W poprzednich odcinkach wrzuciłem kilka podpowiedzi prostych, łatwych i w miarę przyjemnych. Powód był jasny, nie chciałem zaczynać mojego kąta porad od rzeczy żmudnej, nudnej, dla większości osób trudnej i w mniemaniu większości niepotrzebnej. Gdybym zaczął od budżetu i zapisywaniu wydatków, nikomu nie chciałoby się doczytać tekstu do końca.

Niestety, jeżeli chcemy poważnie traktować oszczędzanie, musimy o tym pomyśleć. Można oczywiście odkładać bez zaplanowanego budżetu. Sposoby na to pokazałem w pierwszych dwóch częściach. Niestety, mało kto potrafi z żelazną dyscypliną co miesiąc odkładać określoną kwotę, niezależnie od niespodziewanych wydatków i wpadek finansowych. Trzeba mieć w sobie gotowość na czasowe pogorszenie jakości życia w sytuacji, gdy musimy kupić awaryjnie pralkę. Nagła dziura w finansach mogłaby skłonić do odpuszczenia sobie jednej raty oszczędności. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi nam dobrze zrobiony budżet.

Planowanie budżetu zaczynamy od skrupulatnego spisywania naszych wydatków. Jeżeli chcemy mieć z tego jakikolwiek pożytek, musimy uwzględnić wszystkie wydatki. Myślę, że sensowna skala czasowa to minimum pół roku. Po tym czasie będziesz wiedzieć na czym stoisz, poznasz udział swoich kosztów stałych, zorientujesz się, ile wydajesz na balety a ile na kulturę, i gdzie będzie można próbować przyciąć.

Do spisywania wydatków wystarczy kartka papieru i ołówek, ale ja postanowiłem skorzystać z uroków bankowości internetowej. Mam konto w mBanku. Do niego przypiąłem kartę płatniczą, z której korzystam w programie oszczędzania mimochodem (to ten, w którym bank odkłada za mnie 10 proc. wartości każdej transakcji).

Pomocny dla nas będzie oferowany przez bank podział transakcji na kategorie. Jest ich 11, plus dodatkowe 57 podkategorii. Dzięki temu każdej transakcji jesteśmy w stanie dość dokładnie przypisać miejsce wśród naszych wydatków. Bank przydziela kategorie automatycznie, jednak na początku warto je korygować, aż się nauczy, że zakupy pod blokiem to nie jedzenie na mieście tylko żywność. Pod koniec miesiąca dostaniemy elegancki wykres, dzięki któremu jednym rzutem oka ogarniemy, jak wygląda struktura naszej rozrzutności.

Żeby nasz system zadziałał, konto oferujące takie ułatwienia powinno być kontem-matką, z którego wychodzą nasze wszystkie płatności. To do niego musimy mieć podpięte płatne usługi, z niego wypłacamy z bankomatu i regulujemy ratę kredytu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to z niego wychodził cały ruch do sieci naszych innych kont, z których płacimy np. czynsz albo abonament (pisałem o tym w ubiegłym tygodniu). Wystarczy wtedy stałe zlecenia przypisać do odpowiedniej kategorii i wszystko robi się z automatu.

Na początku wszystkie transakcje trzeba dokładnie analizować i ewentualnie zmieniać im kategorie. System dość sprawnie się uczy, dzięki czemu po miesiącu mamy ogarniętą większość ruchu na koncie. Aktualizacje potrzebne bywają wyłącznie podczas zakupów okazjonalnych. Te zresztą system rozpoznaje bardzo dobrze, ostatnio bez pudła przypisał mi do odpowiednich sklepów elektronikę, ubrania i buty, oraz jedzenie poza domem. Ten patent załatwia nam 95 proc. roboty związanej z analizą.

Ostatniego dnia miesiąca siadam do komputera, uruchamiam excela i przerzucam sobie do niego wszystkie wydatki z konta w podziale na kategorie. Najpiękniejsze w tym systemie jest to, że bank już powrzucał wszystkie płatności do odpowiednich przegródek, ja tylko muszę wpisać kwotę łączną. Zrobienie analizy moich miesięcznych wydatków zajmuje mi dzięki temu niecałą godzinę raz w miesiącu.

W sytuacji, gdy płacę za coś gotówką, biorę paragon i spisuję z niego rzeczy do excela na bieżąco. Im mniej transakcji hajsem, tym mam łatwiejszą robotę przy spisywaniu wydatków.

Dokładna analiza wydatków to punkt wyjścia do stworzenia dobrego, działającego budżetu. O tym w kolejnej części, tymczasem idę uczyć system, że Tiger to nie odzież i obuwie.