Pierwsze polskie katamarany turystyczne, które wypłyną na pełne morze, powstały w Wałbrzychu – mieście, które nie ma dostępu do żadnego akwenu. Historia firmy Corthinx to inspirujący miks żeglarskiej pasji, konsekwencji i ciężkiej pracy. Jej twórcy i pracownicy właśnie świętują pierwsze sprzedane za setki tysięcy euro modele i odbierają zamówienia z całego świata. O ich drodze do sukcesu rozmawiam z Karoliną Sową, którą firmy przywiało zamiłowanie do systematyczności i… laminatów.

 

Agata Kowalczyk, HiCash Wybacz, ale muszę zacząć od pytania, które pewnie słyszysz bardzo często. Dlaczego łodzie robicie właśnie w Wałbrzychu?

Karolina Sowa, Corthinx  [śmiech] Rzeczywiście, z zewnątrz może to być wybór nieoczywisty w związku z tym, że będąc w Wałbrzychu, nie mamy dostępu do żadnego akwenu, na którym moglibyśmy testować nasze łodzie. Pomysłodawcy i założyciele firmy Corthinx są wałbrzyszanami i postanowili pracować właśnie tutaj. To stało się ważną częścią naszej filozofii: nieważne, gdzie rodzi się Twój pomysł, ważne co z nim zrobisz. Mamy w Wałbrzychu rosnącą w siłę strefę ekonomiczną, która jest jedną z największych w Polsce. Postanowiliśmy z tego skorzystać. Poza tym Wałbrzych to byłe miasto przemysłowe i na jego terenie znajdujemy wielu wysokiej klasy specjalistów z różnych branż.

Ale przemysł stoczniowy w Wałbrzychu to pomysł na tyle zuchwały, że chyba musiało stać za nim coś więcej niż chęć założenia biznesu…
Ludzie, którzy w 2014 roku założyli spółkę to oczywiście pasjonaci żeglarstwa, ale też osoby z dużym doświadczeniem: jeden z nich jako projekt manager uczestniczył w budowie dwóch spośród 100 największych i najbardziej luksusowych jachtów świata. Plus był taki, że drugi z założycieli zawodowo od zawsze związany jest z biznesem, więc model biznesowy, który opracował nie był oczywisty i prosty w realizacji, ale zakładał osiągnięcie dobrych wyników. Darek stworzył międzynarodową Grupę Corthinx, która realizuje samodzielnie projekty – sami budujemy inżynierię, formy i gotowe jachty, od postaw tworzymy design, zajmujemy się sprzedażą, czarterem i wreszcie organizacją transferów morskich. Zaczynaliśmy nie od łodzi, a od budowy form do produkcji jednostek na zlecenie dużych producentów jachtów. Okazało się, że zainteresowanie tymi formami wykroczyło poza przemysł stoczniowy i mieliśmy zamówienia na przykład dla elektrowni wiatrowych czy branży automotive. Formy znajdują klientów w zasadzie wszędzie tam, gdzie stosowane są laminaty.

Ile osób zatrudniacie?
W Wałbrzychu pracuje kilkadziesiąt osób, dodatkowo w Splicie, w Chorwacji pracuje podobna ilość. Tam budujemy nasze duże katamarany, których transport jest niemożliwy drogą lądową. Dodatkowym atutem ekspansji jest fakt, że jesteśmy w centrum drugiego co do wielkości rynku czarterowego, zaraz po USA.

Ale największy jak dotąd sukces firmy wydarzył się wiosną tego roku, prawda?
Postawienie naszego pierwszego jachtu na wodzie to z pewnością krok milowy dla firmy. No i sukcesem jest to, co dzieje się teraz i na co długo pracowaliśmy: zainteresowanie marką rośnie, mimo że nasz marketing jest jeszcze w bardzo początkowej fazie. Mimo to interesują się nami klienci z całego świata. Powiedziałabym, że naszym największym sukcesem jest  to, że idziemy tą ścieżką, którą sobie wyznaczyliśmy. Oczywiście, na tej drodze były i sukcesy, i niepowodzenia, ale konsekwentnie trzymamy kurs.

Ile zrobionych przez Was od A do Z łodzi pływa już po światowych wodach?
Po testach morskich jest już parę sztuk. Naszą wizją jest bycie solidną manufakturą w najlepszym tego słowa znaczeniu. Chcemy współtworzyć historię polskiej branży jachtowej, praktycznie wszystkie nasze modele odniosły duży sukces. Aktualnie w trakcie produkcji znajduje się 7 dużych modeli i dynamicznie napływają nowe zamówienia z całego świata. W tym momencie planujemy średnio co miesiąc wypuszczać nową jednostkę.

To dużo?
Nie mamy w planach bycia producentem masowym. Te ilości są na tyle dobre, żeby firma dobrze funkcjonowała, a jednocześnie pozwalają na to, żeby łodzie były wykończone luksusowo, dopracowane na każdym etapie. Charakteryzuje nas to, że klienci mogą u nas skustomizować każdą jednostkę. Dla przykładu: nasz katamaran CX1000 produkujemy teraz w trzech różnych wersjach. Jest wersja Shuttle przeznaczona do transferu ludzi na przykład między marinami albo między dużymi jednostkami a nabrzeżami – przydatne, gdy duże jednostki nie mogą dopłynąć do nabrzeży ze względu na płycizny. Jest też wersja Owner do takiego naprawdę prywatnego użytku, gdzie właściciel ma zapewnioną prywatność. No i wreszcie Profi, czyli taka sportowa wersja z mocniejszymi silnikami i o silniejszej konstrukcji dla tych, którzy lubią adrenalinę. Z każdym klientem rozmawiamy indywidualnie: może sobie dobrać wyposażanie, rodzaj silników, w miarę możliwości technicznych też zaaranżować przestrzeń na pokładzie. Podobnie jest z naszymi większymi jednostkami. Ciekawostką także jest nasz 44- stopowy katamaran CX44 PERFORMANCE, który zbudowany jest na bazie karbonu i wyposażony jest w system hybrydowy wspomagany nowoczesnym systemem odzyskiwania energii z ruchu jednostki, czyli takie połączenie wygodnego domu i sportowego samochodu- katamaran jest bardzo szybki i wygodny.

Gdzie jest największe zainteresowanie Waszymi katamaranami?
Mamy klientów w Chorwacji – tam dostarczyliśmy dwie nasze pierwsze jednostki i planujemy wysłać kolejne. Rozmawiamy z klientami z Francji, którzy naszymi łodziami chcą pływać sobie w miastach. W Europie rynek zbytu to też Niemcy, Włochy I Portugalia. Zainteresowanie jest też w Stanach, na razie głównie w Minnesocie i Północnej Karolinie. Dogrywamy szczegóły z klientem z Australii.

Skąd takie zainteresowanie łodziami z Wałbrzycha? Trafiliście w jakąś szczególną niszę?
Faktem jest, że temat katamaranów jest niszowy ale bardzo skomplikowany. Odwiedza nas wielu marzycieli, którzy chcieliby inwestować w tę branżę. Z boku wszystko może wydawać się proste jednak w rzeczywistości to bardzo praco- i kapitało- chłonny biznes. Wyobraź sobie, przez ile etapów trzeba przejść aby zaprojektować i wybudować jednostkę nawet nie dużych rozmiarów- koncept, design, inżynieria, formy, prototyp-na to wszystko potrzeba czasu, te wszystkie etapy trzeba przejść i nikt nie ma gwarancji, że dany model odniesie sukces rynkowy. Tak, jak wspomniałam wcześniej, konsekwentnie wstrzeliliśmy się w pewien trend: klienci coraz bardziej zainteresowani są katamaranami, a rynek nie jest jeszcze tymi jednostkami wypełniony, głównie dominują na nim jednokadłubowce. Tymczasem ludzie coraz bardziej chcą spędzać czas na wodzie, na przykład zamiast kupować wczasy gdzieś na lądzie, to za podobne pieniądze mogą sobie wypłynąć katamaranem. Nasze większe jednostki mają około 100 metrów powierzchni użytkowej na dwóch pokładach, na których spokojnie mogą zamieszkać dwie rodziny. To łącznie cztery sypialnie, dwie łazienki i kokpit z miejscem na imprezy oraz salon z kuchnią. To naprawdę fajny dom.

Ile kosztują Wasze katamarany?
Czekałam na to pytanie [śmiech]. Zasadniczo ceny naszych jednostek są różne w zależności od życzeń klienta. Rząd wielkości to setki tysięcy euro. Powstanie każdego nowego modelu wymaga dużych nakładów kapitału i czasem wielu lat pracy. Dlatego jacht jest synonimem luksusu. Proces budowy jednostki nie jest i nie może być zautomatyzowany. Każdy jacht jest tak naprawdę inny, nawet jeśli mówimy o tym samym modelu. Budowa jachtów to takie połączenie technologii i rzemiosła.

Kto kupuje takie ekskluzywne łodzie?
Zdziwiłabyś się, naprawdę różni ludzie. Jachty to dziś modny pomysł na inwestycję. Często klienci rozważają zakup jachtu w ramach systemu yacht-investment. Obecnie z funduszem inwestycyjnym, będącym udziałowcem w spółcem tworzymy taką ofertę. Innymi klientami są klienci indywidualni, którym znudziło się już odpoczywanie w hotelach. Sama gorąco polecam wszystkim spędzenie takich wakacji, to zupełnie inne doświadczenia. Katamarany oferują wygodę hotelu w połączeniu ze spełnieniem marzeń o podróżach. Jest bezpiecznie, wygodnie i przyjemnie. Decyzję o zakupie jachtu podejmują całe rodziny. Są firmy, które chcą czarterować nasze łodzie, czyli sprzedawać dalej usługi na katamaranach; hotele, bazy nurkowe, operatorzy turystyczni. To, co na pewno można powiedzieć o naszych klientach to, że znają branżę. Ludziom często wydaje się, że przemysł stoczniowy wiąże się zawsze z idealnym wykończeniem. I owszem, jest to luksusowa branża, ale nie wszystkie produkty są superluksusowe. I to jest ok, że ktoś po prostu chce mieć zwykły jacht, żeby na nim popływać. My jednak rozmawiamy głównie z klientami , którzy wchodzą na pokład i dokładnie wiedzą, jakiej jakości oczekują, a my te oczekiwania spełniamy.

W Corthinx pełnisz oficjalnie funkcję Office Managera, zajmujesz się też dostawą produktów. Chyba nie się tego robić bez fachowej wiedzy. Uczyłaś się tego wszystkiego od podstaw będąc już w firmie, czy miałaś jakieś przygotowanie?
Jeżeli chodzi o pracę w przemyśle, to to jest moja pierwsza praca. To faktycznie ciekawa historia, trochę przypadku i pasji. Trafiłam do firmy Corthinx robiąc praktyki na studiach [Karolina studiowała Zarządzanie i Inżynierię Produkcji na Politechnice Wrocławskiej – przyp. red.]. Wydawało mi się wtedy, że miałam solidną wiedzę na temat laminatów i zarządzania.  Życie mnie mocno zweryfikowało. Gdy dołączyłam do Corthinx, to zaczynała się właśnie faza mocnego wzrostu firmy, nie miałam innego wyjścia: siedziałam dniami i nocami, żeby rozgryźć, o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście od początku złapałam dobry kontakt z projektantami: i nautycznymi, i inżynierami, którzy wspierali mnie w tej nauce. Każdy dzień tutaj ma dla mnie wartość, jestem na takim etapie, w którym pełnię samodzielne stanowisko w grupie wyjątkowych specjalistów i bardzo to doceniam. Wcześniej nie żeglowałam, ale bardzo chciałam się wszystkiego nauczyć, wciągnęło mnie to. Teraz nie wyobrażam sobie pracy w innej branży. Praca w takiej firmie produkcyjnej wygląda zupełnie inaczej niż przedstawiano mi to ma studiach. Świat nie został na pewno jeszcze wymyślony, tak jak twierdzą niektórzy. Codziennie pracujemy nad czymś nowym, czujemy się jak prawdziwi eksplorerzy. Gorąco zapraszam do nas wszystkich młodych i ambitnych ludzi!

Skąd wybór inżynierii produkcji? 
Zawsze dobrze szły mi przedmioty ścisłe i naturalnym wyborem była dla mnie politechnika. Bardzo interesowała mnie ta systematyczność w pracy produkcyjnej. Dużą inspiracją był dla mnie mój kuzyn Bartek, który pracował w branży aerospace. Ja widziałam się bardziej w branży automotive ze względu na to, że najwięcej takich firm jest w naszej strefie ekonomicznej. Ale trafiłam do branży jachtowej i bardzo zależało mi na tym, żeby się jak najwięcej nauczyć. Pod koniec studiów – a studiowałam do końca dziennie – kursowałam pomiędzy Wrocławiem i Wałbrzychem. To było szaleństwo. Ogromnym wsparciem byli dla mnie wtedy moi przyjaciele.

Naprawdę jestem pełna podziwu dla pasji z jaką mówisz o tej pracy, więc myślę sobie, że w tym szaleństwie była jednak metoda [ śmiech]. Dzięki za rozmowę!
Dziękuję Agata, trzymam kciku za HiCash. Robicie dobrą robotę!

[<3 <3 <3 – przyp. red.]