Pojazdy elektryczne przyszłością są i basta. Ropa i benzyna to przeżytek. Tradycyjne paliwa dewastują środowisko. Tylko prąd nas uratuje. Stacje ładowania będą na każdym rogu Polski gminnej i powiatowej. Pędzimy w świetlaną przyszłość bez spalin, benzo(a)pirenu, pyłu zawieszonego, CO2 i innych trucizn. Tyle, że wolniej od reszty.

 

Cała Dolina Krzemowa jeździ Teslami. Nie miałbym nic przeciwko, by w jej ślady poszły Warszawa, Toruń czy nawet Zgierz. Do prac zerwali się parlamentarzyści. Jest projekt ustawy, a jego założenia wydają się bardzo optymistyczne. Jednak na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze. Zobaczmy jak to w skrócie wygląda, skoncentruję się na transporcie indywidualnym.

27 kwietnia 2017 roku opublikowany został projekt ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Proponuje się w nim konkretne formy realizacji i kalendarz wprowadzania przepisów, które mają zachęcać nas do przechodzenia na zeroemisyjne formy transportu. Jednocześnie formułuje zasady zapewnienia odpowiedniej infrastruktury, czyli punktów ładowania. Brzmi ładnie, ale na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze.

Jeżeli chodzi o infrastrukturę, zapłaci za wszystko sektor energetyczny, samorządy, zarządy dróg samorządowych i krajowych. Czyli kasa wyfrunie z naszych kieszeni w takiej (podatki), czy innej (podwyższone opłaty za prąd) formie. Do pojazdów elektrycznych ma się stopniowo przesiadać administracja państwowa i samorządowa (za nasze pieniądze). Czarno widzę te przetargi. Zwiększyć ma się liczba autobusów elektrycznych w transporcie publicznym, co mnie cieszy. No i oczywiście wsparcie ma być skierowane do ewentualnych kierowców indywidualnych, chętnych na zakup elektryka.

Projekt zakłada możliwość odpisu z tytułu amortyzacji, pojazdy elektryczne mają mieć zerową akcyzę, być może gminy wprowadzą strefy zeroemisyjne, do których elektryki wjadą za darmo. Kolejne zachęty to miejsca parkingowe tylko dla pojazdów elektrycznych i gazowych oraz zwolnienie ich z opłat za parkowanie w strefach płatnych. Rozważa się też wpuszczenie tego typu samochodów na buspasy.

Założenia dotyczące rozwoju światowego segmentu aut elektrycznych są optymistyczne. Bank Morgan Stanley prognozuje, że do 2025 roku ich sprzedaż na świecie sięgnie 7 mln sztuk rocznie, co zwiększy ich udział do 7 proc. pojazdów na drogach. Bardziej optymistyczne szacunki banku Exane BNP Paribas mówią nawet o 11 proc. Byłby to gigantyczny skok, bo w tej chwili globalnie wskaźnik ten wynosi poniżej 1 proc.

Od elektryczności odwrotu nie ma, niektóre z najbardziej brutalnych projektów przewidują wprowadzenie regulacji uniemożliwiających rejestrację pojazdów spalinowych. W awangardzie prze Norwegia, która przymierza się do tego od roku 2025. Niemcy z kolei szykują ten ruch na rok 2030. Dlatego nie ma sensu pytać czy elektromobilność indywidualna się upowszechni, bardziej zasadne jest pytanie „kiedy?”. Oraz „za ile?”.

Ministerstwo Energii zakłada optymistycznie, że upowszechnienie aut elektrycznych nastąpi stosunkowo szybko i już w roku 2025 po polskich drogach ma bezszelestnie sunąć milion bryczek na prąd. W 2016 roku zarejestrowano u nas 556 samochodów elektrycznych.

Pozwólmy tej liczbie wybrzmieć. Pięćset pięćdziesiąt sześć aut, które stanowią 0,4 proc. ogółu samochodów elektrycznych zarejestrowanych w 2016 roku w UE. Jednocześnie auta elektryczne w 2016 stanowiły 0,1 proc. ogółu samochodów zarejestrowanych w Polsce. Tego typu pojazdy to ekstrawagancja i margines marginesów.

Przyczyny są proste – brak zachęt finansowych, premiujących chętnych do zakupu elektryków. Brak infrastruktury do ładowania, mamy tylko 300 punktów w całym kraju. No i niska świadomość ekologiczna rodaków, którzy dla oszczędności potrafią wyciąć zużyty katalizator i filtr cząstek stałych. Nie będzie przecież Polak montował do dwudziestoletniego szrota nowych elementów, kosztujących tyle, co jego bryka.

Czyli oczywiście elektromobilność to przyszłość. Wiele wskazuje na to, że dotrze do nas  trochę później niż u sąsiadów z UE. No bo drogo. Samochody elektryczne są w ramach tej samej klasy pojazdu prawie dwukrotnie droższe od spalinowych. Jeżeli chcemy sobie policzyć koszty eksploatacji elektryka, musimy uwzględnić różnicę w cenie. I nawet jeżeli sprzedawca da nam dobrą promocję a koszt przejechania 100 km na prądzie jest dużo niższy niż na benzynie, to w perspektywie kilkuletniej samochód elektryczny jest droższy od spalinowego.

Zespół Doradców Gospodarczych TOR opracował w maju 2017 roku raport, który podsumowuje sytuację w Polsce. Znalazło się w nim również porównanie kosztów jazdy oboma typami aut. Analiza zakłada ceny katalogowe samochodów, zakup na kredyt, trzyletni okres umowy, wkład klienta w wysokości 10 proc. ceny pojazdu, przebieg roczny 20 tys. km (wynika to z badań IBRIS) i pomija koszty ubezpieczenia. Co oznacza, że koszt przejechania 1 km uwzględnia koszty raty miesięcznej oraz średniego kosztu paliwa i ładowania na 100 km.

W takim układzie koszt przejechania 1 km zwykłym samochodem wynosi 1,37 zł a elektrykiem 1,77 zł. Czyli jest o 29 proc. droższy. Gdyby rząd wprowadził ulgi za zakup aut elektrycznych i na przykład odpuścił akcyzę, koszt 1 km wyniósłby 1,72 zł. Niewiele lepiej. A gdyby fiskus darował nam i akcyzę i VAT? Wtedy 1 km kosztowałby 1,41 zł. I dopiero wtedy wszystko zaczęłoby mieć sens.

Projekt ustawy zakłada subwencjonowanie zakupu elektryków. Jeżeli rząd faktycznie zdecyduje się na wdrożenie projektu elektromobilności, uruchomi system bezpośrednich zachęt, obejmujący zwolnienie z akcyzy i podatku VAT, i zacznie rozbudowywać sieć punktów ładowania, kierowcy kupujący nowy samochód mogą zacząć rozważać wybór pojazdu elektrycznego. W przeciwnym wypadku wszystkich nas zabije smog.

Na zdjęciu Tesla Roadster ze stajni Elona Muska, źródło: Tesla.com