Wszyscy wiedzą, że oszczędzanie jest łatwe, przecież wystarczy świnka skarbonka. W końcu uczą nas tego od dziecka. Tak naprawdę w tej grze najczęściej przegrywamy, bo oszczędzanie to najtrudniejsza ze sztuk. No, może trzecia najtrudniejsza, zaraz po rzucaniu palenia i regularnym porannym wstawaniu na siłownię. Dzisiaj zdradzę wam łatwy patent. Dzięki niemu, bez wyrzeczeń co miesiąc odkładam kilka stówek.

Odkąd przenośne terminale płatnicze ma nawet Pan Kanapka, za wszystko płacę plastikiem. Na czarną godzinę mam w portfelu stówkę, ale nie użyłem jej od tak dawna, że niedługo przetrze się na zgięciach. Pieniądze odkładać potrafię tylko, gdy je zakopię daleko od domu albo wrzucę na rachunek z maksymalnie utrudnionym dostępem. Jeżeli funkcjonujesz podobnie, mam dla ciebie sposób na regularne odkładanie kasy.

Program mSaver dostępny w mBanku jest genialny w swojej prostocie. Od każdej transakcji kartą, pobiera z naszego konta „prowizję” i przelewa ją na stworzone na potrzeby oszczędzania subkonto. Do odłożonych pieniędzy mamy dostęp cały czas i w tym upatruję jedyną słabość tego pomysłu. Ta kasa jednak kusi. Poza tym mSaver ma same plusy.

Do wyboru mamy trzy tryby pobierania pieniędzy:

  • zaokrąglanie kwot do pełnych dziesiątek złotych,
  • ustalenie stałej kwoty przelewanej po każdej transakcji,
  • ustawienie procentowej wartości transakcji.

Pierwszy sposób odradzam. Testowałem go przez tydzień. Już trzeciego dnia zauważyłem u siebie tendencję do dobierania przy kasie rzeczy tak, aby wartość zakupów była jak najbliższa pełnych dziesiątek. Przy kasie stoją zazwyczaj słodycze, ja je uwielbiam, wszystko okazało się być bez sensu.

Drugi sposób nie jest zły, ale brakuje w nim hamulca zakupowego. Niezależnie od tego czy płacimy piątkę za ciastko, czy trzy stówki za duże zakupy, bank ściąga nam z konta zawsze tę samą kwotę. Przy małej liczbie transakcji i ustawionej niewielkiej kwocie może okazać się, że po miesiącu odłożyliśmy 42 złote. I zapał pryska, bo 42 złote to pięć kaw w sieciówce.

Sposób ostatni, z wpłatami uzależnionymi procentowo od wartości zakupów, jest dla mnie najlepszy. Przy małych zakupach nie zauważę różnicy na rachunku. Przy dużych zaczynam się zastanawiać, czy na pewno wszystko co mam w koszyku jest mi potrzebne. W efekcie oszczędzam podwójnie – pierwszy raz przy kasie, drugi raz w banku. Tu się naprawdę potwierdza zasada, że mieć dychę i nie mieć dychy to razem dwie dychy.

Swój program dodatkowo wzbogaciłem jedną większą wpłatą w stałej wysokości, która trafia na konto celowe pod koniec miesiąca. Jest na tyle niewielka, że jej braku nawet nie widzę.  

W tej chwili wiem o pięciu bankach, które oferują usługę autooszczędzania:

  • Credit Agricole z programem CASaver, oszczędności są oprocentowane na 0,15 proc.
  • mBank i mSaver, oprocentowanie do 1 proc.
  • PKO BP i Autooszczędzanie, oprocentowanie od 0,5 do 1,2 proc.
  • Getin Bank i  Skarbonka, oprocentowanie 1-1,4 proc.
  • ING Bank Śląski i Smart Saver, oprocentowanie 2,5 proc do 5 tys. zł, powyżej 0,7 proc.

Autooszczędzanie jest elegancką i prostą formą systematycznego odkładania pieniędzy. Nic nie kosztuje. Nie jest obarczone ryzykiem. Mamy cały czas dostęp do odłożonych pieniędzy, banki oferują nawet jakieś oprocentowanie. Jak wspomniałem na wstępie, od początku roku odłożyłem w ten sposób kilkaset złotych. Jeżeli płacicie wszędzie i za wszystko kartą, to 10% wartości transakcji jest dla was. Jeżeli to nie wasza bajka, następnym razem pokażę wam inne sposoby oszczędzania.