Internet może za chwilę zacząć zachowywać się jak Twoi rodzice. Niby kochają Ciebie tak samo jak resztę rodzeństwa, ale dobrze wiemy, że wolą Twoją młodszą siostrę. Tak najprościej można wytłumaczyć wyrzucenie do kosza zasady net neturality. Z tą różnicą, że teraz internet będzie bardziej lubił tych, którzy płacą hajsem (na Twoich rodziców to nie działa)

Dotychczas każdy, kto korzystał z internetu, miał dostęp do nieograniczonej liczby stron i treści, z prędkością jaką miał zapisaną w umowie. Nieważne, czy chodziło o oglądanie filmów z kotkami czy wysyłanie maili. Z kolei firmy, które dostarczały internet mogły jedynie zarządzać rurką, którą przepływają dane i nie mogły w żaden sposób wpływać na to, co dostanie odbiorca. Tak było od około dwóch lat, gdy telekomunikacyjne lobby przegrało pierwszą bitwę o zniesienie neutralności internetu. Tymczasem klimat w Białym Domu mocno się zmienił i ekipa Donalda Trumpa wyrzuciła przepisy o net neutrality do kosza. A dokładniej  – zdecydował o tym jeden facet – Ajit Pai.

Ajit Pai jest szefem amerykańskiej Federalnej Komisji Łączności. To taki odpowiednik polskiej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji skrzyżowanej z Urzędem Komunikacji Elektronicznej, czyli grupy statycznych starszych pań i panów, dla których internet jest tym, co sprowadza ich wnuki na złą drogę. Wiarygodne źródła mówią, że pomysł oddania internetu w ręce dużych i wpływowych korporacji pojawił się w głowie Ajita Paia, gdy dotarł do dna swojego komicznie dużego (potwierdzone info!) kubka. Taki ruch nie powinien w sumie nikogo dziwić, bo Ajit Pai pracował swego czasu dla jednego z gigantów telekomunikacyjnych, który skorzysta na tym, że internet przestanie być neutralny.

Co dokładnie się zmieni? W Stanach Zjednoczonych działa kilku dostawców internetu m.in.  AT&T, Comcast i Verizon. Gdy przepisy wejdą w życie, wspomniane firmy będą mogły robić z internetem co im się tylko spodoba np. blokować dostęp do niektórych stron czy treści czy spowalniać transfer. Tu od razu przychodzi na myśl słowo cenzura. Bo niby dlaczego firmy, które tak wiele zawdzięczają rządowi miałyby ułatwiać dostęp do treści krytykujących obecnego prezydenta i jego wierchuszkę? Może być też tak, że telekomy będę faworyzować to, co samemu wyprodukują. Wyobraźmy sobie, że jedna z firm otworzy własną platformę z serialami. Wtedy nie obejrzysz już żadnego, długo wyczekiwanego odcinka na Netflixie, bo zanim się załaduje to Ty zdążysz osiwieć. I ostatnie – zawsze lepiej mieć więcej hajsu niż mniej. Ten, kto będzie chciał mieć szybszy internet będzie musiał płacić dodatkowo za korzystanie z niego. Takie są już odwieczne prawa wolnego rynku…

Wydaje się jasne, kto skorzysta na nowych przepisach, ale kogo one zabolą? Właściwie to całą resztę. Burzą się giganci technologiczni jak Facebook czy Google, którzy będą musieli płacić więcej operatorom za lepsze traktowanie ich usług. Trzęsą się zwykli odbiorcy zmuszeni do tego, by zabulić miliony monet za korzystanie z internetu. Ciężej też będzie startupom, aby wejść i przetrwać na rynku.

W Europie rodzice kochają wszystkie dzieci ciągle tak samo. Zmusza je do tego prawo z 2017 roku, zgodnie z którym  operatorzy nie mogą blokować, spowalniać, zmieniać, ograniczać, faworyzować czy ingerować w określone treści, aplikacje lub usługi. Radykalna zmiana za oceanem może obudzić dyskusję na nowo. Szczególnie, że w Unii nie brakuje przeciwników net  neutrality.
U nas, obecna minister cyfryzacji Anna Streżyńska powiedziała swego czasu, że firmy które budują sieci zarabiają za mało w stosunku do tych, które robią e-biznes. Czy teraz rodzicom przypomni się, że ktoś tu przynosi piątki a kogoś trzeba cały czas tłumaczyć z notorycznego spóźniania się? Miejmy nadzieję, że nie.