Na rynku kryptowalut powstały setki bezwartościowych tokenów, tworzonych dla żartu lub w celu zwykłego oszustwa. Taki na przykład putincoin to po prostu “jokecoin”. Najlepsze jest jednak to, że jego rynkowa kapitalizacja sięga 4,7 mln dol. Takich absurdów jest więcej, co z jednej strony śmieszy, ale z drugiej psuje reputację całego rynku.

Swoboda działań i brak regulacji rynku cyfrowych nośników wartości to ogromna szansa dla młodych przedsiębiorców, którzy nie mogą liczyć na finansowanie tradycyjnymi metodami. Initial Coin Offering (ICO), o którym pisałem kilka tygodni temu na łamach HiCash.pl daje dostęp do dużego kapitału w zasadzie każdemu, kto ma pomysł na biznes i chce go rozwijać. Może bowiem wyemitować swój token i wprowadzić go na kryptowalutową giełdę. Dla mnie to świetna idea znosząca finansowe bariery. Ale jak pokazuje praktyka – dla wielu to kolejna szansa, by albo zrobić sobie jaja, albo nabić innych w przysłowiową butelkę. Na rynku powstają tzw. jokecoiny, shitcoiny, a nawet spamcoiny, które są zupełnie bezwartościowe. Czasem, ale nie zawsze, łatwo je zidentyfikować po nazwie, np. sexcoin, czy stalincoin, albo po logo, np. wprost shitcoin, który w logo ma stolec. Co jeszcze śmieszniejsze – niektórzy je kupują, windując ich giełdową kapitalizację nawet do milionowych kwot. Skala kryptowalutowych “hehszków” jest niemała. Szacuje się, że w latach 2013-2015 takich shitcoinów powstawało kilka każdego dnia. Część “umarła”, a część jeszcze całkiem nieźle “egzystuje”.

Tokenowa zimna wojna
“Putincoin został stworzony, by oddać hołd ludowi i prezydentowi jednego z najwspanialszych krajów świata: Rosji! Putincoin będzie oferował wiele możliwości dla spółek, traderów, osób prywatnych, projektów społecznych jak również technologię, usługi i aplikacje, które będą mogły być darmowo użytkowane przez każdego na tej planecie” – tak rzekomą ideę stojącą za prezydenckim tokenem opisywali jego twórcy na swojej stronie internetowej (obecnie trudną ją odpalić). Sam gospodarz Kremla, choć znany jest z różnych nietypowych hobby, raczej za tym projektem nie stał, a przynajmniej nigdy go nie skomentował. Emitentom tego tokena nie przeszkodziło to jednak, by wykorzystać wizerunek prezydenta, który zdobi wirtualną monetę.

Mało tego, na YouTubie umieścili też swój rapsong dotyczący putincoina. Trzeba przyznać, że poziom żartu jest tutaj naprawdę wysublimowany. Zastanawiam się tylko, kto i dlaczego kupował te tokeny. Jak można zobaczyć na stronie coinmarketcap.com putinowy token notowany jest od lipca 2016 r. Wyemitowano go w ilości 2 mld sztuk, a na początku jego cena wynosiła 0,000142 dol. W szczytowym momencie w 2017 r. notowania skoczyły do 0,0432 dol. dając kapitalizację na poziomie 8,7 mln dol. Obecnie cena i kapitalizacja wynoszą odpowiednio: 0,01197 dol. i 4,7 mln dol.

Jak można się domyślać – skoro Rosja ma swojego putincoina, to Stany Zjednoczone muszą mieć swojego trumpcoina. Ten ostatni, jak czytamy na jego stronie, powstał by wspierać obecnego gospodarza Białego Domu i pomóc mu sprawić, by Ameryka znów stała się wielka. Grupą docelową tego tokena są amerykańscy patrioci. Na YouTubie ma nawet własny kanał, który subskrybuje 347 osób, a trzy filmiki, które są na tym kanale obejrzano łącznie 83 tys. razy. Trumpcoin ma już dwa lata, ale jest troche mniej popularny niż konkurent zza dawnej, żelaznej kurtyny. W obrocie jest go mniej (6,6 mln dol.) i kapitalizacja wynosi tylko 0,75 mln dol.

Z ciekawości sprawdziłem, czy ktoś zdecydował się na projket “dudacoin”. Niestety w sieci brak informacji o kryptowalucie gospodarza Belwederu. No cóż – Polska zawsze miała problem z nadążaniem za nowymi technologiami.

Seksualne konotacje
Na liście “heheszkowych” tokenów sporo jest takich, które odwołują się do tematów seksu i cielesności. Wspomniany sexcoin to nic w porównaniu z analcoinem, fuckcoinem czy chociażby fellatiocoinem. Apropo tego ostatniego – na forum bitcointalk.org można znaleźć stare linki do jego white paper (dokument informujący o parametrach i celach emisji tokenów). Cała wymieniona trójka już nie istnieje, ale są takie, które przetrwały i bywa o nich głośno. Mowa na przykład o titcoinach. Ta kryptowaluta powstała ponad trzy lata temu po to, by umożliwić osobom korzystającym z usług dla dorosłych płacenie za nie w anonimowy sposób. Titcoin ma nawet swoją stronę na Wikipedii, gdzie dowiadujemy się m. in. że w 2015 r. otrzymał dwie nominacje do nagród XBIZ, które wyróżniają firmy odgrywające istotną rolę w branży rozrywki dla dorosłych. Titcoin ma na Twitterze 4090 obserwujących. Jego notowania, podobnie jak innych omawianych wyżej tokenów, przypominają wykres EKG z licznymi zawałami. Na początku wyceniany był na tysięczne części dolarów, ale w styczniu tego roku cena skoczyła w porywach do ponad 0,5 centa. W obrocie jest obecnie prawie 50 mln titcoinów, a ich kapitalizacja sięga 700 tys. dol. Przy okazji branży erotycznej warto wspomnieć o ostatnim newsie portalu bitcoin.com, według którego striptizerki w Las Vegas przyjmują płatności w bitcoinach. Robią to poprzez wytatuowany na ciele kod QR, w którym zakodowany jest oczywiście adres bitcoinowego portfela.

Absurd goni absurd
Wśród shitcoinowych projektów nie brakuje też mocnych kontrowersji. Rok temu w San Franciso został wyemitowany ponzicon informując potencjalnych nabywców, że “jest to pierwszy na świecie legalny schemat Ponziego”. Ktoś wcisnął ludziom dla żartu potencjalną piramidę finansową, a oni i tak się skusili. Twórca wycofał się potem z projektu twierdząc, że “żart wymknął się spod kontroli”.

Podejrzewam, że w Polsce nie przeszedł by jesuscoin, satyryczna kryptowaluta, która obiecuje ludzion “outsourcing grzechów” i “decentralizację Jezusa Chrystusa”. Na świecie się jednak całkiem nieźle przyjął. Ruszył w lutym tego roku. Choć nie ma żadnej fundamentalnej wartości to ludzie i tak go nabywają, jako zupełną nowość i zapewne przez końcówkę “coin” w nazwie (jak kiedyś wystarczyło, że spółka miała w nazwie “.com” i inwestorzy pchali się na giełdę po jej akcje drzwiami i oknami). Tylko w pierwszym dniu notowań tych tokenów ich cena skoczyła z 0,000086 dol. do 0,0014 dol., a więc 15-krotnie. W obrocie jest obecnie 15,4 mld jesuscoinów o łącznej wartości 3,3 mln dol. Twórca tego projektu tak bardzo wczuł się w rolę, albo ma tak specyficzne poczucie humoru, że niczym ewangelista napisał na stronie “I byłaby kryptowaluta i byłoby to piękne, a Pan powiedziałby do ciebie – kupuj jesuscoina…”.

Gdzie ziarno, gdzie plewa
Historie shitcoinów powodują niewątpliwie uśmiech, ale z drugiej strony zalewanie rynku takimi fejkami jest dla niego bardzo szkodliwe. To trochę, jak spamowanie skrzynki mailowej, przez które nie można dokopać się do istotnych wiadomości. Efekt z jednej strony jest taki, że ci, którzy mogli pozyskać kapitał na fajną działalność, nie pozyskali go, bo znikęli w gąszczu shitów. Takie ryzyko grozi na przykład bananacoinom, za którymi stać może całkiem ciekawy biznes. Jak czytamy na stronie tego projektu jest to plantacja w Laosie, której celem jest rozszerzenie produkcji organicznych bananów Lady Finger. Każdy bananacoin reprezentuje cenę eksportową za kilogram bananów z tego gospodarstwa. Nigdy nie ma pewności, że to wypali, ale brzmi na pewno bardziej realnie i obiecująco niż „outsourcing grzechów”.

W środowisku kryptowalut istnieje wprawdzie długa lista tzw. martwych coinów. W 2017 r. było na niej blisko 150 różnych projektów. Szkopuł w tym, że duża ich część przeżywa, co stanowi zagrożenie dla inwestorów. – Czasami dobry marketing, komunikacja oraz zaangażowanie społeczności wokół danego projektu pozwala tym tworom istnieć zdecydowanie dłużej, niż mogłoby się wydawać – pisze w książce „Kryptowaluty” Szczepan Bentyn, youtuber specjalizujący się w tej tematyce. Jeśli więc ktoś planuje wejść na ten rynek, to niech pamięta, że często dochodzi tam do „ataku shitów” i nie zawsze łatwo się przed nim obronić.