Założenie firmy w 20 minut, wypełnienie formularza podatkowego w 3 min, darmowe Wi-Fi w całym kraju, recepty tylko w formie cyfrowej, zintegrowane bazy danych obywateli zabezpieczone kryptograficznie… Informatyczna utopia? Nie. Po prostu Estonia.

Jeszcze ćwierć wieku temu Estonia była pogrążoną w kryzysie postsowiecką republiką. Kolejki do sklepów, spadająca produkcja przemysłowa, pędząca inflacja i rosnące bezrobocie – tak mniej więcej wyglądała wtedy sytuacja gospodarcza tego małego, bałtyckiego kraju. W 2018 r. ten sam kraj określany jest przez magazyn “Wired” najbardziej zaawansowanym cyfrowo społeczńestwem na świecie. To tu powstał Skype, to tu po raz pierwszy w administracji wdrożono technologię blockchain, to tu prężnie rozwija się instytucja e-rezdyenta i być może niebawem powstanie narodowa kryptowaluta Estcoin. Jak to się stało, że w stosunkowo krótkim czasie mały kraj z ekonomicznej ruiny zmienił się w informatycznego tygrysa?

Terapia szokowa
Estońska przemiana zaczęła się od razu po rozpadzie ZSRR. Politycy postanowili wykorzystać fatalną sytuację gospodarczą i szybko przeprowadzić fundamentalne reformy, diametralnie zmieniające gospodarcze realia. Uznali, że w czasie kryzyu społeczeństwo relatywnie lepiej zniesie ekonomiczną reorganizację. Trochę według zasady, że gorzki lek lepiej przyjąć w jednej dawce, niż w całej ich serii. – Wizjonerskie rządy nie mają wiele czasu na wykonanie niezbędnych kroków. Wiara jaką ludzie pokładają w politykach jest ograniczona, tak samo jak niewygody, które są gotowi znieść – tłumaczył to podejście Mart Laar, premier Estonii w latach 1992-1994. Zdecydowano się więc na terapię szokową, prawie jak Leszek Balcerowicz w Polsce, z tym, że tutaj “prawie” robi ogromną różnicę.

Po szybkim utworzeniu koalicji rządowej od razu zabrano się za opracowanie szerokiego programu reform, korzystając przy tym z doradztwa zagranicznych think tanków, w tym m. in. szwedzkiego, libertariańskiego Timbro, którego misją jest promocja wolności indywidualnej, nieskrępowanej przedsiębiorczości i otwartego społeczeństwa. Reformy zaczęły się od makroekonomicznej bazy – wprowadzenia i stabilizacji korony estońskiej oraz zrównoważenia budżetu.

Co ciekawe, Estonia odrzuciła propozycję pożyczki ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc nie chciała bezpośrednio uzależniać się od zagranicznego kapitału. Postawiła na wewnętrzne oszczędności i długoterminowe efekty. Po ujarzmieniu inflacji i podstawowych wskaźników koniunktury można było wziąć się za kolejne zmiany, już nie tylko stabilizujące sytuację, ale dające społeczeństwu perspektywy i możliwości rozwoju. Stąd zniesienie międzynarodowych barier handlowych i otwartość na zagraniczne inwestycje (m. in. możliwość zakładania i kupowania spółek na takich samych warunkach, które obowiązywały Estończyków oraz atrakcyjne zwolnienia podatkowe), które miały stanowić koło zamachowe gospodarki.

Trudno się zresztą dziwić takiej strategii. Na popycie wewnętrznym (zaledwie 1,3 mln mieszkańców), dodatkowo niezbyt zamożnym, kraj daleko by nie zajechał. A tak Estonia szybko stała się strefą wolnego handlu i w drugiej połowie lat 90-tych miała więcej inwestycji zagranicznych przypadających na mieszkańca niż jakiekolwiek inne państwo w Europie Środkowo-Wschodniej. Otwartość estońskich władz nie dotyczyła tylko zagranicznych podmiotów. Państwo dbało też o swoich obywateli o czym świadczy chociażby prywatyzacja prowadzona w porozumieniu ze związkami zawodowymi i wprowadzenie dialogu społecznego (trójstronne negocjacje między państwem, pracodowcami i pracownikami), co dało podwaliny społeczeństwa obywatelskiego.

Kluczowe było jednk zbudowanie instytucji, dzięki którym gra rynkowa miała jasne reguły, a ich przestrzeganie dawało więcej korzyści niż omijanie. Mowa tutaj o transparentnej administracji, reformie sądownictwa, całkowitej prywatyzacji sektora bankowego, prawie własności czy chociażby uproszczeniu systemu podatkowego i wprowadzeniu podatku liniowego.

Przykład Estonii dobrze obrazuje to, o czym Daron Acemoglu i James A. Robinson pisali w książce “Dlaczego narody przegrywają”. Według autorów wzrost gospodarczy i dobrobyt towarzyszą włączającym instytucjom gospodarczym i politycznym, podczas gdy instytucje wyzyskujące z reguły prowadzą do stagnacji i ubóstwa. Jeśli państwo nie zadba o instytucjonalny, transparentny system zachęt do oszczędzania, inwestowania i innowacji, to ma nikłe szanse na uzyskanie długoterminowej przewagi ekonomicznej bazującej na ogólnym, społecznym dobrobycie. W tym kontekście nie liczą się historia, położenie geograficzne, czy kultura, a po prostu jakość tworzonych przez państwo instytucji. Estońscy politycy szybko to zrozumieli, a polscy chyba do dziś pojąć tego nie mogą.

Tygrysi skok
Estoński cud gospodarczy nie bazuje jednak tylko na reformach ekonomicznych przeprowadzonych po upadku ZSRR. Te dały solidny fundament pod tworzenie nowoczesnej, zamożnej gospodarki, ale nadbudowy trzeba było szukać gdzie indziej. Kraj o niewielkiej powierzchni, nie dysponujący Lazurowym Wybrzeżem i ubogi w surowce naturalne swojej niszy postanowił szukać w nowych technologiach. Gdy w Polsce wprowadzano reformę edukacji, której filarem był dodatkowy szczebel w postaci gimnazjum, Estonia wprowadzała reformę “Tiger Leap” (“Tygrysi skok”), czyli długoletni program cyfryzacji szkół, który zakończył się dopiero w 2009 r. Dzięki wdrażaniu programu, już pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, większość estońskich szkół posiadała pełne wyposażenie informatyczne i umożliwiała dostęp do swoich zasobów on-line. Mało tego w ramach “Tygrysiego skoku” już na poziomie szkoły podstawowej wprowadzono naukę języków programowania.

Słusznie zauważono, że skoro dzieci uczą się trudnej gramatyki języków obcych, to dlaczego nie miałyby się uczyć składni jęzków programownia. Te ostatnie rozwijają wyobraźnię, systematyzują myślenie i ukierunkowują na rozwiązywanie problemów. Gdy w Polsce politycy dyskutowali czy Sienkiewicz czy Gombrowicz, 900 km na północny-wschód od Warszawy dzieciaki były przygotowywane na nadejście cyfrowej rewolucji. To dlatego w 2000 r. do estońskiej konstytucji, jako jedno z praw obywatelskich, wpisano darmowy dostęp do internetru.

W kraju działa teraz ponad 2,5 tys. hot spotów, a Wi-Fi można złapać nawet na plaży czy podczas spaceru w lesie. Estończycy słusznie wyszli z założenia, że tak jak w większości krajów dostęp do książek w bibliotekch jest darmowy, tak samo darmowy powienien być dostęp do sieci, która przecież jest potężną bazą danych. To kolejny, istotny element tej układanki – niegoraniczony dostęp do cyfrowych zasobów. Estońscy decydenci znacznie szybciej niż polscy skumali, że internet będzie w przyszłości kopalnią wiedzy. Dali więc ludzim nie tylko dostęp do tej kopalnii za free, ale także narzędzia do fedrowania. Stawiam tezę, że gdyby nie te solidne podstawy edukacyjne i postawienie na rozwiązania IT, współczesna Estonia nie byłaby tak otwarta i odważna w digitalizacji wielu ważnych usług. 20 lat temu skutecznie zasiano ziarno cyfryzacji, które teraz daje owoce podziwiane przez cały świat. A naprawdę jest co podziwiać i jest na kim się wzorować.

Krajowa baza danych
Ponad 90 proc. obywateli Estonii posiada ID-card, czyli cyfrowy dowód osobisty, który jest połączony z ogromną bazą danych zwaną X-Road. Ta ostatnia powstała w 2001 r., a jej celem było zdigitalizowanie i połączenie w całość większości istotnych danych dotyczących obywateli. Są tam więc rejestry dotyczące m. in. historii leczenia, rozliczeń podatkowych, poziomu wykształcenia, prowadzonych działalności gospodarczych, posiadanych biletów komunikacji publicznej, czy bankowości. W ten sposób w jednym miejscu, przy pomocy jednej karty mamy dostęp do wielu istotnych danych, które mogą być na bieżąco aktualizowane.

Podam prosty przykład.

Idziesz do lekarza i wypadałoby, aby dla postawienia dobrej diagnozy znał on twoje wcześniejsze dolegliwości i zażywane leki. Podajesz więc kartę ID i od razu lekarz ma wgląd do twojej medycznej historii, bez względu na to, w jakiej placówce wcześniej się leczyłeś. W naszym NFZ jest to nie do pomyślenia – w większości przychodni i szpitali są papierowe karty pacjenta i żadna inna placówka nie ma do nich wglądu. Żeby twój nowy lekarz widział, co myślał stary, musiałbyś wszystkie te karty kserować i nosić ze sobą.

Ogromna, państwowa baza danych to nie wszystko. W Estońskim systemie działa też funkcja cyfrowego podpisu, dzięki czemu 99 proc. spraw natury administracyjnej można załatwiać on-line, m. in. założenie firmy, płacenie podatków, wydawanie recept, itd. Według statystyky za 2016 r. 95 proc. Estończyków rozlicza się z Urzędem Skarbowym w formie on-line, a wypełnienie pitów zajmuje każdemu mniej niż 5 min. Dla porównania, przeciętny Amerykanin poświęca na takie sprawy 13 godzin i raczej nie jest to efekt różnicy inteligencji. Co warte odnotowania – nawet udział w wyborach parlamentarnych w Estonii jest dostępny w trybie on-line. Jest to bardzo istotne dla demokratycznych państw. Przykładowo szacuje się, że w USA w 2016 r. 39 proc. uprawnionych nie głosowało z przyczyn… logistycznych! Jedyną sprawą urzędową, które w Estonii nie załatwimy on-line jest wniosek o rozwód.

Szacuje się, że na przejściu do świata cyfrowego Estonia oszczędza rocznie 2 proc. PKB. Wielu sceptyków zwróci pewnie uwagę, na wątłe bezpieczeństwo takich rozwiązań. Faktycznie w 2007 r. Estonia doznała cyberataku ze strony Rosji, w efekcie którego zablokowane zostały serwery i rządowe strony internetowe. Po tym incydencie, a było to jeszcze zanim świat “ujrzał” bitcoina, Estonia zaktualizowała X-Road w oparciu o technologię blockchain, wykorzystując infrastrukturę klucza publicznego (Public Key Infrastructure). Dodatkowo zabezpieczyła się umieszczając kopię zapasową swojej bazy danych zagranicą (na wypadek zajęcia całego państwa). Na ten moment kraj ma więc najlepszy dostępny system bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że kolejny kryzyz związany z Rosją Estonia obróciła na swoją korzyść.

Aktualnie w kraju rozwija się instytucja e-rezydenta, czyli możliwość uzyskania przez każdego statutusu e-obywatela. Nie daje to oczywiście estońskiej tożsamości, ale pozwala zakładać tam firmę i korzystać ze wszystkich dobrodziejstw cyfryzacji. Dla firm, które chciałyby działać na terenie UE to chyba całkiem dobra opcja. Liczby mówią zresztą same za siebie. W trzy lata przybyło w Estonii 30 tys. e-rezydentów ze 152 państw, w tym m. in. najbogatszy człowiek Indii – Mukesz Ambani.

Jak widać, Estonia nie zwalnia tempa od początku lat 90-tych. Gdy u nas instytucje nadzoru wydają 100 tys. zł na youtuberów, by demonizowali bitcoina, Estonia myśli nad wprowadzeniem własnej kryptowaluty Estcoin. Pod koniec marca miałem okazję brać udział w konferencji BlochainTech Congress, na której prelekcję miał Martin Ruubel, szef Guardtime w Estonii, dostawcy technologii blockchain dla X-Road. Mówił on m. in. o wyzwaniach stojących przed jego krajem, a wśród nich wymieniał przygotowanie alternatywy dla aktualnych zabezpieczeń kryptograficznych na wypadek upowszechnienia komputerów kwantowych. W tym samym czasie polscy politycy spierali się o to, czy Jaruzelski, Kiszczak i Hermaszewski generałami byli, czy nie…

Zapytacie teraz, czy w Polsce możliwe jest wprowadzenie podobnych rozwiązań jak w Estonii? Wątpie. I to nie dlatego, że jeseśmi 40 razy większym krajem. Patrzcie, jaki zasięg mają Google czy Facebook! Niech odpowiedzią będzie to, co usłyszałem na początku marca na SGH podczas konferencji “Blockchain – przełomowa innowacja czy medialny gadżet?”. Jedna z panelistek – Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego, powiedziała, że nie słyszała jeszcze o skutecznym wdrożeniu technologii blockchain. Jej zdaniem wiele się o tym mówi, ale to wciąż są fazy testowe. Takie stwierdzenia padły na najlepszej uczelni biznesowej w tym kraju i z ust przedstawicielki naszego banku banków, a więc instytucji, która w pierwszej kolejności powinna interesować się technologią rozproszonych rejestrów. No cóż, chyba czas najwyższy złożyć wniosek o e-rezydenturę.