Gdybym miał wybrać 5 seriali idealnych do weekendowego binge watchingu na Netflixie, byłyby to następujące tytuły:
Stranger Things, bo wszyscy lubimy zaaranżowane na nowo melodie, które już znamy.
Jessica Jones, bo wszyscy lubimy superbohaterów, którzy nie nadużywają swoich mocy, za to mają bardzo ludzkie problemy.
Holistyczna Agencja Dirka Gently’ego, bo to Douglas Adams, którego udało się w końcu dobrze zekranizować.
Seria Niefortunnych Zdarzeń, bo wszyscy lubimy sprytne dzieci skutecznie walczące z przeciwnościami losu i seriami niefortunnych zdarzeń.
Rick & Morty, bo Pickle Rick!

Netflix wyrósł na mocnego zawodnika tak u nas, jak i u siebie w domu. Co prawda budzi mieszane uczucia i często jest przedmiotem żartów, ale skuteczności w dystrybucji nie można mu odmówić. Co prawda niektórzy zarzucają, że produkuje rzeczy kiepskie dla niewymagającego widza, ale za to bezpieczne z punktu widzenia kasy zaś inni twierdzą, że jego oferta pełnometrażowa jest tak stara, że musieli ją transferować z kaset VHS, ale fakty są takie, że Netflix przedefiniował sposób, w jaki oglądamy seriale. Zobaczmy co zmienił w naszym życiu.

Nieprzypadkowo na wstępie wybrałem tytuły z Netflixa. To dzięki jego pomysłowi narodził się binge watching. Dzięki wrzucaniu całego sezonu hurtem możemy robić sobie maratony samotnie, w parach czy grupach przyjaciół. Oglądanie sezonu ciągiem to fenomen socjologiczny, psychologiczny i towarzyski. Fajniej jest umówić się na nocny maraton „Stranger Things” ze znajomymi niż na jeden odcinek „Gry o tron”.

Netflix pomógł rozwiązać nam dylematy moralne związane z piraceniem treści. Nie musimy już kombinować i usprawiedliwiać się przed sobą i znajomymi. Możemy w końcu za niewielkie pieniądze śledzić ulubione seriale. Dodajmy do tego HBO, które w kwietniu w końcu udostępniło swoje usługi poza kablówkami i mamy komplet na pełnym legalu.

Postawię odważną tezę, że to właśnie Netflixowi zawdzięczamy zmniejszenie skali piractwa w Polsce. Po niezbyt fortunnym starcie, rozszerzył swoją ofertę i stał się pierwszą powszechnie dostępną u nas platformą, oferującą tak bogatą bibliotekę seriali i filmów. Myślę, że to dzięki niemu dzieje się w internecie to, co się dzieje, czyli cuda.

Cuda wyglądają następująco: w 2015 roku filmy i seriale ciągnęło z torrentów 27 proc. internautów, rok później 24 proc. a w 2017 tylko 21 proc. W roku 2017 z serwisów streamingowych korzystało 77 proc. internautów. A 20 proc. płaci za treści w serwisach typu SVOD, czyli takich, w których dostajemy dostęp do całego katalogu w ramach miesięcznego abonamentu.

Netflixowe „oglądaj gdzie chcesz, rezygnuj kiedy chcesz” przedefiniowało sposób płacenia za usługę. 10 proc. zrzuca się ze znajomymi, bo w Netflixie możemy wykupić dostęp na kilka urządzeń. Połowa płaci co miesiąc sama. Za to aż 40 proc. użytkowników płaci za dostęp okazjonalnie, w wybranych miesiącach. Netflix powiedział nam: macie tu filmy i seriale, możecie rzucać we mnie hajsem co miesiąc, ale jak wolicie, to róbcie to raz na kwartał. Rzucamy co miesiąc dużą grupą tak hojnie, że w pierwszym kwartale tego roku osiągnął globalnie 290 mln dolarów zysku, a na całym świecie ma 125 mln odbiorców.

Netflix jest liderem tworzącej się alternatywy dla telewizji. Do ubiegłego roku, pomimo przeniesienia się przez widzów z oglądaniem treści do internetu, telewizja była zadziwiająco stabilnym medium, niepodatnym na zmiany preferencji widzów. Jednak w drugim półroczu 2017 roku czas oglądania telewizji wśród najmłodszej publiczności zmalał aż o 20 minut, do niecałej półtorej godziny dziennie.

Netflixowi udało się w USA coś, co ponoć udać się nie miało prawa. W marcu 2017 roku miał więcej klientów niż najwięksi operatorzy płatnych kablówek, reprezentujący 95 proc. rynku.

Netflix zmienił podejście ludzi do płatnej rozrywki. Od początku roku 2012 kablówki straciły 4 mln subskrybentów. Netflix zyskał 27 mln. Czyli nie przejął klientów tylko rozszerzył ich bazę. Za treści zaczęli płacić ludzie, którzy do tej pory nigdy tego nie robili.

No i niech mi ktoś powie, że Netflix nie zmienia świata.