Dorośli chcieliby winić milenialsów absolutnie o wszystko. O zmarnowane życie, które poświęcili na wychowanie niewdzięcznych gówniarzy, o siedzenie rodzicom na głowie do trzydziestki, brak zaradności życiowej, lenistwo, roszczeniowość, nosy wetknięte w komórki i wykańczanie kolejnych gałęzi gospodarki.

Nie da się obwinić młodych o wszystko, ale to nie znaczy, że nie możemy próbować. Na przykład niedawno okazało się, że to przez milenialsów podupadają niektóre restauracje, a McDonald musi zastanowić się nad swoim McWrapem. Źle się dzieje w państwie duńskim, w Stanach Zjednoczonych i na świecie.

W ogólnym ujęciu, młodzi przestali wychodzić do restauracji na obiady. Wolą siedzieć w domu i zjadać frymuśne przekąski. Co prawda powody takiego podejścia są zupełnie sensowne, ale branża restauracyjna cierpi przez to głód i niedostatek. Milenialsi wolą przekąski, bo są wygodniejsze, szybsze w przygotowaniu, zazwyczaj zdrowsze, tańsze od posiłków na mieście no i łatwiej je przynieść do pracy.

Firma NPD Group zajmująca się badaniami rynku i preferencji konsumenckich sprawdziła, czym ludzie zastępują obiady i okazało się, że najpopularniejsze są świeże owoce, czipsy, mrożony jogurt i gotowe sałatki. Mam wątpliwości, czy czipsy są faktycznie zdrowsze od steka, ale na pewno kosztują mniej. Ci sami badacze przewidują, że do 2024 roku zastępowanie obiadu zdrowymi przekąskami zwiększy się o 12 proc. Tymczasem branża restauracyjna skarży się, że w 2016 roku liczba osób wpadających na szybki lancz spadła o 2 proc. Faktycznie – śmierć.

W obliczu tych faktów nie powinno dziwić, że duże sieci mają problem z milenialsami. Przypomnę, że to największa i najbardziej pożądana grupa konsumencka w Stanach. Wszyscy, którym nie udało się ich przyciągnąć do siebie patrzą z zazdrością na kolegów, którzy dzięki młodym konsumentom pławią się w dostatku. Srogie cięgi zbierają zwłaszcza te sieciówki, które nastawiły się na okazjonalnych, młodych gości. Applebee’s, Ruby Tuesday, TGI Fridays czy Buffalo Wild Wings muszą zamykać restauracje. Cała branża dużych sieciówek poniosła w 2016 roku straty największe od czasów kryzysu. Spadek sprzedaży wyniósł 2,4 proc. a pamiętajmy, że mówimy tutaj o miliardowym biznesie i firmach notowanych na giełdzie. Spadek sprzedaży dał impuls do spadku notowań akcji. I nagle okazało się, że z pozoru niewielka strata wpędziła branżę w spore kłopoty.

Wszystko to wiąże się oczywiście z milenialsami i ich nieznośnym nawykiem do robienia wszystkiego szybciej niż poprzednie pokolenia. Młodzi wybierają restauracje „fast casual”, jak na przykład Chipotle czy Shake Shack. Washington Post przedstawił raport, z którego wynika, że między rokiem 1999 a 2014 sprzedaż w lokalach „fast casual” wzrosła o 550 proc. a Amerykanie wydali tam 21 miliardów dolarów. Sieć Chipotle urosła czterokrotnie a Shake Shack wszedł na giełdę pomimo tego, że w 2015 roku miał tylko 36 placówek.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie wie o co naprawdę chodzi z tym „fast casual”. Jest kilka kategorii klasyfikacyjnych, ale tak naprawdę do niektórych trafia i Chipotle, i Buffalo Wild Wings, a do innych Shake Shack i McDonald. Różnice między „fast food”, „fast casual” i „casual lunch diner” są niewyraźne i chyba nikt oprócz konsumentów nie wie, do której przegródki co wrzucić.

Tak czy inaczej, segment „casual lunch” traci a sieci zamykają restauracje, „fast casual” rośnie pionowo, za wszystko odpowiadają milenialsi, świat wrócił na właściwe tory, dalej można obwiniać zwyczajowych podejrzanych.

A co z McWrapem? Zacznę od ciekawostki, został wymyślony w jednym z polskich McDonaldów. Nasza młodzież sięgała po niego bardzo chętnie, dlatego po kilku latach Amerykanie wprowadzili go u siebie. Liczyli na to, że pociągnie im sprzedaż, bo prezentował się bardzo zdrowo – klientów zmylały sterczące z niego na wszystkie strony liście sałaty. Niestety, okazało się, że młodzi Amerykanie stołujący się w McDonaldzie niekoniecznie liczą kalorie i nie idą tam, by jeść zdrowo. Ich cele znowu nie zostały rozpoznane prawidłowo. Otóż okazało się, że milenialsi woleliby móc zamówić menu śniadaniowe o dowolnej porze dnia i nocy. Na dodatek wydają na nie tyle, że po raz pierwszy od wielu lat sprzedaż w amerykańskim McDonaldzie poszła w górę. Czyli stało się zupełnie inaczej niż u nas, gdzie menu śniadaniowe nigdy nie było hitem.

U nas McWrapy sprzedają się dobrze a w Stanach milenialsi pokazali, że jak już idą zjeść coś niekoniecznie zdrowego za pięć dolców, to wolą McMuffina i McGriddlesa. Dlatego wszystko wskazuje na to, że śniadania owszem, ale McWrapowi śmierć!

A co u nas? Ano nic. Z dużych sieciówek mamy tylko fast foody i Subwaya, a młodzi i tak wolą hamburgery z Bobby Burgera. Czyli jak zwykle branży nic nie grozi. Mamy strasznie leniwych i bardzo mało krwiożerczych milenialsów. Trochę wstyd.