W ubiegłym tygodniu zmuszałem was do zapisywania wszystkich wydatków. Dałem co prawda proste narzędzie, które ułatwia tę czynność, ale mimo wszystko to jest jakiś wysiłek. Pora więc opowiedzieć, po co właściwie musimy zadać sobie tyle trudu i skrupulatnie notować cyfry ze wszystkich paragonów.

To proste, bez analizy wydatków nie zaplanujemy sobie sensownie domowego budżetu. A bez zaplanowanego budżetu trudniej będzie nam sterować przepływami pieniędzy. Bez sterowania przepływami pieniężnymi nie jesteśmy w stanie zapanować nad własną kasą. Bez panowania nad własną kasą, nie wiemy dokąd dryfują nasze finanse. A zatem, do roboty.

Słowo o skali – nie ma sensu analizować ani tworzyć budżetu na podstawie danych z jednego miesiąca. Wyobraźmy sobie, że w lutym mamy urodziny i robimy domówkę. Jak to wpłynie na pozycje ‘jedzenie’, ‘alkohol’ i ‘rozrywka’? Ano pewnie wzrosną o 20-30 proc., w zależności od tego jak bardzo planujemy się pokazać przed znajomymi. Żeby uniknąć takich odstających danych, a przy okazji uśrednić sobie wydatki w kategoriach, zbieramy dane z przynajmniej kwartału a najlepiej półrocza.

Załóżmy, że zebraliśmy dane dotyczące naszych sześciomiesięcznych wydatków i mamy podzielone je na kategorie. Co z tym dalej robimy? Trzeba budżet rozliczyć i sprawdzić, czy mamy deficyt, czy nadwyżkę. I odpowiednio do sytuacji zareagować. Pamiętajmy – nie jesteśmy państwem, w przypadku deficytu nie możemy dodrukować pieniędzy, pozostaje tylko zadłużanie się. Zadłużać się nie chcemy.

W pierwszym kroku patrzymy, jak procentowo w naszych dochodach rozkładają się poszczególne kategorie. Są różne szkoły, ale co do zasady wszyscy zgadzają się, że suma wydatków stałych (rata kredytu, czynsz, opłaty eksploatacyjne) nie powinna przekraczać 50-60 proc. wpływów. Sytuacja, w której dociśnięty wysokim kursem franka płacisz wysoką ratę kredytu, która przekracza połowę twoich dochodów, nie zwalnia cię z prowadzenia budżetu. Powiem więcej, zwłaszcza w takim położeniu należy trzy razy oglądać każdą złotówkę. Pozostałe kategorie rozważcie we własnych sercach i dopasujcie do potrzeb.

W statystycznym domu na jedzenie wydaje się 25 proc. środków, my możemy się żywić na mieście i będzie to 35 proc.  Albo na przykład zrezygnowaliśmy z kupowania biletów do kina i weszliśmy do programu ‘Unlimited’, dzięki czemu urwaliśmy z pozycji ‘kultura’ 5 proc. I dodatkowe 5 proc. w kategorii ‘telekomunikacja’ przy przejściu z abonamentu na pre-paida. Narzucanie sobie sztywnych ram nie ma sensu, optymalizacją wydatków w ramach kategorii zajmiemy się później.

Dzięki asystentowi mBankowemu możemy sobie do naszego pliku budżetowego przenieść tyle kategorii, ile chcemy. Jeżeli wydatki spisujemy ręcznie, trzeba sobie liczbę kategorii zmniejszyć, żeby się nie zniechęcić. Jak się wdrożymy, będziemy bawić się w takie detale, jak napoje gazowane, niegazowane i alkoholowe. Tymczasem zostajemy przy napojach ogółem.

Darmowych narzędzi do robienia budżetu domowego jest mnóstwo. Przy wyborze zwróćcie uwagę na to, czy program/aplikacja zbiera dane lokalnie, na waszym komputerze albo komórce, czy trzyma na swoich serwerach. To drugie rozwiązanie, jakkolwiek byłoby pozabezpieczane, jest dla mnie dyskwalifikujące. Nie widzę powodu, dla którego przy zadaniu tak prostym jak budżet, ktoś musiał trzymać moje dane finansowe u siebie.

Sam korzystam z Excela, dlatego nie polecę żadnego konkretnego rozwiązania. Oparłem się na nim, bo szybko liczy wszystko, czego potrzebuję. Od razu mówię, że niepotrzebna jest do tego żadna filozofia, wystarczy umiejętność wpisywania cyferek w okienka i liczenie sum, różnic oraz procentów.

Spisujemy sobie wszystkie wydatki miesięczne, to akurat łatwe. Uwzględniamy wydatki nieregularne, to akurat trochę skomplikowane, ale do ogarnięcia. Uzyskaną kwotę odejmujemy od naszych miesięcznych wpływów. Bang! Jeżeli mamy nadwyżkę, możemy ją zaoszczędzić albo zainwestować. Jeżeli saldo jest ujemne, musimy szybko pomyśleć, z czego pokryć różnicę.

Jak policzyć wydatki nieregularne? Ano przybliżeniami. Jest to zadanie jednorazowe, więc warto się do niego przyłożyć. Lecą tu wszystkie wydatki okazjonalne i te o regularności rzadszej niż miesiąc. Będą to wakacje, ubezpieczenie i przegląd samochodu, ubrania, koncerty i festiwale, szkolna wyprawka dla dzieci, ubezpieczenie mieszkania, lekarstwa, reperacje roweru czy koszt biletów kwartalnych (chyba, że jeździmy na miesięcznych, wtedy wpada nam to do budżetu regularnie). Te pozycje warto przemyśleć dokładnie. Estymujemy ile wydamy na każdą z tych rzeczy rocznie. Dla przykładu przegląd samochodu to akcja jednorazowa o znanym z grubsza koszcie, wydatki na leki zależą od sytuacji. Po spisaniu wszystko sumujemy a potem dzielimy przez 12. Albo przez 10, bo i łatwiej to zrobić, i lepiej mieć te wydatki uwzględnione w budżecie górką.

I to wszystko, przynajmniej na razie. Za tydzień opowiem co możemy sobie z takim budżetem zrobić.

Przeczytaj też: Oszczędzanie: budżet, głupcze!