotyczy tylko treści płatnych, więc nie dotyczy sztucznych kont, z których nadają boty.

To tylko automatyzacja?
Nie wszystkie próby wykorzystania technologii do komunikacji w kampanii wyborczej muszą polegać na manipulacji – zaznaczają spece z Oksfordu. Pojawiają się też głosy, że wykorzystanie botów do komunikacji politycznej to po prostu automatyzacja działań, które w polityce wykorzystywane są od lat.

Czym różnią się wykrzykujące zaprogramowane hasła boty od ludzi spędzanych na wiece, polityków recytujących mantry partyjnych “przekazów dnia” czy internetowych słupów wykorzystywanych dotąd w kampanijnych szeptankach? Na pewno spece od kampanii wyborczych nie wymyślili niczego nowego. Po prostu wykorzystali nowe narzędzia do zwiększenia zasięgu starych sztuczek.

W czym więc problem? Internetu żal. Jaki sens ma dla przeciętnego użytkownika branie udziału w dyskusjach w sieci zaspamowanych przez roboty? Może użytkownicy też powinni zautomatyzować swoje aktywności w mediach społecznościowych i zaprogramować sobie boty tak, żeby wypowiadały się na kilka interesujących ich tematów, na przykład “globalne ocieplenie”, “weganizm”, “legalizacja marihuany”, i pójść sobie na spacer.

Świetny pomysł, prawda? Moglibyśmy zabierać głos, jednocześnie nie biorąc udziału w debacie. Jaka oszczędność czasu! Tylko, czy gdy już to wszystko zoptymalizujemy i zautomatyzujemy to będzie to miało jakikolwiek sens? W zrobotyzowanym świecie komunikacji już nikt nikogo do swoich racji nie przekona, bo nikt nikogo nie będzie miał szansy wysłuchać. Tak będzie wyglądał koniec publicznej debaty w internecie i koniec roli sieci jako współczesnej Agory.

Kłopot polega na tym, że nie umiemy teraz skutecznie wykrywać botów – nasz oręż jest skromny w starciu z armią sztuczniaków. Zanim więc nie wymyślimy jakiegoś zautmatyzowanego sposobu na wycinanie ich z publicznej debaty, jesteśmy skazani na ręczne zgłaszanie wszystkich podjerzanych kont. Co Wam podczas najbliższej kampanii wyborczej serdecznie polecam.

 
Categories

Sztuczna inteligencja nas uratuje? Na razie pierze w rzece

Podczas przesłuchania w Kongresie, na większośc pytań o to, w jaki sposób Facebook rozwiąże problemy pojawiających się w serwisie treści nawołujących do nienawiści, Mark Zuckerberg odpowiadał: rozwiąże to sztuczna inteligencja (AI – artificial intelligence). Za każdym razem gdy padało “AI” przewracałam oczami i szłam po herbatę. Patrząc na to, jak wyglądają rynkowe wdrożenia sztucznej inteligencji, naprawdę trzeba być człowiekiem wielkiej wiary (albo głupoty), żeby myśleć, że na dniach będziemy mogli pozwolić algorytmom podejmować takie decyzje.

Po każdej niemal rozmowie z szefem firmy, której rozwiązanie jest oparte o “sztuczną inteligencję”, zbieram szczękę z podłogi. Widzę świat oczami przyszłości, w której boty zastępują call center, wirtualni tłumacze przekładają z chińskiego na nasze w czasie rzeczywistym (nauka języków obcych staje się fanaberią), a procesy w firmie są tak zautomatyzowane, że jako ludzie kontakt z klientem mamy wyłącznie wtedy, gdy zasila nasze firmowe konto.

Im dalej w las, tym z reguły ciemniej. W odsłonie drugiej rozmawiam z klientami lub ludźmi od technologii w tej samej firmie i okazuje się, że tak tak, to będzie działało “tylko jeszcze”, “ale” i “tutaj będzie”. Wszystkie te “tylko” i “ale” składają się na wizję przyszłości, która jest fajna, ale na teraz to zwyczajnie nie działa.

Technologiczna rzeczywistość części firm wygląda tak, że za interfejsem rozwiązania opartego o sztuczną inteligencję stoi szef firmy, który kręci korbką. Tak, w miejsce korbki będą kiedyś zaawansowane algorytmy; tak, tutaj będzie się to rozwijało jak tylko pozyskamy wystarczająco dużo danych. Rozumiem, że uczenie się maszyn, które jest jedną z podstawowych technik analizy danych leżącą u podstaw sztucznej inteligencji, odbywa się na danych. Kłopot w tym, że wiele firm nie ma pomysłu skąd te dane pozyskać lub chce je pozyskiwać od własnych klientów. Czy ci klienci to wytrzymają? Ja wymiękam.

Mieliście okazję prowadzić kiedyś komunikację z chatbotem (automatycznym konsultantem) jakiejś firmy? “Nazywam się Ania. Jestem automatyczną konsultantką banku XY. Chciałabym zadać ci kilka pytań. Nie jestem człowiekiem, więc nie wszystko zrozumiem…” – usłyszałam ostatnio w słuchawce. Chwila, czy nie miało być tak, że sztuczna inteligencja to taka, która potrafi przejść Test Turinga? Test przechodzi taka maszyna, która potrafi komunikować się z człowiekiem w taki sposób, że nie odróżniamy tej rozmowy od pogawędki z człowiekiem. Ania z banku XY spaliła swoją szansę już na starcie, a mnie szkoda czasu na takie pogawędki.

Komunikacja to nie są warcaby
Jęk zawodu ludzkości rozległ się po raz pierwszy, gdy w szachy z maszyną przegrał arcymistrz Kasparov. Długo przed ofensywą maszyn broniła się popularna w Azji gra Go, która wymaga sporej porcji intuicji i kreatywności – bastion padł w 2016 roku, gdy stworzony przez Google’a Alpha Go pokonał mistrza Lee Sedola. Maszyna nie tylko analizowała miliony możliwych pozycji i ruchów, ale też powiązała moc obliczeniową z elementami sztucznej inteligencji, które wprowadziły  elementy procesu decyzyjnego podobnego do ludzkiego.

Nieco dłużej broniły się warcaby, ale i one zostały mistrzowsko rozegrane przez maszyny. Jednak są takie gry, w które “maszyny nie umią”. Chodzi o te, w których nie wszystkie informacje są podane na tacy oraz istnieje w nich element tak mglisty i niezerojedynkowy jak komunikacja międzyludzka. Dlatego maszyna jak dotąd nie wygrała z człowiekiem w brydża?

W brydżu bariery dla sztucznej inteligencji są dwie – po pierwsze karty są zakryte i znane tylko osobie, która trzyma je w ręku. Nie wszystkie dane są więc podane na tacy tak jak w grach planszowych, a podejmowanie decyzji przy niepełnych danych (bardzo ludzkie doświadczenie!) czy blefowanie (w innym ujęciu: działanie na przypał) to dla algorytmów poważny kłopot.. Druga sprawa – w brydżu partnerzy wysyłają sobie przy stole sygnały tak, żeby ich komunikaty nie zostały odczytane przez innych graczy. Taki poziom komunikacyjnej subtelności jest na teraz poza zasięgiem maszyn, nawet tych superinteligentnych.

Z twarzy podobny całkiem do nikogo
Facebook (a także inni technologiczni giganci) intensywnie pracują teraz nad jeszcze innym aspektem, który ma przybliżyć maszyny do ludzi: chodzi o umiejętność rozpoznawania twarzy i obrazów w ogóle. Maszyny umieją już mniej więcej rozpoznawać pismo i mowę (coraz lepsze, choć wciąż niedoskonałe Siri, Alexa czy Google Assistant). Naszedł czas na obrazy. Przyznaję, że zdobycze technologii rozpoznawania obrazów i twarzy są równie imponujące, co przerażające pod względem kalibru popełnianych przez nie błędów.

Imponująco wyglądają przeanalizowane przez oprogramowanie zdjęcia tłumu, na których system sam jest w stanie wskazać, która osoba jest poszukiwanym przestępcą, która znanym VIP-em, co na obrazie jest pozostawionym bagażem, a który obiekt reprezentuje staruszkę wymagającą pomocy.

Problemy pojawiają się wtedy, gdy trzeba zinterpretować obraz w dość nieoczywistym kontekście. Algorytmy działają tak, że dzielą każdy obraz na małe kwadraciki, analizują co na nich jest i wypluwają interpretację. Popełniane przez nie błędy trochę przypominają różne cuda, gdy ludzie w pniu drzewa lub zacieku na oknie widzą twarze świętych. I tak algorytm jest w stanie uznać ludzkie kolano lub goły brzuch za twarz – rzeczywiście czasem fałdki tak jakoś się układają… Miewa też problem z perspektywą i określeniem wielkości obiektów, gdy na zdjęciu nie ma punktu odniesienia:  uznaje, że człowiek na tle góry to są dwa obiekty o tych samych rozmiarach lub że ptak jest samolotem. Trochę słabo.

Okazuje się, że sztuczna inteligencja nie tylko popełnia krytyczne błędy, których my nigdy byśmy nie popełnili. Raz po raz rozwiewa też marzenia o tym, że będzie bardziej  od nas sprawiedliwa, bezstronna, pozbawiona uprzedzeń. Algorytmy dyskryminują: okazuje się, że nie rozpoznają na zdjęciach twarzy innych niż białe. Sprawę nagłośniła absolwentka MIT Joy Buolamwini, gdy okazało się, że jako Afroamerykanka  jest rozpoznawana przez oprogramowanie na zdjęciach tylko wtedy, gdy założy białą maskę. Pominięcie osób o innym niż biały kolorze skóry wynika z tego, że algorytmom dano do tej pory analizować głównie twarze o jasnym kolorze skóry. Decyzję o tym podjął człowiek i trudno przenieść odpowiedzialność za to na maszynę.

Problem jest szerszy, dlatego Joy Buolamwini walczy dziś z dyskryminacją i uprzedzeniami w świecie algorytmów w organizacji Algorythmic Justice League.

Połowa ekspertów od sztucznej inteligencji twierdzi, że technologia zastąpi ludzi do 2040 roku. Druga połowa, że jeszcze wcześniej. Ja natomiast uważam, że wiele jeszcze wody upłynie zanim będziemy w stanie zaufać algorytmom w  podejmowaniu naprawdę ważnych decyzji w najistotniejszych społecznie sprawach. A decyzja o tym, czy ktoś w naszym serwisie jest dyskryminowany, nawołuje do nienawiści na tle rasowym czy religijnym do takich właśnie należy. Czekanie aż AI rozwiąże palące problemy społeczne, które dzieją się tu i teraz,  jest naprawdę nieodpowiedzialne, panie Zuckerberg.

 
Categories

AI <3 YOU

Walentynki lądują, a z nimi –  jak co roku – te same problemy. Pary zastanawiają się, jak uciec od corocznej sztampy kino-restauracja-czekoladki-róże i wpadają na świetne pomysły np. wspólnego skoku na spadochronie. Single – wiadomo, tłumaczą sobie że święty Walenty to patron chorób umysłowych i epilepsji, więc świętują antywalentynki. Albo… kupują seks robota.

Człowiek zrobi wszystko, żeby nie być samotnym. Większość z nas szuka drugiej połówki desperacko i za wszelką cenę. A desperacja okazuje się być świetnym paliwem dla poszukiwań idących w dziwnych kierunkach.

Tęsknota za byciem z kimś blisko realizuje się na różnych poziomach, niektóre z nich są jeszcze melodiami przyszłości, inne zrealizowaliśmy w sposób budzący podziw, zdumienie czy odrazę. Najpierw popatrzmy, co jeszcze ciągle przed nami.

W filmie „Blade Runner 2049”, replikant zakochuje się w hologramie. To w ogóle ciekawe splątanie wątków, bo replikant to sztuczny twór-android. Tak bardzo jednak przypomina człowieka, że jednoznaczne odróżnienie możliwe jest jedynie po przeprowadzeniu testu na empatię. Replikanci nie są odporni na samotność, stąd ten dziwny związek z hologramem. Na pytanie, czy jest możliwe zakochanie się w iluzji, odpowiadam „tak”. Czym innym niż miłością do czegoś nieistniejącego, są głębokie uczucia, jakimi ludzie darzą celebrytów? Zakochujemy się w jakimś konstrukcie, który stworzyliśmy we własnej głowie. Czym taki konstrukt różni się od hologramu? W stu procentach poważnie, widzę rynek na takie usługi. Na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce żyć w platonicznym związku ze Scarlett Johansson.

Właśnie, Scarlett Johansson. „Her” jest fantastyką bardzo bliskiego zasięgu. Właściwie stoi tuż za rogiem. Główny bohater zakochuje się w swoim inteligentnym systemie operacyjnym, obdarzonym głosem Scarlett. Jedyną fantastyką w tej historii jest inteligencja systemu operacyjnego, resztę już mamy. Chodzi oczywiście o Siri, z którą ludzie flirtują, oświadczają się, zakochują czy proponują seks. Według badań przeprowadzonych na użytkownikach aplikacji Assistant.ai, 40% z nich wyobraża sobie zakochanie się w wirtualnym asystencie, a kolejne 25% potwierdziło, że być może mogliby to zrobić. Przebadano 12 tys. Osób. Wyniki dziwią mnie niespecjalnie.

Siri to partner idealny. Jeżeli masz ochotę pogadać, wysłucha i odpowie. Jeżeli wolisz ciszę, nie będzie przecież zagadywać. Nakarmiona dostateczną ilością informacji, będzie coraz lepiej przewidywać nasze oczekiwania i coraz skuteczniej podpowiadać nam, na co mamy ochotę. Na razie za Siri nie stoi jeszcze Sztuczna Inteligencja i głos Johansson, ale to pewnie kwestia kilku lat. W końcu ludzie płacą ciężkie pieniądze za smsowanie czy telefonowanie do seks-usług w poszukiwaniu nieseksualnego kontaktu z drugim człowiekiem. Zapłacą też za dostęp do Siri Premium. Nie mam problemu z wyobrażeniem sobie kogoś nawiązującego intymną więź z głosem w słuchawce telefonu.

Zupełną niefantastyką od kilku lat są seks lalki. I nie chodzi mi o te smutne, dmuchane brezenty z seks-shopów, tylko anatomicznie poprawne, mówiące femboty. Wybierać możemy spośród kilkunastu modeli, oferujących różne temperamenty: od nieśmiałej, przez czułą, zazdrosną, humorzastą czy gadułę. Robot będzie pamiętał o naszych urodzinach, ulubionych potrawach, restauracjach i filmach. Możemy zadysponować model otrzaskany w literaturze albo rzucający żartami. Niektóre modele potrafią symulować orgazm podczas stosunku.

W ofercie jest też możliwość dostosowania aparycji fembota. Możemy dobrać włosy, rozmiar piersi, kolor brodawek i rodzaj warg sromowych (14 do wyboru). Najtańszy model kosztuje 6 tysięcy dolarów, najdroższe do kilkudziesięciu.

Większość klientów traktuje roboty jako wyrafinowaną maszynę do masturbacji. Jest jednak grupa użytkowników, którzy sadzają je przy stole, oglądają razem z nimi telewizję albo wynoszą do ogrodu, żeby mogły złapać trochę słońca. Lektura forów na których gromadzą się właściciele fembotów dostarcza przykładów na to, że część mężczyzn zakochuje się w swoich modelach. Polecam film zrealizowany przez BBC pt. Guys and Dolls, który pokazuje kilka takich sytuacji i osób.

Na koniec zaś Tinder, który kilka lat temu wydawał się obrzydliwością i abominacją a dzisiaj spowszedniał tak bardzo, że nikt już nie zwraca na niego uwagi. Jedna z pierwszych aplikacji (pamiętamy o Grindr) do randkowania. A w zasadzie do umawiania się na seks, bo początkowo Tinder sprzedawał się na takiej właśnie kontrowersji. Z czasem spowszechniał, ustatkował się, zatracił swoją pierwotną funkcję i został kolejnym serwisem randkowym z możliwością ustawienia się randkę rozbieraną. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że w 2015 roku użytkownicy Tindera przeglądali średnio 65 profili, zanim uzyskali jedno dopasowanie.

Jako bonusową ciekawostkę chciałbym pokazać wam aplikację „The Lickster”. Gdy wydaje się, że nie da się nas niczym zaskoczyć, dostajemy propozycję polepszenia techniki naszego fellatio przy pomocy komórki. Przez ekran przesuwają się strzałki wskazujące kierunki, w których musimy przesunąć językiem… palcem, żeby zdobyć punkt. Punkt zdobywamy tylko wtedy, gdy trafimy w odpowiedni punkt. No dobra, nie wiem, jak to mam opisać. Wypróbujcie sami, gra daje mnóstwo radości, jeżeli nie odważycie się lizać ekranu komórki, polecam poślinienie palca, którym będziecie grać.

Wesołych Walentynek wam wszystkim.