Na scenach większości miast w Polsce pojawił się nowy zawodnik wagi superciężkiej. Nie zna litości,  nie patrzy na status majątkowy, nie interesuje go klasa społeczna ani piastowane stanowisko. Smog jest demokratyczny i szkodzi każdemu. Jednak jeden z gdyńskich startupów postanowił stanąć w szranki z podstępnym trucicielem i pokonać go w innowacyjny sposób.

Pięć lat temu człowiek w masce na twarzy był jak kosmita. Poza Krakowem wzbudzał powszechne zainteresowanie i umiarkowaną śmieszność. Przecież wszyscy wiedzieliśmy, że Polska to niemalże zielone płuca Europy i powietrze mamy najczystsze ze wszystkich. Okazało się, że niekoniecznie.

Bronimy się przed smogiem, jak potrafimy. Wiedza na jego temat rośnie i ludzie już kojarzą, że maski antysmogowe nie są fanaberią tylko koniecznością. Cieszy fakt, że od kilku lat są stałym elementem krajobrazu miejskiego.

Nie każdemu jednak pasuje maska na pół twarzy. Ludzie skarżą się na trudności w oddychaniu, parowanie szkieł okularów zimą czy kiepskie wzornictwo. Dla nich wkrótce ma pojawić się wygodniejsza opcja, czyli filtry do nosa.

Gdyński startup Andervision ma nieco inne podejście do ochrony przed smogiem. Twórca filtra, Mariusz Androsiuk, mówi że wdychane przez nos szkodliwe substancje dostają się do krwi i w efekcie są przyczyną wielu chorób. Cytuje WHO, które szacuje że z powodu zanieczyszczonego powietrza umiera na całym świecie przedwcześnie ponad 2 miliony osób. Jego rozwiązanie częściowo pomoże uporać się z tym problemem.

Androsiuk zauważył, że część ludzi ma problemy z maskami antysmogowymi. Połączył to spostrzeżenie z wiedzą powszechną, mówiącą że oddychamy nosem a nie twarzą. I wymyślił, że w tym przypadku sprawdzi się zasada mniej to lepiej. Jego propozycja to aparat nosowy, który będzie miał dwa zastosowania.

Pierwsze – oczywiste, czyli ochrona przed smogiem. Główne grupy docelowe to sportowcy, dla których korzystanie z masek jest problemem, alergicy, ludzie, którzy nie chcą oddychać trucizną i osoby pracujące w miejscach o zwiększonym poziomie zapylenia i zanieczyszczenia powietrza.

Twórca ma w planach personalizację wkładek filtracyjnych, chce również wprowadzić odpłatną możliwość analizy zużytych wkładek pod kątem rodzaju wyłapanych przez nie zanieczyszczeń. Będzie to fajna opcja dla ludzi, którzy chcą wiedzieć, jakim tapczanem napalił wczoraj sąsiad.

Jest też drugi pomysł na wykorzystanie wkładek, bardziej rozrywkowy. Pomysłodawca chce nam serwować podczas seansów filmowych odpowiednie zapachy zestawione z obrazami. Naturalnie wkładki będzie też można wykorzystać w ten sam sposób podczas rozgrywki komputerowej i w zastosowaniach VR (rzeczywistości wirtualnej).

Obecnie firma czeka na weryfikację czterech patentów w USA, po zamknięciu procedury ma się rozpocząć sprzedaż aparatów nosowych. Czekam z niecierpliwością, bo jazda na rowerze w masce bywa problematyczna, a z bieganiem jest już prawdziwy kłopot. Dodatkową zachętą może być cena, którą w tej chwili szacowana jest na kilkanaście złotych.

Co możemy robić w oczekiwaniu na filtry do nosa? Możemy kupić klasyczną maskę. Zanim jednak to zrobimy i wydamy pieniądze, warto poczytać o filtrach i dodatkowych rozwiązaniach stosowanych w produktach dostępnych na rynku. Bo szkoda wyrzucać pieniądze do kosza.

Na koniec mała ściąga – filtr ma być wymienny, chronić nie tylko przed pyłami, ale i benzo(a)pirenem, tlenkami siarki, azotu i węgla oraz metalami ciężkimi. Nie ma sensu inwestować w maseczki chirurgiczne z apteki czy tanie filtry, które zatrzymują tylko największe pyły, bo oferują one głównie efekt placebo. W przypadku masek opłaca się zainwestować trochę więcej monet. I tak wyjdzie taniej niż leczenie.

Nie wiem jak wy, ja idę szukać maski z motywem Bane’a.