W sieci mamy prawdziwy wysyp ofert dla osób, które mają zajmować się w firmach growth hackingiem. Chociaż idea szukania myków na błyskawiczny wzrost dotarła do nas późno, to całkiem nieźle się zadomowiła.  Bo dlaczego nie spróbować, jeśli taki internetowy magik może wskazać nam drogę na skróty do milionów klientów?

Growth hackingiem branża internetowa po raz pierwszy zachłysnęła się w 2010 roku zachęcona sukcesami takich firm jak Facebook, Uber, Airbnb czy Dropbox. Wszystkie one osiągnęły błyskawiczne sukcesy liczone w milionach użytkowników bez gigantycznych budżetów marketingowych Jak to zrobiły? Przeanalizowały sposób, w jaki korzystamy z sieci, rozłożyły na czynniki pierwsze to, co decyduje o popularności treści w serwisach społecznościowych oraz wyszukiwarkach i skupiły się na danych, które można o nas w internecie zebrać. Miks tej wiedzy pozwolił im nie tyle “wynieść biznesy na nowy poziom”, co wystrzelić je w kosmos.

No właśnie, dane. Dzisiaj już większość decyzji biznesowych jest opartych o internetowe dane, analitykę, strategie “data driven”. Trudno to sobie wyobrazić, ale nie tak dawno nie mieliśmy dostępu do takiej ilości informacji, ani pomysłu jak z nich korzystać. To właśnie growth hacking postawił dane zbierane w internecie w centrum działań produktowych, marketingowych i sprzedażowych. Okazało się, że pozwalają one na bieżąco obserwować, które działania przynoszą duże wzrosty w krótkim terminie.

Jeden z najlepszych growth hackerów w Dolinie Krzemowej i założyciel Growth.ly Justin Wu studiował architekturę informacji, a przygodę z biznesem w sieci zaczynał w wieku 14 lat od sprzedawania kart z Pokemonami na eBayu. Bawił się w tradycyjny arbitraż: kupował tanio, sprzedawał drożej. Potem robił własne strony internetowe, też z kartami.

Pierwszym jego  growth hackingowym odkryciem był Google AdSense, dzięki któremu zaczął zarabiać w internecie konkretne pieniądze. Budując własne startupy, zrozumiałem jedno: to jak dobry jest mój produkt czy usługa nic nie znaczy, jeśli nie uda mi się z nią dotrzeć do klientów. Skupiłem się więc przede wszystkim na dystrybucji – wspomina początki. Zaczynał w Seattle, gdzie bardzo trudno było znaleźć inwestora. Growth hacking w jego wypadku wynikał z potrzeby zbudowania dystrybucji bez kasy.

Biznes na skróty
Growth hacking to szukanie drogi na skróty po to, żeby firma w rok odnotowała taki wzrost, na który  w normalnych warunkach pracowałaby dziesięć lat. Tutaj wszystko ma być szybciej, sprytniej i taniej. Do kanonu growth hackingu weszły m.in. sposoby taniego i szybkiego rozwoju produktów przy pomocy internetowych narzędzi takich jak testy A/B, landing pages, virale, automatyzacja komunikacji czy wykorzystanie kodu do celów marketingowych.

  • TESTY A/B
    Eksperymentowanie to nieodłączny element growth hackingu. Testy A/B mogą być na przykład inteligentnym sposobem  sprawdzenia skuteczności komunikatów marketingowych. Niektóre treści skłaniają użytkowników do wejścia na nasze strony, inne działają słabiej. Wypuszczając obie wersje przekazu w ocean internetu, możemy niemal natychmiast wyłowić te, które najlepiej przekładają się na konwersję internautów w klientów. To prawdziwy przełom, biorąc pod uwagę fakt, że kiedyś skuteczność ocenialiśmy po miesiącach od wypuszczenia kampanii. Dzięki testom A/B możemy też sprawdzać, czy nasze produkty internetowe są dobrze zaprojektowane – wedle zasady, że najlepsze rozwiązania podpowiadają sami użytkownicy. Kiedyś słono płaciliśmy za takie badania rynku.
  • LANDING PAGES
    Dziś wydaje się to oczywiste, że użytkownik w sieci powinien trafić na stronę konkretnej usługi. Landing page to odpowiednik sklepowej witryny. Jeśli uda nam się zachęcić nią klienta do wejścia do sklepu, to jesteśmy bardzo blisko sukcesu. Stąd tylko kilka kliknięć dzieli go od zakupu. Trochę nam zajęło ogarnięcie tego w sieci.
  • VIRALE
    Dobry viral jest w sieci jak plotka. Potrafi dotrzeć do zaskakująco dużej liczby internautów. Umiejętne wykorzystanie mechanizmów rozprzestrzeniania się treści w sieci pozwala zaoszczędzić spore kwoty, które musielibyśmy zainwestować w internetową reklamę.
  • AUTOMATYZACJA
    Automatyzacja e-maili i komunikacji na platformach społecznościowych to był krok milowy dla wielu firm (np. Airbnb). Growth hacking idzie często na ilość, nie za bardzo martwiąc się o jakość (szczególnie materiałów marketingowych). Automatyzacja mailingów i postów na Facebooku, Twitterze, LinkedIn czy też zawiadywanie komunikatami z jednego miejsca,  pozwoliło docierać z ofertą do ogromnej liczby potencjalnych klientów w krótkim czasie. I nawet jeśli procent osób, które zainteresowały się produktem był niewielki, to przy tak ogromnym zasięgu, zapewnił szybki wzrost wielu internetowym firmom.
  • POZYCJONOWANIE, OPEN GRAPH
    Growth hacker to ktoś, kto łączy kompetencje marketingowca z programistą. Dzięki umiejętnemu zastosowaniu na przykład Facebookowego protokołu mikrodanych (OpenGraph) już na poziomie kodu można znacznie poprawić widoczność swoich produktów w sieci.  Każdy serwis społecznościowy czy platforma ma swoją logikę prezentowania treści przełożoną na język algorytmów. Kto je zna, ten może zhackować system i – umiejętnie dostosowując kod i treści – zainteresować swoimi produktami i usługami wielu nowych klientów.

To co wczoraj było w growth hackingu kurą znoszącą złote jaja, jutro będzie zgniłym jajem. Obowiązuje zasada “kto pierwszy, ten lepszy”. Haki są skuteczne dopóki zbyt wiele osób nie zacznie ich stosować. Cała zabawa w growth hacking polega na tym, żeby próbować nowych sposobów i kanałów, bo w sieci ciągle pojawiają się nowe możliwości. Powstają tam, gdzie są internauci. I tak na przykład świetnym źródłem leadów stał się niedoceniany przez lata Instagram. Growth hackerzy na całym świecie próbują znaleźć sprytny sposób, który pozwoli zbudować  tam jak największy zasięg bez wydawania kasy na reklamę.

Jedno trzeba przyznać: to właśnie idea growth hackingu spowodowała wysyp produktów i usług, które istnieją wyłącznie w głowach pomysłodawców. Minimalizowanie kosztów jako naczelna zasada sprytnego hakowania wzrostu doprowadziła twórców do konkluzji, że nie opłaca się budować produktów, dopóki nie ma na nich klientów. “Fake it before you make it” stało się częścią tej zabawy. “Jeśli produkt nie jest gotowy, po prostu narysuj go w Photoshopie i wstaw na landing page” – radzi spryciarz z Growth.ly. Czy to etyczne? Średnio. Opłacalne? Bardzo.