Czy chcielibyście kupić posiadłość w Hiszpanii za 1 euro? A może zabytkowy, kamienny dom na Sardynii? Coś bliżej? Półtorej godziny jazdy samochodem od Rzymu wystarczy? W ostateczności coś w północnej Francji, na dalekich przedmieściach Lille. Dla ludzi działających z rozmachem, jest do wzięcia ponad 200 włoskich zamków. Marzenia na wyciągnięcie ręki, będzie tylko drożeć, kto teraz nie kupi, będzie żałował. Zmień swoje życie za jedno euro – tyle mówi reklama. A jak jest naprawdę? Sprawdzam.

Jeżeli oferta jest zbyt piękna, by mogła być prawdziwa, jest prawdopodobnie oszustwem. W tym przypadku oszustwo to zbyt mocne słowo, bo kwota jednego euro ma przyciągnąć uwagę ludzi. Gdy to się uda, pojawiają się warunki dodatkowe i pewne niedogodności, o czym za chwilę.

Dom za euro? Jest kilka “ale”
Niektóre rejony Europy Zachodniej borykają się z narastającym problemem wyludniania się wsi i mniejszych miast. Młodych nic w takich miejscach nie trzyma, wolą szukać pracy w mieście. Starsi wymierają. Nie ma komu mieszkać w pustostanach, dlatego władze kilku włoskich miast m.in. Ollolai, Patrica, Carrega Ligure czy Gangi, postanowiły zaoferować nabywcom domy za 1 euro. W ślad za nimi poszli Francuzi i Hiszpanie. Jednak we wszystkich ofertach jest haczyk. A właściwie cały kłąb haczyków.

Wspomniane we wstępie dalekie przedmieścia Lille to w rzeczywistości miasto Roubaix, borykające się ostatnimi laty z biedą, wyludnieniem, bezrobociem, narkotykami i przestępczością. Domy za euro są mocno zniszczone, więc w remont trzeba zainwestować około 100 tys. złotych i trzeba go skończyć przed upływem roku. W trakcie prac w domu nie można mieszkać, potem trzeba w nim pozostać przez kilka lat, koniecznie z rodziną. A na koniec okazuje się, że dużo taniej wychodzi kupić sobie w tym miejscu mieszkanie, które nie jest w ofercie jednoeurowej, ale nie wymaga kosztownej renowacji.

Pozostałe propozycje obwarowane są podobnymi klauzulami. W każdym przypadku trzeba ponieść koszty renowacji, restauracji, remontu a czasami wręcz odbudowy domu. Biorąc pod uwagę konieczność walki z nieznaną nam formą biurokracji, od razu musimy powiększyć budżet o miejscowego prawnika. Będzie nam też potrzebny dobry tłumacz, który objaśni nam wszelkie umowy. Sam remont to koszt od osiemdziesięciu tysięcy złotych wzwyż. Wszystko to w miejscach, które niekoniecznie są lokalizacjami naszych marzeń, a ich jedyną zaletą jest to, że leżą poza granicami Polski.

Jasne, jeżeli trafimy na interesującą miejscówkę w zabytkowym mieście albo znajdziemy coś nietypowego, po zainwestowaniu możemy nawet potroić wartość nieruchomości. Tylko nie jestem do końca przekonany że odrestaurowany dom na hiszpańskim zadupiu będzie aż tak atrakcyjny dla potencjalnego nabywcy, że tę trzykrotność zobaczymy na oczy. Zresztą podpisując umowę, z reguły deklarujemy, że przez kilka lat będziemy w danym miejscu mieszkać. Ergo – nasze potencjalnie inwestycyjne domy są przez chwilę niesprzedawalne.

No dobra, to kto w końcu inwestuje w te domy? Bo ktoś jednak się na nie decyduje, w Ollolai wyprzedały się do połowy lutego b.r.  Według mnie są to albo mieszkańcy sąsiednich większych miast, którzy w takich domach mogą sobie zrobić letniskową daczę (i tak pewnie nikt nie będzie sprawdzał, czy faktycznie w tym domu mieszkają), albo milionerzy, którzy inwestują duże pieniądze w przebudowę i otwierają w takich miejscach luksusowe hotele, spa i miejsca wypoczynku. Taka inwestycja to żyła złota dla całego miasta. Dlatego pewnie nikt nie będzie zbyt restrykcyjnie egzekwował regulaminów.

Co więc zostaje dla nas, biednych Polaków? Na przykład program „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia – Turystyka”. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju dało pieniądze, przewidziany budżet wynosi 200 mln złotych. BGK realizujący wspomniany projekt, rozda je mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom, działającym w branży turystycznej i okołoturystycznej. Teraz najlepsze – wsparcie udzielane będzie na obszarze makroregionu, w skład którego wchodzą województwa tzw. Ściany wschodniej. Dzięki temu wszyscy mamy szanse na realizację marzenia, któremu każdemu pracownikowi korporacji przynajmniej raz w życiu przemknęło przez głowę.

Może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Teraz możecie to zrobić za pieniądze państwa.