W Polsce działa ponad 80 portali randkowych i aplikacji. Hitem ostatnich lat jest oczywiście Tinder, ale  i tak gigantowi nie udało się zdeklasować starej (od 2002 roku na rynku!), dobrej, polskiej Sympatii. Sprawdzamy, czy jest jeszcze miejsce na nowe pomysły na tym wartym 60 mln zł rynku. I tworzymy startup. Oczywiście – genialny!

W 2017 mieliśmy przetasowanie na polskim rynku portali do umawiania spotkań online.

  • Coś zaskakującego wydarzyło się w segmencie serwisów do seks randek – lider datezone.com zyskał 1,8 mln użytkowników! Miesięcznie korzysta z niego 3 mln użytkowników. Ten segment zdecydowanie w Polsce rośnie!
  • Zmieniła się czołówka portali randkowych. Sympatia pozostała co prawda niewzruszona, ale już drugi produkt należący do Grupy Onet – Sympatiaplus spadł na czwarte miejsce wyprzedzony przez flirt.com (738 tys. UU za sierpień 2017) i edarling.pl (383 tys. UU w tym samym czasie).
  • Za to zaskakująco niezmiennym liderem odsłon przypadających na użytkownika jest serwis fellow.pl, przez który na randki umawiają się osoby nieheteroseksualne. I tutaj w zasadzie portalowej konkurencji dla lidera nie ma. W tej grupie popularniejsze wydają się aplikacje z globalnym Grindrem na czele (codziennie do serwisu loguje się 2 mln użytkowników ze 149 krajów).

O jak wielkim i kuszącym rynku mówimy, niech świadczy fakt, że tylko w styczniu 2017 według badań Gemiusa z serwisów randkowych skorzystało 12 proc. polskich internautów. Liczba internautów w tym samym czasie wyniosła 27,6 mln osób. Pozwólcie, że to dla Was policzę: portale randkowe odwiedza w ciągu miesiąca 3,3 mln Polaków!

Rynek randek online  jest u nas wart ok. 60 mln zł. To duży tort. Jak z niego uszczknąć swój kawałek? Odkroić taki, który składa się ze społeczności zaangażowanej wokół tematu sprzyjającego wspólnemu spędzaniu czasu lub dzieleniu stylu życia. Właściciele psów, wegetarianie, biegacze?

W Polsce segmentacja rynku ma już zresztą swoje tradycje. Mamy serwisy dla rolników (AgroRandka.pl), katolików (Przeznaczeni.pl), od wartości niematerialnych wolących materialne (SugarDaddy.pl), dla osób 40+ (40latki.pl),  planujących zwykły skok w bok (Skokwbok.pl) czy kobiet, które lubią brać sprawy w swoje ręce (ZaadoptujFaceta.pl) .

Serwis randkowy dla wegetarian? Spróbujmy!
Zakładając, że osoby na diecie wegetariańskiej j łączy pewien typ wrażliwości i styl życia, który mógłby być spoiwem dla udanego związku – spróbujmy sprawdzić, o jakim rynku w Polsce i na świecie możemy mówić, chcąc wyprodukować serwis lub aplikację randkową skierowaną wyłącznie do tej grupy. Rynek produktów wegańskich i wegetariańskich w Polsce szybko rośnie, więc może nie jest to taki szalony trop.

10 proc. osób w wieku 25-34 lat w Polsce deklaruje utrzymywanie diety wegetariańskiej – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Mintel. Przyjmując, że ok. 10 proc. z nich korzysta z serwisów randkowych, to mówimy o rynku 0,5 mln osób w Polsce w tej grupie wiekowej. Ale oczywiście, jesteśmy ambitni i o biznesie myślimy globalnie. Wybierzmy więc inne rynki na świecie, które powinny nas zainteresować ze względu na wielkość.

Na świecie jest 375 milionów wegetarian, z czego 75 milionów to osoby, które nie jedzą mięsa z wyboru (te nas interesują). Oczywiście, nie wejdziemy na wszystkie rynki naraz. Wybierzmy więc te, na których osób stosujących dietę jest najwięcej.

Szkicujemy więc plan podboju świata na podstawie liczby wegetarian. I tu zaczynają się schody. Pomijamy na tym etapie rynki azjatyckie: Indie, Chiny i Japonia mają co prawda imponującą liczbę osób niejedzących mięsa (łącznie ok. 446 mln), ale to fałszywy trop dla naszego biznesu: wegetarianizm jest tu motywowany przyczynami religijnymi, kulturowymi, a nierzadko również bytowymi. Dlaczego o tym wspominam? Żeby przy okazji powiedzieć, jak ważne oprócz liczb, są również uwarunkowania na każdym z potencjalnych rynków.

Wróćmy do naszej strategii podboju świata. Kraje anglojęzyczne to niezły trop, tym bardziej, że przygotowanie strategii marketingowej po angielsku załatwia nam przynajmniej próbę wejścia na kilka rynków bez tłumaczenia całej usługi i komunikacji na wiele języków.

Kanada – bingo! Zdecydowanie kierunek numer jeden dla naszego biznesu z 12 milionami wegetarian z wyboru (wg badań Vancouver Humane Society z 2005 roku) i 14 milionami singli (Statistics Canada). Kanadyjczycy to też jedni z najbardziej aktywnych w mediach społecznościowych. Rynek wydaje się być wymarzony na zdobycie co najmniej miliona użytkowników naszego portalu randkowego dla wegetarian.

Stany Zjednoczone –  też nieźle; USA to pierwszy zagraniczny rynek wybierany przez polskie startupy decydujące się na eksport (wynika z badania Polskie Startupy 2017 Fundacji Startup Poland). Również dla naszego wegebiznesu amerykański klient wydaje się być obiecujący: 7,3 mln dorosłych stosuje dietę wegetariańską! Tutaj spróbujemy wyrwać kolejny milion użytkowników.

Teoretycznie mamy już 2,5 mln użytkowników. Zakładając, że działamy w modelu subskrypcyjnym, pobierając dolara miesięcznie (taniocha!)… mamy przychód rzędu 2,5 mln dolarów. Teraz tylko oszacujmy koszty i ruszajmy na podbój rynku randek  z biznesplanem i strategią na najbliższy rok. I – oczywiście – na tym etapie już wierzymy, że stworzyliśmy jeśli nie jednorożca, to co najmniej kucyka i bardzo chcemy jak najszybciej  zacząć realizować naszą wizję.

Czy właśnie stworzyliśmy milionowy biznes? Być może. Od tego, co zrobimy teraz wiele zależy. Pamiętajmy, że mamy biznes na kartce. Papier wszystko przyjmie, wszystko w Excelu może się zgadzać, pozostaje jednak kluczowe “ale”.

Zanim zaczniemy kodować i budować całą usługę SaaS, sprawdźmy, czy istnieje realna potrzeba na rynku. Uwierzcie, bardzo wiele startupów nawala właśnie w tym miejscu, w którym emocje biorą górę i już tak bardzo chce się realizować swój pomysł, że trudno skonfrontować się z rynkiem. I albo w ogóle nie zadają rynkowi kluczowych pytań, albo zadają je w taki sposób, żeby potwierdzić genialność swoich założeń.

Nasz cały randkowy biznes oparliśmy na założeniu, że wegetarianie chcą osobnego miejsca w sieci, żeby za jego pośrednictwem szukać drugiej połówki. Nie sprawdziliśmy tej potrzeby. Pamiętajmy, że żeby ten biznes się udał, musimy mieć grupę klientów, która nie tylko potrzebuje wymyślonego przez nas rozwiązania, ale też – co nawet ważniejsze! – jest gotowa za nie zapłacić. I naprawdę: lepiej zawrócić teraz, gdy biznes mamy na kartce. Zaskakująco wiele startupów brnie w biznes niczym nastolatki w platoniczny związek. Klienci, głupcze! – powinien powtarzać sobie  każdy początkujący przedsiębiorca.

Kierowana walentynkowym przypływem miłości postanowiłam wam o tym przypomnieć   <3