Znacie to – wyjazd zagraniczny, kilka płatności debetówką w sklepie i restauracji, a do  tego  wypłaty z bankomatu. Następnie powrót, analiza konta i spore zaskoczenie. Wydaliśmy trochę więcej niż planowaliśmy i do końca miesiąca żyjemy o chlebie i wodzie. Autor pewnego startupu postanowił skończyć z marnowaniem pieniędzy na kursach wymiany i opłatach bankowych.

Nikołaj Storonski to Rosjanin, który na co dzień mieszka w Londynie. Facet jakiś czas temu wybrał się do Las Vegas. Tak go pochłonęła zabawa, że nie zauważył jak przewalutowanie funtów na dolary zeżarło mu dodatkowe 20 procent środków. Okazało się, że na rynku nie ma karty, która pozwalałaby zaoszczędzić na kursie i opłatach bankowych. Storonski stworzył więc własną – Revolut.

W zasadzie są to dwa produkty – aplikacja, z poziomu której zarządzamy naszym minibankiem oraz karta. Jeżeli chcemy, wybieramy kartę wirtualną. Ja zamówiłem za dyszkę plastik do portfela. Karta jest prepaidowa. Zasilamy ją przelewem bankowym lub podpinamy do niej kartę debetową albo kredytową. Uwiarygadniamy się własnym selfie i zaczynamy korzystać.

Założenia Revoluta są proste jak piosenki Taylor Swift. Nie zdziera z nas hajsu za kurs wymiany ze spreadem (czyli tego, co robią banki), tylko oferuje niższy kurs międzybankowy.  Na dodatek do takich transakcji nie są doliczane żadne dodatkowe opłaty.

Przy pierwszym użyciu wszystko porównałam z płatnością kartą Mastercard albo VISA, które się rozliczają w złotówkach i dodatkowo przez euro. Wyszło mi, że zaoszczędziłam kilkanaście złotych przy zakupie programu za 50 dolarów – mówi Maria, która kartę zamówiła z ciekawości.

Na czym więc startup zarabia? Głównie na opłatach za transakcje kartą, które ponoszą sprzedawcy. Dodatkowe pieniądze firma kasuje za karty w opcji Premium (30 zł miesięcznie) oraz za zasilenie konta kredytówką. To, z kolei opłata w wysokości 1%. Wpłata z karty kredytowej może być dobrą opcją, gdy mamy nóż na gardle i nie chcemy wypłacać z niej pieniędzy w bankomacie (jest horrendalnie drogo), a musimy szybko skołować gotówkę. Revolutem zrobimy to tanio, łatwo i szybko. Natomiast jeżeli będziemy zasilać konto z karty debetowej, nie przekroczymy limitu płatności, przelewów i wypłat z bankomatu, to wszystko możemy mieć bezpłatnie.  

Z ciekawostek: aplikacja umożliwia nam przeliczanie złotówek na ponad 130 walut z całego świata. Jedno kliknięcie w komórce, zaznaczamy czym chcemy płacić i gotowe. Revolut sprawdza się zarówno przy płaceniu w Internecie, jak i na wyjazdach zagranicznych. Jest wygodny, tani i praktycznie bezobsługowy.

Nie tylko Revolut

Od roku 2012 na rynku funkcjonuje Alior Kantor. Jest to przede wszystkim internetowy kantor wymiany walut, który pozwala rozliczać się po kursie lepszym niż bankowy, bo bez spreadu. Czyli oszczędności mamy takie, jak w przypadku Revoluta. Za darmo jest rachunek, przelewy, również zagraniczne i wypłata walut w oddziałach. W gotówce można wypłacić dolary, euro i funty, a do rachunku możemy zamówić kartę. Co w Aliorze jest lepsze niż w Revolucie? Na pewno łatwe i darmowe przelewy międzynarodowe. Jeżeli więc waszą główną potrzebą jest konto, wybierzcie Alior Kantor.

Mam natomiast kłopot z ich kartami. Można je zamówić do funtów, dolarów i euro, przy czym do każdej waluty musimy mieć oddzielną. Niezbyt to wygodne, więc o pomyłkę nietrudno. Gdy zapłacimy za funty dolarami, wpadamy w pułapkę dwukrotnego przewalutowania po kursie międzybankowym i całe oszczędności diabli biorą. Ta opcja w wypadku Revoluta działa lepiej.

I teraz myślę sobie, że skoro wszystko to jest praktycznie za darmo, to można sobie zawinszować oba produkty i zacząć ucierać nosa bankierom. Podwójnie.