Disney nie bierze jeńców. Pod koniec zeszłego roku ogłosił, że kupuje od wytwórni 21st Century Fox ich część związaną z rozrywką za 52 miliardy dolarów. Ciekawy wydaje się być zakup części Hulu. To może oznaczać, że Disney będzie chciał ruszyć z własną platformą stramingową.

Co właściwie kupił Disney? Dużo dobrych rzeczy. Ponad 300 kanałów telewizyjnych, w tym FX Networks, National Geographic i mnóstwo kanałów sportowych  (choć to nas mało interesuje, bo kto ogląda baseball i futbol amerykański w kablówkach wypchanych reklamami). Połowa udziałów w grupie Endemol Shine daje Disneyowi kontrolę nad jednym z największych producentów telewizyjnych na świecie, właścicielowi takich formatów jak Twoja twarz brzmi znajomo czy MasterChef. To też ładnie wygląda na papierze, ale serc młodego widza raczej nie zdobędzie. Gdy połączymy to z przejęciem całego studia 20th Century Fox, zobaczymy obraz, który może nas, fanów albo bardzo uradować, albo przerazić na śmierć.

Do Disneya w tej chwili należą Gwiezdne Wojny, Marvel, Pixar, ABC i ESPN. Teraz dojdą do tego X-Meni i Deadpool, co może podgrzać emocje fanów komiksowych adaptacji Marvela. Być może dzięki temu premiery będą nie co kwartał, a co miesiąc.

Disney będzie mógł dokręcić kolejne części takich filmów jak Obcy, Predator, Kingsman, Planeta Małp, Szklana pułapka, Avatar czy Titanic. Przejmuje też produkcje serialowe Foxa, żeby wymienić najbardziej znane: Z Archiwum X, Prison Break, Fargo, American Horror Story, Gotham, Simpsonowie czy Family Guy.

Animacje to w tej chwili prawie stuprocentowy monopol Disneya i z lękiem wypatruję musicalu West Side Story Next Generation: Alien vs Predator.

Jeżeli administracja Trumpa nie zablokuje tej fuzji (a raczej nie zablokuje), na rynek wkroczy behemot władający praktycznie całą popkulturą. Analizując wpływy z produkcji kinowych, Disney będzie kontrolował 40% amerykańskiego rynku kinowego i tyle samo telewizyjnego. Jego konkurenci mają się czego bać, a fani Marvela dalej się cieszą.

Jedyny lęk, jaki wzbudza we mnie ta fuzja, związany jest z czymś, co niewątpliwie nastąpi w okolicach 2019 roku – mam na myśli The Streaming Wars. Jest to bezprecedensowa rewolucja, która dokonała się w ciągu ostatnich siedmiu lat, w wyniku której albo wchodzisz z nowymi produkcjami do streamingu, albo giniesz i nie ma w tym ani krzty przesady. Disney kupił sobie produkty, które interesują najbardziej atrakcyjne grupy demograficzne, teraz musi sprawnie stworzyć kanały ich dystrybucji. Hulu już ma, teraz czas na Disneyflixa.

Disneya stać na prowadzenie wojny z innymi platformami streamingowymi. Na przykład na dzień dobry może oddać strzał ostrzegawczy w Aldebarana i wycofać swoje produkcje animowane z HBO i Netflixa. Otwartym pozostaje pytanie, czy rodzice zechcą płacić za dwie albo trzy usługi, czy pójdą do Disneya, który oprócz bajek dla dzieci, zaproponuje im na przykład kolejny sezon Z Archiwum X, wszystkie sezony Simpsonów albo przyzwoity serial o Colonial Marines walczących z Obcymi ramię w ramię z grupą Predatorów.

A co z mniejszymi projektami do dystrybucji streamingowej. Przypomnę, że pod koniec grudnia 2017 roku na Netflixa trafiła superprodukcja Bright, z Willem Smithem w roli głównej. Film kosztował 90 mln dolarów. Wyprodukowanie Pięknej i Bestii, która wygrała box office za rok 2017, kosztowało 160 mln dolarów. Myślę, że jeżeli Disney zechce przejechać się walcem po konkurencji, ma po temu niezbędne finanse i kompetencje. I jeżeli nie zawali się pod własnym ciężarem, czeka nas najpierw okres dużej radości (bogata oferta, duże obniżki cen) a potem lata płaczu (dlaczego skusiłem się na taniochę i zabiłem Netflixa). Bardzo chciałbym się mylić, ale nie trzeba doświadczonego analityka, żeby dostrzec front, na którym odbędzie się starcie. Szczególnie, że według nieoficjalnych doniesień Apple będzie chciał przejąć do końca roku Netflixa.

A dlaczego Streaming Wars napełniają moje serce bojaźnią? Bo na wojnie bywa różnie. Czasami Rebelianci dają tęgiego łupnia Imperium, czasami Imperium kontratakuje, natomiast rzadko kiedy po wojnie wszyscy wychodzą wzmocnieni. Pamiętacie jeszcze Netscape? No właśnie.