Rozwój technologii internetowych sprawia, że wiele tradycyjnych usług przenosi się do sieci i funkcjonuje w niej w modelu ekonomii współdzielenia. To właśnie dzięki temu w Uberze możesz bez trudu wcielić się w rolę taksówkarza. Ale na tym nie koniec. Serwisy bazujące na blockchainie pozwalają każdemu zmienić się w kredytodawcę i zarabiać na tym pieniądze.

Mam takie wrażenie, że gdyby Karol Marks wrócił na chwilę do świata żywych, to miałby kilka powodów do zadowolenia. Dlaczego? Otóż sieć internetowa pozwala wcielać w życie jego ideę, w której każdy jest właścicielem środków produkcji. Skoro mogę zarejestrować się w takim serwisie jak Blablacar i z własnego auta zrobić małego busa, albo skorzystać z portalu Airbnb, by zamienić swoje mieszkanie w mały hotel, to faktycznie jestem mikroprzedsiębiorcą, kowalem własnego, biznesowego losu. Właściciele korporacji przewozowych i hotelarze pewnie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale na tym właśnie polega prawdziwa konkurencja. Oswoić się z tym powinni także szefowie wielkich korporacji bankowych. W sieci rozwijają się bowiem platformy do pożyczek społecznościowych, dzięki którym każdy może zostać kredytodawcą i każdy może o kredyt się ubiegać. Na razie obroty na tym rynku nie są zawrotne, zwłaszcza w porównaniu do gigantów typu Goldman Sachs czy Credit Suisse, ale technologia blockchain może to zmienić. Zwiększa bowiem zasięg tego typu usług, podnosząc jednocześnie ich efektywność i bezpieczeństwo. Czym są tytułowe pożyczki i jak można z nich korzystać?

Pożyczanie peer-to-peer

Na początek sucha teoria. Pożyczka społecznościowa, od ang. social lending albo Peer-2-Peer lending, to kojarzenie potencjalnych pożyczkodawców z pożyczkobiorcami przy wykorzystaniu platformy internetowej. Na platformie spotykają się ci, którzy mają nadmiar kapitału z tymi, którym doskwiera jego niedobór. Następnie dokonują transferu kapitału na ustalonych warunkach. W całym procesie pomijany jest bank. Jego rolę przejmuje platforma, która jest po prostu środowiskiem do zawierania transakcji. Pominięcie bankowego pośrednika sprawia, że proces jest szybszy, prostszy i daje uczestnikom lepsze i bardziej elastyczne warunki finansowe. Jak to działa w praktyce?

Załóżmy, że jestem świeżo upieczonym absolwentem stołecznego uniwersytetu, pracuję na umowie śmieciowej, nie mam żadnych oszczędności, ale mam pomysł na własny biznes związany z drukiem 3D. Aby go zrealizować potrzebuję 7 tys. zł, bowiem tyle kosztuje dobra drukarka renomowanej firmy. W tradycyjnym banku nie mam raczej szans na kredyt, a jeśli już to na drakońskich warunkach i z licznymi formalnościami. Z ogłoszeń widocznych na miejskich słupach też nie skorzystam, bo chcę mieć całe kolana. Znajomych i rodziny też obciążać nie będę, bo mają podobne problemy finansowe jak ja. W takiej sytuacji szansą może być platforma do pożyczek społecznościowych.

Rejestruję się więc w przeznaczonym do tego serwisie (np. BitBond.com), potwierdzam swoją tożsamość (np. poprzez skan dokumentów czy video-konwersację z przedstawicielem platformy), opisuję parametry potrzebnego kredytu (przeznaczenie, kwota, czas, itp.) i czekam na akceptację. Jeśli ją otrzymam, moja oferta będzie widoczna na platformie i potencjalni kredytodawcy będą mogli „zrzucić się” na moją pożyczkę. Tak jak użytkownicy platform typu Kickstarter „zrzucają się” na jakiś biznesowy pomysł, z tą różnicą, że kwoty są o wiele niższe.

Zostać  inwestorem za grosze

Jest też i druga strona tego medalu. Jeśli bowiem mam nadmiar kapitału, to mogę także zarejestrować się na takiej pożyczkowej platformie i udzielać pożyczek, być inwestorem. Tutaj wymogi weryfikacyjne są znacznie niższe, a ja mam pełną swobodę w wyborze swoich dłużników. Mogę przeglądać ich profile, zapoznawać się z pomysłami, na których finansowanie potrzebują pieniędzy i decydować z kim podzielić się swoimi aktywami. To co jest kluczowe to fakt, że kwota pożyczki dla jednego podmiotu ma bardzo niski dolny limit, np. 200 zł. Oznacza to w praktyce, że mając do dyspozycji 10 000 zł, mogę w sumie udzielić 50 mikropożyczek. Ta dywersyfikacja sprawia, że można zminimalizować ryzyko takiej inwestycji – cała kwota rozkłada się na wielu różnych dłużników.

W tym miejscu warto przytoczyć dane z platformy Fundingcircle. Pokazują one, że pożyczając przynajmniej 100 różnym odbiorcom i nie przekraczając wielkości 1 proc. środków na jedną pożyczkę, 98 proc. inwestorów zarabiało rocznie co najmniej 4 proc. Średnio zysk netto sięga natomiast 6,9 proc., przy zaledwie 4,2 proc. niespłaconych kredytów. Z kolei znacznie mniejsza – platforma Mintos – chwali się na swojej stronie, że średnia roczna stopa zwrotu sięga u nich 12 proc. To całkiem przyzwoite wyniki, zwłaszcza, jak porównamy je z marnie oprocentowanymi lokatami w bankach.

Scoring na miarę XXI wieku

Pamiętajmy, że pożyczki społecznościowe są całkiem młodą ideą. Pierwsza tego typu platforma – Zopa, powstała w Wielkiej Brytanii w 2005 r. Do Polski pomysł przywędrował trzy lata później i do dziś lokalnie działają takie firmy, jak Kokos.pl, Emonero czy Iwoca. Wydaje się jednak, że dopiero teraz, dzięki technologii blockchain, podobne inicjatywy mogą rozwinąć skrzydła. Łańcuch bloków idealnie bowiem pasuje do finansowych biznesów opartych na rozproszonej sieci użytkowników. Blockchain zapewnia bezpieczne szyfrowanie transakcji, umożliwia wysoką  przepustowość płatności i co najważniejsze – nie ma ograniczeń państwowych. Łańcuch działa globalnie, więc pozwala kojarzyć strony – pożyczkobiorców i inwestorów – z całego globu. To daje dostęp do potężnej bazy użytkowników. Przykładowo – na wspomnianym już BitBondzie, który korzysta z blockchaina, natknąłem się na profil rolnika z Kolumbii, który potrzebował kilku tysięcy dolarów na sfinansowanie systemu nawadniania swoich upraw.

Wszystko wygląda pięknie i perspektywicznie, ale trzeba pamiętać o ryzyku inwestycyjnym. Choć prawdopodobieństwo tego, że nikt spośród kilkudziesięciu naszych dłużników nie spłaci swojego zobowiązania jest niskie, to zawsze warto liczyć się faktem, że coś może pójść nie tak i nie odzyskamy części środków. Tak samo jak jadąc Blablacarem nigdy nie mam pewności, że klient nie okaże się czarnym charakterem rodem z kultowego filmu „Autostopowicz”. Bo w zasadzie to na jakiej podstawie mam ufać rolnikowi z drugiej części globu, którego w życiu na oczy nie widziałem? Właściciele platform pracują nad rozwiązaniami minimalizującymi ryzyko niespłacalności.

Część korzysta z tradycyjnych metod: sprawdzenie listy dłużników, weryfikacja numeru telefonu, konta bankowego i adresu zamieszkania, a także umowy z firmami zarządzającymi wierzytelnościami. Najciekawsze są jednak modele scoringowe, które nadają pożyczkobiorcom ratingi uwzględniając dodatkowo ich aktywność w sieci. Tutaj pod uwagę brane są profile na kontach społecznościowych (np. Facebook, Twitter, LinkedIn), a także aktywność w serwisach zakupowych, jak Amazon, Ebay czy Allegro. Oczywiście jeśli dany użytkownik ma już jakąś historię kredytową na platformie, to również jest ona brana pod uwagę przy ustalaniu ratingu (najczęściej jest system literowy od A do F, gdzie A to najwyższa ocena, a F najniższa). Okazuje się zatem, że nowe technologie zmieniają też podejście do naszej tożsamości. Nie liczy się już tylko dowód osobisty, ale także nasza reputacja i obecność w internecie.

Twórca polskiej platformy GetLine – Kacper Wikieł, powiedział w jednym z wywiadów, że dla millenialsów bardziej liczy się ta tożsamość sieciowa niż realna. Tym samym zdają sobie bardzo dobrze sprawę z tego, że nie spłacając pożyczki ryzykują, że zniszczą lub przynajmniej nadwyrężą swoją reputację wirtualną. Trzymając się już przykładu Blablacara można to porównać do sytuacji, w której kierowcy wystawiają pasażerowi złą ocenę, zmniejszając jego szanse na wykupienie kolejnego przejazdu.

Podejrzewam, że nie wszystkim spodoba się idea uspołeczniania środków produkcji, z jaką mamy niewątpliwie do czynienia w przypadków opisywanych tutaj pożyczek. Żyjemy jeszcze w czasach, gdy większość przyzwyczajona jest do scentralizowanych rozwiązań, w których jest pośrednik i to on bierze na siebie wszelkie ryzyka. Z drugiej strony atrakcyjne stopy zwrotu, możliwość pomagania tym wykluczonym z sektora finansowego i mimo wszystko rodzaj buntu przeciwko bankowym monopolom mogą być całkiem kuszące. Rosnąca skala tego biznesu pokazuje, że wielu już się skusiło. Na platformie Fundingcircle łączna kwota udzielonych pożyczek sięga już 3,2 mld funtów, na Mintos jest 0,5 mld euro i z roku na rok te wielkości się zwiększają.