Millenialsi wyrastają na elitę zabójców. Lista branż, które zanihilowali w ciągu ostatnich dwóch lat liczy dobre 30 pozycji. Oglądając katalogi zbrodni, zwraca szczególną uwagę jedna kategoria. Millenialsi pogrzebali golfa.

Skargi branży były tak głupie, że przebadałem je pod kątem trollingu i fake newsów. I okazało się, że pan Matt Powell z firmy NPD, badającej branżę sportową, naprawdę wysunął taki zarzut. Jak się, młodzi, czujecie mając na sumieniu elitarne pykanie kijami na osiemdziesięciu hektarach zmarnotrawionej ziemi? Jakby co, mocno wam kibicuje, bo nie znam, może poza krykietem, głupszego sportu. I jeżeli golf zginie za mojego życia, nie uronię łzy.

Starzy ludzie w kaszkietach załamują ręce i nie rozumieją, że golf jest zaprzeczeniem wszystkiego, w co wierzą młodzi. Oferuje się im elitarność i poczucie ekskluzywności, podczas gdy młodzież chce do rozrywek wciągać jak największą grupę znajomych. Golf nie ma szans w starciu z frisbee na Polu Mokotowskim.

Golf jest absurdalnie drogi. Żeby zacząć grać, trzeba wziąć kilka lekcji. Można się czaić na dni otwarte na polu, można zapłacić. Godzina to stówka, do tego koszt wypożyczenia kija, piłek i opłaty za korzystanie z trawy. I okazuje się, że za wątpliwe uroki łażenia w słońcu za piłeczką, zapłacimy jakieś chore monety.

Partyjka golfa na połowie dołków to pewnie ze dwie godziny plus dojazd. W dobie natychmiastowej gratyfikacji za wszystko, nikt młody nie będzie grał w grę, w której prawdziwa rywalizacja zajmuje pięć procent czasu. Przecież to bez sensu, godzina bilarda czy rzutek jest tańsza, dużo ciekawsza i dynamiczna.

Golf jest pretensjonalny w opór. Jedyną logikę widzę w specjalnych, nieniszczących trawy, przyczepnych butach, cała reszta otoczki jest dęta. Kaszkiety, koszulki polo, specjalne spodnie, pulowery, rękawiczki i meleksy wyglądają tak śmiesznie, że pół dnia otwartego na polu golfowym pod Warszawą (byłem, a jakże!) spędziłem próbując się nie śmiać w głos. Gdzie w tym zabawa?
Może w siedzeniu nad regułami i zastanawianiem się, co to par i birdie? Wnioskując, że analitycy przewidują śmierć golfa za 52 lata, mam wrażenie, że nie chce się nam zgłębiać tajników siódmego dołka tylko po to, żeby strawić nad nim pół godziny, w tym dojazdy.
Najzabawniejsze zostawiłem na koniec. Znalazłem w sieci utyskiwania, że millenialsi nigdy nie odniosą sukcesu w biznesie, ponieważ mają w poważaniu biznesowe partyjki golfa i nie dostrzegają jego potencjału w budowaniu sieci kontaktów. Czy chodzi o budowanie sieci kontaktów z pokoleniem 50+, które rozkręciło 10 lat temu kryzys, po którym najbardziej oberwali młodzi ludzie? Spoko, widzę to.
Główny bohater filmu „Falling Down” ma bliskie spotkanie z golfiarzami. Mówi wtedy: „Nie dość, że otoczyliście ten piękny teren siatką, żeby grać w swoją gierkę, to jeszcze próbujecie mnie zabić piłką? Tu powinny bawić się dzieci, całe rodziny zasiadać do pikników, biegać zwierzęta. Zamiast tego znudzone staruchy jeżdżą na elektrycznych wózkach.”

Nie dodałbym do tego nic więcej. Śmiało mordujcie tego golfa, wkrótce opowiem o waszych innych przewinach.

 

Zdjęcie: news.golfervn.com